Ferie wiosenne

lisboa

Siedzę na balkonie w pierwszy dzień maja. Właśnie skończyłam czytać opowiadania Pablopavo i zadręczać się myślami, że nigdy czegoś podobnego nie napiszę. To nie kokieteria, a zazdrość. Paweł pisze tak, że z wrażenia chce się zapalić. Patrzę na sąsiadkę z balkonu naprzeciwko. Poratuj, kochana, papieroskiem. Ty paląc, zerkasz w telefon, ja z chęcią w ten piękny majowy dzień zerknęłabym w głąb siebie.

Na patelni skwierczą warzywa na ratatouille. Kogo ja oszukuję, to żadna francuska kuchnia, tylko nieumiejętnie posiekane nierówno warzywa, które pewnie w tradycyjnym ratatouille nawet nie powinny się znaleźć. Siedzę na tym balkonie, co i raz pielgrzymuję do kuchni, żeby uniknąć przypalenia patelni i obiadu na dziś. Krzaki, które zostały na zimę na zewnątrz, miały nie zdechnąć, a zdechły. Podlewam je dla zachowania pozorów perfekcyjnej pani domu, która uczy właśnie w TVN Style, jak zrobić ciasto w mikrofalówce. Na balkonie gra Trójka, słońce coraz mocniej świeci, więc muszę posmarować twarz kremem z filtrem.

Ja wcale nie narzekam, bo zamiast majówki, miałam kwietniówkę. Najpierw Lizbona. Byliśmy tam od czwartku do poniedziałku i od czwartku do poniedziałku lało. Nie przeszkodziło mi to zachwycić się tym miastem tak bardzo, żeby pragnąć do niego wrócić. Lizbona jest urocza i swojska. Można w niej pić wino na karafki po 4 euro albo jeść codziennie krewetki i nie mieć tego wszystkiego dość. Albo upić się tą przesłodką nalewką i śmiać się z nowo poznanymi ludźmi, którzy stają się na moment, a może i na dłużej tak cudownie bliscy. Można też zanurzyć się w uliczkach dzielnicy Bairro Alto, wejść do dziwnej, przepełnionej, trochę zatęchłej, a trochę artystycznej knajpy i słuchać marnego fado na żywo. A zareagować tak, że to fado wydaje się najpiękniejsze na świecie, że śpiewak mógłby wypełnić stadiony i wszyscy też by płakali, tak jak i ty. Taka moc Lizbony. W Portugalii nauczyłam się pić kawę bez mleka, przytyłam dwa kilogramy, zostawiłam parasolkę, odpoczęłam, wyluzowałam i nauśmiechałam na cały miesiąc.

Bo to w ogóle był dobry miesiąc. Ten kwiecień. Ten wywiad, jeden czy drugi. Ta wiadomość znienacka, od obcego człowieka, o dziwnej porze i w dziwnej sprawie. A mimo to uśmiecham się do każdej nowej, bo pierwsza pomnożyła się wielokrotnie. Ach, i spotkania, spotkania, spotkania. To przy stole, z kieliszkiem czerwonego wina i papierosami w oknie z widokiem na Pragę. Albo żoliborskie, tak miłe, jakby w ogóle się nie wydarzyło. Albo to z B., z którym nie widziałam się już drugi miesiąc, a rozmawiamy tak, jakbyśmy kontynuowali dopiero co przerwaną rozmowę. Tylko na Grochowie było smutniej, ale wiem, że Grochów się zmieni, że tam też przyjdzie maj. A na Kopernika dostałam pierwszy w życiu mandat. Kiedyś trzeba.

I Spring Break. Mieszkałyśmy z B. na ulicy Woźnej, na której kiedyś, według miejskich legend, rezydował kat. Dziś pozdrowienie memento mori zapewnia obecność zakładów pogrzebowych, ciągnących się wzdłuż całej ulicy i wybiegających aż za skrzyżowanie, tak jakby bardzo chciały dołączyć do pozostałych, a już nie mogły się zmieścić pod adresem legendarnego poznańskiego kata. Danse macabre ustępował jednak miejsca poznańskiej doczesnej radości, a trumienne witryny nie straszyły nawet podczas nocnych powrotów pod znakiem muzyki i odrobiny, odrobiny wina. Pamiętam Poznań sprzed kilku lat, podróżowanie pociągiem w prawie każdy weekend. Miałam wtedy 19 lat i teraz odwiedzając te uliczki, które w mojej pamięci były już trochę zakurzone i wydeptane, przypominałam sobie tamte dni i mrugałam do nich okiem. Springbreakowy Poznań to muzyka, pokonywanie metrów sumujących się w kilometry po całym dniu. Odwiedzanie barów i słuchanie kilku taktów albo pod wrażeniem pozostawanie na dłużej.

W czwartek wszyscy mieliśmy Lewe Łokcie, w piątek było nam tęskno, a w sobotę groziliśmy sobie: Umrzesz. Ale to nie wszystko. Sztuką jest usłyszeć podczas festiwalu wszystko i wszystkich, ja usłyszałam mniej niż chciałam i planowałam. Gdzieś po drodze mijanie znajomych i zmienianie planów, albo pozostanie na koncercie, na którym było się już przecież tyle razy, że setlistę zna się prawie na pamięć i z pamięci można odtworzyć ruchy wokalisty na scenie. Temu wszystkiemu towarzyszy jednak poczucie, że warto, że trzeba płynąć z prądem improwizacji i nie kalkulować. Kogo zatem słyszałam? Nie w całości i nie od początku, nie do końca i nie zawsze w pełni uważnie, ale byłam i odhaczam: L.Stadt, Baika, Wasio, Lemon, Nixes, Krzysiek Zalewski, O.S.T.R., Kortez, Coma, Mikromusic, Leepeck, Baranovski i Muchy po latach. Znakomity Stefan Wesołowski zagrał w półmroku i w strachu, aż nie chciało się wychodzić z sali przepełnionej gęstymi oddechami słuchaczy. Przy tęskno poleciały łzy? Nie tylko podczas tego koncertu. Troj zawiódł. Nie dotarłam na koncert Ofelii. Nie byłam też na kilku, po których po mieście krążyły plotki i zachwyty. A Umrzesz? Ach, Umrzesz. Zaskoczenia nie było, choć zastanawiam się, co panowie zrobią z materiałem. Bo w Poznaniu było za krótko, pod każdym względem.

W połowie uratowane z katastrofy zdanie. Poznański Rynek nad ranem i tańce do starych przebojów. Szerokie czerwone spodnie wpasowały się idealnie w takt muzyki i rozmów. Głośny śpiew na scenie, niedopowiedzenia poza nią. Pożegnania, które nie chciały się kończyć, które chciało się przedłużać, których w ogóle nie powinno być. Senne powroty do domu, do pracy, do rzeczywistości, na balkon.

Sąsiadka znowu pali. Krzaki nie zmartwychwstały. Pod blokiem przybywa zaparkowanych rowerów. Jakiś facet w marszu podciąga szorty tak, że obejmują mu brzuch, a nie pośladki. W plastikowej reklamówce, którą niesie, obijają się o siebie butelki. Znaczy się, majóweczka.

Reklamy

Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Każdy ma w sobie coś z Grincha

Może dlatego, że wstałam dziś tuż przed szóstą, żeby zdążyć na poranny program w radiu (choć przecież lubię z okna Myśliwieckiej obserwować wschodzące słońce). A może to zbierane po kątach przez cały tydzień zmęczenie i nieprzespanych kilka dodatkowych godzin, ale byłam dziś przez chwilę Mr. Grinchem. Przeklinałam przedświąteczny harmider, nazywając go nawet świątecznym syfem. Pękłam. Na kilkanaście minut miałam ochotę przeskoczyć już do lutego.

Ja, która sprawę prezentów załatwiła w listopadzie. Ja, fanka uroczystych kolacji, długich przygotowań i długich czerwonych sukienek, w końcu miłośniczka pieczenia ciast. Ja, która z radością małej dziewczynki w wigilijny poranek wkłada pod choinkę prezenty. Ogółem – ja, kochająca cały ten świąteczny syf.

IMG_20171212_225454_918

Robiony w złości sernik może okazać się sernikiem Pana Grincha. Słonym, niezbyt pulchnym, przypieczonym albo przesuszonym. W duchu zawsze śmiałam się z artykułów o przedświątecznej depresji, wybuchach niepohamowanego płaczu i agresji nasilających się pod koniec grudnia. Dziś wiem, że po świecie chodzi wielu Grinchów i jest to całkiem normalne. Choć świat, zalany stresem i poplątany jak lampki choinkowe składowane na strychu, już taki normalny nie jest. Swoją drogą, zakładanie na choinkę tych poplątanych lampek wykracza poza kategorię syfu, to jest już całkiem porządna badziewna karma za lenistwo przy jak najszybszym ich zdejmowaniu.

To był fantastyczny tydzień. Bardzo męczący i pracowity. Przed świętami wszystko jest bardziej męczące i zawsze jest dużo więcej pracy. Udzielam się przy kilku świątecznych programach, proszę uważnie nasłuchiwać PR3.

Czerwona sukienka i Koszyki nocą. Albo radiowe wigilie i żarty w muzycznym gronie. Świetna sprawa. Był też LemON w Palladium i piękny intymny koncert. Gratuluję i dziękuję za świąteczną kartkę dostarczoną na radiowe biurko. Kawa z P. wczoraj. Czekałam godzinę, bo godzinę wyjeżdżał z parkingu podziemnego w centrum handlowym (świąteczny syf). Ale gdy już się spotkaliśmy, musiała pojawić się dolewka pysznej kawy z dripa. P. rozumie muzykę w podobny sposób. Dobrze porozmawiać i o muzyce, i o braku akceptacji pędu za oknem, i o życiowym syfie też dobrze porozmawiać. Odwiedziłam też GC, tak jak zawsze, kiedy 22 grudnia jestem jeszcze w Warszawie. W tym roku po raz kolejny byłam.

„You’re a mean one, Mr. Grinch”. Każdy jest czasem Grinchem, niezależnie od pory roku. Trzeba napić się wina albo pomyśleć o ukochanej osobie. Albo zjeść trochę przepysznego ciasta z whisky, którego nie da się nie polubić. Po kawałek albo dwa zapraszam tuż po świętach. A póki co jutro wstać z dobrym nastawieniem. Bo może warto czasem odpuścić, wybrać sobie dobre wspomnienie i mieć ciągle ten jeden obraz przed oczami.

Bo ze mnie wcale nie jest taki zły Mr. Grinch. Nawet jeśli się nie uśmiecham, uśmiecham się do ciebie w środku. Wystarczy, że spojrzysz.

A w święta? Włożyć sweter z niedźwiedziem polarnym, popatrzeć na mieniącą się choinkę i popijając wino pomyśleć, że tę choinkę trzeba będzie za chwilę rozebrać. I to dopiero jest syf.

A na serio, to życzę nam miłości. Na święta i cały rok!

 

Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.

Again and again

Słuchaliście? Przed chwilą w trójkowym „Topie Wszech Czasów” w pełnej wersji wybrzmiało „Again”. Z miejsca 3. spadło w tym roku na  8. A ja, niezależnie od pozycji w notowaniu, mam swoje miejsce do słuchania tego utworu właśnie tego konkretnego dnia. Leżę na podłodze z uchem przy głośniku. 1 stycznia to połączenie smakuje najlepiej.

W 2016 roku, po 14 latach od wydania albumu „You All Look The Same To Me”, na którym „Again” się znalazło, ja usłyszałam ten numer na żywo. A „Top Wszech Czasów” i początek nowego roku to świetny pretekst do tego, aby przypomnieć moją recenzję najlepszego koncertu roku ubiegłego. Koncertu Archive, oczywiście.

wgkawki-6972
Fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Jeśli ktoś jeszcze nie zna zespołu Archive, a nazywa siebie słuchaczem, powinien nadrobić braki w muzycznej edukacji. Najlepiej rozpocząć szkolenie od posłuchania grupy na żywo. Pożałuje się każdej minuty, w której nie było się fanem Brytyjczyków.

Po wydaniu nowej płyty Archive ruszyło w kolejną trasę. W ramach „Kings Of The False Foundation Tour” zespół zagrał w Polsce dwa koncerty: w Warszawie oraz Poznaniu. I tradycyjnie – nie zawiódł.

Torwar to koncertowo niebezpieczne miejsce. Można paść na kolana lub wyjść z poczuciem zażenowania. I choć należę do grupy sceptycznie nastawionych do warszawskiej hali przy Łazienkowskiej, nie wyobrażam sobie innego miejsca w stolicy, gdzie Archive mogłoby zaprezentować się równie dobrze.

Rozpoczęli od „Driving In Nails”, wyznaczając tym samym kierunek całego wydarzenia. Celem była gra świateł, oszczędność w słowach i absolutne skupienie na dźwiękach. Podczas wstępu zespół od publiczności oddzielała swojego rodzaju kotara. Dzięki niej wizualizacje wyświetlały się na dwóch płaszczyznach – za i przed zespołem, co zbudowało znakomity klimat już na początku koncertu. Zespół grał zamknięty w czterech ścianach sceny jak w telewizorze, na którego ekranie wyświetlał się obraz. Obraz muzyki. Emocje były jeszcze większe, gdy kurtyna niespodziewanie opadła, bo wydawało się, że muzycy odgrodzili się od słuchaczy na dobre i nie zamierzają tego zmieniać. Kotara powodowała napięcie oraz wprowadzała atmosferę wyjątkowości. Dlatego nie przeszkadzałaby mi jej obecność nawet przez te dwie kolejne godziny.

wgkawki-6564

Na setlistę złożyły się głównie utwory z najnowszego krążka „The False Foundation”, a tytułowy singiel zabrzmiał wręcz brawurowo. Nie zabrakło jednak utworów z poprzednich płyt i wokalistki Holly Martin. Choć jej głos nie pojawia się na ostatnim krążku, Holly towarzyszy zespołowi podczas nowej trasy. Na Torwarze zabrzmiały więc „Kid Korner”, „You Make Me Feel” czy „Crushed”. Po dwunastu utworach zespół zagrał pierwszy bis, na który złożyło się aż pięć numerów. Wszystko to dało ponaddwugodzinny znakomity, przesycony muzyką i emocjami popis. Ponadto ładunek wrażeń zwiększała oprawa wizualna. Genialne, nowoczesne wizualizacje, idealnie dopasowane do utworów, wprowadzały słuchacza w trans oraz dopełniały to, co słyszał i potęgowały to, co czuł.

wgkawki-1138

Bo Brytyjczycy na Torwarze zagrali po prostu znakomity spektakl. Nie koncert, nie show, bo do showmanów im bardzo daleko. Pollard Berrier, gdy nie grał, stał nieruchomo, jakby zahipnotyzowany, w czarnym kapeluszu naciągniętym na głowę, z czarnymi długimi włosami opadającymi na ramiona, w czarnej pelerynie, która dodawała mu jeszcze więcej tajemniczości. Berrier ujmuje przede wszystkim sceniczną charyzmą. Patrzenie na niego przyprawia o dreszcze. Patrzenie na niego jest intymnym aktem zachwytu drugim człowiekiem. Patrzenie na niego boli, bo dystans, który muzyk stwarza i mur, który buduje przed słuchaczem, są absolutnie nie do pokonania. I to jest piękne.

wgkawki-6464

Darius Keeler wpadał w swój własny trans za syntezatorami, Holly Martin z dziewczęcym wdziękiem pojawiała się i znikała, a Dave Pen, jak zwykle odgrywał klasyczną rolę oszczędnego w słowach chłopaka z gitarą. Jednak publiczność wybaczyła zdawkowe przywitanie i cicho wypowiadane „dziękuję” pomiędzy utworami, gdy Pen wszedł na scenę, aby zaśpiewać bis numer dwa. Bo to właśnie podczas drugiego bisu wybrzmiało „Again”. Złośliwi powiedzą, że większość słuchaczy przyszła na koncert tylko dla tej jednej piosenki. Że to jedyny znany przebój Brytyjczyków i odcinają od niego kupony. Ja mówię, że warto poświęcić wszystko, aby usłyszeć „Again” na żywo. Nawet w skróconej, akustycznej wersji. Bo to są rozpacz, ból, cierpienie, miłość, złość i nienawiść podane w jednej skondensowanej i znakomicie napisanej kompozycji.

wgkawki-7105

Zaraz po wyjściu z Hali Torwar, napisałam: „To był najlepszy koncert w moim życiu”. Byłam podekscytowana, rozemocjonowana i roztrzęsiona. Po powrocie do równowagi mogę wykrzyczeć to samo ponownie. Chcę więcej. Takich emocji, takiej muzyki i takich koncertów. Więcej Archive, Archive i Archive.

http://www.anywhere.pl/article,1662,Archive-w-Hali-Torwar

wgkawki-1509wgkawki-1174wgkawki-1533wgkawki-6870wgkawki-1291wgkawki-6776wgkawki-6735wgkawki-6916wgkawki-6946wgkawki-1195

Zdjęcia: Darek Kawka dla Anywhere.pl

Lato mija, ja… rozwijam skrzydła

Czy to już pora, by podsumować lato? Czy ostatnie dni sierpnia oznaczają okrutny koniec? Przegraną w nierównej walce o przedłużenie festiwalowych nocy, czytania w słońcu na balkonie i koncertów pod gołym niebem? Jest dla nas nadzieja. Bo jesień to czas premier.

 

To było bardzo pracowite lato. Cotygodniowe programy z Panem Markiem, w sierpniu nawet w wymiarze XXL, bo od 9. Wstawałam więc (z przerwą na Ostródę) tuż po 6, gdy na Gocławiu było jeszcze całkiem cicho, a sąsiadki ze szpilkami w dłoniach wracały z piątkowego snu nocy letniej. Czasem wypijałam jeszcze kawę, następną już z MN w radiu, ale i tak po 12 wracałam do domu i momentalnie zasypiałam, dołączając do wspomnianych już sąsiadek odsypiających w swoich mieszkaniach na naszym osiedlu.

Nie trafiłam nawet marnej trójki w Lotka, chociaż systematycznie, jak sumienna uczennica, kupony nabywałam i z nadzieją oraz dolarami w oczach potem liczby sprawdzałam.

W mieszkaniu było tyle słońca, że miałam tu swoje prywatne Los Angeles. A na balkonie to nawet afrykańską dżunglę. Pisałam, czytałam, podlewałam miętę w doniczce, która wieczorem tak pięknie oddawała swój zapach, gdy siedziało się i gadało pod gwiazdami.

Pracowałam. Czy ciężko? Gdy praca to przyjemność, ciężar jak puchowe piórko – przyjemnie łaskocze, tylko momentami irytując, gdy zamienia się w słowo „termin” albo nie chce ułożyć się w tytuł. I się nad tym tytułem myśli, i wierci, i krąży się po mieszkaniu, z pokoju na balkon, w tę i we w tę, i się na przykład płucze suche gardło wodą, a potem winem, tłumacząc sobie, że woda nie pomaga. Aż w końcu przychodzi moment, że się, powiedzmy, człowiek potyka o krawężnik albo jedzie człowiek rowerem nad Wisłę. I się tytuł sam wymyśla, albo i się przypadkowo spotyka innego człowieka, z którym się za chwilę wywiad zrobi. I znowu jest lekko, i to piórko jest przyjemne, i ma piękny odcień bladoróżowy. Może tak sobie wyobrażam wenę?

Muzyka jest najważniejsza, więc słuchałam muzyki. Przyznam, że w dużych ilościach, chociaż wygrzebywałam starocie, ukochane stare jamajskie brzmienia albo smooth jazzowe składanki, które idealnie dopasowywały się do pogody. Koncertem wakacji był niezaprzeczalnie koncert Alborosiego w Ostródzie. Korzenne, rootsowe, zawodowe show. Zapomniałam o całym świecie i wpatrywałam się tylko w tego jamajskiego Włocha z dredami do kostek. Śledziłam z uwagą Opener’a, choć w łóżku pod kołdrą, bo tamte lipcowe noce były dość chłodne. I nie tylko przez transmisję koncertu, w trakcie której miałam ciary na całym ciele, pokochałam M83. I nie uwierzycie, ale Pan Marek także. Najnowszy album „Junk” grał przez cały sierpień w Tonacji i Markomanii. M83 w Warszawie w listopadzie. Będę.

No i co ty jeszcze, Budka, robiłaś przez całe wakacje? Muzyki słuchałaś?

BANG!

Zrobiłam wywiad z Radzimirem Dębskim.

BANG! 

Na przystanku w centrum Warszawy czytałam wiersze z Jackiem Cyganem.

BANG!

Zrobiłam trzy wywiady okładkowe: z Kortezem, Leskim i Januszem Radkiem. Ten pierwszy hula już po sieci. Zobaczcie, zapraszam.

Anywhere – Kortez: Kosmos w głowie

BANG!

13978009_1344629762229064_2000889125_o
Z Leskim, fot. Monika Szałek

Biegałam po mieście szukając miejsc na sesje, wypożyczając rowery, siedziałam na chodniku przed hotelem i gadałam o rzucaniu korporacji, w planetarium prawie poleciałam w kosmos, piłam grappę z Jackiem Cyganem, a z Leskim chyba z dziesięć kaw. A niedługo będzie słodko, bo spróbuję Cukierków. Tych muzycznych Cukierków.

13950756_1344666002225440_383079593_o
fot. Monika Szałek

Zadzwonił dziś mój wydawca i powiedział: „Budka, dobra robota”. Więc myślę sobie – Budka, dobra robota.

Sierpniu, trwaj

To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc, wywyższam go ponad wszystkie. Gdy przychodzi, uśmiecham się częściej. Słońce jest już inne, dojrzałe, nie takie młodociane i narwane jak w lipcu. Sierpień płynie w zwolnionym tempie. Wśród zbóż i dojrzałych owoców. W rytmie reggae.

To takie trzy dni w roku, które chciałoby się przedłużyć do grudnia. Nieważne, czy pada, czy jest jamajski upał. Trzy dni z małą ilością snu, całodobową muzyką i zwykłym, najprostszym poczuciem szczęścia. To nie puste słowa, bo takie trzy dni ładują baterie do następnego sierpnia.

DSC05433

Zakładam te spodnie tylko raz w roku. A skoro wyciągam je z dna szafy, znaczy to, że za chwilę jadę na Festiwal w Ostródzie. Który raz? Nie liczę. Lubię poszukiwania miejsca na polu namiotowym, lubię tę ekscytację, gdy wchodzi się po raz pierwszy na teren festiwalu. Lubię niosące się echo podczas porannych prób na głównej scenie. A najbardziej lubię moment, gdy mijam osoby, które kojarzę z lat poprzednich. Bo wiem, że za rok też się spotkamy. To ludzie tworzą ten festiwal, rzucają wszystko, biorą urlopy w pracy, odkładają obowiązki i pielgrzymują. Do Ostródy.

WP_20150809_042

Edycja przy użyciu Lumia SelfieW piątek, 12 sierpnia, nie ma mnie. Dla nikogo. No, może dla Ady, która będzie ze mną pod sceną. I jestem jeszcze dla Jafii, Tabu i Damiana Syjonfama. Bo w takiej kolejności grają po sobie w piątkowe popołudnie na głównej scenie. Oczywiście, że każdy zespół słyszałam już na żywo. Nie raz, nie dwa, także w Ostródzie. Ale te koncerty to wymarzone rozpoczęcie festiwalu, które nada całości najlepszego z możliwych szlifu. Szukajcie mnie pod sceną, nie dzwońcie, nie odbiorę.

Cieszę się, że po latach usłyszę Paraliż Band, który w Ostródzie świętuje 20. urodziny. Pamiętam ich koncert na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Tam stawiałam pierwsze festiwalowe kroki i pokochałam reggae. Zostało do dziś.

Nowozelandzki Katchafire brzmi obiecująco, cała jamajska gwardia także dobrze się zapowiada. Oczywiście największy apetyt wzbudza Alborosie, to obowiązkowy punkt programu w sobotę. W niedzielę Vavamuffin. Ile razy można być na ich koncercie? Odpowiadam – nieskończenie wiele.

IMG_20160729_195234.jpg

Ostatni tydzień to aż trzy koncerty, połaziłam po Warszawie i łapałam zachwyty. Najpierw Piotr Zioła w (zamykającej się!) Plażowej. Młody i skromny, chociaż mógłby z bezczelnością dwudziestolatka i manierą gwiazdy rozdać karty na polskiej scenie. I tak rozdaje, bo broni się raz – dobrymi kompozycjami, a dwa – głosem, który jest jednym z lepszych młodych męskich głosów w tym kraju. Piotr świetnie zaśpiewał na żywo, a jeśli do tamtej pory oddałam mu, powiedzmy, połowę serca, drugą połowę już wziął sam, wykonując na scenie We Can Work It Out, czyli jeden z moich ulubionych beatlesowych utworów. Czekam na Piotra w większej sali.

Była także Bovska w Stacji Mercedes. Miejsce podobało mi się bardziej niż muzyka. Choć płytę mam i od czasu do czasu ląduje w odtwarzaczu. Bovska skupia uwagę na świetnym wizerunku. Okładka, strój sceniczny, nawet jej słodkie i bardzo sympatyczne wypowiedzi -wszystko w pastelowych barwach, a więc i do siebie pasuje, i emanuje optymizmem. Wynudziłam się, co rzadko zdarza mi się na koncertach. Dlatego Martini smakowało tak dobrze.

Na koniec dobra stara – chciałoby się powiedzieć – Fonetyka. Owszem, to nie są debiutanci, bo od wojaczkowej płyty minęło pięć lat. Już nie w trio, bo do zespołu dołączył nowy basista, chłopaki przygotowują płytę z tekstami Grzegorza. TEGO GRZEGORZA. W tej kwestii zawsze będę nieufna i aż zatrzęsłam się ze strachu na wieść o planach zespołu, który wskrzesił Wojaczka. Do tego stopnia, że włożył mi Wojaczka do łóżka, do myśli i mózgu. Ja żyłam z Wojaczkiem, który miał głos Przemka Wałczuka. Przemku, tym razem nie staniesz się dla mnie Ciechowskim. Nie rób tego. On jest i tak nieśmiertelny. Fonetyka nie podeptała, jak niestety wielu dotąd, pamięci ale i kultu Ciechowskiego, wspinając się po jego plecach ku kasie i chwilowej karierze. Koncert mnie uspokoił, bo poczułam, że nowa płyta będzie najlepszą ze wszystkich. Aura też była wyjątkowa. Koncert odbył się w ramach Otwartej Ząbkowskiej, w podwórzu starej praskiej kamienicy. Spędziłam jeden z lepszych wieczorów tego lata. Z Wojaczkiem, Ciechowskim i Fonetyką. Miałam dobre towarzystwo.

IMG_20160731_215728