Blue Monday

IMG_7743

Modele regulacji sektora prasy: koncesyjny i zgłoszeniowy. Model koncesyjny – wymóg uzyskania uprzedniego zezwolenia władz (nie musi oznaczać cenzury prewencyjnej). System zgłoszeniowy – notyfikowanie władzy publicznej o zamiarze rozpoczęcia działalności wydawniczej.

Tych i innych bardzo potrzebnych szczegółów uczę się na jeden z ostatnich egzaminów na studiach. Egzamin, wydawałoby się, typu 3 Z: zakuj, zdaj, zapomnij. Jednak ja wyjątkowo dużo zapamiętałam z tych studiów, choć niewiele wykorzystałam w praktyce. Nie żałuję jednak żadnej decyzji podjętej w związku z kierunkiem, miejscem i tą całą moją studencką karierą. Żeby być dziennikarzem, nie trzeba skończyć dziennikarstwa, ale można i nic w tym złego. Studiując dziennikarstwo miałam czas na dziennikarstwo.

Odkładam regulacje mediów w prawie europejskim i sięgam po czerwcowy „Twój Styl”. Jestem jego fanką od wielu lat, lubię mądre wywiady i dowcipne felietony Leszka Talki. Ciekawa rozmowa z Marcinem Kwaśnym, bardzo interesujący artykuł o kobietach-pisarkach, ich przyzwyczajeniach i pokonywaniu lęku przed pierwszą książką, ale także Mariusz Szczygieł o sobie sprzed 20 lat. O początkach w telewizji i jego uroczym sposobie bycia zweryfikowanym przez okrutny show-biznes. Hanna Krall powiedziała mu kiedyś: „Pana pytania są proste, pan się dziwi, jest zachwycony odpowiedziami rozmówcy, a im jest to potrzebne, nawet kiedy mówią banały”. Och, żeby mi ktoś tak powiedział. A najlepiej Hanna Krall, oczywiście. Parafrazując Szczygła – wtedy przestanę przejmować się opiniami quasi-inteligentów.

A propos nie quasi-inteligentów, lecz inteligentów – odwiedzili mnie wczoraj kumple z dziennikarstwa. Zagęszczenie audiofilów na metr kwadratowy przekroczyło normę, bo każdy z naszej trójki jest fanem muzyki i co najlepsze – każdy innej. O muzyce, o pięciu zmarnowanych latach studiów, o tym, czego w życiu szukamy, a co już może znaleźliśmy – dobrze pogadać z kumplami. I Blue Monday zamienili mi w Whisky Monday. A noc była tak ciepła, że można było usiąść na balkonie i pouśmiechać się do starych czasów, kiedy zaczynaliśmy studia na uniwerku i starych nas, już prawie z tytułami magistrów.

O czym porozmawiamy za pięć lat? Kim za pięć lat będziemy i gdzie? Niech whisky smakuje tak samo dobrze i niech niewiele się zmieni. No, może poza tym, żeby Michałowi przeszła jednak ta ślepa miłość do Papa Dance.

fot. T. Sagan/Anywhere.pl

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Sierpniu, trwaj

To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc, wywyższam go ponad wszystkie. Gdy przychodzi, uśmiecham się częściej. Słońce jest już inne, dojrzałe, nie takie młodociane i narwane jak w lipcu. Sierpień płynie w zwolnionym tempie. Wśród zbóż i dojrzałych owoców. W rytmie reggae.

To takie trzy dni w roku, które chciałoby się przedłużyć do grudnia. Nieważne, czy pada, czy jest jamajski upał. Trzy dni z małą ilością snu, całodobową muzyką i zwykłym, najprostszym poczuciem szczęścia. To nie puste słowa, bo takie trzy dni ładują baterie do następnego sierpnia.

DSC05433

Zakładam te spodnie tylko raz w roku. A skoro wyciągam je z dna szafy, znaczy to, że za chwilę jadę na Festiwal w Ostródzie. Który raz? Nie liczę. Lubię poszukiwania miejsca na polu namiotowym, lubię tę ekscytację, gdy wchodzi się po raz pierwszy na teren festiwalu. Lubię niosące się echo podczas porannych prób na głównej scenie. A najbardziej lubię moment, gdy mijam osoby, które kojarzę z lat poprzednich. Bo wiem, że za rok też się spotkamy. To ludzie tworzą ten festiwal, rzucają wszystko, biorą urlopy w pracy, odkładają obowiązki i pielgrzymują. Do Ostródy.

WP_20150809_042

Edycja przy użyciu Lumia SelfieW piątek, 12 sierpnia, nie ma mnie. Dla nikogo. No, może dla Ady, która będzie ze mną pod sceną. I jestem jeszcze dla Jafii, Tabu i Damiana Syjonfama. Bo w takiej kolejności grają po sobie w piątkowe popołudnie na głównej scenie. Oczywiście, że każdy zespół słyszałam już na żywo. Nie raz, nie dwa, także w Ostródzie. Ale te koncerty to wymarzone rozpoczęcie festiwalu, które nada całości najlepszego z możliwych szlifu. Szukajcie mnie pod sceną, nie dzwońcie, nie odbiorę.

Cieszę się, że po latach usłyszę Paraliż Band, który w Ostródzie świętuje 20. urodziny. Pamiętam ich koncert na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Tam stawiałam pierwsze festiwalowe kroki i pokochałam reggae. Zostało do dziś.

Nowozelandzki Katchafire brzmi obiecująco, cała jamajska gwardia także dobrze się zapowiada. Oczywiście największy apetyt wzbudza Alborosie, to obowiązkowy punkt programu w sobotę. W niedzielę Vavamuffin. Ile razy można być na ich koncercie? Odpowiadam – nieskończenie wiele.

IMG_20160729_195234.jpg

Ostatni tydzień to aż trzy koncerty, połaziłam po Warszawie i łapałam zachwyty. Najpierw Piotr Zioła w (zamykającej się!) Plażowej. Młody i skromny, chociaż mógłby z bezczelnością dwudziestolatka i manierą gwiazdy rozdać karty na polskiej scenie. I tak rozdaje, bo broni się raz – dobrymi kompozycjami, a dwa – głosem, który jest jednym z lepszych młodych męskich głosów w tym kraju. Piotr świetnie zaśpiewał na żywo, a jeśli do tamtej pory oddałam mu, powiedzmy, połowę serca, drugą połowę już wziął sam, wykonując na scenie We Can Work It Out, czyli jeden z moich ulubionych beatlesowych utworów. Czekam na Piotra w większej sali.

Była także Bovska w Stacji Mercedes. Miejsce podobało mi się bardziej niż muzyka. Choć płytę mam i od czasu do czasu ląduje w odtwarzaczu. Bovska skupia uwagę na świetnym wizerunku. Okładka, strój sceniczny, nawet jej słodkie i bardzo sympatyczne wypowiedzi -wszystko w pastelowych barwach, a więc i do siebie pasuje, i emanuje optymizmem. Wynudziłam się, co rzadko zdarza mi się na koncertach. Dlatego Martini smakowało tak dobrze.

Na koniec dobra stara – chciałoby się powiedzieć – Fonetyka. Owszem, to nie są debiutanci, bo od wojaczkowej płyty minęło pięć lat. Już nie w trio, bo do zespołu dołączył nowy basista, chłopaki przygotowują płytę z tekstami Grzegorza. TEGO GRZEGORZA. W tej kwestii zawsze będę nieufna i aż zatrzęsłam się ze strachu na wieść o planach zespołu, który wskrzesił Wojaczka. Do tego stopnia, że włożył mi Wojaczka do łóżka, do myśli i mózgu. Ja żyłam z Wojaczkiem, który miał głos Przemka Wałczuka. Przemku, tym razem nie staniesz się dla mnie Ciechowskim. Nie rób tego. On jest i tak nieśmiertelny. Fonetyka nie podeptała, jak niestety wielu dotąd, pamięci ale i kultu Ciechowskiego, wspinając się po jego plecach ku kasie i chwilowej karierze. Koncert mnie uspokoił, bo poczułam, że nowa płyta będzie najlepszą ze wszystkich. Aura też była wyjątkowa. Koncert odbył się w ramach Otwartej Ząbkowskiej, w podwórzu starej praskiej kamienicy. Spędziłam jeden z lepszych wieczorów tego lata. Z Wojaczkiem, Ciechowskim i Fonetyką. Miałam dobre towarzystwo.

IMG_20160731_215728

 

 

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

Na koniec rodzinne zdjęcia. Koncertowo, radiowo, muzycznie. Ania Szarmach, Wojtek Olszak, a autorem oczywiście niezastąpiony Darek Kawka.

Gdy spotykam mistrzów

Ray Wilson wszedł do studia jak do domu dobrych znajomych. Nic szczególnego, ale rzadko zdarza się, żeby obecność gościa powodowała ciarki na moich plecach.

wgKawki-5140
Ray Wilson w Trójce, fot. Darek Kawka

To kolejny wyjątkowy gość Markomanii. Ray Wilson jest wokalistą, gitarzystą, członkiem supergrupy Genesis, twórcą projektu Genesis Classic oraz… poznaniakiem. Zamieszkał w naszym kraju na stałe, tu koncertuje oraz prowadzi swoją fundację. Ray Wilson Foundation dba o wyrównywanie szans w dostępie do kultury oraz aktywizuje marginalizowane jednostki.

Markowi Niedźwieckiemu opowiedział o nowej płycie Song For A Friend. W koszulce z Davidem Bowiem i z gitarą pod pachą bronił statusu gwiazdy rocka. Minęły czasy, kiedy faceci z gitarami wywołują omdlenia (John Mayer to piękny wyjątek), a rockmanom przypina się łatkę nieprzystępnych i niedostosowanych do życia w społeczeństwie kosmitów. Ray Wilson – nic w tym szczególnego – to bardzo sympatyczny człowiek. Szczególny ma jednak głos – radiowy! Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy lepiej słuchało się go mówiącego, czy śpiewającego, ale w momencie, gdy grał na żywo w studiu, po moich plecach przeszła armia ciarek.

wgKawki-5242
Ray Wilson w Trójce fot. Darek Kawka

Hasłem najnowszej płyty Wilsona jest podróż. Podróż, która ma być sensem życia, a album tę drogę podsumowuje. Podróż, która pozwoli ci uciec od demonów i doda ci odwagi, duchowej odwagi. To świetny krążek, który skłania, jeśli nawet nie do głębszych przemyśleń, to do odrobiny melancholii.

WP_20160515_10_18_12_Pro

PS Jakie ładne autografy, prawda?

Autorem zdjęć do jednego z koncertowych wydawnictw Raya Wilsona jest Darek Kawka, fotograf współpracujący z Trójką. I nie tylko z radiem, bo w swoim portfolio ma szereg uwiecznionych koncertów i sesji zdjęciowych muzyków. Dołączyłam do tego zacnego grona, bo Darek Kawka zrobił mi parę fantastycznych ujęć, którymi muszę się pochwalić. Tym samym przyczynił się do nowej oprawy mojego blogu, za co – Darku – wielkie dzięki.

wgKawki-5752
fot. Darek Kawka
wgKawki-5782
fot. Darek Kawka
wgKawki-5576
fot. Darek Kawka
wgKawki-5712
fot. Darek Kawka

Dobre rzeczy się dzieją, gdy spotykam mistrzów.

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka

Tylko i nie tylko piosenki

Rozpoczyna się niepokojem zapowiadającym ból. Jednak po chwili ten ból łagodzi niesamowite, wydobyte jakby spod ziemi ciepło w głosie wokalisty. Właśnie ukazał się nowy singiel grupy Small Mechanics.

Cieszę się, że Mechanicy znów tworzą po polsku. Na ich debiutanckim albumie The Gift znalazł się świetny numer Gęstnieją jesienie z tekstem warszawskiego poety-nawijacza, niezawodnego Pawła Sołtysa, czyli Pablopavo. Ten jedyny akcent na płycie nie zaspokoił mojego głodu na polski tekst u Mechaników, dlatego bardzo się cieszę, że nowy singiel zapowiada zmiany. Bo Karol Wróblewski – wokalista zespołu – śpiewa tak, jakby śpiewał poezję. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Karola w nagraniu Postcard Sessions i ten pierwszy zachwyt do dziś nie minął.

Nowy singiel Takich jak my utrzymany jest w stylistyce charakterystycznej dla Mechaników, czyli bazującej na połączeniu elektroniki i melodyjnego popu. I choć w tekście mowa o biegu w światło, ja myślę tu raczej o spowolnionym tempie w upalny dzień. Ten utwór pachnie gorącym latem, kiedy powietrze jest ciężkie, a ten ciężar czuć na opalonych ramionach. Są takie piosenki, które wpasowują się w porę roku. To, co teraz słyszę, łączy się ze słońcem w proporcjach 1:1 i tworzy duet idealny.

WP_20160405_09_59_59_Pro.jpg

Premiera teledysku oraz koncert Small Mechanics w najbliższy piątek, 8 kwietnia w warszawskim klubie Chyba Ty.


Przecież to tylko piosenki –  odpowiedział  Kortez na moje pytanie o to, jakie uczucia towarzyszą mu przy tworzeniu muzyki. – Na pewno „tylko”? – zapytałam. – Tylko i nie tylko – uśmiechnął się i oboje wiedzieliśmy, o co chodzi.

Z Kortezem udało mi się porozmawiać po jego warszawskim koncercie w Palladium, które wypełniło się po brzegi. Mówiłam o tym spotkaniu na kilka dni przed i kilka dni po, bo to taki artysta, którego muzyka towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy. Przetrzymałam z nim najgorsze zimowe mrozy i wypiłam niejedną butelkę wina. Po tym niekrótkim czasie obcowania z jego twórczością nareszcie go poznałam. Rozmawialiśmy chwilę – o pisaniu piosenek, o tym, że jego obecność na scenie wywołuje u ludzi niesamowite uczucia i o tym, że jest urodzonym solistą. Uważamy tak oboje, jednak – kiedy ja preferuję Korteza solo na scenie – on przyznaje, że zespół wspomaga jego, jeszcze nie doskonałe, umiejętności sceniczne.

WP_20160330_22_51_13_Pro
Z Kortezem, 30 marca 2016, Palladium, Warszawa

Faktycznie, koncert nie był doskonały. Sam wokalista miał kilka potknięć, wynikających może z przejęcia i nerwów, a może z nieposkromionych górnych dźwięków, z którymi Kortezowi jeszcze nie do końca po drodze. Bo w niskich tonach jest świetny. Tak jak w pisaniu piosenek. Nie oszukujmy się – Łukasz Federkiewicz to fenomen. Chłopak ubrany w dres, z czapką na głowie, o wyglądzie… „podejrzanego typa”, pisze piosenki, które wbijają w podłogę. I ten chłopak w czapce, siedząc zgarbiony przy fortepianie, grał tylko dla siebie i nie tylko dla siebie. Na tych parę minut był zamknięty – jak mały chłopiec, który skupia się na tym, by coś rozpracować, złożyć, zbudować – Kortez z głową prawie przy klawiaturze grał i walczył ze swoimi emocjami z tekstu.

Mój zachwyt przybierał stany ze skraju wytrzymałości i opadał. Nie był to równy koncert, a wykonanie niektórych utworów nie przebiło nagrań z albumu. Momentami przymykałam oczy, bo obraz nie był mi potrzebny. Ale chociażby koncertowa wersja Uleciało – utworu, który na płycie podobał mi się najmniej – ukazała nową jakość. Czy zespół Kortezowi przeszkadzał? Chwilami. Dlatego – chociaż to był naprawdę przyjemny, muzyczny i wyjątkowy wieczór – cieszę się, że mam Korteza także solo. W moich głośnikach, kiedy słucham go sama w mieszkaniu.

WP_20160405_11_45_01_Pro

Gdzie ci mężczyźni? Na scenie!

Gdy na scenie stoi facet z gitarą, to tak, jakby stał tam tylko dla ciebie. Choć w domu czekają żona i dzieci, niedopita od rana kawa, stos rachunków do zapłacenia i niezłożony regał – nie spojrzysz na niego w ten sposób. On nie będzie miał „zwykłego” życia, bo przecież scena to jego naturalne środowisko. Tuwim powiedział kiedyś, że mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie. Czyżby to zachwyt w oczach kobiety napędzał artystów do działania? Przecież nie od dziś wiadomo, że muza była kobietą.

Marzeniem chyba każdej kobiety jest to, aby powstał o niej tekst do piosenki. Znam to uczucie, bo taki tekst mi kiedyś wręczono. Ta pomięta kartka jest jedną z ważniejszych pamiątek z czasów, kiedy miałam jeszcze naście lat. Zakochanie się jest wtedy sprawą śmiertelnie poważną. A jeśli kochasz się w muzyku, który śpiewa o tobie i do ciebie – myślisz, że Romeo i Julia przy was to para kompletnie bez polotu. Z tej miłości i tej piosenki niewiele zostało, a ja teraz z kroplą sentymentu, która właśnie wpadła mi do kawy, mogę pisać o tym na blogu. Tamten chłopak z gitarą i długimi włosami był jednym z pierwszych muzyków, których w życiu poznałam. A wspaniałych i inspirujących muzycznych pasjonatów od tamtej pory udało mi się spotkać jeszcze wielu.

Moim najważniejszym mężczyzną w muzyce jest oczywiście Grzegorz Ciechowski. Wiele już tu o nim pisałam, ale najświeższą jest informacja o tym, że zespół Fonetyka przygotowuje album z tekstami Grzegorza. Fonetyka to do niedawna trio, obecnie poszerzone o basistę, które na swoim koncie ma dwa albumy z muzyką napisaną do wierszy polskich poetów. Debiutancki Requiem dla Wojaczka oraz Bursa obroniły się przede wszystkim za sprawą tekstów, więc w przypadku nowego wydawnictwa sukces wydaje się być gwarantowany. Przemek Wałczuk, lider Fonetyki, wybrał te teksty Ciechowskiego, które nigdy nie stały się piosenkami. Dlatego właśnie projekt zasługuje na uwagę, bo ma szansę wyróżnić się na tle wypuszczonych w świat, a niestety słabych coverów Republiki.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Z Panem Jackiem Cyganem, Trójka, 14 marca 2016

WP_20160315_14_18_25_Pro

W temacie pisania piosenek. Pobiegłam niedawno na Myśliwiecką, żeby poznać Jacka Cygana, który był gościem Pana Marka w przedpołudniowym Zapraszamy do Trójki. Tak jak podejrzewałam – Jacek Cygan to przemiły Cygan! Jako narrator książki Życie jest piosenką jawi się jako sympatyczny i dowcipny „pan od pisania piosenek” i takiż jest na żywo. Wydał właśnie nową książkę – tym razem trochę odbiegając od muzyki – bo są to opowiadania. Czy tak dobre jak pozostałe jego teksty? Skomentuję po lekturze.
PS To serce na dedykacji jest biegnące. Warte podkreślenia, bo podobno Pan Cygan rzadko takowe rysuje.
WP_20160315_14_16_55_Pro

Spotkań w Trójce ciąg dalszy. Z dalekiego Świdnika przyjechał do nas Damian Syjofam, aby opowiedzieć o nowym albumie. Więc ja znowu – torba na plecy, kapelusz na głowę – pognałam do Trójki. Że przyznałam się Damianowi do bycia jego psychofanką – to nic. Damian powiedział, że PRZEGLĄDAŁ MÓJ BLOG – to dopiero coś!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Po lewej Tomasz Żąda, po prawej Damian Syjonfam, Trójka, 23 lutego 2016

Nie tylko Damian Syjonfam odwiedza przystanek retro. Powiadomienia na platformie wordpress pokazują, że „your stats are booming”, za co bardzo Wam, Drodzy Czytelnicy, dziękuję. Każdy odzew obecności tutaj bardzo mnie cieszy. Ostatnio stało się to nawet bardziej namacalne, bo Was poznaję. Jeszcze raz ogromne dzięki (Wojtki, Wam szczególnie).

Marzec okazał się bardzo koncertowy. I zakończy się koncertowo, bo czekają przecież bilety na Korteza, a to też jeden z tych najważniejszych muzycznych mężczyzn.
Zaczęło się od urodzin Zjednoczenia Sound System w mojej ulubionej Hydrozagadce, na które poszłam przede wszystkim dla Pablopavo. Może ta pora roku nie sprzyja długiemu gibaniu się pod sceną, a może to wychodzi mi tylko w Ostródzie, ale przeciągające się oczekiwanie na solenizantów sprawiło, że nie dotrwałam do końca i nie usłyszałam hitowego International.  Ale serdecznie uściskałam i Pabla, i Reggaeneratora.

Tego rodzaju brzmienie w Hydrozagadce to standard, ale ja doczekałam się koncertu reggae w Trójce! Na scenie w studiu Agnieszki Osieckiej zagrała Jafia, czyli nasz najlepszy regowy towar eksportowy. Zespół, na czele z Dawidem Portaszem i wtórującą mu w chórkach amerykańską wokalistką gospel Dorrey Lin Lyles, zagrał znakomicie i stworzył piękny klimat. Zaskoczyły mnie nowe aranżacje utworów z Ka Ra Va Ny, które znam przecież na pamięć. A Jafia to nie tylko reggae. Silne amerykańskie wpływy bluesa i gospel idealnie spaja w jedno Portasz, bez którego charyzmy i przede wszystkim czarnego głosu muzyka Jafii nie byłaby tak prawdziwa. Dostrzegła to także Akademia Fonograficzna, bo ostatnia płyta grupy została nominowana do tegorocznych Fryderyków w kategorii Album Roku Muzyka Korzeni. 

WP_20160306_00_09_39_Pro
Urodziny Zjednoczenia Sound System, Hydrozagadka, 5 marca 2016
WP_20160306_20_40_54_Pro
Jafia w Trójce, 6 marca 2016

Niecały tydzień później, bo 12 marca, znowu siadłam na krześle pod trójkową sceną, w które już po pierwszym utworze mnie wbiło. Koncert jubileuszowy z okazji 25-lecia pracy artystycznej Wojtka Pilichowskiego przyciągnął tłumy. Tak wielu słuchaczy w studiu Osieckiej nie widziałam, a tym bardziej nigdy nie byłam świadkiem tego, by ludzie mimo braku biletów prosili o wejście na koncert! Później przekonałam się dlaczego. To był koncert z serii tych, po których niczego się nie oczekuje, ale nie dlatego, że był z góry skazany na porażkę. Ja po prostu nigdy takiej muzyki nie słuchałam, tym bardziej na żywo, więc moja reakcja mogła przybrać różne formy. Najpierw zaniemówiłam. Potem mój zachwyt wyrażał się w szeroko otwartych oczach wpatrujących się po kolei w każdego z muzyków na scenie. A grała cała plejada najlepszych instrumentalistów. Począwszy od prowodyra całego zamieszania – czyli Wojtka Pilichowskiego, nazywanego, nie bez powodu, artystą basu. To oczywiste, że grał świetnie, bo to muzyk na światowym poziomie. Ale jak dobrze się na niego patrzyło! Siedziałam w pierwszym rzędzie tuż przed Pilichowskim i miałam wrażenie, że gra tylko dla mnie. Że uśmiecha się tylko do mnie. Tym szelmowskim uśmiechem wyrażającym zadowolenie z samego siebie. Razem z Pilichem na scenie pojawił się cały Pilichowski Band, czyli Tomek Machański – perkusja, Kuba Lipiński – bas/instrumenty klawiszowe, Adrian „Alf” Latosiewicz – instrumenty klawiszowe, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe, Michał Trzpioła – gitara oraz Kasia Stanek na wokalu. Zagrało także Woobie Doobie w składzie: Wojtek Pilichowski – bas, Mariusz „Fazi” Mielczarek – saksofon, Marcin Nowakowski – saksofon, Michał Grymuza – gitara, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe oraz Michał Dąbrówka – perkusja.

WP_20160312_20_27_52_Pro
25-lecie pracy twórczej Wojtka Pilichowskiego, Trójka, 12 marca 2016

Choć gościnnie zaśpiewały Natalia Kukulska oraz Kasia Kowalska, to mnie zafascynowała wręcz osobowość Kasi Stanek, koncertującej na stałe w składzie Pilicha. To młoda wokalistka o aparycji Olivera Twista, trochę niepozorna, trochę tajemnicza – na pewno od początku interesująca. W dodatku świetnie wyglądała – ubrana w czarny kombinezon, który – jak się później okazało – świetnie pasował do aury, jaką wokół siebie roztaczała. Bo Kasia śpiewała całą sobą. Niezwykle sensualnie i seksualnie, ona wprost dotykała się na scenie! A robiła to nie wulgarnie, a z dziewczęcą gracją. Pamiętam, że nawet powiedziałam do siedzącego obok Wojtka, że się zakochałam, ale pewnie nie byłam jedyną osobą tego wieczoru, która doświadczyła nagłego przypływu uczuć w stronę Kasi. Na takie kobiety na scenie chce się patrzeć. Takich wokalistek poszukuję. Na moje wrażenia z tego koncertu na pewno największy wpływ miała właśnie ona.

Mężczyźni na scenie gwarantują i dobry widok, i dobry odsłuch. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że ludzie zajmujący się muzyką to piękni ludzie. Nieważne jakiej płci. A ja zawsze usiądę w pierwszym rzędzie, żeby na takiego pięknego człowieka popatrzeć. I go docenić.