Proxima parada – Barcelona

Dzień dobry, przystanku! Włączam nowy album Norah Jones i przysiadam na chwilę.

Mówię do bloga, jak do pamiętniczka z kolorowymi kartkami pachnącymi sztucznym aromatem malin i truskawek, takiego, w którym pisało się najskrytsze sekrety. Ten blog od początku był takim powiernikiem, może nie sekretów, ale w głowie układających się w zdania myśli o muzyce. Niedługo przystanek skończy dwa lata. Od niego wszystko się zaczęło. Przystanku, cieszę się, że Cię mam. Bez Ciebie nie byłabym tu, gdzie jestem.

Regularnie Cię odwiedzam. I wiem, że Wy, moi czytelnicy, także. Widzę, że tu zaglądacie i bardzo się z tego cieszę. Dziękuję!

Jest tyle premier płytowych w październiku, że chyba tego nie ogarnę. Już nowe albumy wydali Perfect, Cugowscy, Kult, Alicja Majewska, Fisz Emade Tworzywo i Michael Buble, a w ciągu najbliższych tygodni ukażą się nowe krążki Empire Of The Sun, Matta Duska, Organka, Krzysztofa Zalewskiego i Fonetyki. Żegnaj, wypłato – witaj, poszerzona kolekcjo kompaktów. O wszystkich premierach słów kilka się pojawi, tak jak o zbliżających się jesiennych koncertach. Archive w listopadzie na Torwarze – będę!

Ale na przekór złej pogodzie opowiem trochę o słońcu. Cudownym słońcu Katalonii, jej smakach i morzu, nad którym przez tydzień zbierałam energię na całą jesień.

img_20160919_100915
Tossa de Mar, Katalonia

Hiszpańską przygodę rozpoczęłam w Barcelonie. Tam wylądował samolot, z którego z drżącymi nogami wysiadłam, przeżegnałam się trzy razy i zadzwoniłam do mamy, że do Polski wrócę chyba na stopa, bo do samolotu więcej nie wsiądę. To był mój pierwszy lot w życiu i powtarzałam w głowie, że za takie przygody to ja dziękuję. Nie zostanę fanką latania, dla mnie to żadna przyjemność i zero frajdy. Stacjonowałyśmy z Moniką, bo pojechałam tam z przyjaciółką, w turystycznym miasteczku Malgrat de Mar. Niezbyt uroczym, napędzanym gotówką przywiezioną przez turystów. Po sezonie – czyli dziś – jestem pewna, że nie ma tam żywego ducha. Liczyło się jednak morze i plaża, a żeby się na niej znaleźć, wystarczyło wyjść z hotelu i uważając, by nie uronić kropli sangrii, przejść pod torami kolejki – i było się nad brzegiem morza.

img_20160918_140839

Sangria to tamtejsze słodkie wino, które piło się i piło – nie jest mocne, a delikatnie schłodzone idealnie pasowało do każdego posiłku. Ja, fanka wina białego, pokochałam cavę, czyli delikatnie musujące wino pochodzące właśnie z Katalonii, podobne do szampana i takiż szampański nastrój wywołujące. Postanowiłam, że będąc w Hiszpanii, będę jadła wszystko to, czego nie jem w Polsce – to z braku jakiegoś produktu lub moich nie do końca zrozumiałych kaprysów. Na przykład pomidory – tu ich unikam, nie przepadam, a na pewno nie w surowej postaci – w Katalonii wciągałam jeden za drugim. Tam wszystko jest słodsze, dojrzalsze, bardziej aromatyczne. Warzywa pachną cudownie, a owoce są soczyste i pełne słońca. Przekąską po śniadaniu, obiedzie i kolacji były więc melony, które były tak słodkie, że chciało się je gryźć bez końca.

Smak tradycyjnej hiszpańskiej tortilli znałam już wcześniej. Jadłam ją na kolacji przyrządzonej przez znajomych Hiszpanów – to wtedy pokochałam także chorizo. Od tamtego czasu tortillę przyrządzałam sama, ale byłoby grzechem nie spróbować jej także w Katalonii. Cóż, tortilla w małej, uroczej knajpce w Tossa de Mar była idealna. I skoro ten blog zamienił się na chwilę z muzycznego w podróżniczy, muszę o czymś wspomnieć. Tortilla hiszpańska to nie ten meksykański placek, który znamy z barów w Polsce. Tortilla hiszpańska to omlet – przesmażone ziemniaki i cebulę, doprawione solą i pieprzem mieszamy z jajkiem i serwujemy w formie placka. Proste, a jakie smaczne! Obiad we wspomnianej knajpce nie skończył się jednak na tapas. Jako danie główne na stół na wielkiej gorącej patelni wjechała paella – narodowe danie Hiszpanów. My wybrałyśmy wersję z owocami morza i królikiem, do tego sangria z cavą (!) i wstanie z krzesła było już niemożliwe.

Barcelona jest miastem magicznym, barwnym i tętniącym życiem. To miasto kontrastów, bo bieda miesza się tam z niewyobrażalnym bogactwem. Z jednej strony ogromne jachty cumujące w porcie, z drugiej nieciekawa i niebezpieczna dzielnica El Raval. No i dzielnice wypełnione turystami Gracia, L’Eixample, Barri Gotic. Spacer po La Rambli wymaga szczególnego skupienia – nie tylko po to, żeby nie zostać okradzionym, ale żeby dostrzec ozdobne kamienice wyrastające wzdłuż deptaku. I koniecznie trzeba skręcić na La Boqueriia – tamtejszy targ, na którym można zjeść przepyszne kalmary i chorizo, zagryźć świeżą figą, a przy okazji zakupić trochę słodkości do Polski.

Barcelona to Gaudi, Gaudi to Barcelona. To narodowy artysta Katalonii, wariat, religijny fanatyk i geniusz. Zanim poświęcił się budowie Sagrada Familia, stworzył niesamowite budowle, które są jak checkpointy dla zwiedzających. La Sagrada zachwyca. I dzieli, bo jest takim zachwytem jak gombrowiczowski Słowacki. I kiedy ja rzeczywiście przyjęłam z chęcią ten zachwyt, dodatkowo go jeszcze moimi ochami i achami karmiąc, Monika potraktowała go z niechęcią, prawie że cytując: „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. La Sagrada Familia jest ciągle w budowie – to wiadomo. Otoczona jest jednak ulicami i setkami turystów, nie ma więc tam ani miejsca, ani powietrza na to, by przystanąć i w spokoju obejrzeć jej majestat. My odeszłyśmy więc trochę dalej i siedząc przy kawie obserwowałyśmy budowlę z pewnej perspektywy. Zachwycała.

Drugim symbolem Gaudiego w Barcelonie jest Park Guell. To miasto-ogród, którego Gaudi, zajęty pracą nad bazyliką, nigdy nie ukończył. To miejsce oderwane od rzeczywistości, gdzie żaden kąt nie jest prosty, ze ścian krzyczą kolory, a turyści przepychają się na schodach, by zrobić sobie zdjęcie ze słynną salamandrą.

20160920_154913

Nie warto brać przewodnika ani zapisywać się na wyjazdy zorganizowane. Barcelonę najlepiej zwiedzać samemu. Najważniejsze, żeby zaopatrzyć się w mapę, oldschoolowy papierowy przewodnik i całodniowy bilet do komunikacji miejskiej. Metro linii ma więcej niż kolorów na tęczy, ale po dwóch pomyłkach i podróży w stronę przeciwną do zamierzonej, bez problemu można dotrzeć w każde miejsce. I nikt was nie goni. Tylko w głowie cały czas słyszy się głos z metra powtarzający: „proxima parada”, czyli „następny przystanek”. Zostaje w pamięci jak refren piosenki, którą się przeklina, a nuci przez cały dzień.

Spędziłyśmy w Barcelonie dwa dni i zobaczyłyśmy prawie wszystko. Jeśli miałyśmy ochotę na kawę, a pisze to zapalona kawoszka, po prostu przysiadałyśmy i rozkoszowałyśmy się jej aromatem unoszącym się w barcelońskim powietrzu. Tapas? Proszę bardzo. Nie zapomnę momentu, kiedy po naprawdę długim spacerze, w dodatku w szybkim tempie, dotarłyśmy pod uniwersytet – mekkę deskorolkowców z całego świata – i zwyczajnie nabrałyśmy ochoty na piwo. Było gorące popołudnie, mały bar niedaleko Placa de Catalunya, tapasik (oczywiście tortilla) i zimne, tamtejsze piwo. To takie momenty, które zapadają w pamięć.

Najlepszą jednak kawę wypiłyśmy na wzgórzu w Tossa de Mar. To mała miejscowość na północ od Barcelony z piękną XII- wieczną zabudową i plątaniną wąskich uliczek. Z wzgórza celowano niegdyś do piratów, my oglądałyśmy stamtąd niesamowity lazur morza i jachty przycumowane do brzegu.

Przeczytanych książek: dwie. Opalenizna: odcień mniej blady niż blady. Wypitych butelek wina: więcej niż dużo. Zachwytów: jeszcze więcej. Hiszpania pochłania, podrywa i czaruje. Jeszcze tam wrócę, w końcu kto napił się wody z fontanny na La Rambli, ten na pewno powróci do Barcelony. Ja planuję.

Reklamy

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka

Zawstydzili mnie

Czy mnie naprawdę brakowało tu przez dwa miesiące? A może inaczej, jak to możliwe, że przez dwa miesiące nie brakowało mi bloga? Brakowało. Ale blog blogiem, a obowiązki obowiązkami. Jedyna rada ode mnie: nigdy nie urządzajcie mieszkania. Never.

Tyle zbędnych tłumaczeń.

Pamiętam, miałam opisać Ostródę. I pierwszy po wakacyjnej przerwie post się Ostródzie należy, choć nowych radiowych przeżyć do opisania także mam wiele. Jednak wspaniałe jest to, że pomimo dwóch miesięcy od powrotu z ORF, ja ciągle pamiętam każdą chwilę spędzoną na festiwalu.

Kiedy parę dni po Ostródzie zobaczył mnie znajomy, spytał: Jesteś zakochana czy byłaś w Ostródzie? Byłam po Ostródzie. Promieniałam, we wspaniałym humorze z dziewczęcą ekscytacją opowiadałam kolejnym znajomym wrażenia z festiwalu. A te były… i tu chwilę się zamyślam. Bo „niezapomniane” głupio brzmi. „Magiczne” jeszcze gorzej. Nie chcę dorabiać festiwalowi zbędnej otoczki najlepszego miejsca na ziemi, bo pewnie takim Ostróda nie jest. Ale raz do roku liczy się to jedno miejsce. I najważniejsze, żeby tam być.

Ostróda to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ludzie. Ja w tym roku spełniłam moje małe marzenie. Wiele razy powtarzam, że najpierw jestem słuchaczką, dopiero później dziennikarką. Jestem fanką, czasem psychofanką. Taką też fanką na pograniczu fascynacji i uwielbienia na wyrost byłam i będę w przypadku grupy Bakshish.

Pamiętam siebie wiele lat temu na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Bakshish był tam jedną z głównych gwiazd, a ja wiedziona głosem Jarexa odkrywałam stare dobre reggae. Od tego czasu wokalista – Jarek Kowalczyk – był dla mnie wyznacznikiem spokojnego, duchowego sposobu przekazywania reggae słuchaczom. Mit obalony. Jarek jest zwykłym człowiekiem, nie duchowym przywódcą. Dlaczego tak myślę? Bo nareszcie go poznałam! I choć cały zespół śmiał się, że przez pierwsze kilkanaście minut siedziałam sztywno, jak gdyby to było spotkanie na szczycie, ja miałam to poczucie, którego już kilkakrotnie wcześniej doznawałam, że stykam się z osobą, która wychowała mnie muzycznie. Za co – Jarku – bo już tak mogę do Ciebie mówić – dziękuję.

Jarex!
Jarex!

Zespół Bakshish to sympatyczni, bardzo otwarci i bardzo inspirujący ludzie. A ostródowa znajomość z zespołem owocuje teraz bakshishowym odcinkiem Historii pewnej płyty w Trójce. Na warsztat bierzemy pierwszy album zespołu, moją rówieśniczkę – płytę One Love z 1993 roku. Pierwsze nagranie już za mną.

Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce
Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce

Ada się śmieje, że gdzie pojadę, tam mam znajomych. To nieprawda, ale prawdą jest to, że w Ostródzie spotkałam WSZYSTKICH. Przypomniały mi się czasy śpiewania w kapeli, z tamtych czasów spotkałam parę znajomych mi twarzy. Reszta muzyków czy festiwalowiczów to osoby spotkane w ciągu tylu lat mojego muzycznego życia.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Piękne trzy dni, jamajska pogoda, muzyka, taniec pod sceną, ludzie i niepowtarzalna atmosfera, którą tworzą. Jednym słowem: Ostróda.

A-HA A-HA A-HA!

Dlaczego wróciłam akurat dziś i piszę ten post na podłodze w łazience, bo w nowym mieszkaniu nie mam jeszcze krzeseł i stołu, przy którym mogłabym usiąść? Bo dziś mnie porządnie zawstydzono. A konkretnie zawstydzili mnie Mechanicy. Small Mechanics.

mechanicy fb

Bo jak to wygląda, że TAKI ZESPÓŁ wspomina o moim blogu, a na nim takie starocie? Dziękuję chłopaki za inspirację.

Ola

ORF 2015 – kogo usłyszymy?

11206093_10153187368681676_5141252655307182627_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Póki co wyglądają tak. Niedługo Czerwone Koszary będą wyglądały tak:

11194585_10152996749126676_4224530104024353304_o
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Na kogo czekam w szczególności?

W piątek festiwal rozpoczniemy ze zwycięzcami ubiegłorocznego Konkursu Młodych Talentów ORF, czyli grupą SielSka. Ciekawe, jak chłopaki dadzą sobie radę na dużej scenie. To będzie dobra rozgrzewka przed wieczornymi koncertami. Fyah Keepers nagrali znakomity hymn ostródowy, dalej Richie Campbell – ich też nie przegapię. Na koniec późno w nocy Tabu – zmęczenie o tej porze jest niesamowite, ale posłuchać należy, a i potańczyć wypada! Najmocniejszymi punktami pierwszego dnia są: na Red Stage projekt Izrael gra Kulturę i premiera albumu K-Jah na scenie zielonej.

Izrael powraca do korzeni i zagra utwory warszawskiej Kultury. Mam nadzieję, że Izrael jest w dobrej formie, bo od tego koncertu wymagam wiele. Pamiętam Reggaeland sprzed wielu lat, kiedy podczas koncertu Izraela po prostu odeszłam spod sceny, bo nie chciałam sobie psuć wrażenia, jakie ta grupa robi na mnie na nagraniach. Czy w Ostródzie będzie lepiej?

K-Jah natomiast w Ostródzie będzie promował swój krążek Link up. Do pracy nad albumem zaprosił między innymi Dawida Portasza, Madmajka i Gentlemana z Tamiką. Fantastyczny początek z Green Stage, piątek, godz. 19.

11391153_10153105153701676_7432754963169601847_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Sobota to dzień przesłuchań w ramach World Reggae Contest. Kibicujemy oczywiście bydgoskiej grupie Dubska, jako jedynej reprezentującej Polskę w tym konkursie. Po godzinie 22. Gentleman na Red Stage, a po nim Damian Syjonfam. Wspaniała sobotnia noc na ORF! Rok temu ostatnim wykonawcą w sobotę była Jafia, która stworzyła fantastyczną atmosferę pod sceną. Czuło się energię wypływającą z muzyki i ludzi. Pomogła w tym pora i zimna aura sierpniowej nocy. Damian ma szansę powtórzyć ten spektakl. Zajrzę też do green namiotu, bo tam nieco wcześniej, bo o 21. Zjednoczenie Sound System. Najwyższy czas nadrobić zaległości i usłyszeć na żywo materiał z Inity, na czele ze świetnym International.

11011123_10153122559076676_2655634308995657647_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Niedziela, po dwóch intensywnych dniach, będzie czasem chill outu i żegnania się z Ostródą. Ciekawostką dla mnie jest Roots Rockets – zespół wydał bardzo dobrą płytę, czy obroni ją na żywo? Mam nadzieję, że okaże się dobrym początkiem koncertowej niedzieli na Red Stage. Dalej również po polsku: Tumbao, Chonabibe, Bob One, Bednarek. I to by było na tyle, bo trzeba będzie wracać do stolicy. Żałuję, że nie usłyszę Protoje i Dubermana, tym drugim też będzie sprzyjała godzina. Może to być fantastyczne rootsowe zakończenie festiwalu.

Do zobaczenia w Ostródzie, żegnam się z wami staropolskim BIG UP!!!

Co ja mam z tym PRL-em?

10582818_894154107280754_4459190388372724668_o

Kto mnie zna, ten wie, że moja miłość do PRL-u jest wielka i kompletnie niezrozumiała. Nie przeżyłam nawet dnia w socrealistycznej Polsce (rocznik ’93), a mimo to tęsknota za tymi czasami wzbiera we mnie z każdym dniem jeszcze bardziej. Uwielbiam klimat PRL-u, jego prostotę i wielobarwność wyciskaną z szarości.

Nie gloryfikuję ustroju komunistycznego, choć pewnie wielu z Was tak by pomyślało. Kultura w Polsce Ludowej coś znaczyła. Ambitna muzyka czy literatura nie ginęła w zalewie bylejakości. Alternatywa nie była dobra – alternatywa była przeciętna. Inaczej niż dzisiaj. Nie wiem, czy jeździłabym do Jarocina, była hipiską, miałabym chłopaka bikiniarza czy podkochiwałabym się w młodym Zbigniewie Wodeckim. Czy przypinałabym tarczę do rękawa czy ostentacyjnie chodziła bez? Albo do której grupy bym należała – licealistek słuchających Republiki czy dziewczyn z technikum słuchających Lady Pank?

Niezależnie od wszystkiego – myślę, że pasowałabym do tamtej epoki. Choć teraz też mogę śpiewać Ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo! Ale jak te 20 lat smakowałoby 50 lat temu?

Od paru tygodni na antenie Radia Kampus mój cykl Czar PRL-u, który zrealizowałam w warszawskim Muzeum Czar PRL. Emisja w piątki o 16.30. Zamieszczałam już pierwszy odcinek, czas na pozostałe, które do tej pory zostały wyemitowane. Continue reading „Co ja mam z tym PRL-em?”

11 lat bez Czesława Niemena

17 stycznia 2004 roku zmarł artysta wybitny. 11 lat po śmierci wciąż go pamiętamy i doceniamy. Czesław Niemen.

Właściwie Czesław Wydrzycki, urodzony w 1939 roku we wsi Stare Wasiliszki pod Grodnem, na terenie dzisiejszej Białorusi. W wyniku repatriacji w roku 1958 trafił na Pomorze. Miał słuch doskonały, tak jak jego ojciec stroił fortepiany. Zaczynał w trójmiejskim Klubie Studenckim Żak, gdzie wykonywał piosenki latynoamerykańskie. Występował z zepołami-ikonami tamtej epoki: Czerwono – Czarnymi i Niebiesko – Czarnymi, dla których skomponował utwór Wiem, że nie wrócisz zaprezentowany na
I KFPP w Opolu
w roku 1963. W tym samym roku zagrali razem w paryskiej Olimpii.

A czy znamy Niemena takiego?  Continue reading „11 lat bez Czesława Niemena”

Tylko i aż Pablopavo

Ten tydzień należy do Pawła Sołtysa i jego ekipy. We wtorek otrzymał Paszport Polityki, a na jutro zapowiedziana jest premiera krążka Zjednoczenia Soundsystem, w którego skład, obok Pablopavo, wchodzą też Diego oraz Dj Krzaku.

WP_20150115_013

Tylko to drugi wydany w 2014 roku, a pierwszy solowy album Pablopavo. Znakomitą recenzję tego krążka napisał mój przyjaciel po fachu Michał Klimko, który zgodził się na udostępnienie jej na tym blogu.  Continue reading „Tylko i aż Pablopavo”

Pablopavo z Paszportem Polityki!

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Proszę państwa, szaleństwo, radość i duma od wczoraj goszczą w sercach fanów Pablopavo! Bo Pablopavo, czyli Paweł Sołtys otrzymał Paszport Polityki 2014 w kategorii muzyka popularna. Zaskoczenie? Przyznam, że tak. Tak, jak bardzo Pawłowi tej nagrody życzyłam, tak bardzo przypuszczałam, że jego muzyka – choć genialna – jest dla tej nagrody zbyt prosta. Jak bardzo się myliłam!

W uzasadnieniu możemy przeczytać: Nagroda za piosenki łączące podwórkową lokalność ze światowością brzmienia i poetycką głębią, za odtwarzanie w muzyce obyczajowego kolorytu Warszawy, jej krajobrazu i charakteru tego miasta. 

Mogę się pochwalić, że znam Pawła osobiście i kilka razy miałam przyjemność z nim rozmawiać. To szalenie inteligenty i serdeczny człowiek, skromny i utalentowany muzyk. Takiego siebie pokazał też na scenie Teatru Wielkiego, gdy odbierał nagrodę. Pogratulował nominowanym, podziękował tym, z którymi gra i pracuje, na koniec dodał niewymuszony żart – wydawał się lekko zażenowany, a tym samym zaskoczony całym zajściem. Rację miał Miłoszewski, który powiedział ze sceny – Do różnych urzędników zajmujących się kulturą, którzy dziś przyszli na imprezę ludzi kultury – macie Państwo niezły tupet. Pablopavo do towarzystwa trochę nie pasował i to jego wielki atut!

I wiecie co? Wystąpiłam w teledysku laureata Paszportu Polityki! Mam z nim także zdjęcia, którymi nie zawaham się pochwalić.  Continue reading „Pablopavo z Paszportem Polityki!”