Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Reklamy

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.

Again and again

Słuchaliście? Przed chwilą w trójkowym „Topie Wszech Czasów” w pełnej wersji wybrzmiało „Again”. Z miejsca 3. spadło w tym roku na  8. A ja, niezależnie od pozycji w notowaniu, mam swoje miejsce do słuchania tego utworu właśnie tego konkretnego dnia. Leżę na podłodze z uchem przy głośniku. 1 stycznia to połączenie smakuje najlepiej.

W 2016 roku, po 14 latach od wydania albumu „You All Look The Same To Me”, na którym „Again” się znalazło, ja usłyszałam ten numer na żywo. A „Top Wszech Czasów” i początek nowego roku to świetny pretekst do tego, aby przypomnieć moją recenzję najlepszego koncertu roku ubiegłego. Koncertu Archive, oczywiście.

wgkawki-6972
Fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Jeśli ktoś jeszcze nie zna zespołu Archive, a nazywa siebie słuchaczem, powinien nadrobić braki w muzycznej edukacji. Najlepiej rozpocząć szkolenie od posłuchania grupy na żywo. Pożałuje się każdej minuty, w której nie było się fanem Brytyjczyków.

Po wydaniu nowej płyty Archive ruszyło w kolejną trasę. W ramach „Kings Of The False Foundation Tour” zespół zagrał w Polsce dwa koncerty: w Warszawie oraz Poznaniu. I tradycyjnie – nie zawiódł.

Torwar to koncertowo niebezpieczne miejsce. Można paść na kolana lub wyjść z poczuciem zażenowania. I choć należę do grupy sceptycznie nastawionych do warszawskiej hali przy Łazienkowskiej, nie wyobrażam sobie innego miejsca w stolicy, gdzie Archive mogłoby zaprezentować się równie dobrze.

Rozpoczęli od „Driving In Nails”, wyznaczając tym samym kierunek całego wydarzenia. Celem była gra świateł, oszczędność w słowach i absolutne skupienie na dźwiękach. Podczas wstępu zespół od publiczności oddzielała swojego rodzaju kotara. Dzięki niej wizualizacje wyświetlały się na dwóch płaszczyznach – za i przed zespołem, co zbudowało znakomity klimat już na początku koncertu. Zespół grał zamknięty w czterech ścianach sceny jak w telewizorze, na którego ekranie wyświetlał się obraz. Obraz muzyki. Emocje były jeszcze większe, gdy kurtyna niespodziewanie opadła, bo wydawało się, że muzycy odgrodzili się od słuchaczy na dobre i nie zamierzają tego zmieniać. Kotara powodowała napięcie oraz wprowadzała atmosferę wyjątkowości. Dlatego nie przeszkadzałaby mi jej obecność nawet przez te dwie kolejne godziny.

wgkawki-6564

Na setlistę złożyły się głównie utwory z najnowszego krążka „The False Foundation”, a tytułowy singiel zabrzmiał wręcz brawurowo. Nie zabrakło jednak utworów z poprzednich płyt i wokalistki Holly Martin. Choć jej głos nie pojawia się na ostatnim krążku, Holly towarzyszy zespołowi podczas nowej trasy. Na Torwarze zabrzmiały więc „Kid Korner”, „You Make Me Feel” czy „Crushed”. Po dwunastu utworach zespół zagrał pierwszy bis, na który złożyło się aż pięć numerów. Wszystko to dało ponaddwugodzinny znakomity, przesycony muzyką i emocjami popis. Ponadto ładunek wrażeń zwiększała oprawa wizualna. Genialne, nowoczesne wizualizacje, idealnie dopasowane do utworów, wprowadzały słuchacza w trans oraz dopełniały to, co słyszał i potęgowały to, co czuł.

wgkawki-1138

Bo Brytyjczycy na Torwarze zagrali po prostu znakomity spektakl. Nie koncert, nie show, bo do showmanów im bardzo daleko. Pollard Berrier, gdy nie grał, stał nieruchomo, jakby zahipnotyzowany, w czarnym kapeluszu naciągniętym na głowę, z czarnymi długimi włosami opadającymi na ramiona, w czarnej pelerynie, która dodawała mu jeszcze więcej tajemniczości. Berrier ujmuje przede wszystkim sceniczną charyzmą. Patrzenie na niego przyprawia o dreszcze. Patrzenie na niego jest intymnym aktem zachwytu drugim człowiekiem. Patrzenie na niego boli, bo dystans, który muzyk stwarza i mur, który buduje przed słuchaczem, są absolutnie nie do pokonania. I to jest piękne.

wgkawki-6464

Darius Keeler wpadał w swój własny trans za syntezatorami, Holly Martin z dziewczęcym wdziękiem pojawiała się i znikała, a Dave Pen, jak zwykle odgrywał klasyczną rolę oszczędnego w słowach chłopaka z gitarą. Jednak publiczność wybaczyła zdawkowe przywitanie i cicho wypowiadane „dziękuję” pomiędzy utworami, gdy Pen wszedł na scenę, aby zaśpiewać bis numer dwa. Bo to właśnie podczas drugiego bisu wybrzmiało „Again”. Złośliwi powiedzą, że większość słuchaczy przyszła na koncert tylko dla tej jednej piosenki. Że to jedyny znany przebój Brytyjczyków i odcinają od niego kupony. Ja mówię, że warto poświęcić wszystko, aby usłyszeć „Again” na żywo. Nawet w skróconej, akustycznej wersji. Bo to są rozpacz, ból, cierpienie, miłość, złość i nienawiść podane w jednej skondensowanej i znakomicie napisanej kompozycji.

wgkawki-7105

Zaraz po wyjściu z Hali Torwar, napisałam: „To był najlepszy koncert w moim życiu”. Byłam podekscytowana, rozemocjonowana i roztrzęsiona. Po powrocie do równowagi mogę wykrzyczeć to samo ponownie. Chcę więcej. Takich emocji, takiej muzyki i takich koncertów. Więcej Archive, Archive i Archive.

http://www.anywhere.pl/article,1662,Archive-w-Hali-Torwar

wgkawki-1509wgkawki-1174wgkawki-1533wgkawki-6870wgkawki-1291wgkawki-6776wgkawki-6735wgkawki-6916wgkawki-6946wgkawki-1195

Zdjęcia: Darek Kawka dla Anywhere.pl

Lato mija, ja… rozwijam skrzydła

Czy to już pora, by podsumować lato? Czy ostatnie dni sierpnia oznaczają okrutny koniec? Przegraną w nierównej walce o przedłużenie festiwalowych nocy, czytania w słońcu na balkonie i koncertów pod gołym niebem? Jest dla nas nadzieja. Bo jesień to czas premier.

 

To było bardzo pracowite lato. Cotygodniowe programy z Panem Markiem, w sierpniu nawet w wymiarze XXL, bo od 9. Wstawałam więc (z przerwą na Ostródę) tuż po 6, gdy na Gocławiu było jeszcze całkiem cicho, a sąsiadki ze szpilkami w dłoniach wracały z piątkowego snu nocy letniej. Czasem wypijałam jeszcze kawę, następną już z MN w radiu, ale i tak po 12 wracałam do domu i momentalnie zasypiałam, dołączając do wspomnianych już sąsiadek odsypiających w swoich mieszkaniach na naszym osiedlu.

Nie trafiłam nawet marnej trójki w Lotka, chociaż systematycznie, jak sumienna uczennica, kupony nabywałam i z nadzieją oraz dolarami w oczach potem liczby sprawdzałam.

W mieszkaniu było tyle słońca, że miałam tu swoje prywatne Los Angeles. A na balkonie to nawet afrykańską dżunglę. Pisałam, czytałam, podlewałam miętę w doniczce, która wieczorem tak pięknie oddawała swój zapach, gdy siedziało się i gadało pod gwiazdami.

Pracowałam. Czy ciężko? Gdy praca to przyjemność, ciężar jak puchowe piórko – przyjemnie łaskocze, tylko momentami irytując, gdy zamienia się w słowo „termin” albo nie chce ułożyć się w tytuł. I się nad tym tytułem myśli, i wierci, i krąży się po mieszkaniu, z pokoju na balkon, w tę i we w tę, i się na przykład płucze suche gardło wodą, a potem winem, tłumacząc sobie, że woda nie pomaga. Aż w końcu przychodzi moment, że się, powiedzmy, człowiek potyka o krawężnik albo jedzie człowiek rowerem nad Wisłę. I się tytuł sam wymyśla, albo i się przypadkowo spotyka innego człowieka, z którym się za chwilę wywiad zrobi. I znowu jest lekko, i to piórko jest przyjemne, i ma piękny odcień bladoróżowy. Może tak sobie wyobrażam wenę?

Muzyka jest najważniejsza, więc słuchałam muzyki. Przyznam, że w dużych ilościach, chociaż wygrzebywałam starocie, ukochane stare jamajskie brzmienia albo smooth jazzowe składanki, które idealnie dopasowywały się do pogody. Koncertem wakacji był niezaprzeczalnie koncert Alborosiego w Ostródzie. Korzenne, rootsowe, zawodowe show. Zapomniałam o całym świecie i wpatrywałam się tylko w tego jamajskiego Włocha z dredami do kostek. Śledziłam z uwagą Opener’a, choć w łóżku pod kołdrą, bo tamte lipcowe noce były dość chłodne. I nie tylko przez transmisję koncertu, w trakcie której miałam ciary na całym ciele, pokochałam M83. I nie uwierzycie, ale Pan Marek także. Najnowszy album „Junk” grał przez cały sierpień w Tonacji i Markomanii. M83 w Warszawie w listopadzie. Będę.

No i co ty jeszcze, Budka, robiłaś przez całe wakacje? Muzyki słuchałaś?

BANG!

Zrobiłam wywiad z Radzimirem Dębskim.

BANG! 

Na przystanku w centrum Warszawy czytałam wiersze z Jackiem Cyganem.

BANG!

Zrobiłam trzy wywiady okładkowe: z Kortezem, Leskim i Januszem Radkiem. Ten pierwszy hula już po sieci. Zobaczcie, zapraszam.

Anywhere – Kortez: Kosmos w głowie

BANG!

13978009_1344629762229064_2000889125_o
Z Leskim, fot. Monika Szałek

Biegałam po mieście szukając miejsc na sesje, wypożyczając rowery, siedziałam na chodniku przed hotelem i gadałam o rzucaniu korporacji, w planetarium prawie poleciałam w kosmos, piłam grappę z Jackiem Cyganem, a z Leskim chyba z dziesięć kaw. A niedługo będzie słodko, bo spróbuję Cukierków. Tych muzycznych Cukierków.

13950756_1344666002225440_383079593_o
fot. Monika Szałek

Zadzwonił dziś mój wydawca i powiedział: „Budka, dobra robota”. Więc myślę sobie – Budka, dobra robota.

Sierpniu, trwaj

To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc, wywyższam go ponad wszystkie. Gdy przychodzi, uśmiecham się częściej. Słońce jest już inne, dojrzałe, nie takie młodociane i narwane jak w lipcu. Sierpień płynie w zwolnionym tempie. Wśród zbóż i dojrzałych owoców. W rytmie reggae.

To takie trzy dni w roku, które chciałoby się przedłużyć do grudnia. Nieważne, czy pada, czy jest jamajski upał. Trzy dni z małą ilością snu, całodobową muzyką i zwykłym, najprostszym poczuciem szczęścia. To nie puste słowa, bo takie trzy dni ładują baterie do następnego sierpnia.

DSC05433

Zakładam te spodnie tylko raz w roku. A skoro wyciągam je z dna szafy, znaczy to, że za chwilę jadę na Festiwal w Ostródzie. Który raz? Nie liczę. Lubię poszukiwania miejsca na polu namiotowym, lubię tę ekscytację, gdy wchodzi się po raz pierwszy na teren festiwalu. Lubię niosące się echo podczas porannych prób na głównej scenie. A najbardziej lubię moment, gdy mijam osoby, które kojarzę z lat poprzednich. Bo wiem, że za rok też się spotkamy. To ludzie tworzą ten festiwal, rzucają wszystko, biorą urlopy w pracy, odkładają obowiązki i pielgrzymują. Do Ostródy.

WP_20150809_042

Edycja przy użyciu Lumia SelfieW piątek, 12 sierpnia, nie ma mnie. Dla nikogo. No, może dla Ady, która będzie ze mną pod sceną. I jestem jeszcze dla Jafii, Tabu i Damiana Syjonfama. Bo w takiej kolejności grają po sobie w piątkowe popołudnie na głównej scenie. Oczywiście, że każdy zespół słyszałam już na żywo. Nie raz, nie dwa, także w Ostródzie. Ale te koncerty to wymarzone rozpoczęcie festiwalu, które nada całości najlepszego z możliwych szlifu. Szukajcie mnie pod sceną, nie dzwońcie, nie odbiorę.

Cieszę się, że po latach usłyszę Paraliż Band, który w Ostródzie świętuje 20. urodziny. Pamiętam ich koncert na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Tam stawiałam pierwsze festiwalowe kroki i pokochałam reggae. Zostało do dziś.

Nowozelandzki Katchafire brzmi obiecująco, cała jamajska gwardia także dobrze się zapowiada. Oczywiście największy apetyt wzbudza Alborosie, to obowiązkowy punkt programu w sobotę. W niedzielę Vavamuffin. Ile razy można być na ich koncercie? Odpowiadam – nieskończenie wiele.

IMG_20160729_195234.jpg

Ostatni tydzień to aż trzy koncerty, połaziłam po Warszawie i łapałam zachwyty. Najpierw Piotr Zioła w (zamykającej się!) Plażowej. Młody i skromny, chociaż mógłby z bezczelnością dwudziestolatka i manierą gwiazdy rozdać karty na polskiej scenie. I tak rozdaje, bo broni się raz – dobrymi kompozycjami, a dwa – głosem, który jest jednym z lepszych młodych męskich głosów w tym kraju. Piotr świetnie zaśpiewał na żywo, a jeśli do tamtej pory oddałam mu, powiedzmy, połowę serca, drugą połowę już wziął sam, wykonując na scenie We Can Work It Out, czyli jeden z moich ulubionych beatlesowych utworów. Czekam na Piotra w większej sali.

Była także Bovska w Stacji Mercedes. Miejsce podobało mi się bardziej niż muzyka. Choć płytę mam i od czasu do czasu ląduje w odtwarzaczu. Bovska skupia uwagę na świetnym wizerunku. Okładka, strój sceniczny, nawet jej słodkie i bardzo sympatyczne wypowiedzi -wszystko w pastelowych barwach, a więc i do siebie pasuje, i emanuje optymizmem. Wynudziłam się, co rzadko zdarza mi się na koncertach. Dlatego Martini smakowało tak dobrze.

Na koniec dobra stara – chciałoby się powiedzieć – Fonetyka. Owszem, to nie są debiutanci, bo od wojaczkowej płyty minęło pięć lat. Już nie w trio, bo do zespołu dołączył nowy basista, chłopaki przygotowują płytę z tekstami Grzegorza. TEGO GRZEGORZA. W tej kwestii zawsze będę nieufna i aż zatrzęsłam się ze strachu na wieść o planach zespołu, który wskrzesił Wojaczka. Do tego stopnia, że włożył mi Wojaczka do łóżka, do myśli i mózgu. Ja żyłam z Wojaczkiem, który miał głos Przemka Wałczuka. Przemku, tym razem nie staniesz się dla mnie Ciechowskim. Nie rób tego. On jest i tak nieśmiertelny. Fonetyka nie podeptała, jak niestety wielu dotąd, pamięci ale i kultu Ciechowskiego, wspinając się po jego plecach ku kasie i chwilowej karierze. Koncert mnie uspokoił, bo poczułam, że nowa płyta będzie najlepszą ze wszystkich. Aura też była wyjątkowa. Koncert odbył się w ramach Otwartej Ząbkowskiej, w podwórzu starej praskiej kamienicy. Spędziłam jeden z lepszych wieczorów tego lata. Z Wojaczkiem, Ciechowskim i Fonetyką. Miałam dobre towarzystwo.

IMG_20160731_215728

 

 

Jak pachnie lato?

Wróciłam na ziemię. Po kosmicznych podróżach po orbicie zupełnie nowej muzyki i utworów bez tekstu. Moja głowa nadal tam, ale tu, niżej, jest przecież tyle do zrobienia. Znów wysiadam na przystanku retro.

IMG_20160705_130847

Tak spędzam to lato. Na rowerze pochłaniam letnią Warszawę, podejmuję decyzje i wyzwania, dużo czytam i rozmawiam.

Uwielbiam to miasto latem. Piękne, pachnące kawą, którą piję na balkonie i praniem, które schnie tuż obok donic z miętą i bazylią. Lubię jeździć nad Wisłę Wałem Miedzeszyńskim, z którego obserwuję urocze wille na Saskiej Kępie. Albo Olszynkę Grochowską i las, gdzie ścieżkę przecina zwalony pień drzewa. Lubię smak piwa na bulwarze i przyjemny chłód, gdy się ściemnia. Lubię soboty, gdy wstaję wcześniej niż w pozostałe dni i dojeżdżam na pustą o tej porze Myśliwiecką. Lubię, gdy ktoś zrobi mi coś do jedzenia i spyta o samopoczucie. I pochwali sukienkę. Lubię wyjść z redakcją na wódkę. Ale może być też sushi, herbata albo piwo na schodach. Można ze mną wyjść, ale ja lubię siedzieć przy stole w kuchni i cieszyć się, gdy do głowy przychodzą pomysły.

IMG_20160712_154401

Pomysły na trzy rozmowy i trzy sesje. Zupełnie różne, to zadziwiające jak trzy różne światy stworzyłam z moimi gośćmi w ciągu jednego tygodnia.

Janusza Radka znam i podziwiam od dawna, bo zachwycała się nim moja mama. Pamiętam programy telewizyjne, w których występował, a które ja potem bardziej świadomie oglądałam i poznawałam popularne wtedy muzyczne nazwiska. Janusz Radek jest postacią, która przypomina mi o tym, jak różnej muzyki słuchałam przez te lata. Bo jego płyty stylistycznie się zmieniały, a ja razem z nimi. Dlatego też stresowałam się przed spotkaniem z idolem, który zawsze, mimo że występował na scenie, był według mnie liryczny i wycofany. Po trosze Bodo, po trosze Werter. I choć Janusz Radek okazał się oczywiście cudowny, to w pakiecie dostałam roześmianego faceta, który na sesji zdjęciowej jeździł jak szalony na rowerze po Placu Grzybowskim.

IMG_20160719_192903

Z Leskim zjadłam śniadanie i wypiłam morze kawy. W ciągu dwóch dni przegadaliśmy parę godzin, bo – jak by to Paweł powiedział – spotkali się ludzie z tym samym „przelotem”. Mało zjedliśmy, bo jak tu jeść, gdy tematy się nie kończą. Wywiad będzie o poszukiwaniu siebie bez egoizmu, z zachowaniem uwagi na drugiego człowieka. O rzucaniu dotychczasowego życia, gdy na horyzoncie ma się to drugie – z ryzykiem, że nie okaże się lepsze. O nas, bo dotyczy to nas wszystkich.

Podczas sesji śpiewałam Pawłowi jego własną piosenkę, uśmiałam się i jeździłam na longboardzie. Tak, ja. Paweł także, ale co to za wyczyn, gdy się umie. A gdy ma się na sobie sandałki i sukienkę, idzie trochę gorzej. Leski, choć w garniturze, śmigał przez kilka godzin. I dobrze się bawił, jak my wszyscy.

Po pędzących na rowerze i longboardzie facetach czas na spokojniejszą, jak sama o sobie powiedziała – domatorkę – Darię Zawiałow. Rozmawiałyśmy po babsku, trochę o kobietach i małżeństwie, mniej o facetach, a więcej o muzyce. Daria to niezwykle ciepła i sympatyczna, ale też melancholijna dziewczyna. Pisze erotyki i wydaje wkrótce swój pierwszy album.

13781854_1375025945860232_5855508610411710257_n

Sesja przed nami. Tę jak i dwie poprzednie realizowaliśmy w naszym teamie w składzie: Monika Szałek, dzięki której wszyscy na zdjęciach są piękni i szaleni; Anna Chopard’d, która sprawia, że ci szaleńcy mają piękną skórę i która skupia światło słoneczne w srebrzystej blendzie; oraz Michał Chabelski, który to wszystko nagrywa i po cichu się z nas nabija. Wszystko dla Anywhere.pl, gdzie niedługo efekty naszych dokonań!

A ja wyjęłam płyty. Nie najnowsze, tylko najukochańsze. Zdmuchnęłam kurz z co niektórych, a niektóre mogłabym wyjąć z półki z zamkniętymi oczami (Seal – piąte pudełko licząc od prawej strony na trzeciej półce od góry).

 

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

List do M. (Mistrza)

Pilchu, inspirujesz – chciałam powiedzieć do Jerzego Pilcha podczas ostatnich Targów Książki w Warszawie. A raczej: Panie Jerzy, dzięki panu piszę. A tak w ogóle to: Mistrzu, dziękuję. Tak ze łzami w oczach powiedziałabym do Jerzego Pilcha, gdybym jednak postanowiła czekać w ogromnej kolejce ustawionej przed małym stolikiem przy stoisku Wydawnictwa Literackiego. Nie czekałam, bo cierpliwość u mnie równa zeru. Wystarczyło mi spojrzenie na Niego. Wątłego, schorowanego człowieka z drżącymi dłońmi. Nie szkodzi, Panie Jerzy, nie szkodzi. Nie mam Pana autografu, choć i tak tego dnia nie podpisywał Pan książek osobiście. Wiem, parszywa choroba… Ale łykam Pańskie książki, z wypiekami na twarzy czytam o Zuzie i o Krakowie. O Tomaszu Mannie i o Pana babce. Wypatruję na Nowym Świecie i na Chmielnej. Też żałuję, że zamknięto Traffic Club, bo mogłabym tam Pana spotkać. Pewnie nie odważyłabym się podejść. A może to Pan spojrzałby na mnie? A ja, spłoszona, zaszyłabym się między regałami z polską literaturą. Bo wie Pan, ja literaturę kocham. Polską, tak jak muzykę. Po polsku wszystko brzmi pięknie, od Reymonta, przez Karpowicza, po teksty Osieckiej i Cygana. Tego ostatniego poznałam. I ugięły mi się nogi, bo to przecież poeta polskiej piosenki. Ja znam wielu ludzi, młodej dziennikarce poznawanie ludzi przychodzi bardzo łatwo. Pana poznałam na odległość, kiedy wspinałam się na palcach, by ujrzeć Pana twarz zza wielu nieznaczących dla mnie, a znaczących dla Pana, głów czytelników.
Dziękuję za ostatnią książkę. Tak jak za Dzienniki. Proszę o następne, proszę, nie żegnaj się ze słowem. Ja zawsze będę Cię, Mistrzu, czytać. Chociaż wiem, że zawsze nie ma nigdy.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie