Ostróda Reggae Festival 2016 – fotorelacja

Tradycyjnie zaczynam od obrazków. Uwiecznione momenty. Zatrzymane chwile. Szkoda, że nie słychać tej muzyki w tle.

14017994_1224862930911417_580280825_n
Ostatni koncert na festiwalu, trzecia nad ranem, Vavamuffin, na zdjęciu w tle Pablopavo
WP_20160813_047
Zdjęcie na hamaku…
13995523_10153941436926676_2297580657421232568_o
I kulisy jego powstania (fot. Dawid Szczygielski)

WP_20160813_002

WP_20160813_036

WP_20160813_017

WP_20160814_056

A na koniec…

14031081_1224862820911428_1731434256_n

Obiecałam. Ada i pan będą zadowoleni.

Big up people! Do zobaczenia za rok!

 

Sierpniu, trwaj

To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc, wywyższam go ponad wszystkie. Gdy przychodzi, uśmiecham się częściej. Słońce jest już inne, dojrzałe, nie takie młodociane i narwane jak w lipcu. Sierpień płynie w zwolnionym tempie. Wśród zbóż i dojrzałych owoców. W rytmie reggae.

To takie trzy dni w roku, które chciałoby się przedłużyć do grudnia. Nieważne, czy pada, czy jest jamajski upał. Trzy dni z małą ilością snu, całodobową muzyką i zwykłym, najprostszym poczuciem szczęścia. To nie puste słowa, bo takie trzy dni ładują baterie do następnego sierpnia.

DSC05433

Zakładam te spodnie tylko raz w roku. A skoro wyciągam je z dna szafy, znaczy to, że za chwilę jadę na Festiwal w Ostródzie. Który raz? Nie liczę. Lubię poszukiwania miejsca na polu namiotowym, lubię tę ekscytację, gdy wchodzi się po raz pierwszy na teren festiwalu. Lubię niosące się echo podczas porannych prób na głównej scenie. A najbardziej lubię moment, gdy mijam osoby, które kojarzę z lat poprzednich. Bo wiem, że za rok też się spotkamy. To ludzie tworzą ten festiwal, rzucają wszystko, biorą urlopy w pracy, odkładają obowiązki i pielgrzymują. Do Ostródy.

WP_20150809_042

Edycja przy użyciu Lumia SelfieW piątek, 12 sierpnia, nie ma mnie. Dla nikogo. No, może dla Ady, która będzie ze mną pod sceną. I jestem jeszcze dla Jafii, Tabu i Damiana Syjonfama. Bo w takiej kolejności grają po sobie w piątkowe popołudnie na głównej scenie. Oczywiście, że każdy zespół słyszałam już na żywo. Nie raz, nie dwa, także w Ostródzie. Ale te koncerty to wymarzone rozpoczęcie festiwalu, które nada całości najlepszego z możliwych szlifu. Szukajcie mnie pod sceną, nie dzwońcie, nie odbiorę.

Cieszę się, że po latach usłyszę Paraliż Band, który w Ostródzie świętuje 20. urodziny. Pamiętam ich koncert na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Tam stawiałam pierwsze festiwalowe kroki i pokochałam reggae. Zostało do dziś.

Nowozelandzki Katchafire brzmi obiecująco, cała jamajska gwardia także dobrze się zapowiada. Oczywiście największy apetyt wzbudza Alborosie, to obowiązkowy punkt programu w sobotę. W niedzielę Vavamuffin. Ile razy można być na ich koncercie? Odpowiadam – nieskończenie wiele.

IMG_20160729_195234.jpg

Ostatni tydzień to aż trzy koncerty, połaziłam po Warszawie i łapałam zachwyty. Najpierw Piotr Zioła w (zamykającej się!) Plażowej. Młody i skromny, chociaż mógłby z bezczelnością dwudziestolatka i manierą gwiazdy rozdać karty na polskiej scenie. I tak rozdaje, bo broni się raz – dobrymi kompozycjami, a dwa – głosem, który jest jednym z lepszych młodych męskich głosów w tym kraju. Piotr świetnie zaśpiewał na żywo, a jeśli do tamtej pory oddałam mu, powiedzmy, połowę serca, drugą połowę już wziął sam, wykonując na scenie We Can Work It Out, czyli jeden z moich ulubionych beatlesowych utworów. Czekam na Piotra w większej sali.

Była także Bovska w Stacji Mercedes. Miejsce podobało mi się bardziej niż muzyka. Choć płytę mam i od czasu do czasu ląduje w odtwarzaczu. Bovska skupia uwagę na świetnym wizerunku. Okładka, strój sceniczny, nawet jej słodkie i bardzo sympatyczne wypowiedzi -wszystko w pastelowych barwach, a więc i do siebie pasuje, i emanuje optymizmem. Wynudziłam się, co rzadko zdarza mi się na koncertach. Dlatego Martini smakowało tak dobrze.

Na koniec dobra stara – chciałoby się powiedzieć – Fonetyka. Owszem, to nie są debiutanci, bo od wojaczkowej płyty minęło pięć lat. Już nie w trio, bo do zespołu dołączył nowy basista, chłopaki przygotowują płytę z tekstami Grzegorza. TEGO GRZEGORZA. W tej kwestii zawsze będę nieufna i aż zatrzęsłam się ze strachu na wieść o planach zespołu, który wskrzesił Wojaczka. Do tego stopnia, że włożył mi Wojaczka do łóżka, do myśli i mózgu. Ja żyłam z Wojaczkiem, który miał głos Przemka Wałczuka. Przemku, tym razem nie staniesz się dla mnie Ciechowskim. Nie rób tego. On jest i tak nieśmiertelny. Fonetyka nie podeptała, jak niestety wielu dotąd, pamięci ale i kultu Ciechowskiego, wspinając się po jego plecach ku kasie i chwilowej karierze. Koncert mnie uspokoił, bo poczułam, że nowa płyta będzie najlepszą ze wszystkich. Aura też była wyjątkowa. Koncert odbył się w ramach Otwartej Ząbkowskiej, w podwórzu starej praskiej kamienicy. Spędziłam jeden z lepszych wieczorów tego lata. Z Wojaczkiem, Ciechowskim i Fonetyką. Miałam dobre towarzystwo.

IMG_20160731_215728

 

 

Reggae do potęgi drugiej – Tribute to Alibabki i One Love we Wrocławiu

Za mną dwie ważne imprezy reggae, o których sporo się mówiło. Jak wyglądały, dlaczego były takie ważne i jakie mam wrażenia? O tym ten wpis.

TRIBUTE TO ALIBABKI, 15 LISTOPADA, PROXIMA, WARSZAWA

Choć Alibabki nie kojarzą się z muzyką reggae, to właśnie im przypisuje się sprowadzenie tej muzyki do Polski. W 1965 roku wydały album W rytmach Jamajca Skana którym wyśpiewują skoczne pieśni jamajsko stylizowane na ska. Album bardzo przyjemny, w końcu Alibabki, jak mało który zespół w tamtych latach, miały i mają ogromny urok sceniczny. Tylko im bez obciachu wypadało nagrać taki album. W związku z okrągłą rocznicą w warszawskiej Proximie zorganizowano koncert, na którym współcześni wokaliści reggae wykonywali utwory Alibabek w nowych aranżacjach.

Sama Proxima nie jest moim ulubionym klubem koncertowym w Warszawie, tu zdecydowanie wygrywa praska Hydrozagadka. Tłumów nie było, miałam wrażenie, że większość to zaproszeni goście, a nie faktyczni słuchacze reggae, którzy zakupili bilety. Honorowe miejsce zajmowały same Alibabki, w kolorowych koralach zawieszonych na szyi wyglądały po prostu pięknie. Promieniały, nawet tańczyły w rytm swoich dawnych piosenek. Duży plus dla organizatorów za to, że zadbali o piękną oprawę sceny w stylu lat 70., a dla prowadzącego imprezę Makena za pasujący do okazji smoking, który w połączeniu z dredami wyglądał co najmniej zalotnie.

tribute to alibabki koncert
Mirosław Maken Dzięciołowski, jeden z organizatorów i prowadzący imprezę

Muzycznie koncert na bardzo nierównym poziomie. Warszawska kapela The Bartenders, która akompaniowała we wszystkich aranżacjach, udźwignęła zadanie i była jednym z mocniejszych punktów wieczoru. Wokalista, znany też z Całej Góry Barwinków, Kuba Kaczmarek okazał się jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, śpiewającym mężczyzną na scenie. Świetnie wpasował się w repertuar, z ogromną lekkością w głosie interpretował piosenki Alibabek. Dalej towarzyszył mi już tylko wrażeniowy rollercoaster. Co podniosłam się i już zaczęłam tańczyć, to znowu siadałam znudzona lub – niestety – zniesmaczona płynącym ze sceny fałszem. A ten na takim koncercie nie powinien się przydarzyć. Bardzo słaby występ Kacezeta, dało się odczuć, że jest tam trochę z przymusu, a trochę z potrzeby lansu. Dużo poniżej przeciętnej zaprezentowała się Netka, która wbiegła na scenę zdyszana i w pośpiechu zaśpiewała coś, co pewnie ćwiczyła, a wyszło jak karaoke. Hopkins – naprawdę nie chcę pisać, jak bardzo złe było jego wykonanie. Przejdźmy do tych, którzy pokazali klasę.

Rewelacyjny chór żeński Kalokagathos, który najpierw zaprezentował się z Brodą – wokalistą Habakuka, a potem – w jeszcze lepszej odsłonie – sam. Piękne dziewczyny, z przemyślanym wizerunkiem scenicznym, śpiewające w harmonii. Rzadko zdarza mi się tak chwalić wokalistki. Poza tym bardzo dobrze zaśpiewał i poruszył wynudzoną publikę i jeszcze bardziej wynudzoną mnie Tallib, który nie dość, że nie fałszował, to jeszcze trochę pachnącą molem i starą szafą piosenkę zinterpretował na swoją korzyść. Wielkie brawa dla Talliba, bo to moje odkrycie tego koncertu. Inne bardzo dobre wykony to Dawid PortaszTangu zalotnym przeleć mnie, a także Damian Syjonfam śpiewający spolszczone Obladi oblada.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Dawid Portasz, Jafia

Tak więc, choć trochę się zawiodłam, bo liczyłam na zdecydowanie wyższy poziom imprezy i lepsze przygotowanie artystów, całość wypadła naprawdę dobrze. Wszystkich występujących przyćmiły śpiewające na koniec same Alibabki, bo to one były największymi gwiazdami tego wieczoru. Rozpromienione, uśmiechnięte, naprawdę szczęśliwe i wdzięczne za pamięć.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Kuba Kaczmarek, The Bartenders, Cała Góra Barwinków

ONE LOVE SOUND FEST, 21 LISTOPADA, HALA STULECIA, WROCŁAW

Po raz pierwszy pojechałam na One Love i po raz pierwszy byłam w samym Wrocławiu. I pewnie bym się tam nie znalazła, gdyby nie Ostróda. Rzecz nie w tym, że festiwal we Wrocławiu jest drugą, zaraz po ORF, najważniejszą imprezą reggae w Polsce. I nie skłonił mnie do wyjazdu line-up, który, choć zachęcający, nie był line-upem marzeń. W końcu dwa lata temu na One Love grał sam Gentleman, a mnie tam nie było. Ważną częścią całego wyjazdu było to, że towarzyszyłam zespołowi Bakshish, czym nie będę wstydziła się wszem i wobec chwalić.

Znajomość z Bakszyszami zaczęła się od klawiszowca, Janusza Binkowskiego, który zawitał kiedyś do radia z Bartkiem Słatyńskim, by promować solową płytę tego drugiego. Potem spotkanie w Ostródzie już z całym zespołem, ich wizyta w Warszawie przy okazji nagrywania przygotowywanego przeze mnie odcinka Historii pewnej płyty i w końcu One Love (taki tytuł nosi też pierwszy album Bakshisha, któremu poświęcony jest trójkowy program, emisja 28 listopada).

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Część składu Bakshish, od lewej: Ania Mrożek, Jarek Jarex Kowalczyk, Michał Kotas, Janusz Binkowski

Na festiwal zespół pojechał z projektem Bakshish Soundsystem, ale typowym soundsystemem nie jest. Nie opierają się na zapożyczonych riddimach, ale wykorzystują własne utwory zaaranżowane w nowy, a czasem też po prostu delikatnie odświeżony sposób. Nie jest to więc soundsystem o tradycyjnym, jamajskim i dancehallowym brzmieniu, nie ma pull upów, co najwyżej śląski pulok (sprawdźcie, co to znaczy).

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Czy soundsystemowy Bakshish mi się podobał? Tak. Czy podobał mi się bardziej niż Bakshish na żywo w całym składzie? Nie. Zdecydowanie wolę muzykę na żywo, tym bardziej, gdy jest to rootsowe granie pełne natchnienia i kojącego wokalu Jarexa. Pięknie nie tylko wyglądała, ale i śpiewała, Ania Mrożek, dla której wielkie brawa.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Bakshish Soundsystem, One Love, Wrocław

Samo miejsce było dla mnie nowością, pierwszy raz brałam udział w imprezie reggae odbywającej się w zamkniętej hali. A owa hala, czyli Hala Stulecia, delikatnie trąci PRL-em, co dla mnie – wiadomo – nie było problemem. Brak jednak festiwalowego ducha i klimatu, którym w Ostródzie się oddycha. Ogromne odległości dzielące wejścia na główną płytę od innych przygotowanych atrakcji, bardzo męczyły. Sami festiwalowicze – też jakoś mniej kolorowi, mniej regowi, mniej festiwalowi. I samo określenie mniej – One Love przyciąga zdecydowanie mniej ludzi niż Ostróda.

Zachwyciły mnie – oprócz spraw oczywistych, czyli towarzystwa Bakshishu i niezapomnianych dwóch dni z nimi spędzonych – dwie rzeczy.
Po pierwsze wspaniale prezentująca się scena, która z góry, w towarzystwie świateł robiła wrażenie. Bardzo dobrze wydane pieniądze na produkcję, do której ktoś naprawdę się przyłożył.

WP_20151121_21_17_28_Pro

Po drugie – Richie Campbell. Portugalski wokalista, który już niedługo przebije popularnością Gentlemana – zapamiętajcie go, bo będzie o nim głośno. Słyszałam go już w Ostródzie, we Wrocławiu był jeszcze lepszy. Świetne piosenki, lekkość śpiewania i naturalna charyzma, która wbiła mnie w ziemię. Gdyby tylko nie ta drętwa publiczność… Richie pyta ze sceny How are you feeling?! Cisza. Nie wiem, czy to przez niezrozumienie języka czy niezrozumienie geniuszu Campbella. Ja bawiłam się znakomicie, co więcej, nie pamiętam, żebym aż tak tańczyła kiedykolwiek pod sceną w Ostródzie. Gapa jestem, bo nie złapałam Richiego za kulisami, a podobno następnego dnia rano w hotelu jadł obok nas śniadanie. A ja go nie widziałam! Kupić jego albumu w Polsce nie można, a przecież wystarczyło podejść do jego muzyków i spytać…

Pierwsze One Love za mną, choć do dobrych wspomnień przyczyniły się głównie osoby, z którymi ten weekend spędziłam. Do zobaczenia za rok? Z Bakshishem pewnie prędzej, z One Love bardzo prawdopodobnie.

Alibabki tańczą ska

PLAKAT TTAPLAKAT TTAPLAKAT TTA

Choć może nie w wydaniu, o jakim myślimy teraz, to jednak Alibabki sprowadziły muzykę jamajską do Polski. Aby to uczcić spotykamy się
15 listopada w Proximie na koncercie TRIBUTE TO ALIBABKI.

Sześć, a w późniejszych składach pięć dziewcząt śpiewających na głosy królowało w latach 70. na polskiej scenie muzycznej. Nie były ucieleśnieniem męskich snów, nie stylizowały się na seksbomby, były raczej dziewczynami z sąsiedztwa, w których odbijały się marzenia prowincjonalnych panien o zamążpójściu i zakupie pralki Frani. Z tego stereotypu czasem się wyłamywały, choćby za sprawą przeboju Tango zalotne – przeleć mnie o dość przewrotnym przekazie, ale nawet śpiewając te słowa zachowywały klasę i dziewczęcą nieśmiałość.

Alibabki założyły swój chór w 1963 r. W ’69 ukazał się najpopularniejszy longplay zespołu Kwiat jednej nocy, a tytułowy numer jest do teraz najczęściej wspominanym przebojem Alibabek. Ale to nie solowa kariera sprawiła, że zapisały się na kartach historii polskiej piosenki, choć tej kariery umniejszać nie wolno. Ale przede wszystkim Alibabki towarzyszyły gwiazdom estrady lat 60. i 70. uświetniając ich występy. Z Czesławem Niemenem zaśpiewały Jednego serca, a z Breakoutami Na drugim brzegu tęczy.

Jednak albumem, za który całe środowisko reggae składa hołd Alibabkom, jest singiel W rytmach Jamajka ska, nagrany w 1965 roku z Tajfunami – grupą wzorującą się na The Shadows, z której później ukształtowały się Bizony.

Alibabki żegnają się z twistem i śpiewają: Ale kto dzisiaj nie tańczy ska, konserwatystą jest proszę was!

50-lecie nagrania tego albumu to dobra okazja, żeby Alibabkom podziękować i hucznie świętować przy ska i reggae. Świętujemy 15 listopada w warszawskiej Proximie na koncercie Tribute to Alibabki – 50 lat muzyki jamajskiej w Polsce. Nowe aranżacje utworów Alibabek przygotowują Bartendersi, a wokalnie towarzyszyć im będzie śmietanka polskiej sceny reggae. Warto wspomnieć chociażby Jarexa z Bakshishu, Brodę z Habakuka, Dymola i Muchę z Dubsków, Damiana Syjonfama czy Dawida Portasza. Będą też same Alibabki, więc tam po prostu wypada się zjawić.

A mi się marzy, żeby tego wieczoru w Proximie było mniej współcześnie, a bardziej oldschoolowo. Żeby tak wyciągnąć z szafy sukienkę mamy sprzed 30 lat i trochę ska, a trochę bardziej hippie tańczyć pod sceną. To wymarzony koncert dla mnie – połączenie retro i reggae. Czy można lepiej?

Na koniec jeszcze garść praktycznych informacji:

TRIBUTE TO ALIBABKI
15 listopada 2015, godz. 20.00
Warszawa, Klub Proxima, ul. Żwirki i Wigury 99a
Bilety 49 zł (przedsprzedaż) / 59 zł (na miejscu w dniu koncertu)
Przedsprzedaż: biletomat.pl oraz w klubie Proxima

Widzimy się? Pewnie, że się widzimy! Z głowy czapki – wracają Alibabki!

Reggae meteory

Zimno. „Pani kierowniczko, ja rozumiem, że wam zimno, ale jak jest zima to musi być zimno” – przypomniało mi się dziś na przystanku. I tak trzęsąc się, i czekając na autobus pomyślałam, że napiszę dziś o jesiennej muzyce. Bo jesień to taki okres, kiedy zmieniają mi się preferencje muzyczne. Pierwsza myśl – Gęstnieją jesienie – numer Mechaników, o których ostatnio pisałam. Utwór jesienny do cna, z grupy takich, przy których włącza się jesienna nostalgia. Ale nie dziś!

Bo dziś jeszcze reggae. A to wszystko za sprawą dwóch bardzo regowych płyt, które do mnie przyjechały. I to może trochę przez duży kubek kawy, a trochę też dzięki tym dźwiękom, w mieszkaniu od razu zrobiło się przyjemniej.

Pierwszy album nie taki świeży, bo premierę miał w Ostródzie, gdzie nie zdążyłam go kupić. K-Jah i jego Link up.

WP_20151013_013

Krystian Walczak zaprosił na swój debiutancki producencki album świetnych gości, także z zagranicy, m.in. Gentlemana z Tamiką. Nie podoba mi się okładka, zbyt infantylna i bardzo odstraszająca, jak najgorsze okładki płyt z lat 90. Nie podobał mi się też singiel promujący płytę, czyli utwór Missing you z Madmajkiem, dlatego byłam ciekawa, jak będzie brzmiała reszta materiału. Muszę z tą płytą pobyć, ale czuję, że znajdę parę smaczków. Jak zwykle jestem zachwycona wokalem Portasza w dwóch numerach i, o dziwo, intrygującym głosem Martyny Baranowskiej w nagraniu Rest. Tamika z Gentlemanem bardzo rootsowo, takiego Gentlemana bardzo lubię. Zgrywam na odtwarzacz (tak, noszę ze sobą mp4, nie słucham muzyki w telefonie), żeby się osłuchać.

Wrzucam drugą płytę i jest pięknie. Od początku świetna sekcja dęta. Wokal, który przez wiele lat po prostu mnie drażnił, teraz uważam go za całkiem przyjemny. Piękne teksty, którym naprawdę należy się przyjrzeć. Nowa płyta Tabu.

WP_20151013_018

Tabu to taki zespół, do którego przez wiele lat słuchania reggae musiałam się po prostu przekonać. Kiedyś ich unikałam, bo kojarzyli mi się głównie ze „słonecznym reggae, przygodą na Jamajce”. Od czasu tego regie szlagieru dojrzeli, spoważnieli i nabrali szlachetności. W tym roku  koncert Tabu na ORF o 1 w nocy był niesamowitym przeżyciem. Bo Tabu śpiewa bardzo życiowe teksty, często pisane przez Rafała Karwota w pierwszej osobie liczby mnogiej, przez co słuchacze się z nimi utożsamiają. I ta tożsamość z zespołem sprawia, że od tylu lat są na regowym polskim topie. A  ta płyta – choć jestem dopiero przy trzecim numerze – to potwierdzi. Mniej ska, sporo dęciaków, piękne klawisze w tle…

Płyta jest pięknie wydana. Obok samej okładki, ze zdjęciem Bartka Murackiego, prostej, wysublimowanej, ogromne wrażenie sprawił na mnie sam krążek, który wygląda jak płyta winylowa z charakterystyczną czarną powłoką.

WP_20151013_015

Od długiego już czasu  krąży w sieci numer Nie potrzeba nam nic, który znalazł się na tym krążku. Według mnie ma wielu konkurentów. Jest także remix znanego Jak dobrze cię widzieć z płyty Endorfina z 2012 roku. Chcecie usłyszeć dubstepowe Tabu? Sięgnijcie po Meteory. 

Oficjalnie ogłaszam przedłużenie sezonu na słuchanie reggae, który będzie obowiązywał chyba jeszcze przez całą zimę. Po pierwsze, czeka nas kilka dobrych, klubowych koncertów reggae. Jafia w Hydrozagadce 26 listopada, następnie w tym samym miejscu Tabu 6 grudnia, a wcześniej – 15 listopada – koncert, który może być jednym z lepszych koncertów w tym roku. Tribute to Alibabki w Proximie, gdzie czołówka polskiego reggae wykona utwory Alibabek w nowych aranżacjach. Zagrają Bartendersi, a zaśpiewają Jarex i Ania z Bakshishu, Damian Syjonfam, Broda z Habakuka, Earl Jacob i wielu innych. Reggae i big beat – moje dwie miłości na jednym koncercie – muszę tam być!

tribute to alibabki
fot. facebook.com/goodcrewofficia

Na koniec dwie smutne wiadomości. Indios Bravos zawieszają działalność i wyruszają w ostatnią trasę koncertową. Mucha, czyli Marcin Muszyński, fantastyczny, charyzmatyczny wokalista Dubsków, opuszcza zespół. Czyli nowa płyta już bez Muchy. Szkoda.

Zawstydzili mnie

Czy mnie naprawdę brakowało tu przez dwa miesiące? A może inaczej, jak to możliwe, że przez dwa miesiące nie brakowało mi bloga? Brakowało. Ale blog blogiem, a obowiązki obowiązkami. Jedyna rada ode mnie: nigdy nie urządzajcie mieszkania. Never.

Tyle zbędnych tłumaczeń.

Pamiętam, miałam opisać Ostródę. I pierwszy po wakacyjnej przerwie post się Ostródzie należy, choć nowych radiowych przeżyć do opisania także mam wiele. Jednak wspaniałe jest to, że pomimo dwóch miesięcy od powrotu z ORF, ja ciągle pamiętam każdą chwilę spędzoną na festiwalu.

Kiedy parę dni po Ostródzie zobaczył mnie znajomy, spytał: Jesteś zakochana czy byłaś w Ostródzie? Byłam po Ostródzie. Promieniałam, we wspaniałym humorze z dziewczęcą ekscytacją opowiadałam kolejnym znajomym wrażenia z festiwalu. A te były… i tu chwilę się zamyślam. Bo „niezapomniane” głupio brzmi. „Magiczne” jeszcze gorzej. Nie chcę dorabiać festiwalowi zbędnej otoczki najlepszego miejsca na ziemi, bo pewnie takim Ostróda nie jest. Ale raz do roku liczy się to jedno miejsce. I najważniejsze, żeby tam być.

WP_20150809_042Ostróda to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ludzie. Ja w tym roku spełniłam moje małe marzenie. Wiele razy powtarzam, że najpierw jestem słuchaczką, dopiero później dziennikarką. Jestem fanką, czasem psychofanką. Taką też fanką na pograniczu fascynacji i uwielbienia na wyrost byłam i będę w przypadku grupy Bakshish.

Pamiętam siebie wiele lat temu na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Bakshish był tam jedną z głównych gwiazd, a ja wiedziona głosem Jarexa odkrywałam stare dobre reggae. Od tego czasu wokalista – Jarek Kowalczyk – był dla mnie wyznacznikiem spokojnego, duchowego sposobu przekazywania reggae słuchaczom. Mit obalony. Jarek jest zwykłym człowiekiem, nie duchowym przywódcą. Dlaczego tak myślę? Bo nareszcie go poznałam! I choć cały zespół śmiał się, że przez pierwsze kilkanaście minut siedziałam sztywno, jak gdyby to było spotkanie na szczycie, ja miałam to poczucie, którego już kilkakrotnie wcześniej doznawałam, że stykam się z osobą, która wychowała mnie muzycznie. Za co – Jarku – bo już tak mogę do Ciebie mówić – dziękuję.

Jarex!
Jarex!

Zespół Bakshish to sympatyczni, bardzo otwarci i bardzo inspirujący ludzie. A ostródowa znajomość z zespołem owocuje teraz bakshishowym odcinkiem Historii pewnej płyty w Trójce. Na warsztat bierzemy pierwszy album zespołu, moją rówieśniczkę – płytę One Love z 1993 roku. Pierwsze nagranie już za mną.

Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce
Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce

Ada się śmieje, że gdzie pojadę, tam mam znajomych. To nieprawda, ale prawdą jest to, że w Ostródzie spotkałam WSZYSTKICH. Przypomniały mi się czasy śpiewania w kapeli, z tamtych czasów spotkałam parę znajomych mi twarzy. Reszta muzyków czy festiwalowiczów to osoby spotkane w ciągu tylu lat mojego muzycznego życia.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Piękne trzy dni, jamajska pogoda, muzyka, taniec pod sceną, ludzie i niepowtarzalna atmosfera, którą tworzą. Jednym słowem: Ostróda.

A-HA A-HA A-HA!

Dlaczego wróciłam akurat dziś i piszę ten post na podłodze w łazience, bo w nowym mieszkaniu nie mam jeszcze krzeseł i stołu, przy którym mogłabym usiąść? Bo dziś mnie porządnie zawstydzono. A konkretnie zawstydzili mnie Mechanicy. Small Mechanics.

mechanicy fb

Bo jak to wygląda, że TAKI ZESPÓŁ wspomina o moim blogu, a na nim takie starocie? Dziękuję chłopaki za inspirację.

Ola

ORF 2015 – fotorelacja

Ostróda widziana moimi oczami. Trzy najpiękniejsze dni w roku w najpiękniejszym miejscu na świecie. Recenzja i więcej wspomnień pisanych – w następnym wpisie. Big up!

Piątek, 7 sierpnia

Janusz Binkowski (Bakshish), Mateusz Rewasiewicz
Jarex – czyli Bakshishowy wokal. Nareszcie udało się go poznać!
WP_20150807_023
Bakshish i Ada
WP_20150807_024
Jarex i Tomek Łukasiewicz (perkusja), w tle ostródowa strefa chilloutu
WP_20150807_029
Izrael gra Kulturę
WP_20150807_033
Tabu

Sobota, 8 sierpnia

WP_20150809_011
Gentleman & Evolution

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

WP_20150809_028
Damian Syjonfam

Niedziela, 9 sierpnia

Beniamin Sobaniec z Roots Rockets
Nie bez powodu mam ksywę Maryla…
Upał!
Cieszymy się backstagem
WP_20150809_055
Bob One & Bas Tajpan
Bednarek
Ulubione zdjęcie z Ostródy!

ORF 2015 – kogo usłyszymy?

11206093_10153187368681676_5141252655307182627_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Póki co wyglądają tak. Niedługo Czerwone Koszary będą wyglądały tak:

11194585_10152996749126676_4224530104024353304_o
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Na kogo czekam w szczególności?

W piątek festiwal rozpoczniemy ze zwycięzcami ubiegłorocznego Konkursu Młodych Talentów ORF, czyli grupą SielSka. Ciekawe, jak chłopaki dadzą sobie radę na dużej scenie. To będzie dobra rozgrzewka przed wieczornymi koncertami. Fyah Keepers nagrali znakomity hymn ostródowy, dalej Richie Campbell – ich też nie przegapię. Na koniec późno w nocy Tabu – zmęczenie o tej porze jest niesamowite, ale posłuchać należy, a i potańczyć wypada! Najmocniejszymi punktami pierwszego dnia są: na Red Stage projekt Izrael gra Kulturę i premiera albumu K-Jah na scenie zielonej.

Izrael powraca do korzeni i zagra utwory warszawskiej Kultury. Mam nadzieję, że Izrael jest w dobrej formie, bo od tego koncertu wymagam wiele. Pamiętam Reggaeland sprzed wielu lat, kiedy podczas koncertu Izraela po prostu odeszłam spod sceny, bo nie chciałam sobie psuć wrażenia, jakie ta grupa robi na mnie na nagraniach. Czy w Ostródzie będzie lepiej?

K-Jah natomiast w Ostródzie będzie promował swój krążek Link up. Do pracy nad albumem zaprosił między innymi Dawida Portasza, Madmajka i Gentlemana z Tamiką. Fantastyczny początek z Green Stage, piątek, godz. 19.

11391153_10153105153701676_7432754963169601847_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Sobota to dzień przesłuchań w ramach World Reggae Contest. Kibicujemy oczywiście bydgoskiej grupie Dubska, jako jedynej reprezentującej Polskę w tym konkursie. Po godzinie 22. Gentleman na Red Stage, a po nim Damian Syjonfam. Wspaniała sobotnia noc na ORF! Rok temu ostatnim wykonawcą w sobotę była Jafia, która stworzyła fantastyczną atmosferę pod sceną. Czuło się energię wypływającą z muzyki i ludzi. Pomogła w tym pora i zimna aura sierpniowej nocy. Damian ma szansę powtórzyć ten spektakl. Zajrzę też do green namiotu, bo tam nieco wcześniej, bo o 21. Zjednoczenie Sound System. Najwyższy czas nadrobić zaległości i usłyszeć na żywo materiał z Inity, na czele ze świetnym International.

11011123_10153122559076676_2655634308995657647_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Niedziela, po dwóch intensywnych dniach, będzie czasem chill outu i żegnania się z Ostródą. Ciekawostką dla mnie jest Roots Rockets – zespół wydał bardzo dobrą płytę, czy obroni ją na żywo? Mam nadzieję, że okaże się dobrym początkiem koncertowej niedzieli na Red Stage. Dalej również po polsku: Tumbao, Chonabibe, Bob One, Bednarek. I to by było na tyle, bo trzeba będzie wracać do stolicy. Żałuję, że nie usłyszę Protoje i Dubermana, tym drugim też będzie sprzyjała godzina. Może to być fantastyczne rootsowe zakończenie festiwalu.

Do zobaczenia w Ostródzie, żegnam się z wami staropolskim BIG UP!!!