Tydzień

_DSC4173.JPG

W tydzień można wiele się o sobie nauczyć. Odrobić zaniedbaną lekcję z poznawania własnego ja, wyciągnąć wnioski i zmądrzeć. Tydzień można dobrze przeżyć. Tydzień może być zbiorem samych dobrych dni.

W tydzień można przejść na dietę i z niej zrezygnować, schudnąć i przytyć, napisać książkę (wersja dla utalentowanych) albo całkiem niezły tekst (wersja dla mniej utalentowanych, ale równie chętnych). W tydzień można się też zakochać. Polecam, bo potem ma się czas na inne sprawy, stanie w kolejkach na poczcie albo po odbiór płaszcza z pralni, a nie marnuje się cennych chwil na osiąganie stanu miłości. Dla odważnych wersja zakochania w jeden dzień – ryzykowne, aczkolwiek czas oszczędzony do maksimum. Zakochanie jest żmudne i męczące, jeśli włożymy je w kompaktowe pudełko jednego dnia, może okazać się całkiem przyjemne. W tydzień można się i odkochać, choć i tu działa zasada ograniczenia do 24 godzin.

W tydzień można się nauczyć, że kompromis z samym sobą nie jest dobry. Że kawa i wuzetka to za dużo cukru jak na jeden raz, że to może spowolnić działanie umysłu, który pijany glukozą nie będzie podrzucał dobrych decyzji.

Nie ulegać, nie wierzyć w obietnice pięknej przyszłości, jeśli przeszłość depcze ci po piętach. Słuchać siebie, ufać intuicji. Nie powtarzać sobie – tym razem zrobię inaczej. Bo to inaczej nie jest w zgodzie z twoim i nigdy nie będzie.

W tydzień można przesłuchać kilka nowych płyt. Jessie Ware, Ghostpoet albo Marka Napiórkowskiego. Ted Nemeth na pierwszym miejscu w tym rankingu. Z nowości oczywiście także „L” Grzegorza Turnaua. I „Zbyt piękna noc”, która robi spustoszenie w głowie. Piosenki o miłości mogą brzmieć w uszach i sercu nie tylko przez tydzień, ale i przez całe życie.

Tydzień przynosi wiele szans na muzykę na żywo. Na Natalię Nykiel w Stodole i pierwszy koncert z nowym materiałem albo na Sirens Hill w Hard Rock Cafe. Albo Pink Freud z projektem Punk Freud w Trójce. W tygodniu dobrze jest zadzwonić po kumpla i wyciągnąć go do centrum. Zorientować się, że kumpel w kumpelskim zespole też ma kumpla. Albo usłyszeć, że zespół, któremu kibicujesz, tworzy muzyk z rodzinnego miasta. K. ma rację, świat liczy 30 osób.

W tydzień można odwiedzić stare domowe kąty. Spotkać się przy piwie i przy herbacie. Zasnąć w łóżku w pokoju, gdzie 10 lat temu pisało się pamiętnik. Kiedyś ciągnęło mnie stąd na zewnątrz, dziś to zewnątrz wpycha mnie od czasu do czasu do tego azylu. Z dystansu lepiej się żyje, można stanąć na środku dziecięcego pokoju, obrócić się dookoła na pięcie i uśmiechnąć do minionego tygodnia.

W tydzień może cię spotkać dużo dobrego. Czy to znaczy, że wykorzystałeś limit na ten miesiąc?

PS Decadent Fun Club. Jeśli nie znacie, poznajcie.

fot. P. Rajkowski

Reklamy

Niewidzialna

IMG_20170629_030454_869

Czasami czuję się niewidzialna. Czuję się tak, kiedy w kolejce do kasy stoję za osobą z koszykiem wypchanym zapasami na cały tydzień, a ja chcę tylko kupić do kawy mleko bez laktozy (bo okazuje się, że obok słabej muzyki, chamstwa oraz literówek w tekstach nie toleruję także laktozy). Czuję się przezroczysta, gdy wnoszę po schodach rower, a mija mnie mięśniak, który mógłby unieść ten rower razem ze mną, ale pewnie kropla potu spłynęłaby mu po plecach pod tą białą koszulką z luksusową metką. I taka niewidzialność mi przeszkadza.

Jestem także niewidzialna w radiu, co akurat jest częścią tej trudnej do opisania słowami magii, jaką radio posiada. Jestem niewidzialna dla słuchaczy, choć czasem uświadamiają sobie moją obecność. Odbieram od Państwa, słuchaczy, telefony, bo to także część pracy wydawcy. Wiele osób do dziś pyta mnie, o co właściwie chodzi w byciu wydawcą. Otóż – może to oznaczać wszystko.

Pomagam, nadzoruję, odbieram wspomniane telefony, dbam, żeby to, co Państwo słyszą na antenie, znalazło się później na internetowej playliście. Co to była za piosenka w siedemnastej minucie audycji? Dzięki takiej osobie jak wydawca, szybko i sprawnie można się tego dowiedzieć. Kiedy pan Marek Niedźwiecki był w Australii, a „Markomanię” prowadzili „druhowie zastępowi”, raz zostałam nazwana nawet „zbawcą-wydawcą”. Bo radio na żywo to wcale nie taka bułka z masłem. Zawodzi sprzęt, ludzie, audycję może popsuć niedyspozycja maszyn, ale i osób, które to radio tworzą. I choć wiem, że w świadomości słuchaczy sobotniego programu już jakiś czas temu zapisało się moje nazwisko, to wciąż funkcjonuję pod postacią niewidzialną i niesłyszalną. Debiut na antenie Trójki miałam już kilka lat temu, jednak nie tęskniłam za radiowym mikrofonem. Do czasu.

Tydzień temu przemówiłam. Stałam się na raz widzialna i słyszalna. Tomek Żąda, któremu zawdzięczam to, że w Trójce się znalazłam, zaprosił mnie do swojego programu. Mogłam zagrać ulubione utwory, mogłam mówić do słuchaczy. Czerwona lampka w studiu mnie nie paraliżuje, jest raczej miłym symbolem, ale tego dnia oznaczała, że to chwila dla mnie, że to właśnie ja mam głos.

Siła rażenia Trójki jest ogromna, wiem to, od kiedy zaczęłam słuchać stacji. Ale nie podejrzewałam, jak szeroki odbiór będzie miało to, co zaprezentowałam ja, a co przygotowywałam przez kilka nocy poprzedzających program, mówiąc do siebie i wyobrażając, że mój stół kuchenny stoi w studiu i oto jestem na żywo na antenie Trójki – TEJ TRÓJKI.

Do dziś odbieram maile od słuchaczy, którzy dziękują za program, ale to ja dziękuję, że go słuchali. Dawno temu, kiedy prowadziłam autorski program w lokalnym płockim radiu, po zakończeniu audycji zadzwonił słuchacz, który powiedział, że gdy zaczynała się audycja, wjeżdżał do garażu i siedział w nim tak jeszcze przez godzinę. W tamtym momencie uznałam to za najlepszą recenzję audycji i do dziś się tego trzymam. To niewiarygodne, ilu z Was, moich znajomych i nieznajomych, było ze mną tego dnia! Wiem, że słuchaliście w domach, pijąc kawę, wiem, że słuchaliście w pracy, udając przed szefami, że zajmujecie się ważnymi fakturami, wiem, że sączyliście w trakcie whisky i opijaliście mój sukces, choć był to środek dnia (Wojtek, Marcin!). Za wszystko dziękuję!

Przyznałam się na antenie do nie jednej, a kilku niespełnionych miłości, z czego powstał tytuł audycji „Poszukiwanie miłości w muzyce”, ale to przecież nie moje wyznania, a muzyka była ważna i to ona tak bardzo się wam, Państwu, MOIM słuchaczom spodobała.

Zaczęłam od Pablopavo i Ludzików, bo uwielbiam Pawła teksty i nikt nie śpiewa o Warszawie tak jak on. Następnie – The Skints – których płyta dotarła do mnie dziś, a od których nie mogę uwolnić się od tegorocznego festiwalu w Ostródzie, a przecież reggae w audycji musiało się pojawić. Później zagrałam Brygadę Kryzys, bo utwór „To co czujesz” jest wspomnieniem z początków świadomego słuchania muzyki, kiedy dzięki dźwiękom zaczęły rodzić się silne emocje. Dalej – ze względów oczywistych – Grzegorz Ciechowski. Nie umiałam wybrać jednego utworu, bo jak wybrać jeden z tekstów Ciechowskiego, przy których płaczę, piję wino, śmieję się, przeżywam wszystko, co mnie w życiu spotyka? Losowo padło na „Śmierć w bikini”. Zagrałam też Archive, bo po raz pierwszy na żywo usłyszałam ich w studiu Trójki, siedziałam wtedy w trzecim rzędzie i nie mogłam przestać patrzeć na Pollarda Berriera. Michael Kiwanuka był wspomnieniem Open’era, znakomitego Open’era. Na antenie wybrzmiał też Leski, którego teksty czytam jak poezję, a kilka sekund na koniec audycji zostało dla Johna Legenda, który jest pewnie tak wielkim romantykiem jak ja, dlatego tak świetnie muzycznie się dogadujemy. W zanadrzu miałam także innych artystów, i choć godzina upłynęła mi jak kilka minut, to antena niestety nie rozciągnęła się na tyle, żebym mogła ich wszystkich zaprezentować.

Zatem tak grałam w audycji „Ja tu gram”. Żyję tym do dziś i pewnie jeszcze długo nie przestanę. I nieśmiało podrzucam link, gdzie można tego wszystkiego jeszcze raz posłuchać.

http://www.polskieradio.pl/9/3686/Artykul/1829132,Poszukiwanie-milosci-w-muzyce-Tak-gra-Ola-Budka

Dobrze jest mieć swój głos. Głos w postaci muzyki. Mając to, mogę pozostać niewidzialna.

3, 5 i 55 (czyli Trójka obchodzi urodziny)

Kiedy pięć lat temu stanęłam przed zielonymi szklanymi drzwiami, nie wierzyłam, że się przede mną otworzą. Pięć lat później otwieram te drzwi wchodząc do domu, bo Myśliwiecka 3/5/7 to adres mojego drugiego warszawskiego domu.

IMG_20170401_135200.jpg

Sto lat to za mało, dziś, w dniu jej urodzin, życzmy Trójce dużo więcej. 55 lat temu Trójka zaczęła nadawać na falach ultrakrótkich, a pierwszym szefem redakcji muzycznej został Mateusz Święcicki. UKF zostało już tylko w nazwie jednej z audycji, a imieniem Święcickiego nazwano nagrody przyznawane przez Trójkę – czyli jej dziennikarzy.

Ci przez lata się zmieniali, wielu dziś znanych z innych mediów, rozpoczynało swoją pracę właśnie na Myśliwieckiej. Przez Trójkę przeszła fala ikon polskiego dziennikarstwa. Ale też fala ikon osobowości, charyzmy, profesjonalizmu i wszelkiej maści ludzi NAJ. 55 to kawał historii, przez 55 lat Trójka wypracowała sobie miano „kultowej”. Czy to dobre słowo? Kult Trójki to dobro i zło. Czasem jej przeszkadza, bo kultowemu nie wolno mieć słabości i wad, więc za potknięcia i słabe punkty jest wytykana. A dobro to wszystkie dobre słowa od słuchaczy, to wspólne koncerty w studiu Osieckiej i te promienne uśmiechy, które widzę, gdy podczas programów odwiedzają nas fani.

O Trójce nieraz już pisałam, to z potrzeby opisania trójkowych historii i spotkań z artystami założyłam ten blog. Pisałam i nadal piszę, aby nie zapomnieć wielu historii związanych z radiem i mną w radiu. Spektakularnych wpadek nie miałam, ale pamiętam, jak w „Markomanii” mieliśmy telefonicznie połączyć się z Mario Biondim, z którym Marek Niedźwiecki miał rozmawiać o zbliżającym się koncercie. W takich sytuacjach najczęściej zawodzi sprzęt, tak było i tym razem, więc kiedy w końcu się dodzwoniłam i za kilka sekund miałam już wpuszczać na antenę człowieka po drugiej stronie słuchawki, okazało się… że to nie Biondi, a jego przyjaciel, który przez cały czas tłumaczył, gdzie ów Biondi jest, a ja zaaferowana sytuacją w reżyserce w ogóle go nie zrozumiałam.

Najbliższe są mi audycje, przy których trochę „majstrowałam”. Na początku w „Muzycznej Poczcie UKF” prowadzonej przez Tomka Żądę, potem współtworzyłam także prowadzoną przez Tomka „Historię pewnej płyty”. Teraz – a to teraz trwa drugi rok – mam „Markomanię”. Prowadzi ją Marek Niedźwiecki, ale gdy wyjeżdża, do tablicy przywołuje się „druhów zastępowych”. To stare określenie Pana Marka na swoich zastępców w „Liście przebojów”, ale śmiało możemy je przenieść także do współczesności. Druhami byli: Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek, Ania Szarmach, Magda Umer, Adam Nowak, Kuba Badach, Wojtek Olszak i Marcin Kydryński. Radzili sobie świetnie, choć były momenty, kiedy musiałam być wydawcą-zbawcą. Wydawcą „Siesty” także zdarzyło mi się być, wówczas prowadziła ją Aga Zaryan. Ale co tydzień jestem tak naprawdę „kaziem” – to też zwrot z czasów, kiedy pomocnicy liczyli kartki z głosami na „Listę”. Jestem więc „kaziem” dwa lata i jestem na właściwym miejscu, choć pewnie ten „kazio” już nie taki mały i za chwilę będę „kazimierą”.

Reakcje na moją pracę w Trójce były różne – od eurofii, przez dumę, strach, zdziwienie i wymowne milczenie. Najbardziej lubię te spontaniczne przejawy sympatii, kiedy ktoś mówi mi, że słucha Trójki od dzieciństwa, że zawsze chciał poznać kogoś stamtąd. Takie spotkania są zawsze szalenie miłe. Tak jak to dzisiaj, kiedy słuchacze przynieśli wielkie torty urodzinowe i 55 ciastek z cyfrą 3 na każdym z nich. Przyszli także tata z synem w trójkowej czapce i trójkowym szaliku. Takie przypadki spotykam najczęściej – dorosłych słuchaczy wychowanych z radiem, których dzieci od małego zaraża się Trójką. Ja takim dzieckiem nie byłam, nie mam do nikogo o to pretensji, nie zmieniłabym tego, nawet jeśli bym mogła. Ta Trójka gdzieś po drodze do mnie dotarła.

Lubię jej magentowe logo, lubię jej redakcję, lubię i pielęgnuję wszystkie związane z nią wspomnienia. Wierzę, że Trójka przeżyje dłużej niż następne 55 lat.

Zdjęcie główne nie jest przypadkiem. Po prawej stronie oczywiście urodzinowy baner wiszący na ogrodzeniu przed wejściem do budynku radia. Po lewej stronie widok na ulicę Myśliwiecką i chodnik, na którym ciągnęła się kolejka fanów podczas dnia otwartego w 2012 roku. Stałam daleko daleko za widoczną tam latarnią. Ale wystałam, weszłam i już z Trójki nie wyszłam. Dziękuję.

A to wspomniane dzisiejsze słodkie prezenty.

IMG_20170401_164613.jpg

Wiosennie i sennie

73260310

Zgubiłam gdzieś dzień. Przepadł mi w niepościelonym łóżku, śniadaniu zjedzonym o jedenastej i popołudniowej drzemce. Przesilenie wiosenne gorsze od najpaskudniejszej grypy.

To nie wymówka na lenistwo, ja naprawdę fatalnie reaguję na zmianę pogody.  A jeśli tej towarzyszy jeszcze zmiana czasu – no to umarł w butach. Panie świeć nad nienapisanym kolejnym rozdziałem magisterki, stertą prania, która miała dziś wylądować w pralce, kilkoma mailami, na które nie chce się i NIE MOŻE odpisać i tymi szpilkami, co to stoją w progu od piątkowej nocy.

Jutro biorę rozwód z kanapą, która ma magiczną moc. Oprócz tego, że jest piękna, bo w kwiatki i pasuje mi do wystroju mieszkania, to najkrótsza chwila na niej spędzona przeradza się w kilkugodzinną drzemkę. Ale jakkolwiek by się człowiek starał – w nocy to zaklęcie nie działa. Dlatego od jutra siadam na podłodze, bo miarka się przebrała.

Znajomy powiedział mi niedawno, że wyglądam na niebywale zmęczoną. Jak to możliwe, kiedy się tyle śpi? Przespałam pewnie trzy czwarte tego cholernego przedwiośnia, choć jak się okazuje, nie był to beauty sleep. Nienawidzę cię, zakało wszystkich pór roku. Zgiń, umrzyj, przepadnij.

Wolny zawód to dar i przekleństwo. Ale to nie tak, że ja spać nie lubię. Wręcz przeciwnie. Podobno w przedszkolu, gdy chodziłam do starszej grupy, w której już się nie leżakowało, wychowawczyni – oczywiście na prośbę małej Oli – zaprowadzała mnie do młodszych dzieci, żebym razem z nimi ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. Do dziś mi to zostało. Łykam drożdże – podobno idealne na wiosenne samopoczucie – i idę spać. Więc nie czuję, jak się po tych drożdżach czuję.

Niech będzie, że zbieram siły na bardzo intensywny muzyczny tydzień. W sobotę, 1 kwietnia, Trójka obchodzi  55. urodziny. Jestem z nią prawie 5 lat, więc także mam co świętować. Z okazji urodzin najlepszym prezentem dla słuchaczy i nas – miłośników muzyki z Myśliwieckiej – będą koncerty i ich transmisje ze studia Agnieszki Osieckiej. Zaczynamy 31 marca od koncertu Brodki, dzień później Edyty Bartosiewicz, poza tym na antenie będzie można usłyszeć także zespół Kroke, ojca i braci Waglewskich oraz projekt Dylan.pl. A już we wtorek będę z wypiekami na twarzy siedzieć niecierpliwie na krześle w trójkowym studiu koncertowym i słuchać… powiedzieć nie mogę, ale pochwalę się po fakcie. Płyta już czeka, gotowa do podpisania.

fot. P. Zmarzły

Kazio i druhowie zastępowi

Kto ze słuchaczy wie, o co chodzi? Oczywiście ten, kto śledzi historię „Listy Przebojów Programu III”. Tym razem druhowie zastępowi przejęli stery „Markomanii”. 

Każdy dał kawałek siebie. Każdy zagrał inaczej. Każdy czuł na plecach odpowiedzialność, w końcu mówiło się w zastępstwie Marka Niedźwieckiego. Przez 6 tygodni zmieniali się kolejni prowadzący, a ja ich czujnie obserwowałam. Ja, czyli kazio. A piszę to tylko po to, żeby pochwalić się zdjęciami. Przecież słyszeliście na antenie, jak świetnie sobie poradzili, prawda?

markomania
Realizatorka Agnieszka Łukasiewicz i ja, trzymająca Casha fot. D.Kawka

Kim są „kaziowie” i „druhowie zastępowi”? Tłumaczę to w mojej pracy licencjackiej poświęconej Markowi Niedźwieckiemu. Powstaje nowa, już magisterska. Także o Trójce.

„Wraz z upływem czasu i wzrastającą popularnością audycji narodziła się potrzeba pomocy przy organizacji każdego wydania. Niedźwiecki wyłaniał pomocników spośród fanów, którzy przychodzili na Myśliwiecką podpatrzeć swojego idola przy pracy. Nazywał ich kaziami, co szybko stało się określeniem powszechnie stosowanym. Skąd ta nazwa? Ciekawą historię przytacza sam szef w książce Lista Przebojów Programu Trzeciego. ABC druhów zastępowych i kaziów:

Określenie kazio wzięło się stąd, że w 1984 (…) byłem w Indiach, w Singapurze, w Tajlandii, Malezji i był tam taki kolega lekarz, który do wszystkich mówił „ty, Kaziu”. Pytam go: Dlaczego ty mówisz „kaziu”, skoro to nie jest Kazio?Bo tak mi łatwiej i nigdy się nie pomylę.

Tak więc, aby nie robić przykrości współpracownikom z powodu zapominania imion, wszystkich, nawet dziewczyny, Niedźwiecki nazywał kaziami. Pomocnicy liczyli głosy, kontaktowali się ze słuchaczami wygrywającymi konkursy oraz czuwali nad zmianą taśm, z których na początku grało się muzykę. W gronie licznych współpracowników Niedźwiedzia byli między innymi Paweł Stasiak, który później został liderem zespołu Papa Dance, czy Halina Wachowicz, która współpracuje z Markiem Niedźwiedzkim do dziś. Jak sama wspomina:

Marek Niedźwiecki powiedział podczas Listy, że szuka osób, które chciałyby mu pomagać. Nie wierzyłam, że się dostanę, ale ponieważ bardzo mi zależało, poszłam. (…) Niestety miałam problemy z językiem angielskim i odpadłam, ale zapytałam Niedźwiedzia, czy mogłabym mimo wszystko przychodzić i w czymś pomagać, a on się zgodził. I z tej grupy tylko ja zostałam w Trójce do dziś, reszta się wykruszyła.


Lista druhów zastępowych, czyli wszystkich tych, którzy prowadzili Listę podczas nieobecności Niedźwieckiego, nie ogranicza się jedynie do nazwisk Barona i Metza. Przez trzydzieści trzy lata istnienia programu, siłą rzeczy prowadzących musiało uzbierać się wielu. Wiesław Weiss wymienia ich w 33 x Trójka. Są to: Roman Rogowiecki, Paweł Sito, Paweł Kostrzewa, Piotr Stelmach, Grzegorz Miecugow, Wojciech Mann, Rafał Turowski, Beata Pawlikowska, Piotr Kaczkowski, Agnieszka Szydłowska, Wojciech Zamorski oraz Marcin Łukawski – ci dziennikarze zastępowali Niedźwiedzia najczęściej. Pozostali, między innymi Alina Dragan, Kuba Strzyczkowski, Mariusz Owczarek, Tomasz Żąda czy Artur Orzech, występowali w roli prowadzącego sporadycznie, raz lub dwa razy. Wszyscy druhowie zastępowi w licznych wywiadach czy wspomnieniach jednogłośnie deklarują, że prowadzenie Listy było przede wszystkim ogromnym stresem spowodowanym pragnieniem, by nie dać słuchaczowi do zrozumienia, że chce się być Markiem Niedźwieckim. Miecugow w książce o druhach zastępowych tak to wyjaśnia:

Ogólne wrażenie z tych wszystkich moich notowań, które prowadziłem, mam takie, że za każdym razem tam gdzieś musiał być Marek (…) Zorientowałem się, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby udawać, że to mój program. Ja ostentacyjnie cały czas przywoływałem Marka, na przykład przygotowując się wcześniej i wycinając z taśmy jakieś jego zdania.”


Na czas swojego pobytu w Australii pierwszym druhem zastępowym Marek Niedźwiecki mianował Wojtka Olszaka. Czytelnikom Wojtka przedstawiać nie trzeba, ale warto wspomnieć, że jest cenionym i znakomitym pianistą, kompozytorem, producentem i… fanem „Markomanii”. Zaś jako pierwszy utwór w nowej odsłonie programu wybrzmiała na antenie kompozycja Wojtka – „Szklanka szaleństwa” z repertuaru Woobie Doobie, z gościnnym udziałem Piotra Cugowskiego, Kuby Badacha oraz Ani Szarmach.

Tydzień drugi – Kuba Badach. Kuba robi show nawet wtedy, gdy nic nie robi. U nas tańczył, śpiewał, mówił, żartował, był znakomity od pierwszej do ostatniej sekundy bycia na antenie.

wgkawki-2666
Kuba Badach, fot. D. Kawka

Rozpoczął program utworem „Work To Do” Avarage White Band i z roboty, którą miał do wykonania, znakomicie się wywiązał. Zagraliśmy także The Beatles, Maxwella, James’a Taylor’a oraz Kubę Badacha. Uśmiałam się jak nigdy.

Audycja numer 3. Adam Nowak, który przyniósł ze sobą spokój, ciepło i odrobinę zadumy. Gdy w drugiej godzinie zagrał „Już” w wersji koncertowej z Andrzejem Jagodzińskim, pierwszy raz wyszłam ze studia realizatora. Chyba sama dziwiłam się swojej reakcji. To coś więcej niż słuchanie utworu z płyty i zupełnie coś innego niż koncert na żywo. Słyszałam utwór i patrzyłam na jego wykonawcę. Ale przecież jego usta nie składały się w wypowiadane słowa. Adam Nowak siedział nieruchomo i przysłuchiwał się dźwiękom. Jeśli mam płakać w radiu, to tylko na taki widok i z taką muzyką w tle. Posłuchajcie.

14858757_10211020003885469_393126193_o
Adam Nowak fot. D.Kawka

Po trzech tygodniach panowania mężczyzn, w audycji numer cztery na fotelu prowadzącego zasiadła kobieta. Anna Maria Jopek to, jak przecież wszyscy zaproszeni do tego wyjątkowego projektu, przyjaciółka Trójki. Czuła się więc jak u siebie, grała swoje, mówiła swoje, ze swoim wdziękiem. Na przywitanie zacytowała fragment „Australijczyka”, a chwilę później ów Australijczyk zadzwonił do studia! Reakcja była oczywista – niepohamowany wybuch radości. Jeśli trzy kobiety w studiu piszczą do telefonu, to po tej drugiej stronie może znajdować się tylko Marek Niedźwiecki. Pani Anna zagrała po kobiecemu, pięknie i nastrojowo. Była Joni Mitchell, Barbra Streisand, była Basia i Shirley Horn.

Tydzień później wyjątkowo, bo także w sobotę, przed mikrofonem zasiadł Marcin Kydryński. Jego radiowy dzień to przecież niedziela, kiedy po południu wybrzmiewa przytulna „Siesta”. W „Markomanii” nie zabrakło południowych rytmów, ale słuchacze mogli usłyszeć także Marka Knopflera, Johna Mayera oraz Paula McCartneya.

Audycja numer 6, ostatnia. Last but not least – przed mikrofonem, tym razem jednak nie po to, by śpiewać, wokalistka Dorota Miśkiewicz. Po pięknym wstępie poświęconym zmarłemu Cohenowi, Miśkiewicz zaprezentowała w pierwszej godzinie utwory polskie, w drugiej zagraniczne. I w jednej, i w drugiej radziła sobie świetnie, jak rasowy prezenter radiowy z wieloletnim doświadczeniem.

Mamy w Polsce wiele cudownych perełek. Znakomitych Artystów, wielkie osobowości, z charyzmą, talentem i sercem do muzyki. W „Markomanii” wystąpiła przecież tylko garstka z nich. Ale to wystarczyło, bo każdy z prowadzących włożył w pracę właśnie to muzyczne serce. Cieszę się, że mogłam ich ugościć, pomóc i podglądać przy pracy. Dziękuję!

PS Wyprowadzam się, choć tylko jedną nogą. Na Anywhere.pl już za chwilę ruszy mój blog, na którym – tak jak tu – będzie rządzić muzyka. Mam tam interesujących sąsiadów, między innymi Andrzeja Saramonowicza oraz Grzegorza Małeckiego, dlatego zaglądajcie i czytajcie. Przystanku nie zamykam, nie śmiałabym go porzucać!

PPS Wszystkiego najlepszego, Przystanku! Skończyłeś właśnie dwa lata.

Lato mija, ja… rozwijam skrzydła

Czy to już pora, by podsumować lato? Czy ostatnie dni sierpnia oznaczają okrutny koniec? Przegraną w nierównej walce o przedłużenie festiwalowych nocy, czytania w słońcu na balkonie i koncertów pod gołym niebem? Jest dla nas nadzieja. Bo jesień to czas premier.

 

To było bardzo pracowite lato. Cotygodniowe programy z Panem Markiem, w sierpniu nawet w wymiarze XXL, bo od 9. Wstawałam więc (z przerwą na Ostródę) tuż po 6, gdy na Gocławiu było jeszcze całkiem cicho, a sąsiadki ze szpilkami w dłoniach wracały z piątkowego snu nocy letniej. Czasem wypijałam jeszcze kawę, następną już z MN w radiu, ale i tak po 12 wracałam do domu i momentalnie zasypiałam, dołączając do wspomnianych już sąsiadek odsypiających w swoich mieszkaniach na naszym osiedlu.

Nie trafiłam nawet marnej trójki w Lotka, chociaż systematycznie, jak sumienna uczennica, kupony nabywałam i z nadzieją oraz dolarami w oczach potem liczby sprawdzałam.

W mieszkaniu było tyle słońca, że miałam tu swoje prywatne Los Angeles. A na balkonie to nawet afrykańską dżunglę. Pisałam, czytałam, podlewałam miętę w doniczce, która wieczorem tak pięknie oddawała swój zapach, gdy siedziało się i gadało pod gwiazdami.

Pracowałam. Czy ciężko? Gdy praca to przyjemność, ciężar jak puchowe piórko – przyjemnie łaskocze, tylko momentami irytując, gdy zamienia się w słowo „termin” albo nie chce ułożyć się w tytuł. I się nad tym tytułem myśli, i wierci, i krąży się po mieszkaniu, z pokoju na balkon, w tę i we w tę, i się na przykład płucze suche gardło wodą, a potem winem, tłumacząc sobie, że woda nie pomaga. Aż w końcu przychodzi moment, że się, powiedzmy, człowiek potyka o krawężnik albo jedzie człowiek rowerem nad Wisłę. I się tytuł sam wymyśla, albo i się przypadkowo spotyka innego człowieka, z którym się za chwilę wywiad zrobi. I znowu jest lekko, i to piórko jest przyjemne, i ma piękny odcień bladoróżowy. Może tak sobie wyobrażam wenę?

Muzyka jest najważniejsza, więc słuchałam muzyki. Przyznam, że w dużych ilościach, chociaż wygrzebywałam starocie, ukochane stare jamajskie brzmienia albo smooth jazzowe składanki, które idealnie dopasowywały się do pogody. Koncertem wakacji był niezaprzeczalnie koncert Alborosiego w Ostródzie. Korzenne, rootsowe, zawodowe show. Zapomniałam o całym świecie i wpatrywałam się tylko w tego jamajskiego Włocha z dredami do kostek. Śledziłam z uwagą Opener’a, choć w łóżku pod kołdrą, bo tamte lipcowe noce były dość chłodne. I nie tylko przez transmisję koncertu, w trakcie której miałam ciary na całym ciele, pokochałam M83. I nie uwierzycie, ale Pan Marek także. Najnowszy album „Junk” grał przez cały sierpień w Tonacji i Markomanii. M83 w Warszawie w listopadzie. Będę.

No i co ty jeszcze, Budka, robiłaś przez całe wakacje? Muzyki słuchałaś?

BANG!

Zrobiłam wywiad z Radzimirem Dębskim.

BANG! 

Na przystanku w centrum Warszawy czytałam wiersze z Jackiem Cyganem.

BANG!

Zrobiłam trzy wywiady okładkowe: z Kortezem, Leskim i Januszem Radkiem. Ten pierwszy hula już po sieci. Zobaczcie, zapraszam.

Anywhere – Kortez: Kosmos w głowie

BANG!

13978009_1344629762229064_2000889125_o
Z Leskim, fot. Monika Szałek

Biegałam po mieście szukając miejsc na sesje, wypożyczając rowery, siedziałam na chodniku przed hotelem i gadałam o rzucaniu korporacji, w planetarium prawie poleciałam w kosmos, piłam grappę z Jackiem Cyganem, a z Leskim chyba z dziesięć kaw. A niedługo będzie słodko, bo spróbuję Cukierków. Tych muzycznych Cukierków.

13950756_1344666002225440_383079593_o
fot. Monika Szałek

Zadzwonił dziś mój wydawca i powiedział: „Budka, dobra robota”. Więc myślę sobie – Budka, dobra robota.

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

Jak pisałam o Liście Przebojów Trójki

Kończę czwarty rok studiów dziennikarskich i wybieram temat pracy magisterskiej. Znowu radiowo. I przypominam sobie, jak rok temu nanosiłam ostatnie poprawki do licencjatu. Pogoda sprzyjała jak dziś, ja przy smooth jazzie – przy którym do teraz pisze mi się najlepiej – kończyłam jeden z najważniejszych tekstów. Bo o Trójce, bo o radiu, bo trochę o mnie. Pamiętam, że opublikowałam tu jedną część (Tutaj), daję Wam następną. Miłej lektury!

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Część 2. Lista Przebojów Programu Trzeciego na przestrzeni lat

To naturalne, że przez ponad trzydzieści trzy lata istnienia formuła Listy ulegała zmianom. Rewolucji uległo to, co tworzy audycję, czyli głosowanie na piosenki, ale i sama Lista „wędrowała” po ramówce stacji. Jak pisze Weiss w 33 x Trójka, na początku Listę Przebojów można było śledzić w sobotnie wieczory, od dwudziestej do dwudziestej drugiej.
W 1990 roku przeniesiono ją na piątek, by 17 lat później znowu na sobotę. Od 2010 roku widnieje w ramówce znów w piątkowe wieczory.[1] Początkowo zestawienie wyglądało następująco: dwadzieścia utworów w głównym notowaniu i dziesięć w uzupełniającym zestawieniu, czyli Poczekalni. Niedźwiecki przyjął zasadę, że piosenka, która zsuwa się z listy, nie trafia do Poczekalni. Wbrew temu, kilku zastępujących Niedźwieckiego, praktykowało taki sposób. Z ubiegiem lat zestawienie się wydłużało. W 1983 roku Poczekalnia miała już dwadzieścia miejsc, następnie w ogóle zniknęła, wróciła w wymiarze dziesięciu miejsc, by znowu przepaść. W 1989 roku było już pięćdziesiąt miejsc (w tym Poczekalnia najpierw dziesięć, potem w 1990 roku dwadzieścia miejsc). Tak Lista wygląda do dzisiaj – trzydzieści utworów w podstawowym zestawieniu, dwadzieścia miejsc w Poczekalni.

Jednak żeby piosenka pięła się lub opadała w zestawieniu, w ruch ten muszą wprowadzić ją głosy słuchaczy. Te najpierw przyjmowano na kartkach pocztowych, na których głosujący musiał zapisać dwa tytuły – jeden polski i jeden zagraniczny. Od 1984 roku były to już trzy dowolne utwory, od 1986 pięć, a od 1989 roku dziesięć.[2] Głosowano również telefonicznie, a przy aparatach dyżurowali wspomniani kaziowie, głównie Halina Wachowicz. Przełomem był rok 1996. Latem tego roku uruchomiono system, dzięki któremu fani mogli głosować na piosenki przez internet. Z czasem ta droga głosowania wyeliminowała pozostałe. „Myślę, że głosowanie internetowe uratowało Listę, kartek przychodziło coraz mniej” – wspomina Marek Niedźwiecki w książce Lista Przebojów Trójki. ABC druhów zastępowych i kaziów.

„Nie wiem, ile ludzi głosowało kartkami, bo tego nie liczyliśmy. Najwięcej głosów dostała chyba Biała flaga Republiki. 1700 kartek pocztowych to było coś. Pierwszy zmasowany atak nastąpił jednak w przypadku Autobiografii Perfectu. Ponad 1400 głosów. Z tym, że druga piosenka w zestawieniu miała już grubo mniej niż 1000.”[3]

Muzycznym ewenementem, jeśli chodzi o pobyt na Liście, jest zespół ArchiveOd premiery, 1 listopada 2002 roku, piosenka Again utrzymała się w zestawieniu 79 tygodni. To prawie dwa lata nieustannej obecności na Liście, w tym pięciokrotnie na miejscu pierwszym.[4]

Ważnym elementem całej machiny radiowej są realizatorzy. I tak jest również w przypadku Listy, do której sukcesu przyczynili się także ci, których nie było słychać na antenie. Pierwszym realizatorem Listy i tym, który zaproponował odejście od grzecznego i poukładanego wizerunku Niedźwieckiego jako pana od listy przebojów był Marek Dalba. Poza nim program realizowali bądź realizują nadal Barbara Głuszczak, Elżbieta Malinowska, Roman Chomicz, Jan Gadomski, Michał Jakubik, Agnieszka Łukasiewicz i Zofia Kruszewska. Ta ostatnia tłumaczy:

Lista Przebojów zawsze uważana była za program najtrudniejszy w realizacji – i to prawda: wymaga większej koncentracji, jeszcze bardziej – niż zazwyczaj – współpracy. Jest szybsza, dużo w niej kreatywnej zabawy – oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu.”[5]

To realizatorzy odpowiadają za dźwięk, który słychać w eterze – począwszy od głosu prowadzącego po dżingle. A te ostatnie w Liście również mają swoją historię.

Początek każdego programu to połączone fragmenty dwóch utworów grupy Ultravox: The Ascent oraz Your Name (Has Slipped My Mind Again). Kolejnym charakterystycznym dżinglem jest podkład z utworu The Look of Love zespołu ABC. Nowość w zestawieniu zapowiada z kolei fragment z Into The Lens z repertuaru Yes. W trakcie czytania skrótu notowania słuchacze najczęściej mogą usłyszeć Blow duetu Sophie & Peter Johnstone, Out of Touch Darylla Halla i Johna Oatesa lub Life’s What You Make It grupy Talk Talk. Jednak z pewnością najciekawsze z dżingli to te, będące wyciętymi fragmentami rozmów telefonicznych ze słuchaczami. Takie dżingle są montowane na bieżąco i nie żyją na antenie zbyt długo. Znany przed laty był między innymi dźwięk, w którym dziewczęcy głos powtarzał: „Ja chcę do Marka, ja chcę do Marka …”[6]

Lista Przebojów Programu Trzeciego nie zawsze nadawana jest ze studia przy Myśliwieckiej. Od czasu do czasu organizowane są tak zwane listy wyjazdowe, które Trójka realizuje w różnych miastach w Polsce. Takie audycje miały miejsce między innymi w Augustowie, Szklarskiej Porębie czy we Wrocławiu (np. 17 kwietnia 2015 roku).[7] Marek Niedźwiecki znany jest jednak z tego, iż do tego typu przedsięwzięć podchodzi raczej sceptycznie, a kwintesencją takiego podejścia jest jego cytat z książki Marcinkowskiego i Jarosza: „No i notowania wyjazdowe – kompletna beznadzieja, generalizując.”[8] Na moje pytanie o Listę nadawaną z Wrocławia redaktor odpowiedział tymi samymi słowami.

Taki sam „zachwyt” budzą u Niedźwieckiego wszelkie jubileusze Listy. Pierwszy raz świętowano 100. wydanie Listy w 1984 roku. Później była osiemnastka, ćwierćwiecze, trzydziestolecie oraz najświeższe – 33. urodziny Listy Przebojów zorganizowane 24 kwietnia 2015 roku w studiu im. Agnieszki Osieckiej.[9] Niedźwiecki za każdym razem jednak podkreśla, iż te specjalne notowania to dla niego ogromny stres. „Nienawidzę notowań jubileuszowych i właściwie chciałem wziąć urlop na 1500., bo wszyscy oczekiwali, że my zrobimy szpagat, a my tego szpagatu nie umiemy robić” – mówił w wywiadzie z Marcinkowskim i Jaroszem. „Myślę, że na antenie dla słuchacza, który siedzi w domu, to brzmi okropnie. Tutaj jest ciżba ludzka, pełno gości i wszyscy mówią miłe słowa, że fajnie. Właściwie co ja mam na to mówić?”[10]

Nie należy zapomnieć o dwóch znaczących notowaniach, odbywających się równolegle do Listy Przebojów w regularnych odstępach czasowych. Pierwszy to Top Wszech Czasów wymyślony przez redaktora Niedźwieckiego. Przedstawiany jest zawsze w pierwszy dzień nowego roku, a od wielu lat niezaprzeczalnym triumfatorem zestawienia jest zespół Dire Straits z utworem Brothers in Arms.[11]

Drugim zestawieniem – i tu inicjatorami było trzech Piotrów, czyli Metz, Baron i Stelmach – jest Polski Top Wszech Czasów istniejący na antenie od 2008 roku. Ten z kolei prezentowany jest w pierwszych dniach maja. Jeden z założycieli tak to komentuje:

„Sukces podstawowego Topu spowodował, że polski odpowiednik był czymś naturalnym. Radia mają obowiązek grać dużo polskich utworów, a z tym czasem jest problem. Co prawda Trójka miała od zawsze tradycję grania po polsku, ale taki top dodatkowo pozwala grać sporo polskiej muzyki.”[12]

W tym zestawieniu zwycięzcami byli Czesław Niemen z utworem Dziwny jest ten świat (Polski Top Wszech Czasów, wydanie numer 1,2,3 oraz 6), Republika z Białą flagą (Polski Top Wszech Czasów numer 4 i 5), zespół Sztywny Pal Azji i ich Wieża radości, wieża samotności (Polski Top Wszech Czasów nr 7), zaś w 2015 roku triumfowała grupa Perfect z przebojem Autobiografia.[13]

Jeden z kaziów, Dariusz Fabisiak, współpracujący z Niedźwieckim w latach 1985 – 1989 tak wyjaśnia fenomen Listy:

„Być może Trójka była po prostu jedyną w tym momencie stacją, która prezentowała taką muzykę, jakiej słuchacze oczekiwali. Nikt tu nikomu nic nie narzucał. Były inne radiostacje, które prezentowały inną, swoją muzykę, natomiast Trójka miała specyficznych słuchaczy, którzy w zasadzie słuchali tylko Trójki.”[14]

Natomiast Grzegorz Miecugow, były dyrektor Trójki ale też jeden z druhów zastępowych, wspomina:

„Świetny to był czas dla polskich zespołów – pojawiały się te wszystkie zespoły jak Republika, Lady Pank, Oddział Zamknięty, Armia, Hołdys z Perfectem, potem Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, jakieś Dezertery czy początki T.Love. (…) To wszystko zaczynało się od Trójki, bo każdy artysta, który coś wartościowego zrobił, sam chciał, żeby to się pojawiło w Trójce. To było najlepsze miejsce.”[15]

Marek Niedźwiecki w książce 33 x Trójka powiedział:

„Najlepsze okresy Listy przypadają na dobrą passę polskiej muzyki. Pamiętam taki czas, kiedy najwyżej notowanym polskim wykonawcą, na siedemnastym miejscu, był zespół Wilki. To najsłabszy okres w historii Listy, mało ludzi wtedy głosowało. Największe emocje wywołuje bowiem polska muzyka. I jeżeli polska muzyka dobrze stoi, wtedy jest więcej głosów; jeśli słabiej, głosów jest mniej …”[16]

Pozytywne odczucia ma Piotr Metz, który mówi:

Lista ciągle jest fajnym przewodnikiem po tym, co się dzieje. Chyba nawet bardziej niż kiedyś. W latach osiemdziesiątych różnica między tym, co było na rynku, a tym, co było na Liście, wynosiła może 1%, a może w ogóle jej nie było. Teraz tak nie jest, bo jest taki zalew różnych rzeczy, że Lista jest pewnym wyborem (…).”[17]

Dla wielu słuchaczy, z różnych pokoleń, Lista Przebojów Programu Trzeciego była i jest wyrocznią. To na niej Polacy kształtują swoje gusta muzyczne. Marek Niedźwiecki przez lata wypracował ogromne zaufanie społeczne, bo jeśli coś znajdzie się na Liścieto znaczy, że jest dobre. Słuchanie audycji to swojego rodzaju rytuał, tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Maj 2015

[1]  Weiss W. (2012), 33 x Trójka. Poznań: Vesper, s. 33.
[2] Ibidem, s. 33.
[3] Jarosz J., Marcinkowski J. (red.), (b.d.) Lista Przebojów Programu Trzeciego.
ABC Druhów Zastępowych i Kaziów
. Świeszyno: Agencja Wydawniczo-Artystyczna jotem3.pl, s. 14.
[4] Lista Przebojów Programu 3, http://lp3.polskieradio.pl/wykonawca/artykul387,87435_archive.aspx (10.05.2015).
[5] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 94.
[6] W. Weiss (2012), op. cit., s. 44.
[7] Trójka we Wrocławiu – mieście z Trójkowym Znakiem Jakości (2015), http://www.polskieradio.pl/9/29/Artykul/1422926,Trojka-we-Wroclawiu-miescie-z-Trojkowym-Znakiem-Jakosci (dostęp: 10.05.2015).
[8] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 19.
[9] Sto lat Liście Przebojów Programu 3! (2015), http://www.polskieradio.pl/9/201/Artykul/1428743,Sto-lat-Liscie-Przebojow-Programu-3 (dostęp: 10.05.2015).
[10] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 18.
[11] Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/topnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[12] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 113.
[13] Polski Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/polskitopnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[14] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 55.
[15] Ibidem, s. 118.
[16] W. Weiss (2012), op. cit., s. 24.
[17] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 115.