Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka
Reklamy

35 lat

12347849_1191469984200722_538070184117841061_n

8 grudnia 1980 roku został zastrzelony John Lennon.

08.12.1980 (poniedziałek) – To miał być zwykły, choć bardzo pracowity dzień. John zaczął go wcześnie – ok. 7.30, o 9.00 pojawił się u fryzjera, prosząc o fryzurę którą nosił w latach 50-tych. Przed 10.00 był z powrotem w domu, gdzie wspólnie z Yoko udzielił wywiadu dla RKO Radio. Ta trwająca ok. 90 minut rozmowa to historia jego życia w pigułce. John mówi w niej m.in. „Było tylko dwoje artystów, z którymi mogłem pracować więcej niż raz. To Paul McCartney i Yoko Ono. Myślę że to wspaniały wybór. Jako poszukiwacz talentów nieźle sobie poradziłem. (…) Ciągle wierzę w miłość, ciągle wierzę w pokój, ciągle wierzę w pozytywne myślenie. Zawsze traktowałem swoją pracę jako całość i mam nadzieję, że nie zostanie ona zakończona dopóki nie umrę i mnie nie pochowają, co mam nadzieję nie nastąpi zbyt szybko”. Tuż po południu do mieszkania Lennonów przybywa fotoreporterka magazynu „Rolling Stone” Annie Liebovitz. Fotografuje parę do 15.30, robiąc m.in słynne później zdjęcie nagiego Johna, który w pozycji embrionalnej obejmuje Yoko. Miała to być ich ostatnia wspólna profesjonalna fotografia. Być może żadna inna lepiej nie oddaje tego dziwnego związku.

12299366_1191469997534054_364593922917424035_n

Ok. 16.00 John, Yoko i ekipa radia RKO wychodzą z Dakoty, John prosi o podwózkę do studia, ponieważ jego limuzyna się spóźnia. John ma na sobie czarną skórzaną kurtkę Gapa, z której kupna jest niezwykle dumny. W międzyczasie podpisuje płytę jednemu ze stojących pod budynkiem fanów. To właśnie on zabije Lennona za kilka godzin. W aucie jeden z radiowców odważa się w końcu zadać muzykowi bezpośrednie pytanie o Paula McCartneya. John odpowiada „Kocham go, jak można nie kochać brata?”. Po dotarciu do studia John pracuje nad utworem Yoko „Walking on thin ice”. W przerwie telefonuje do swojej ciotki w Anglii – Mimi – informując ją, by przygotowywała się na jego przyjazd do Liverpoolu w najbliższym czasie . Ok 22.30 sesja dobiega końca, John właśnie nagrał ostre partie gitary – są to ostatnie dźwięki jakie zarejestrował.

Producent płyty Mark Douglas odprowadza Johna i Yoko do windy. John rzuca „Widzimy się rano”. Wspólnie zastanawia się z Yoko czy jechać najpierw coś zjeść, czy zajrzeć do domu, czy ich 5-letni syn Sean już spi. John upiera się, by jednak najpierw zajechać do Dakoty. Kiedy docierają na miejsce, Yoko wysiada pierwsza, John idzie kilka kroków za nią. Kiedy wchodzą w mrok potężnej bramy wejściowej budynku (w którym Polański nakręcił „Rosemary Baby”), ktoś za plecami woła „Mr Lennon!”. Zamachowiec przyjmuje pozycję strzelecką i oddaje pięć strzałów w kierunku Lennona. Jest 22.52. John trafiony w plecy i w ramię zdoła jeszcze wejść do Dakoty, mówi do strażnika „pomóż mi , zostałem postrzelony” i upada twarzą na podłogę, rozsypując taśmy z nagraniem „Walking on thin ice” i obficie krwawiąc z ust. Yoko histerycznie błaga o pomoc. Strażnik wzywa policję i pogotowie i nakrywa Johna swoim płaszczem, zdejmując mu zakrwawione okulary. Założenie jakiekolwiek opatrunku nie ma sensu – krew jest wszędzie. Jako pierwsi na miejsce docierają policjanci, którzy aresztują nie stawiającego oporu zabójcę, który zajął się w międzyczasie czytaniem „Buszującego w zbożu” Salingera. Zapytany, czy wie co zrobił, odpowiada – „Właśnie zastrzeliłem Johna Lennona”. Policjanci widząc stan Lennona, decydują się nie czekać na karetkę i wnoszą jego ciało na tylne siedzenie swojego wozu. Podnosząc Lennona z posadzki słyszą trzask łamanych kości. Ruszają w szaleńczym tempie do najbliższego szpitala – odległego o zaledwie kilka przecznic Roosevelt Hospital, jeszcze z drogi informują oddział ratunkowy by był gotowy na przyjęcie postrzelonego. Jednocześnie pytają Lennona: „Czy Pan na pewno jest Johnem Lennonem? John odpowiada: „Tak”. „Jak się czujesz?” – „Boli mnie”. W kolejnym aucie policyjnym jest wieziona Yoko, która histerycznie krzyczy „Powiedzcie mi, że to nieprawda!”. W szpitalu lekarze podejmują dramatyczną a walkę, szef Emergency Room Stephan Lynn podejmuje decyzję o otwarciu klatki piersiowej rannego i ręcznym masażu jego serca. Przed salą siedzi jeden z pacjentów, który obserwuje przez uchylone drzwi dramatyczne wysiłki lekarzy. W tym samym czasie szpitalny radiowęzeł zupełnie przypadkiem emituje utwór Beatlesów „All my loving” („Close your eyes, and I’ll kiss you”). Mimo szaleńczej pracy zespołu ratunkowego Johna nie udaje się uratować. Utrata krwi jest jednak zbyt wielka. Zgon zostaje oficjalnie stwierdzony o godz. 23.07. Większość Amerykanów dowiaduje się o tragedii oglądając ważny mecz w programie Monday Night Football, prowadzonym przez słynnego sprawozdawcę Howorda Cosella (który zresztą znał Johna osobiście). Podejmuje on decyzję i przerywając relację informuje o śmierci Johna.

http://www.youtube.com/watch?v=5gcdz1IRVoM

10 minut po północy doktor Lynn wychodzi przed szpital do dziennikarzy i z trudem hamując łzy informuje o tym, że John Lennon nie żyje.

Dlaczego doszło do tego zabójstwa? Mimo licznych teorii spiskowych, prawda może być bardzo banalna. Nikt chciał zostać Kimś. Lekarze nie byli do końca pewni jego niepoczytalności. Od 35 lat nazwisko Nikogo jest jednak nierozerwalnie związane z nazwiskiem artysty, którego zamordował. Nikt nadal przebywa w więzieniu.

 

Autorem tekstu jest Paweł Błędowski. Największy fan i znawca twórczości The Beatles, jakiego kiedykolwiek poznałam. Prywatnie mój serdeczny przyjaciel. Dziękuję Ci za możliwość udostępnienia tego tekstu. 

A od siebie mogę dodać, że dziś u mnie tylko ta płyta.

WP_20151208_11_45_46_Pro

 

Sto lat dla mnie, czyli pierwsze urodziny przystanku retro

Zaczęłam od CD 1, ale od razu przeskoczyłam do utworu numer 8 – Kuba Badach z Kreszendo. I śpiewając będziesz moją muzą tanecznie przeszłam cały korytarz w to i z powrotem (całe szczęście, że korytarz długi). Potem CD 2 i utwór drugi. Keziah Jones i Sinnerman. Od niedawna moja ulubiona interpretacja tej pieśni, podchodząca z albumu NINA REVISITED: A Tribute To Nina Simone. A więc tak wyglądało moje pierwsze przesłuchanie Smooth Jazz Cafe 15. Większość utworów znam z Markomanii, przecież systematycznie tam się pojawiają. A więc po tym pierwszym grabieżczym przesłuchaniu, rozpoczynam, jak należy, od utworu numer 1 z CD 1 i dalej… (A może przy słuchaniu tej płyty stworzę jakieś dzieło? Przy SJC 14 napisałam licencjat… Marzy mi się powieść…)

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

RADIO

Dużo nowości od Marka Niedźwieckiego. Wyszła Muzyka Ciszy 3, na której znalazł się między innymi zachwycający Pascal Obispo i D’un Avé Maria. Przyznam się, że włączyłam teraz ten numer i nie mogę skupić się na pisaniu…

W księgarniach  Australijczyk już świeci żółtą okładką i zaprasza do czytania. Tego choć mało, to jest co oglądać, dużo różnokolorowych zdjęć, nie tylko kangurów i opery w Sydney.

 

 

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Kończąc temat Markomanii pochwalę się tylko jeszcze tym zdjęciem, nie komentując go wyczerpująco. Czy to źle, że chciałam zdjęcie?

sebastian karpiel bulecka
Sebastian Karpiel-Bułecka w Markomanii

I czy źle, że mam autograf?

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

WP_20151114_16_05_36_ProKtoś na fb Trójki pod relacją z wizyty Zakopower, napisał komentarz: Czy to jeszcze Trójka? Gdzie zaczyna się i kończy Trójka? Czy Marek Niedźwiecki może rozmawiać z Karpielem-Bułecką czy już nie? Czy zagrają nową płytę Margaret i Matta Duska? Nie wierzyłam, a jednak. Pan Marek powiedział, że Margaret lepsza od Duska. Ja się zakochałam w tym wydawnictwie, w dzień po premierze było już u mnie. To nie wstyd kupić tę płytę. A jeszcze lepiej kupić ją ukochanej osobie na święta.

 

 

PŁYTY

A propos nowych płyt. Mam WIR – wykłóciłam się z panią w empiku, że w dniu premiery płyta powinna być na półce. Uspokajając sytuację poprosiłam o sprawdzenie w dostawie i okazało się, że była. Miałam Pablo w dniu premiery. Płyta jest surowa, skandynawska i zimna. Jeszcze mnie nie przekonała.

wir okladka

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Jest oczywiście Michał Bajor; jest Herdzin i Szcześniak (polecam);, Daniel Bloom rozczarowująco niebloomowy, choć nadal niezły; na punkcie Simplefields – jeśli jeszcze tego nie zrobiła – to oszaleje cała Polska; Kortez późno u mnie zawitał, ale wpasowuje się w jesienne zimne wieczory; Stanisława Celińska Suplement – ciężko mi się do niej przekonać; no i świetne wydanie Maanamu na 30-lecie istnienia zespołu.

KONCERTY

Leski w Stodole przełożony na 17 lutego… czyli moje urodziny. Nie wiem, czy pójdę. Nigdy nie spędzałam urodzin na koncercie, może najwyższy czas, żeby to zrobić?

W międzyczasie też wypiłam toast na urodzinach Radia Kampus, z którym byłam związana. Zagrał Pablopavo, zagrał Taco Hemingway. Miłość do Pabla się nie zmieniła, zachwyt nad Taco przeminął.

Poznałam także muzykę Jacka Stęszewskiego, którego wokal kojarzyłam dotąd jedynie z kapeli Koniec Świata. Jacek zagrał recital w warszawskim klubie Mechanik.

WP_20151107_21_37_39_Pro

Choć bardami nigdy się nie zachwycałam, to w Jacku coś mnie urzekło. Może dająca się odczuć najnormalniejsza na świecie, najprostsza i niewymuszona radość bycia na scenie? A może całkiem niezły głos i jeszcze lepsze aranżacje? A może teksty? Jacek powiedział mi, że porównują go do Jacka Kaczmarskiego, ale czy każdy facet siedzący na scenie z gitarą musi być Kaczmarskim? Stęszewski jest Stęszewskim, całkiem niezłym Jackiem Stęszewskim. Koncertuje w całej Polsce, jeśli będzie w waszym mieście, zachęcam do zobaczenia i posłuchania go na żywo.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

W tym tygodniu ruszam na One Love Sound Fest do Wrocławia. W końcu tam dotrę, to będzie mój pierwszy raz na festiwalu i pierwszy raz we Wrocławiu! Tak to już jest, że ostródowe znajomości trwają jeszcze długo po zakończeniu imprezy, a moja znajomość z Bakshishem zaowocowała nie tylko programem w Trójce, ale też wspólnym wyjazdem na One Love. Na festiwalu Bakshish tym razem w soundsystemowej odsłonie, a w czasie kiedy ja będę tańczyć pod sceną, w Trójce emisja mojego odcinka Historii pewnej płyty o… pierwszej płycie Bakshishu z roku 1993!  Sobota, 21 listopada, godz. 18., Program III – zapraszam do słuchania!

Miało być o koncertach i spotkaniach, a tu znowu mi się miesza z radiem. Ale przecież wszystko miesza się z radiem, wszystko dzieje się wokół radia i wszytko z radiem jest związane. A szczególnie kolejne spotkanie. Wiele lat temu, przekonana o swoim talencie pisarskim i przyszłości w dziennikarstwie politycznym, trafiłam do Katolickiego Radia Płock. Chciałam spróbować swoich sił, w końcu mikrofon już wtedy nie był mi obcy. Zmieniłam zdanie zarówno o umiejętności pisania, jak i karierze w sejmie i zakochałam się w radiu. Moją Mistrzynią i pierwszą nauczycielką tego fachu, dzięki której zajęcie to stało się czymś dużo więcej niż fach, stała się i nadal jest Renata Kraszewska. Widujemy się rzadko, niedawno przyjechała do Warszawy i po 5 latach znowu mamy wspólne zdjęcie.

WP_20151105_15_52_23_Pro (3) ()

Pani Renato, Renato – dziękuję.

Minął rok od założenia tego bloga. Przez ten rok wydarzyło się tyle muzycznych rzeczy, o których tu pisałam, tyle płyt wyszło, tyle czasu spędziłam na słuchaniu muzyki! Napisałam licencjat, zostałam wydawcą w radiu, zakochałam się i odkochałam, urządziłam mieszkanie, przeprowadziłam się, a wszystkie płyty przywędrowały razem ze mną w nowe miejsce. Muzyka została, muzyka będzie zawsze. Życzę sobie, z okazji pierwszych urodzin mojego bloga, wytrwałości w pisaniu. Bo o tym, że nie stracę pasji do muzyki i radia, jestem przekonana. W końcu to blog (patrz nagłówek) – O MUZYCE, RADIU I PASJI.

Ola

Alibabki tańczą ska

PLAKAT TTAPLAKAT TTAPLAKAT TTA

Choć może nie w wydaniu, o jakim myślimy teraz, to jednak Alibabki sprowadziły muzykę jamajską do Polski. Aby to uczcić spotykamy się
15 listopada w Proximie na koncercie TRIBUTE TO ALIBABKI.

Sześć, a w późniejszych składach pięć dziewcząt śpiewających na głosy królowało w latach 70. na polskiej scenie muzycznej. Nie były ucieleśnieniem męskich snów, nie stylizowały się na seksbomby, były raczej dziewczynami z sąsiedztwa, w których odbijały się marzenia prowincjonalnych panien o zamążpójściu i zakupie pralki Frani. Z tego stereotypu czasem się wyłamywały, choćby za sprawą przeboju Tango zalotne – przeleć mnie o dość przewrotnym przekazie, ale nawet śpiewając te słowa zachowywały klasę i dziewczęcą nieśmiałość.

Alibabki założyły swój chór w 1963 r. W ’69 ukazał się najpopularniejszy longplay zespołu Kwiat jednej nocy, a tytułowy numer jest do teraz najczęściej wspominanym przebojem Alibabek. Ale to nie solowa kariera sprawiła, że zapisały się na kartach historii polskiej piosenki, choć tej kariery umniejszać nie wolno. Ale przede wszystkim Alibabki towarzyszyły gwiazdom estrady lat 60. i 70. uświetniając ich występy. Z Czesławem Niemenem zaśpiewały Jednego serca, a z Breakoutami Na drugim brzegu tęczy.

Jednak albumem, za który całe środowisko reggae składa hołd Alibabkom, jest singiel W rytmach Jamajka ska, nagrany w 1965 roku z Tajfunami – grupą wzorującą się na The Shadows, z której później ukształtowały się Bizony.

Alibabki żegnają się z twistem i śpiewają: Ale kto dzisiaj nie tańczy ska, konserwatystą jest proszę was!

50-lecie nagrania tego albumu to dobra okazja, żeby Alibabkom podziękować i hucznie świętować przy ska i reggae. Świętujemy 15 listopada w warszawskiej Proximie na koncercie Tribute to Alibabki – 50 lat muzyki jamajskiej w Polsce. Nowe aranżacje utworów Alibabek przygotowują Bartendersi, a wokalnie towarzyszyć im będzie śmietanka polskiej sceny reggae. Warto wspomnieć chociażby Jarexa z Bakshishu, Brodę z Habakuka, Dymola i Muchę z Dubsków, Damiana Syjonfama czy Dawida Portasza. Będą też same Alibabki, więc tam po prostu wypada się zjawić.

A mi się marzy, żeby tego wieczoru w Proximie było mniej współcześnie, a bardziej oldschoolowo. Żeby tak wyciągnąć z szafy sukienkę mamy sprzed 30 lat i trochę ska, a trochę bardziej hippie tańczyć pod sceną. To wymarzony koncert dla mnie – połączenie retro i reggae. Czy można lepiej?

Na koniec jeszcze garść praktycznych informacji:

TRIBUTE TO ALIBABKI
15 listopada 2015, godz. 20.00
Warszawa, Klub Proxima, ul. Żwirki i Wigury 99a
Bilety 49 zł (przedsprzedaż) / 59 zł (na miejscu w dniu koncertu)
Przedsprzedaż: biletomat.pl oraz w klubie Proxima

Widzimy się? Pewnie, że się widzimy! Z głowy czapki – wracają Alibabki!

Trójka do potęgi

Pochłonęło mnie radio. Bardzo dużo pracy, nowe obowiązki i nowe wyzwania. A dokładnie – pochłonął mnie temat Trójki.

Chcąc być wykwalifikowaną dziennikarką z wyższym wykształceniem, zaczęłam przygotowania do pisania pracy licencjackiej. Temat? Lista Przebojów Trójki i Marek Niedźwiecki. Temat dosyć oczywisty, choć dla mnie wydaje się idealny. Promotor jest zachwycony, a ja przez najbliższe miesiące będę jeszcze intensywniej zagłębiać się w życie redakcji na Myśliwieckiej.

Continue reading „Trójka do potęgi”

22 lata z życia. 22 lata polskiej muzyki

ja

17 lutego 1993 roku urodziła się wielka fanka muzyki. Ja. Choć nie od początku byłam świadoma tego, jak wielką rolę muzyka odegra w moim życiu, to przyszedł ten moment, w którym ją w końcu usłyszałam. Wpływ na to, jak postrzegam muzykę, miało wiele osób. Zespół, w którym śpiewałam, znajomi, od których czerpałam pomysły na idoli. I choć ci idole zmieniali się przez lata, to mogę śmiało stwierdzić, że teraz muzyka jest w zupełności moja. To ja uświadamiałam się muzycznie, a moja podróż przez różne gatunki była pragnieniem odnalezienia czegoś, co mnie naprawdę pochłonie. Moi rodzice nie słuchali w młodości muzyki, a na pewno nie byli jej pasjonatami. Tak więc nie znam tradycji słuchania starych płyt w gronie rodzinnym, nie mam bogatej kolekcji winyli, nie znalazłam nigdy w szafie starej gitary taty. Moja muzyka to setki godzin spędzonych na szukaniu artystów. To dziesiątki koncertów – mniej lub bardziej udanych. To wykonawcy, od których kiedyś nie mogłam się oderwać, a dziś nie jestem w stanie posłuchać ich dłużej niż kilka minut. Ale warto było przez to przejść i odkryć to, co kocham. Jeszcze wiele nieodkrytych skarbów muzycznych przede mną. I ta świadomość jest wspaniała.

Przez 22 lata mojego mniej lub bardziej świadomego muzycznie życia działo się wiele. Oto mój przegląd ważniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce rok po roku, począwszy od moich narodzin. Continue reading „22 lata z życia. 22 lata polskiej muzyki”

Najpiękniejsza piosenka miłosna?

Z pewnością już wszystkie uczucia zostały w piosenkach opisane, a mimo to najwięcej z nich traktuje o miłości. Powstało już wiele miłosnych piosenek, ale ile z nich chwyciło was tak naprawdę za serce?

Pamiętam, że gdy usłyszałam po raz pierwszy tę piosenkę, były we mnie te same emocje, o których śpiewa autor. Tak jakby doskonale wiedział i nazwał to, co przeżywałam, a czego z pewnością sama opisać bym nie umiała. Paweł Błędowski napisał piosenkę, która kiedyś pomogła mi przeżyć to, co ciężko było przeżyć. Śpiewał How can I breathe, kiedy ja nie mogłam oddychać. Śpiewał o moim życiu, mojej miłości i o mnie. Pamiętam to wzruszenie, kiedy usłyszałam po raz pierwszy to pianino i tak znajomy mi przecież głos Pawła. Takiego rodzaju wzruszenie pojawia się u mnie rzadko. Nieczęsto płaczę podczas oglądania filmów i niewiele piosenek wzruszyło mnie tak, by po policzkach spłynęły łzy. Wtedy nie lały się z oczu, lecz delikatnie spadały w dół. Nieważne już było to, co przeżywałam, ważne było, że ktoś opisał dokładnie to, co czułam. Katharsis. Oddech. I uśmiech.

To piosenka prawie doskonała. Bardzo dobry, nieskomplikowany i bardzo szczery tekst, w którym – no właśnie – wiele osób odnalazłoby siebie sprzed lat, a może i sprzed chwili. Gitara i pianino, choć to pianino jest tu najważniejsze. Nic więcej nie trzeba. Bardzo dobra kompozycja, według mnie najlepsza w dorobku muzyka.

Paweł Błędowski jest moim serdecznym przyjacielem (chyba nie nadużywam tego słowa, Pawle?), znamy się od wielu lat. Pisze wspaniałe piosenki, to utalentowany muzyk i autor. Pawle, za tą jedną, dziękuję Ci szczególnie.

Posłuchajcie nagrań Pawła, bo na to zasługuje. Choć ciągle nieznany szerokiej publiczności, kibicuję mu i życzę, aby tak się stało. Ja już moją najpiękniejszą miłosną piosenkę znalazłam, może dla kogoś jeszcze ona się taką stanie?

A co, jeśli zostanie nam tylko muzyka? Nawet ta najpiękniejsza, ulubiona, ukochana. Co, jeśli pozostanie nam tylko słuchać muzyki, wkładać kolejne płyty do odtwarzacza, zmieniać je samemu, kupować je samemu? Czy muzyka wystarczy na całe życie? Jest moja, tak bliska mojemu sercu, jest dla mnie wszystkim, ale czy tym wszystkim pozostanie? I czy tego bym naprawdę chciała?

Życzę Wam, nie tylko przy okazji Walentynek, dużo miłości – do muzyki, do życia i do ludzi.

Co ja mam z tym PRL-em?

10582818_894154107280754_4459190388372724668_o

Kto mnie zna, ten wie, że moja miłość do PRL-u jest wielka i kompletnie niezrozumiała. Nie przeżyłam nawet dnia w socrealistycznej Polsce (rocznik ’93), a mimo to tęsknota za tymi czasami wzbiera we mnie z każdym dniem jeszcze bardziej. Uwielbiam klimat PRL-u, jego prostotę i wielobarwność wyciskaną z szarości.

Nie gloryfikuję ustroju komunistycznego, choć pewnie wielu z Was tak by pomyślało. Kultura w Polsce Ludowej coś znaczyła. Ambitna muzyka czy literatura nie ginęła w zalewie bylejakości. Alternatywa nie była dobra – alternatywa była przeciętna. Inaczej niż dzisiaj. Nie wiem, czy jeździłabym do Jarocina, była hipiską, miałabym chłopaka bikiniarza czy podkochiwałabym się w młodym Zbigniewie Wodeckim. Czy przypinałabym tarczę do rękawa czy ostentacyjnie chodziła bez? Albo do której grupy bym należała – licealistek słuchających Republiki czy dziewczyn z technikum słuchających Lady Pank?

Niezależnie od wszystkiego – myślę, że pasowałabym do tamtej epoki. Choć teraz też mogę śpiewać Ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo! Ale jak te 20 lat smakowałoby 50 lat temu?

Od paru tygodni na antenie Radia Kampus mój cykl Czar PRL-u, który zrealizowałam w warszawskim Muzeum Czar PRL. Emisja w piątki o 16.30. Zamieszczałam już pierwszy odcinek, czas na pozostałe, które do tej pory zostały wyemitowane. Continue reading „Co ja mam z tym PRL-em?”