3, 5 i 55 (czyli Trójka obchodzi urodziny)

Kiedy pięć lat temu stanęłam przed zielonymi szklanymi drzwiami, nie wierzyłam, że się przede mną otworzą. Pięć lat później otwieram te drzwi wchodząc do domu, bo Myśliwiecka 3/5/7 to adres mojego drugiego warszawskiego domu.

IMG_20170401_135200.jpg

Sto lat to za mało, dziś, w dniu jej urodzin, życzmy Trójce dużo więcej. 55 lat temu Trójka zaczęła nadawać na falach ultrakrótkich, a pierwszym szefem redakcji muzycznej został Mateusz Święcicki. UKF zostało już tylko w nazwie jednej z audycji, a imieniem Święcickiego nazwano nagrody przyznawane przez Trójkę – czyli jej dziennikarzy.

Ci przez lata się zmieniali, wielu dziś znanych z innych mediów, rozpoczynało swoją pracę właśnie na Myśliwieckiej. Przez Trójkę przeszła fala ikon polskiego dziennikarstwa. Ale też fala ikon osobowości, charyzmy, profesjonalizmu i wszelkiej maści ludzi NAJ. 55 to kawał historii, przez 55 lat Trójka wypracowała sobie miano „kultowej”. Czy to dobre słowo? Kult Trójki to dobro i zło. Czasem jej przeszkadza, bo kultowemu nie wolno mieć słabości i wad, więc za potknięcia i słabe punkty jest wytykana. A dobro to wszystkie dobre słowa od słuchaczy, to wspólne koncerty w studiu Osieckiej i te promienne uśmiechy, które widzę, gdy podczas programów odwiedzają nas fani.

O Trójce nieraz już pisałam, to z potrzeby opisania trójkowych historii i spotkań z artystami założyłam ten blog. Pisałam i nadal piszę, aby nie zapomnieć wielu historii związanych z radiem i mną w radiu. Spektakularnych wpadek nie miałam, ale pamiętam, jak w „Markomanii” mieliśmy telefonicznie połączyć się z Mario Biondim, z którym Marek Niedźwiecki miał rozmawiać o zbliżającym się koncercie. W takich sytuacjach najczęściej zawodzi sprzęt, tak było i tym razem, więc kiedy w końcu się dodzwoniłam i za kilka sekund miałam już wpuszczać na antenę człowieka po drugiej stronie słuchawki, okazało się… że to nie Biondi, a jego przyjaciel, który przez cały czas tłumaczył, gdzie ów Biondi jest, a ja zaaferowana sytuacją w reżyserce w ogóle go nie zrozumiałam.

Najbliższe są mi audycje, przy których trochę „majstrowałam”. Na początku w „Muzycznej Poczcie UKF” prowadzonej przez Tomka Żądę, potem współtworzyłam także prowadzoną przez Tomka „Historię pewnej płyty”. Teraz – a to teraz trwa drugi rok – mam „Markomanię”. Prowadzi ją Marek Niedźwiecki, ale gdy wyjeżdża, do tablicy przywołuje się „druhów zastępowych”. To stare określenie Pana Marka na swoich zastępców w „Liście przebojów”, ale śmiało możemy je przenieść także do współczesności. Druhami byli: Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek, Ania Szarmach, Magda Umer, Adam Nowak, Kuba Badach, Wojtek Olszak i Marcin Kydryński. Radzili sobie świetnie, choć były momenty, kiedy musiałam być wydawcą-zbawcą. Wydawcą „Siesty” także zdarzyło mi się być, wówczas prowadziła ją Aga Zaryan. Ale co tydzień jestem tak naprawdę „kaziem” – to też zwrot z czasów, kiedy pomocnicy liczyli kartki z głosami na „Listę”. Jestem więc „kaziem” dwa lata i jestem na właściwym miejscu, choć pewnie ten „kazio” już nie taki mały i za chwilę będę „kazimierą”.

Reakcje na moją pracę w Trójce były różne – od eurofii, przez dumę, strach, zdziwienie i wymowne milczenie. Najbardziej lubię te spontaniczne przejawy sympatii, kiedy ktoś mówi mi, że słucha Trójki od dzieciństwa, że zawsze chciał poznać kogoś stamtąd. Takie spotkania są zawsze szalenie miłe. Tak jak to dzisiaj, kiedy słuchacze przynieśli wielkie torty urodzinowe i 55 ciastek z cyfrą 3 na każdym z nich. Przyszli także tata z synem w trójkowej czapce i trójkowym szaliku. Takie przypadki spotykam najczęściej – dorosłych słuchaczy wychowanych z radiem, których dzieci od małego zaraża się Trójką. Ja takim dzieckiem nie byłam, nie mam do nikogo o to pretensji, nie zmieniłabym tego, nawet jeśli bym mogła. Ta Trójka gdzieś po drodze do mnie dotarła.

Lubię jej magentowe logo, lubię jej redakcję, lubię i pielęgnuję wszystkie związane z nią wspomnienia. Wierzę, że Trójka przeżyje dłużej niż następne 55 lat.

Zdjęcie główne nie jest przypadkiem. Po prawej stronie oczywiście urodzinowy baner wiszący na ogrodzeniu przed wejściem do budynku radia. Po lewej stronie widok na ulicę Myśliwiecką i chodnik, na którym ciągnęła się kolejka fanów podczas dnia otwartego w 2012 roku. Stałam daleko daleko za widoczną tam latarnią. Ale wystałam, weszłam i już z Trójki nie wyszłam. Dziękuję.

A to wspomniane dzisiejsze słodkie prezenty.

IMG_20170401_164613.jpg

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Kazio i druhowie zastępowi

Kto ze słuchaczy wie, o co chodzi? Oczywiście ten, kto śledzi historię „Listy Przebojów Programu III”. Tym razem druhowie zastępowi przejęli stery „Markomanii”. 

Każdy dał kawałek siebie. Każdy zagrał inaczej. Każdy czuł na plecach odpowiedzialność, w końcu mówiło się w zastępstwie Marka Niedźwieckiego. Przez 6 tygodni zmieniali się kolejni prowadzący, a ja ich czujnie obserwowałam. Ja, czyli kazio. A piszę to tylko po to, żeby pochwalić się zdjęciami. Przecież słyszeliście na antenie, jak świetnie sobie poradzili, prawda?

markomania
Realizatorka Agnieszka Łukasiewicz i ja, trzymająca Casha fot. D.Kawka

Kim są „kaziowie” i „druhowie zastępowi”? Tłumaczę to w mojej pracy licencjackiej poświęconej Markowi Niedźwieckiemu. Powstaje nowa, już magisterska. Także o Trójce.

„Wraz z upływem czasu i wzrastającą popularnością audycji narodziła się potrzeba pomocy przy organizacji każdego wydania. Niedźwiecki wyłaniał pomocników spośród fanów, którzy przychodzili na Myśliwiecką podpatrzeć swojego idola przy pracy. Nazywał ich kaziami, co szybko stało się określeniem powszechnie stosowanym. Skąd ta nazwa? Ciekawą historię przytacza sam szef w książce Lista Przebojów Programu Trzeciego. ABC druhów zastępowych i kaziów:

Określenie kazio wzięło się stąd, że w 1984 (…) byłem w Indiach, w Singapurze, w Tajlandii, Malezji i był tam taki kolega lekarz, który do wszystkich mówił „ty, Kaziu”. Pytam go: Dlaczego ty mówisz „kaziu”, skoro to nie jest Kazio?Bo tak mi łatwiej i nigdy się nie pomylę.

Tak więc, aby nie robić przykrości współpracownikom z powodu zapominania imion, wszystkich, nawet dziewczyny, Niedźwiecki nazywał kaziami. Pomocnicy liczyli głosy, kontaktowali się ze słuchaczami wygrywającymi konkursy oraz czuwali nad zmianą taśm, z których na początku grało się muzykę. W gronie licznych współpracowników Niedźwiedzia byli między innymi Paweł Stasiak, który później został liderem zespołu Papa Dance, czy Halina Wachowicz, która współpracuje z Markiem Niedźwiedzkim do dziś. Jak sama wspomina:

Marek Niedźwiecki powiedział podczas Listy, że szuka osób, które chciałyby mu pomagać. Nie wierzyłam, że się dostanę, ale ponieważ bardzo mi zależało, poszłam. (…) Niestety miałam problemy z językiem angielskim i odpadłam, ale zapytałam Niedźwiedzia, czy mogłabym mimo wszystko przychodzić i w czymś pomagać, a on się zgodził. I z tej grupy tylko ja zostałam w Trójce do dziś, reszta się wykruszyła.


Lista druhów zastępowych, czyli wszystkich tych, którzy prowadzili Listę podczas nieobecności Niedźwieckiego, nie ogranicza się jedynie do nazwisk Barona i Metza. Przez trzydzieści trzy lata istnienia programu, siłą rzeczy prowadzących musiało uzbierać się wielu. Wiesław Weiss wymienia ich w 33 x Trójka. Są to: Roman Rogowiecki, Paweł Sito, Paweł Kostrzewa, Piotr Stelmach, Grzegorz Miecugow, Wojciech Mann, Rafał Turowski, Beata Pawlikowska, Piotr Kaczkowski, Agnieszka Szydłowska, Wojciech Zamorski oraz Marcin Łukawski – ci dziennikarze zastępowali Niedźwiedzia najczęściej. Pozostali, między innymi Alina Dragan, Kuba Strzyczkowski, Mariusz Owczarek, Tomasz Żąda czy Artur Orzech, występowali w roli prowadzącego sporadycznie, raz lub dwa razy. Wszyscy druhowie zastępowi w licznych wywiadach czy wspomnieniach jednogłośnie deklarują, że prowadzenie Listy było przede wszystkim ogromnym stresem spowodowanym pragnieniem, by nie dać słuchaczowi do zrozumienia, że chce się być Markiem Niedźwieckim. Miecugow w książce o druhach zastępowych tak to wyjaśnia:

Ogólne wrażenie z tych wszystkich moich notowań, które prowadziłem, mam takie, że za każdym razem tam gdzieś musiał być Marek (…) Zorientowałem się, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby udawać, że to mój program. Ja ostentacyjnie cały czas przywoływałem Marka, na przykład przygotowując się wcześniej i wycinając z taśmy jakieś jego zdania.”


Na czas swojego pobytu w Australii pierwszym druhem zastępowym Marek Niedźwiecki mianował Wojtka Olszaka. Czytelnikom Wojtka przedstawiać nie trzeba, ale warto wspomnieć, że jest cenionym i znakomitym pianistą, kompozytorem, producentem i… fanem „Markomanii”. Zaś jako pierwszy utwór w nowej odsłonie programu wybrzmiała na antenie kompozycja Wojtka – „Szklanka szaleństwa” z repertuaru Woobie Doobie, z gościnnym udziałem Piotra Cugowskiego, Kuby Badacha oraz Ani Szarmach.

img_20161008_095057
Wojtek Olszak

Tydzień drugi – Kuba Badach. Kuba robi show nawet wtedy, gdy nic nie robi. U nas tańczył, śpiewał, mówił, żartował, był znakomity od pierwszej do ostatniej sekundy bycia na antenie.

wgkawki-2666
Kuba Badach, fot. D. Kawka

Rozpoczął program utworem „Work To Do” Avarage White Band i z roboty, którą miał do wykonania, znakomicie się wywiązał. Zagraliśmy także The Beatles, Maxwella, James’a Taylor’a oraz Kubę Badacha. Uśmiałam się jak nigdy.

wgkawki-2608
Pani wydawczyni, proszę… – czyli Kuba mnie o coś błaga for. D.Kawka
wgkawki-2800
fot. D.Kawka
wgkawki-2020654
fot. D.Kawka

Audycja numer 3. Adam Nowak, który przyniósł ze sobą spokój, ciepło i odrobinę zadumy. Gdy w drugiej godzinie zagrał „Już” w wersji koncertowej z Andrzejem Jagodzińskim, pierwszy raz wyszłam ze studia realizatora. Chyba sama dziwiłam się swojej reakcji. To coś więcej niż słuchanie utworu z płyty i zupełnie coś innego niż koncert na żywo. Słyszałam utwór i patrzyłam na jego wykonawcę. Ale przecież jego usta nie składały się w wypowiadane słowa. Adam Nowak siedział nieruchomo i przysłuchiwał się dźwiękom. Jeśli mam płakać w radiu, to tylko na taki widok i z taką muzyką w tle. Posłuchajcie.

14858757_10211020003885469_393126193_o
Adam Nowak fot. D.Kawka

Po t15184053_1494003793962446_582617822_orzech tygodniach panowania mężczyzn, w audycji numer cztery na fotelu prowadzącego zasiadła kobieta. Anna Maria Jopek to, jak przecież wszyscy zaproszeni do tego wyjątkowego projektu, przyjaciółka Trójki. Czuła się więc jak u siebie, grała swoje, mówiła swoje, ze swoim wdziękiem. Na przywitanie zacytowała fragment „Australijczyka”, a chwilę później ów Australijczyk zadzwonił do studia! Reakcja była oczywista – niepohamowany wybuch radości. Jeśli trzy kobiety w studiu piszczą do telefonu, to po tej drugiej stronie może znajdować się tylko Marek Niedźwiecki. Pani Anna zagrała po kobiecemu, pięknie i nastrojowo. Była Joni Mitchell, Barbra Streisand, była Basia i Shirley Horn.

Tydzień później wyjątkowo, bo także w sobotę, przed mikrofonem zasiadł Marcin Kydryński. Jego radiowy dzień to przecież niedziela, kiedy po południu wybrzmiewa przytulna „Siesta”. W „Markomanii” nie zabrakło południowych rytmów, ale słuchacze mogli usłyszeć także Marka Knopflera, Johna Mayera oraz Paula McCartneya.

Audycja numer 6, ostatnia. Last but not least – przed mikrofonem, tym razem jednak nie po to, by śpiewać, wokalistka Dorota Miśkiewicz. Po pięknym wstępie poświęconym zmarłemu Cohenowi, Miśkiewicz zaprezentowała w pierwszej godzinie utwory polskie, w drugiej zagraniczne. I w jednej, i w drugiej radziła sobie świetnie, jak rasowy prezenter radiowy z wieloletnim doświadczeniem.

wgkawki-5510
Dorota Miśkiewicz, fot. D.Kawka

Mamy w Polsce wiele cudownych perełek. Znakomitych Artystów, wielkie osobowości, z charyzmą, talentem i sercem do muzyki. W „Markomanii” wystąpiła przecież tylko garstka z nich. Ale to wystarczyło, bo każdy z prowadzących włożył w pracę właśnie to muzyczne serce. Cieszę się, że mogłam ich ugościć, pomóc i podglądać przy pracy. Dziękuję!

PS Wyprowadzam się, choć tylko jedną nogą. Na Anywhere.pl już za chwilę ruszy mój blog, na którym – tak jak tu – będzie rządzić muzyka. Mam tam interesujących sąsiadów, między innymi Andrzeja Saramonowicza oraz Grzegorza Małeckiego, dlatego zaglądajcie i czytajcie. Przystanku nie zamykam, nie śmiałabym go porzucać!

PPS Wszystkiego najlepszego, Przystanku! Skończyłeś właśnie dwa lata.

Lato mija, ja… rozwijam skrzydła

Czy to już pora, by podsumować lato? Czy ostatnie dni sierpnia oznaczają okrutny koniec? Przegraną w nierównej walce o przedłużenie festiwalowych nocy, czytania w słońcu na balkonie i koncertów pod gołym niebem? Jest dla nas nadzieja. Bo jesień to czas premier.

IMG_20160829_204520

To było bardzo pracowite lato. Cotygodniowe programy z Panem Markiem, w sierpniu nawet w wymiarze XXL, bo od 9. Wstawałam więc (z przerwą na Ostródę) tuż po 6, gdy na Gocławiu było jeszcze całkiem cicho, a sąsiadki ze szpilkami w dłoniach wracały z piątkowego snu nocy letniej. Czasem wypijałam jeszcze kawę, następną już z MN w radiu, ale i tak po 12 wracałam do domu i momentalnie zasypiałam, dołączając do wspomnianych już sąsiadek odsypiających w swoich mieszkaniach na naszym osiedlu.

Nie trafiłam nawet marnej trójki w Lotka, chociaż systematycznie, jak sumienna uczennica, kupony nabywałam i z nadzieją oraz dolarami w oczach potem liczby sprawdzałam.

W mieszkaniu było tyle słońca, że miałam tu swoje prywatne Los Angeles. A na balkonie to nawet afrykańską dżunglę. Pisałam, czytałam, podlewałam miętę w doniczce, która wieczorem tak pięknie oddawała swój zapach, gdy siedziało się i gadało pod gwiazdami.

Pracowałam. Czy ciężko? Gdy praca to przyjemność, ciężar jak puchowe piórko – przyjemnie łaskocze, tylko momentami irytując, gdy zamienia się w słowo „termin” albo nie chce ułożyć się w tytuł. I się nad tym tytułem myśli, i wierci, i krąży się po mieszkaniu, z pokoju na balkon, w tę i we w tę, i się na przykład płucze suche gardło wodą, a potem winem, tłumacząc sobie, że woda nie pomaga. Aż w końcu przychodzi moment, że się, powiedzmy, człowiek potyka o krawężnik albo jedzie człowiek rowerem nad Wisłę. I się tytuł sam wymyśla, albo i się przypadkowo spotyka innego człowieka, z którym się za chwilę wywiad zrobi. I znowu jest lekko, i to piórko jest przyjemne, i ma piękny odcień bladoróżowy. Może tak sobie wyobrażam wenę?

Muzyka jest najważniejsza, więc słuchałam muzyki. Przyznam, że w dużych ilościach, chociaż wygrzebywałam starocie, ukochane stare jamajskie brzmienia albo smooth jazzowe składanki, które idealnie dopasowywały się do pogody. Koncertem wakacji był niezaprzeczalnie koncert Alborosiego w Ostródzie. Korzenne, rootsowe, zawodowe show. Zapomniałam o całym świecie i wpatrywałam się tylko w tego jamajskiego Włocha z dredami do kostek. Śledziłam z uwagą Opener’a, choć w łóżku pod kołdrą, bo tamte lipcowe noce były dość chłodne. I nie tylko przez transmisję koncertu, w trakcie której miałam ciary na całym ciele, pokochałam M83. I nie uwierzycie, ale Pan Marek także. Najnowszy album „Junk” grał przez cały sierpień w Tonacji i Markomanii. M83 w Warszawie w listopadzie. Będę.

No i co ty jeszcze, Budka, robiłaś przez całe wakacje? Muzyki słuchałaś?

BANG!

Zrobiłam wywiad z Radzimirem Dębskim.

BANG! 

Na przystanku w centrum Warszawy czytałam wiersze z Jackiem Cyganem.

BANG!

Zrobiłam trzy wywiady okładkowe: z Kortezem, Leskim i Januszem Radkiem. Ten pierwszy hula już po sieci. Zobaczcie, zapraszam.

Anywhere – Kortez: Kosmos w głowie

BANG!

13978009_1344629762229064_2000889125_o
Z Leskim, fot. Monika Szałek

Biegałam po mieście szukając miejsc na sesje, wypożyczając rowery, siedziałam na chodniku przed hotelem i gadałam o rzucaniu korporacji, w planetarium prawie poleciałam w kosmos, piłam grappę z Jackiem Cyganem, a z Leskim chyba z dziesięć kaw. A niedługo będzie słodko, bo spróbuję Cukierków. Tych muzycznych Cukierków.

13950756_1344666002225440_383079593_o
fot. Monika Szałek
14012613_1344665948892112_65780903_o
Sesja z Januszem Radkiem, od lewej: Olga Jakubiec, Anna Chopard’d, Monika Szałek, Janusz Radek, Michał Chabelski i ja

Zadzwonił dziś mój wydawca i powiedział: „Budka, dobra robota”. Więc myślę sobie – Budka, dobra robota.

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

Na koniec rodzinne zdjęcia. Koncertowo, radiowo, muzycznie. Ania Szarmach, Wojtek Olszak, a autorem oczywiście niezastąpiony Darek Kawka.

Jak pisałam o Liście Przebojów Trójki

Kończę czwarty rok studiów dziennikarskich i wybieram temat pracy magisterskiej. Znowu radiowo. I przypominam sobie, jak rok temu nanosiłam ostatnie poprawki do licencjatu. Pogoda sprzyjała jak dziś, ja przy smooth jazzie – przy którym do teraz pisze mi się najlepiej – kończyłam jeden z najważniejszych tekstów. Bo o Trójce, bo o radiu, bo trochę o mnie. Pamiętam, że opublikowałam tu jedną część (Tutaj), daję Wam następną. Miłej lektury!

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Część 2. Lista Przebojów Programu Trzeciego na przestrzeni lat

To naturalne, że przez ponad trzydzieści trzy lata istnienia formuła Listy ulegała zmianom. Rewolucji uległo to, co tworzy audycję, czyli głosowanie na piosenki, ale i sama Lista „wędrowała” po ramówce stacji. Jak pisze Weiss w 33 x Trójka, na początku Listę Przebojów można było śledzić w sobotnie wieczory, od dwudziestej do dwudziestej drugiej.
W 1990 roku przeniesiono ją na piątek, by 17 lat później znowu na sobotę. Od 2010 roku widnieje w ramówce znów w piątkowe wieczory.[1] Początkowo zestawienie wyglądało następująco: dwadzieścia utworów w głównym notowaniu i dziesięć w uzupełniającym zestawieniu, czyli Poczekalni. Niedźwiecki przyjął zasadę, że piosenka, która zsuwa się z listy, nie trafia do Poczekalni. Wbrew temu, kilku zastępujących Niedźwieckiego, praktykowało taki sposób. Z ubiegiem lat zestawienie się wydłużało. W 1983 roku Poczekalnia miała już dwadzieścia miejsc, następnie w ogóle zniknęła, wróciła w wymiarze dziesięciu miejsc, by znowu przepaść. W 1989 roku było już pięćdziesiąt miejsc (w tym Poczekalnia najpierw dziesięć, potem w 1990 roku dwadzieścia miejsc). Tak Lista wygląda do dzisiaj – trzydzieści utworów w podstawowym zestawieniu, dwadzieścia miejsc w Poczekalni.

Jednak żeby piosenka pięła się lub opadała w zestawieniu, w ruch ten muszą wprowadzić ją głosy słuchaczy. Te najpierw przyjmowano na kartkach pocztowych, na których głosujący musiał zapisać dwa tytuły – jeden polski i jeden zagraniczny. Od 1984 roku były to już trzy dowolne utwory, od 1986 pięć, a od 1989 roku dziesięć.[2] Głosowano również telefonicznie, a przy aparatach dyżurowali wspomniani kaziowie, głównie Halina Wachowicz. Przełomem był rok 1996. Latem tego roku uruchomiono system, dzięki któremu fani mogli głosować na piosenki przez internet. Z czasem ta droga głosowania wyeliminowała pozostałe. „Myślę, że głosowanie internetowe uratowało Listę, kartek przychodziło coraz mniej” – wspomina Marek Niedźwiecki w książce Lista Przebojów Trójki. ABC druhów zastępowych i kaziów.

„Nie wiem, ile ludzi głosowało kartkami, bo tego nie liczyliśmy. Najwięcej głosów dostała chyba Biała flaga Republiki. 1700 kartek pocztowych to było coś. Pierwszy zmasowany atak nastąpił jednak w przypadku Autobiografii Perfectu. Ponad 1400 głosów. Z tym, że druga piosenka w zestawieniu miała już grubo mniej niż 1000.”[3]

Muzycznym ewenementem, jeśli chodzi o pobyt na Liście, jest zespół ArchiveOd premiery, 1 listopada 2002 roku, piosenka Again utrzymała się w zestawieniu 79 tygodni. To prawie dwa lata nieustannej obecności na Liście, w tym pięciokrotnie na miejscu pierwszym.[4]

Ważnym elementem całej machiny radiowej są realizatorzy. I tak jest również w przypadku Listy, do której sukcesu przyczynili się także ci, których nie było słychać na antenie. Pierwszym realizatorem Listy i tym, który zaproponował odejście od grzecznego i poukładanego wizerunku Niedźwieckiego jako pana od listy przebojów był Marek Dalba. Poza nim program realizowali bądź realizują nadal Barbara Głuszczak, Elżbieta Malinowska, Roman Chomicz, Jan Gadomski, Michał Jakubik, Agnieszka Łukasiewicz i Zofia Kruszewska. Ta ostatnia tłumaczy:

Lista Przebojów zawsze uważana była za program najtrudniejszy w realizacji – i to prawda: wymaga większej koncentracji, jeszcze bardziej – niż zazwyczaj – współpracy. Jest szybsza, dużo w niej kreatywnej zabawy – oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu.”[5]

To realizatorzy odpowiadają za dźwięk, który słychać w eterze – począwszy od głosu prowadzącego po dżingle. A te ostatnie w Liście również mają swoją historię.

Początek każdego programu to połączone fragmenty dwóch utworów grupy Ultravox: The Ascent oraz Your Name (Has Slipped My Mind Again). Kolejnym charakterystycznym dżinglem jest podkład z utworu The Look of Love zespołu ABC. Nowość w zestawieniu zapowiada z kolei fragment z Into The Lens z repertuaru Yes. W trakcie czytania skrótu notowania słuchacze najczęściej mogą usłyszeć Blow duetu Sophie & Peter Johnstone, Out of Touch Darylla Halla i Johna Oatesa lub Life’s What You Make It grupy Talk Talk. Jednak z pewnością najciekawsze z dżingli to te, będące wyciętymi fragmentami rozmów telefonicznych ze słuchaczami. Takie dżingle są montowane na bieżąco i nie żyją na antenie zbyt długo. Znany przed laty był między innymi dźwięk, w którym dziewczęcy głos powtarzał: „Ja chcę do Marka, ja chcę do Marka …”[6]

Lista Przebojów Programu Trzeciego nie zawsze nadawana jest ze studia przy Myśliwieckiej. Od czasu do czasu organizowane są tak zwane listy wyjazdowe, które Trójka realizuje w różnych miastach w Polsce. Takie audycje miały miejsce między innymi w Augustowie, Szklarskiej Porębie czy we Wrocławiu (np. 17 kwietnia 2015 roku).[7] Marek Niedźwiecki znany jest jednak z tego, iż do tego typu przedsięwzięć podchodzi raczej sceptycznie, a kwintesencją takiego podejścia jest jego cytat z książki Marcinkowskiego i Jarosza: „No i notowania wyjazdowe – kompletna beznadzieja, generalizując.”[8] Na moje pytanie o Listę nadawaną z Wrocławia redaktor odpowiedział tymi samymi słowami.

Taki sam „zachwyt” budzą u Niedźwieckiego wszelkie jubileusze Listy. Pierwszy raz świętowano 100. wydanie Listy w 1984 roku. Później była osiemnastka, ćwierćwiecze, trzydziestolecie oraz najświeższe – 33. urodziny Listy Przebojów zorganizowane 24 kwietnia 2015 roku w studiu im. Agnieszki Osieckiej.[9] Niedźwiecki za każdym razem jednak podkreśla, iż te specjalne notowania to dla niego ogromny stres. „Nienawidzę notowań jubileuszowych i właściwie chciałem wziąć urlop na 1500., bo wszyscy oczekiwali, że my zrobimy szpagat, a my tego szpagatu nie umiemy robić” – mówił w wywiadzie z Marcinkowskim i Jaroszem. „Myślę, że na antenie dla słuchacza, który siedzi w domu, to brzmi okropnie. Tutaj jest ciżba ludzka, pełno gości i wszyscy mówią miłe słowa, że fajnie. Właściwie co ja mam na to mówić?”[10]

Nie należy zapomnieć o dwóch znaczących notowaniach, odbywających się równolegle do Listy Przebojów w regularnych odstępach czasowych. Pierwszy to Top Wszech Czasów wymyślony przez redaktora Niedźwieckiego. Przedstawiany jest zawsze w pierwszy dzień nowego roku, a od wielu lat niezaprzeczalnym triumfatorem zestawienia jest zespół Dire Straits z utworem Brothers in Arms.[11]

Drugim zestawieniem – i tu inicjatorami było trzech Piotrów, czyli Metz, Baron i Stelmach – jest Polski Top Wszech Czasów istniejący na antenie od 2008 roku. Ten z kolei prezentowany jest w pierwszych dniach maja. Jeden z założycieli tak to komentuje:

„Sukces podstawowego Topu spowodował, że polski odpowiednik był czymś naturalnym. Radia mają obowiązek grać dużo polskich utworów, a z tym czasem jest problem. Co prawda Trójka miała od zawsze tradycję grania po polsku, ale taki top dodatkowo pozwala grać sporo polskiej muzyki.”[12]

W tym zestawieniu zwycięzcami byli Czesław Niemen z utworem Dziwny jest ten świat (Polski Top Wszech Czasów, wydanie numer 1,2,3 oraz 6), Republika z Białą flagą (Polski Top Wszech Czasów numer 4 i 5), zespół Sztywny Pal Azji i ich Wieża radości, wieża samotności (Polski Top Wszech Czasów nr 7), zaś w 2015 roku triumfowała grupa Perfect z przebojem Autobiografia.[13]

Jeden z kaziów, Dariusz Fabisiak, współpracujący z Niedźwieckim w latach 1985 – 1989 tak wyjaśnia fenomen Listy:

„Być może Trójka była po prostu jedyną w tym momencie stacją, która prezentowała taką muzykę, jakiej słuchacze oczekiwali. Nikt tu nikomu nic nie narzucał. Były inne radiostacje, które prezentowały inną, swoją muzykę, natomiast Trójka miała specyficznych słuchaczy, którzy w zasadzie słuchali tylko Trójki.”[14]

Natomiast Grzegorz Miecugow, były dyrektor Trójki ale też jeden z druhów zastępowych, wspomina:

„Świetny to był czas dla polskich zespołów – pojawiały się te wszystkie zespoły jak Republika, Lady Pank, Oddział Zamknięty, Armia, Hołdys z Perfectem, potem Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, jakieś Dezertery czy początki T.Love. (…) To wszystko zaczynało się od Trójki, bo każdy artysta, który coś wartościowego zrobił, sam chciał, żeby to się pojawiło w Trójce. To było najlepsze miejsce.”[15]

Marek Niedźwiecki w książce 33 x Trójka powiedział:

„Najlepsze okresy Listy przypadają na dobrą passę polskiej muzyki. Pamiętam taki czas, kiedy najwyżej notowanym polskim wykonawcą, na siedemnastym miejscu, był zespół Wilki. To najsłabszy okres w historii Listy, mało ludzi wtedy głosowało. Największe emocje wywołuje bowiem polska muzyka. I jeżeli polska muzyka dobrze stoi, wtedy jest więcej głosów; jeśli słabiej, głosów jest mniej …”[16]

Pozytywne odczucia ma Piotr Metz, który mówi:

Lista ciągle jest fajnym przewodnikiem po tym, co się dzieje. Chyba nawet bardziej niż kiedyś. W latach osiemdziesiątych różnica między tym, co było na rynku, a tym, co było na Liście, wynosiła może 1%, a może w ogóle jej nie było. Teraz tak nie jest, bo jest taki zalew różnych rzeczy, że Lista jest pewnym wyborem (…).”[17]

Dla wielu słuchaczy, z różnych pokoleń, Lista Przebojów Programu Trzeciego była i jest wyrocznią. To na niej Polacy kształtują swoje gusta muzyczne. Marek Niedźwiecki przez lata wypracował ogromne zaufanie społeczne, bo jeśli coś znajdzie się na Liścieto znaczy, że jest dobre. Słuchanie audycji to swojego rodzaju rytuał, tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Maj 2015

[1]  Weiss W. (2012), 33 x Trójka. Poznań: Vesper, s. 33.
[2] Ibidem, s. 33.
[3] Jarosz J., Marcinkowski J. (red.), (b.d.) Lista Przebojów Programu Trzeciego.
ABC Druhów Zastępowych i Kaziów
. Świeszyno: Agencja Wydawniczo-Artystyczna jotem3.pl, s. 14.
[4] Lista Przebojów Programu 3, http://lp3.polskieradio.pl/wykonawca/artykul387,87435_archive.aspx (10.05.2015).
[5] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 94.
[6] W. Weiss (2012), op. cit., s. 44.
[7] Trójka we Wrocławiu – mieście z Trójkowym Znakiem Jakości (2015), http://www.polskieradio.pl/9/29/Artykul/1422926,Trojka-we-Wroclawiu-miescie-z-Trojkowym-Znakiem-Jakosci (dostęp: 10.05.2015).
[8] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 19.
[9] Sto lat Liście Przebojów Programu 3! (2015), http://www.polskieradio.pl/9/201/Artykul/1428743,Sto-lat-Liscie-Przebojow-Programu-3 (dostęp: 10.05.2015).
[10] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 18.
[11] Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/topnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[12] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 113.
[13] Polski Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/polskitopnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[14] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 55.
[15] Ibidem, s. 118.
[16] W. Weiss (2012), op. cit., s. 24.
[17] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 115.

 

Gdy spotykam mistrzów

Ray Wilson wszedł do studia jak do domu dobrych znajomych. Nic szczególnego, ale rzadko zdarza się, żeby obecność gościa powodowała ciarki na moich plecach.

wgKawki-5140
Ray Wilson w Trójce, fot. Darek Kawka

To kolejny wyjątkowy gość Markomanii. Ray Wilson jest wokalistą, gitarzystą, członkiem supergrupy Genesis, twórcą projektu Genesis Classic oraz… poznaniakiem. Zamieszkał w naszym kraju na stałe, tu koncertuje oraz prowadzi swoją fundację. Ray Wilson Foundation dba o wyrównywanie szans w dostępie do kultury oraz aktywizuje marginalizowane jednostki.

Markowi Niedźwieckiemu opowiedział o nowej płycie Song For A Friend. W koszulce z Davidem Bowiem i z gitarą pod pachą bronił statusu gwiazdy rocka. Minęły czasy, kiedy faceci z gitarami wywołują omdlenia (John Mayer to piękny wyjątek), a rockmanom przypina się łatkę nieprzystępnych i niedostosowanych do życia w społeczeństwie kosmitów. Ray Wilson – nic w tym szczególnego – to bardzo sympatyczny człowiek. Szczególny ma jednak głos – radiowy! Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy lepiej słuchało się go mówiącego, czy śpiewającego, ale w momencie, gdy grał na żywo w studiu, po moich plecach przeszła armia ciarek.

wgKawki-5242
Ray Wilson w Trójce fot. Darek Kawka

Hasłem najnowszej płyty Wilsona jest podróż. Podróż, która ma być sensem życia, a album tę drogę podsumowuje. Podróż, która pozwoli ci uciec od demonów i doda ci odwagi, duchowej odwagi. To świetny krążek, który skłania, jeśli nawet nie do głębszych przemyśleń, to do odrobiny melancholii.

WP_20160515_10_18_12_Pro

PS Jakie ładne autografy, prawda?

Autorem zdjęć do jednego z koncertowych wydawnictw Raya Wilsona jest Darek Kawka, fotograf współpracujący z Trójką. I nie tylko z radiem, bo w swoim portfolio ma szereg uwiecznionych koncertów i sesji zdjęciowych muzyków. Dołączyłam do tego zacnego grona, bo Darek Kawka zrobił mi parę fantastycznych ujęć, którymi muszę się pochwalić. Tym samym przyczynił się do nowej oprawy mojego blogu, za co – Darku – wielkie dzięki.

wgKawki-5752
fot. Darek Kawka
wgKawki-5782
fot. Darek Kawka
wgKawki-5576
fot. Darek Kawka
wgKawki-5712
fot. Darek Kawka

Dobre rzeczy się dzieją, gdy spotykam mistrzów.

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka