Ostróda Reggae Festival 2016 – fotorelacja

Tradycyjnie zaczynam od obrazków. Uwiecznione momenty. Zatrzymane chwile. Szkoda, że nie słychać tej muzyki w tle.

14017994_1224862930911417_580280825_n
Ostatni koncert na festiwalu, trzecia nad ranem, Vavamuffin, na zdjęciu w tle Pablopavo
WP_20160813_047
Zdjęcie na hamaku…
13995523_10153941436926676_2297580657421232568_o
I kulisy jego powstania (fot. Dawid Szczygielski)

WP_20160813_002

WP_20160813_036

WP_20160813_017

WP_20160814_056

A na koniec…

14031081_1224862820911428_1731434256_n

Obiecałam. Ada i pan będą zadowoleni.

Big up people! Do zobaczenia za rok!

 

Reklamy

Sierpniu, trwaj

To zdecydowanie mój ulubiony miesiąc, wywyższam go ponad wszystkie. Gdy przychodzi, uśmiecham się częściej. Słońce jest już inne, dojrzałe, nie takie młodociane i narwane jak w lipcu. Sierpień płynie w zwolnionym tempie. Wśród zbóż i dojrzałych owoców. W rytmie reggae.

To takie trzy dni w roku, które chciałoby się przedłużyć do grudnia. Nieważne, czy pada, czy jest jamajski upał. Trzy dni z małą ilością snu, całodobową muzyką i zwykłym, najprostszym poczuciem szczęścia. To nie puste słowa, bo takie trzy dni ładują baterie do następnego sierpnia.

DSC05433

Zakładam te spodnie tylko raz w roku. A skoro wyciągam je z dna szafy, znaczy to, że za chwilę jadę na Festiwal w Ostródzie. Który raz? Nie liczę. Lubię poszukiwania miejsca na polu namiotowym, lubię tę ekscytację, gdy wchodzi się po raz pierwszy na teren festiwalu. Lubię niosące się echo podczas porannych prób na głównej scenie. A najbardziej lubię moment, gdy mijam osoby, które kojarzę z lat poprzednich. Bo wiem, że za rok też się spotkamy. To ludzie tworzą ten festiwal, rzucają wszystko, biorą urlopy w pracy, odkładają obowiązki i pielgrzymują. Do Ostródy.

WP_20150809_042

Edycja przy użyciu Lumia SelfieW piątek, 12 sierpnia, nie ma mnie. Dla nikogo. No, może dla Ady, która będzie ze mną pod sceną. I jestem jeszcze dla Jafii, Tabu i Damiana Syjonfama. Bo w takiej kolejności grają po sobie w piątkowe popołudnie na głównej scenie. Oczywiście, że każdy zespół słyszałam już na żywo. Nie raz, nie dwa, także w Ostródzie. Ale te koncerty to wymarzone rozpoczęcie festiwalu, które nada całości najlepszego z możliwych szlifu. Szukajcie mnie pod sceną, nie dzwońcie, nie odbiorę.

Cieszę się, że po latach usłyszę Paraliż Band, który w Ostródzie świętuje 20. urodziny. Pamiętam ich koncert na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Tam stawiałam pierwsze festiwalowe kroki i pokochałam reggae. Zostało do dziś.

Nowozelandzki Katchafire brzmi obiecująco, cała jamajska gwardia także dobrze się zapowiada. Oczywiście największy apetyt wzbudza Alborosie, to obowiązkowy punkt programu w sobotę. W niedzielę Vavamuffin. Ile razy można być na ich koncercie? Odpowiadam – nieskończenie wiele.

IMG_20160729_195234.jpg

Ostatni tydzień to aż trzy koncerty, połaziłam po Warszawie i łapałam zachwyty. Najpierw Piotr Zioła w (zamykającej się!) Plażowej. Młody i skromny, chociaż mógłby z bezczelnością dwudziestolatka i manierą gwiazdy rozdać karty na polskiej scenie. I tak rozdaje, bo broni się raz – dobrymi kompozycjami, a dwa – głosem, który jest jednym z lepszych młodych męskich głosów w tym kraju. Piotr świetnie zaśpiewał na żywo, a jeśli do tamtej pory oddałam mu, powiedzmy, połowę serca, drugą połowę już wziął sam, wykonując na scenie We Can Work It Out, czyli jeden z moich ulubionych beatlesowych utworów. Czekam na Piotra w większej sali.

Była także Bovska w Stacji Mercedes. Miejsce podobało mi się bardziej niż muzyka. Choć płytę mam i od czasu do czasu ląduje w odtwarzaczu. Bovska skupia uwagę na świetnym wizerunku. Okładka, strój sceniczny, nawet jej słodkie i bardzo sympatyczne wypowiedzi -wszystko w pastelowych barwach, a więc i do siebie pasuje, i emanuje optymizmem. Wynudziłam się, co rzadko zdarza mi się na koncertach. Dlatego Martini smakowało tak dobrze.

Na koniec dobra stara – chciałoby się powiedzieć – Fonetyka. Owszem, to nie są debiutanci, bo od wojaczkowej płyty minęło pięć lat. Już nie w trio, bo do zespołu dołączył nowy basista, chłopaki przygotowują płytę z tekstami Grzegorza. TEGO GRZEGORZA. W tej kwestii zawsze będę nieufna i aż zatrzęsłam się ze strachu na wieść o planach zespołu, który wskrzesił Wojaczka. Do tego stopnia, że włożył mi Wojaczka do łóżka, do myśli i mózgu. Ja żyłam z Wojaczkiem, który miał głos Przemka Wałczuka. Przemku, tym razem nie staniesz się dla mnie Ciechowskim. Nie rób tego. On jest i tak nieśmiertelny. Fonetyka nie podeptała, jak niestety wielu dotąd, pamięci ale i kultu Ciechowskiego, wspinając się po jego plecach ku kasie i chwilowej karierze. Koncert mnie uspokoił, bo poczułam, że nowa płyta będzie najlepszą ze wszystkich. Aura też była wyjątkowa. Koncert odbył się w ramach Otwartej Ząbkowskiej, w podwórzu starej praskiej kamienicy. Spędziłam jeden z lepszych wieczorów tego lata. Z Wojaczkiem, Ciechowskim i Fonetyką. Miałam dobre towarzystwo.

IMG_20160731_215728

 

 

3 w 2015 (czyli wszystko kręci się wokół radia)

Jak zwykle,  gdy zamierzam napisać nowy post, przysiadam do komputera z kawą i wybieram płytę do posłuchania. Tym razem wybór padł na mój świąteczny prezent, czyli album Nina Revisited: Tribute to Nina Simone. Utwór drugi to Feeling good w wykonaniu niesamowitej Ms. Lauryn Hill. Ja w tym mijającym roku wiele razy śpiewałam, powtarzałam i mówiłam do siebie i innych I’m feeling good. Bo to był wspaniały rok, jeden z najlepszych. Na pewno najbardziej muzyczny, najbardziej radiowy, najbardziej niezapomniany. Oto podsumowanie mojego roku 2015.

Ukazało się już wiele rankingów na album czy piosenkę roku. Króluje Pablopavo/Iwanek/Praczas, króluje Leski, Kortez i Zbigniew Wodecki z Mitch&Mitch Orchestra. To też moje muzyczne zachwyty, bo w mijającym roku spędziłam niewyobrażalnie wiele godzin na słuchaniu muzyki. Nigdy wcześniej nie zajmowało mi to tyle czasu i nigdy wcześniej nie czerpałam z tego takiej przyjemności. Przynajmniej dwukrotnie powiększyłam swoją płytotekę, a kolekcjonowanie płyt stało się moim najważniejszym hobby.

Ale to słuchanie muzyki nie miałoby takiego sensu gdyby nie radio. Kolejny rok spędziłam przy Myśliwieckiej, w najlepszej redakcji muzycznej w  Polsce, czym się chwalę, bo takimi sprawami chwalić się warto. Dwa  wywiady i dwa autorskie odcinki, wszystko u boku Tomka Żądy, któremu zawdzięczam moją obecność w tej stacji. Pierwszą rozmowę, choć to nie był mój debiut na tójkowej antenie, przeprowadziłam z Dawidem Portaszem z Jafii przy okazji premiery ich świetnego (!) nowego albumu Ka Ra Va Na.  Drżałam z nerwów na myśl o spotkaniu i na myśl o mojej rozmowie z Portaszem, bo to muzyk z grupy tych, których słucham od zawsze. Konfrontacja okazała się bardzo przyjazna, wywiad tym bardziej. Dla przypomnienia pod tym linkiem:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1450784,Przed-godzina-Zero-26-maja-godz-2308

Do studia zaprosiłam także Beniamina Sobańca z kapeli Roots Rockets, będącą, zaraz po Richiem Campbellu, moim poostródowym zachwytem. A że staram się przemycać do Trójki jak najwięcej reggae, przemyciłam także ich – zespół łączący ze sobą reggae ze starym, trochę oldschoolowym brzmieniem inspirowanym bluesem. Tego wywiadu można posłuchać tu:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1501018,Przed-godzina-Zero-8-wrzesnia-godz-2307

Zrealizowałam także dwa odcinki Historii  pewnej płyty – też na regowo. Z Reggaeneratorem, Pablopavo i Mothashippem wspominaliśmy debiutancki krążek Vavamuffin, a z Jarexem i Sławkiem Pakosem pierwszą płytę Bakshishu One Love. 

Wszystko można znaleźć pod tymi linkami:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1404320,Vavamuffin-debiut-sprawdzony-na-zywym-organizmie
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1550849,Bakszysz-historia-muzykow-ktorzy-nie-potrafili-grac

Do reggae jeszcze wrócę, bo z reggae związanych jest mnóstwo wspomnień z tego roku. Jednak gdybym miała wybrać najważniejsze wydarzenie roku 2015, byłoby to… zostanie kaziem. Zostałam kaziem, bo kaziami od wielu lat określani są pomocnicy Marka Niedźwieckiego. Pan Marek na szczęście zapamiętał moje imię i nie woła do mnie kaziu, ale bądź co bądź w lutym 2015 roku zostałam jego asystentką, choć po drodze zaczęto mnie nazywać także wydawcą. Jestem i jednym, i drugim, a sobota stała się moim ulubionym dniem tygodnia. Obecność w Markomanii to nie tylko tworzenie programu na żywo i podglądanie przy pracy Niedźwieckiego, ale przede wszystkim spotkania. Spotkania z samym Panem Markiem, który jest jedną wielką muzyczną inspiracją. Dzięki Niemu zaczęłam słuchać jazzu i odkryłam wykonawców, do których dotarcie zajęłoby mi pewnie jeszcze dużo czasu. Po drugie – spotkania z gośćmi audycji. W ciągu 33 Markomanii, przy których byłam obecna, poznałam wiele fantastycznych osób, nie tylko muzyków, ale przyjaciół i fanów radia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Wielkie dzięki dla ludzi z forum LPMN.pl, którzy przyjęli mnie do swojego grona. A goście? Wojciech Młynarski, Kayah, Krzysztof Antkowiak, Michał Bajor, Krzysztof Herdzin, Sebastian Karpiel-Bułecka, zespół Fours Collective, Mateusz Rusin, Stanisława Celińska, Natalia Kukulska – to tylko niektórzy. Po drodze obroniłam też licencjat, który poświęciłam… Markowi Niedźwieckiemu. Jestem na właściwym miejscu.

W końcu koncerty. Wielokrotnie bywałam w Hydrozagadce i wielu innych warszawskich miejscach koncertowych, wliczając trójkowe studio im. Agnieszki Osieckiej, gdzie usłyszałam na żywo Archive. Ale cały rok czeka się przecież na Ostródę, a ta w roku 2015 była wyjątkowa. Przede wszystkim dzięki ludziom, których tam poznałam, starym znajomym, z którymi po latach wciąż się dobrze gada i świetnej festiwalowej atmosferze tego mazurskiego miasta. Nie ma co oszukiwać, to Bakszysz nadał całości szlifu, bo to od Ostródy zaczęła się moja znajomość z zespołem, który 16-letnią kiedyś mnie uczył, co to roots.

A prywatnie urządziłam mieszkanie, które też jest muzyczne. Kiedy włączam płytę do odtwarzacza, przysiadam na kanapie w kwiaty i słucham, mam swój przystanek retro. Czuję się prawie tak dobrze jak w radiu.

Tym zachwyciłam się w 2015 roku. Nie tylko, ale to jakiś mały urywek tego, co było u mnie słychać.

Zawstydzili mnie

Czy mnie naprawdę brakowało tu przez dwa miesiące? A może inaczej, jak to możliwe, że przez dwa miesiące nie brakowało mi bloga? Brakowało. Ale blog blogiem, a obowiązki obowiązkami. Jedyna rada ode mnie: nigdy nie urządzajcie mieszkania. Never.

Tyle zbędnych tłumaczeń.

Pamiętam, miałam opisać Ostródę. I pierwszy po wakacyjnej przerwie post się Ostródzie należy, choć nowych radiowych przeżyć do opisania także mam wiele. Jednak wspaniałe jest to, że pomimo dwóch miesięcy od powrotu z ORF, ja ciągle pamiętam każdą chwilę spędzoną na festiwalu.

Kiedy parę dni po Ostródzie zobaczył mnie znajomy, spytał: Jesteś zakochana czy byłaś w Ostródzie? Byłam po Ostródzie. Promieniałam, we wspaniałym humorze z dziewczęcą ekscytacją opowiadałam kolejnym znajomym wrażenia z festiwalu. A te były… i tu chwilę się zamyślam. Bo „niezapomniane” głupio brzmi. „Magiczne” jeszcze gorzej. Nie chcę dorabiać festiwalowi zbędnej otoczki najlepszego miejsca na ziemi, bo pewnie takim Ostróda nie jest. Ale raz do roku liczy się to jedno miejsce. I najważniejsze, żeby tam być.

WP_20150809_042Ostróda to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ludzie. Ja w tym roku spełniłam moje małe marzenie. Wiele razy powtarzam, że najpierw jestem słuchaczką, dopiero później dziennikarką. Jestem fanką, czasem psychofanką. Taką też fanką na pograniczu fascynacji i uwielbienia na wyrost byłam i będę w przypadku grupy Bakshish.

Pamiętam siebie wiele lat temu na nieistniejącym już festiwalu w Zbicznie. Bakshish był tam jedną z głównych gwiazd, a ja wiedziona głosem Jarexa odkrywałam stare dobre reggae. Od tego czasu wokalista – Jarek Kowalczyk – był dla mnie wyznacznikiem spokojnego, duchowego sposobu przekazywania reggae słuchaczom. Mit obalony. Jarek jest zwykłym człowiekiem, nie duchowym przywódcą. Dlaczego tak myślę? Bo nareszcie go poznałam! I choć cały zespół śmiał się, że przez pierwsze kilkanaście minut siedziałam sztywno, jak gdyby to było spotkanie na szczycie, ja miałam to poczucie, którego już kilkakrotnie wcześniej doznawałam, że stykam się z osobą, która wychowała mnie muzycznie. Za co – Jarku – bo już tak mogę do Ciebie mówić – dziękuję.

Jarex!
Jarex!

Zespół Bakshish to sympatyczni, bardzo otwarci i bardzo inspirujący ludzie. A ostródowa znajomość z zespołem owocuje teraz bakshishowym odcinkiem Historii pewnej płyty w Trójce. Na warsztat bierzemy pierwszy album zespołu, moją rówieśniczkę – płytę One Love z 1993 roku. Pierwsze nagranie już za mną.

Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce
Jarek Jarex Kowalczyk w Trójce

Ada się śmieje, że gdzie pojadę, tam mam znajomych. To nieprawda, ale prawdą jest to, że w Ostródzie spotkałam WSZYSTKICH. Przypomniały mi się czasy śpiewania w kapeli, z tamtych czasów spotkałam parę znajomych mi twarzy. Reszta muzyków czy festiwalowiczów to osoby spotkane w ciągu tylu lat mojego muzycznego życia.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Piękne trzy dni, jamajska pogoda, muzyka, taniec pod sceną, ludzie i niepowtarzalna atmosfera, którą tworzą. Jednym słowem: Ostróda.

A-HA A-HA A-HA!

Dlaczego wróciłam akurat dziś i piszę ten post na podłodze w łazience, bo w nowym mieszkaniu nie mam jeszcze krzeseł i stołu, przy którym mogłabym usiąść? Bo dziś mnie porządnie zawstydzono. A konkretnie zawstydzili mnie Mechanicy. Small Mechanics.

mechanicy fb

Bo jak to wygląda, że TAKI ZESPÓŁ wspomina o moim blogu, a na nim takie starocie? Dziękuję chłopaki za inspirację.

Ola

ORF 2015 – fotorelacja

Ostróda widziana moimi oczami. Trzy najpiękniejsze dni w roku w najpiękniejszym miejscu na świecie. Recenzja i więcej wspomnień pisanych – w następnym wpisie. Big up!

Piątek, 7 sierpnia

Janusz Binkowski (Bakshish), Mateusz Rewasiewicz
Jarex – czyli Bakshishowy wokal. Nareszcie udało się go poznać!
WP_20150807_023
Bakshish i Ada
WP_20150807_024
Jarex i Tomek Łukasiewicz (perkusja), w tle ostródowa strefa chilloutu
WP_20150807_029
Izrael gra Kulturę
WP_20150807_033
Tabu

Sobota, 8 sierpnia

WP_20150809_011
Gentleman & Evolution

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

WP_20150809_028
Damian Syjonfam

Niedziela, 9 sierpnia

Beniamin Sobaniec z Roots Rockets
Nie bez powodu mam ksywę Maryla…
Upał!
Cieszymy się backstagem
WP_20150809_055
Bob One & Bas Tajpan
Bednarek
Ulubione zdjęcie z Ostródy!

ORF 2015 – kogo usłyszymy?

11206093_10153187368681676_5141252655307182627_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Póki co wyglądają tak. Niedługo Czerwone Koszary będą wyglądały tak:

11194585_10152996749126676_4224530104024353304_o
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Na kogo czekam w szczególności?

W piątek festiwal rozpoczniemy ze zwycięzcami ubiegłorocznego Konkursu Młodych Talentów ORF, czyli grupą SielSka. Ciekawe, jak chłopaki dadzą sobie radę na dużej scenie. To będzie dobra rozgrzewka przed wieczornymi koncertami. Fyah Keepers nagrali znakomity hymn ostródowy, dalej Richie Campbell – ich też nie przegapię. Na koniec późno w nocy Tabu – zmęczenie o tej porze jest niesamowite, ale posłuchać należy, a i potańczyć wypada! Najmocniejszymi punktami pierwszego dnia są: na Red Stage projekt Izrael gra Kulturę i premiera albumu K-Jah na scenie zielonej.

Izrael powraca do korzeni i zagra utwory warszawskiej Kultury. Mam nadzieję, że Izrael jest w dobrej formie, bo od tego koncertu wymagam wiele. Pamiętam Reggaeland sprzed wielu lat, kiedy podczas koncertu Izraela po prostu odeszłam spod sceny, bo nie chciałam sobie psuć wrażenia, jakie ta grupa robi na mnie na nagraniach. Czy w Ostródzie będzie lepiej?

K-Jah natomiast w Ostródzie będzie promował swój krążek Link up. Do pracy nad albumem zaprosił między innymi Dawida Portasza, Madmajka i Gentlemana z Tamiką. Fantastyczny początek z Green Stage, piątek, godz. 19.

11391153_10153105153701676_7432754963169601847_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Sobota to dzień przesłuchań w ramach World Reggae Contest. Kibicujemy oczywiście bydgoskiej grupie Dubska, jako jedynej reprezentującej Polskę w tym konkursie. Po godzinie 22. Gentleman na Red Stage, a po nim Damian Syjonfam. Wspaniała sobotnia noc na ORF! Rok temu ostatnim wykonawcą w sobotę była Jafia, która stworzyła fantastyczną atmosferę pod sceną. Czuło się energię wypływającą z muzyki i ludzi. Pomogła w tym pora i zimna aura sierpniowej nocy. Damian ma szansę powtórzyć ten spektakl. Zajrzę też do green namiotu, bo tam nieco wcześniej, bo o 21. Zjednoczenie Sound System. Najwyższy czas nadrobić zaległości i usłyszeć na żywo materiał z Inity, na czele ze świetnym International.

11011123_10153122559076676_2655634308995657647_n
fot. facebook.com/Ostrodareggaefestival

Niedziela, po dwóch intensywnych dniach, będzie czasem chill outu i żegnania się z Ostródą. Ciekawostką dla mnie jest Roots Rockets – zespół wydał bardzo dobrą płytę, czy obroni ją na żywo? Mam nadzieję, że okaże się dobrym początkiem koncertowej niedzieli na Red Stage. Dalej również po polsku: Tumbao, Chonabibe, Bob One, Bednarek. I to by było na tyle, bo trzeba będzie wracać do stolicy. Żałuję, że nie usłyszę Protoje i Dubermana, tym drugim też będzie sprzyjała godzina. Może to być fantastyczne rootsowe zakończenie festiwalu.

Do zobaczenia w Ostródzie, żegnam się z wami staropolskim BIG UP!!!

Wielkie odliczanie

Jeszcze tylko tydzień. Czekamy cały rok, więc wytrzymamy jeszcze 7 dni, które szybko miną.
A jeszcze szybciej minie następny weekend. Bo czas w Ostródzie płynie w ekspresowym tempie.

Za tydzień, 6 sierpnia, zaczynamy 15. edycję Ostróda Reggae Festival.

tapeta-orf-2015-830x519Uwielbiam to miejsce odkąd pierwszy raz je zobaczyłam, wiele lat temu. ORF to coś więcej niż muzyka. Przez parę dni żyje się w specyficznej społeczności, nie tylko fanów reggae, bo do Ostródy przyjeżdżają przecież także ludzie, którzy reggae na co dzień nie słuchają. Nieważne, jak bardzo pretensjonalnie to zabrzmi – ale to prawda. Przez 4 festiwalowe dni jest się naprawdę szczęśliwym człowiekiem wśród setek szczęśliwych ludzi.

DSC05383Patrzcie, jaka szczęśliwa Ada. To zeszłoroczna edycja ORF.

Kocham to miejsce i od tygodnia jestem myślami już tylko tam. Ekscytujące są same przygotowania. Dlatego nie mogę już się doczekać czwartkowego wieczoru, kiedy wyjmę z szafy moje festiwalowe ciuchy i zacznę pakowanie. I piątkowego poranka, gdy z Adą wsiądziemy do samochodu i pomkniemy w kierunku Ostródy.

Już wiem, że nie dojadę na festiwal pierwszego dnia,  kiedy w amfiteatrze zaplanowano koncert Fundamenty ORF, na którym zagrają Jafia, Habakuk, Bakshish i Vavamuffin. Bardzo żałuję, bo te kapele to też dla mnie osobiste fundamenty mojego reggae. Wszystkich słyszałam już na żywo, chociaż wspaniale byłoby usłyszeć ich razem w Ostródzie.

Dubska w hymnie ORF 2014 śpiewają: Spokojnie, bez nerwów, nikt cię nie ocenia, ile masz lat, są wszystkie reggae pokolenia. Kolejna święta prawda. Nie ma kompleksów, nie ma mody, nie ma hipsterstwa.

Jest i zawsze była w Ostródzie najlepsza muzyka. Zeszłoroczny line-up był wymarzony, w tym roku jest trochę gorzej. Jednak w sobotę zagra ten, od którego reggae zaczęłam słuchać. Gentleman. Kiedy kilka miesięcy temu organizatorzy ogłosili, iż na piętnastolecie festiwalu, po raz pierwszy w tym miejscu zagra Gentleman, pomyślałam: Będzie się waliło i paliło, ale ja tam będę. I uda się, będę. Za tydzień w sobotę, od 22.30 nie ma mnie dla nikogo. Będzie tylko Gentleman na scenie i ja wśród ludzi pod sceną.

Nazywany kolonizatorem, mocno hejtowany przez fanów reggae i dziennikarzy. Czy Gentleman to jeszcze reggae, czy już nie reggae? Gwiazda regowego popu czy popowego reggae? Nieważne. Stoi za nim ogromny tłum ludzi,  którzy  dzięki niemu reggae zaczęli słuchać, taką osobą jestem ja. Ostatnim albumem MTV Unplugged udowodnił, że jest przede wszystkim bardzo dobrym wokalistą i to reggowe flow na pewno posiada. Nie wiem, czy wyuczone. Pewnie trochę tak. Ja mu wierzę.

Skoro już przy Gentlemanie jesteśmy, to przy nim zostańmy. Następny wpis poświęcę pozostałym wykonawcom tegorocznego ORF, a teraz 10 utworów Gentlemana, które w Ostródzie chciałabym usłyszeć (niewykluczone, że przy którymś z nich się popłaczę).

1. Changes (Diversity, 2010)

Pewnie to jego reguła, że w refrenie zamiast changes śpiewa nazwę kraju, w którym gra. Jeśli zaśpiewa Polska, łzę uronię .

2. To The Top (Diversity, 2010)

We can make it if we try – przy tym numerze przygotowywałam się do wywiadu z Gentlemanem.

3. Superior (Confidence, 2004)

Znam cały tekst na pamięć, Superiora graliśmy ze Słonecznikami na zakończenie każdego koncertu. Wśród publiki zawsze był szał.

4. In My Arms (New Day Dawn, 2013)

Takiego Gentlemana lubię najbardziej. Ta piosenka to dla mnie kwintesencja jego muzyki. Plus świetny klip.

5. Ina Time Like Now (Diversity, 2010)

Kiedy tego słucham, nie skupiam się ani na tekście, ani na wokalu, tylko na sekcji rytmicznej. Posłuchajcie koniecznie.

6. You Remember (New Day Dawn, 2013)

Wiadomo, tekst.

7. Weary No More (Confidence, 2004)

Z tego samego powodu. Od czasu do czasu podśpiewuję sobie pod nosem When Jah Jah is calling, ’cause your teardrops keep falling, answer his call, you will weary no more…

I może jeszcze wersje z ostatniego albumu: No Solidarity, Warn dem, Intoxication.

Boże daj, żeby tak było.

WP_20140925_15_58_20_Pro20140925160608

Z kim widzę się w Ostródzie?

Nowości i muzyczne fascynacje listopadowo-grudniowe

Przez miesiąc w muzyce może się wydarzyć wiele. Na blogu się nie pojawiałam, ale muzyki u mnie było bardzo dużo.

Ten post to przegląd tego, czym żyłam i czego słuchałam przez ostatni miesiąc. Kolejność nieprzypadkowa.


1. Bardzo ważna i bardzo pozytywna informacja na koniec roku: organizatorzy podali oficjalną datę ORF 2015! Po raz 15. spotkamy się w Ostródzie między 6 a 9 sierpnia 2015 r.. Okrągłą rocznicę planuje się podobno specjalnie uhonorować. Czekam(y)!


2. 

Uzależniłam się od tego utworu. Panowie ze Small Mechanics porządnie się rozkręcają, a mają z czym, bo singiel należy do tych utworów, które – raz zasłyszane – zostają w głowie na długo. Prosty, nieskomplikowany, a zarazem tak oryginalny tekst autorstwa – któż może napisać taki tekst – oczywiście Pablopavo. Do tego aksamitny – i jest to komplement – wokal Karola Wróblewskiego. W atmosferze niepokoju płynącego z klipu i samego utworu moment ciepła przynosi refren. I ten refren jest mistrzowski. Polecam, polecam, polecam i życzę kapeli ogromnego sukcesu. Mają charyzmę i pomysł na muzykę. Dodam, że Gęstnieją jesienie trafił na Listę Przebojów Trójki. A głosować można tu: http://lp3.polskieradio.pl/


3. Choć fanką Łąki Łan nie jestem i nigdy nią pewnie nie zostanę, to zachwyciłam się kolejną sesją Postcard Sessions. Ideą projektu jest połączenie muzyki granej na żywo i miejskiej przestrzeni. Pomysł prosty – efekt znakomity. Byli więc Paula i Karol na Lwowskiej, była wspomniana kapela Small Mechanics w warsztacie rowerowym, w końcu moknąca w deszczu ekipa z Vavamuffin. Postcardowe nagrania wyróżniają się specyficznym spojrzeniem na muzykę. Tu dźwięki muszą współgrać z otoczeniem i to nie miasto jest tłem dla muzyki, wręcz przeciwnie – to ona musi pasować do klimatu miejsca, w którym wszystko się dzieje. Wydaje się więc, że My Bones Pauli i Karola nie brzmiałoby tak dobrze bez tej konkretnej ulicy, po której członkowie kapeli idą podczas nagrania . Albo żaden zespół nie wpasowałby się tak dobrze w atmosferę warszawskiej Pragi jak Łąki Łan. To najnowsza sesja i muszę przyznać, że znowu się udało. Pocztówka z Paprodziadem wyszła bardzo mrocznie i delikatnie przerażająco, od wiolonczeli przechodzą po plecach ciarki, a Warszawa jest taka, jaką mało kto sobie wyobraża. Dobra robota, bo tak ma być – niebanalnie.


4. Do mojej kolekcji dołączyło też parę nowych (dobrych!) krążków. Słucham namiętnie nowego Fisza (Fisz Emade Tworzywo – Mamut), ciągle odkrywam i poznaję inną, ale równie pasjonującą wersję Pawła Sołtysa (Pablopavo – Tylko), a pod choinką znajdę Gentlemana w wersji unplugged. Dziś jednak od rana słucham utworów z tekstami Wojciecha Młynarskiego.

WP_20141220_002

Prawie całość to przepięknie wydana, pięciopłytowa kolekcja poświęcona twórczości Młynarskiego. Dla mnie, zakochanej w PRL-u to prawdziwa uczta. Jest i Michnikowski, i Kalina Jędrusik, są Skaldowie, Maryla Rodowicz, Sojka, Prońko – wszyscy! Czekają mnie wspaniałe chwile dzięki tym utworom, a póki co na nowo zachwyciłam się tym: