Ferie wiosenne

lisboa

Siedzę na balkonie w pierwszy dzień maja. Właśnie skończyłam czytać opowiadania Pablopavo i zadręczać się myślami, że nigdy czegoś podobnego nie napiszę. To nie kokieteria, a zazdrość. Paweł pisze tak, że z wrażenia chce się zapalić. Patrzę na sąsiadkę z balkonu naprzeciwko. Poratuj, kochana, papieroskiem. Ty paląc, zerkasz w telefon, ja z chęcią w ten piękny majowy dzień zerknęłabym w głąb siebie.

Na patelni skwierczą warzywa na ratatouille. Kogo ja oszukuję, to żadna francuska kuchnia, tylko nieumiejętnie posiekane nierówno warzywa, które pewnie w tradycyjnym ratatouille nawet nie powinny się znaleźć. Siedzę na tym balkonie, co i raz pielgrzymuję do kuchni, żeby uniknąć przypalenia patelni i obiadu na dziś. Krzaki, które zostały na zimę na zewnątrz, miały nie zdechnąć, a zdechły. Podlewam je dla zachowania pozorów perfekcyjnej pani domu, która uczy właśnie w TVN Style, jak zrobić ciasto w mikrofalówce. Na balkonie gra Trójka, słońce coraz mocniej świeci, więc muszę posmarować twarz kremem z filtrem.

Ja wcale nie narzekam, bo zamiast majówki, miałam kwietniówkę. Najpierw Lizbona. Byliśmy tam od czwartku do poniedziałku i od czwartku do poniedziałku lało. Nie przeszkodziło mi to zachwycić się tym miastem tak bardzo, żeby pragnąć do niego wrócić. Lizbona jest urocza i swojska. Można w niej pić wino na karafki po 4 euro albo jeść codziennie krewetki i nie mieć tego wszystkiego dość. Albo upić się tą przesłodką nalewką i śmiać się z nowo poznanymi ludźmi, którzy stają się na moment, a może i na dłużej tak cudownie bliscy. Można też zanurzyć się w uliczkach dzielnicy Bairro Alto, wejść do dziwnej, przepełnionej, trochę zatęchłej, a trochę artystycznej knajpy i słuchać marnego fado na żywo. A zareagować tak, że to fado wydaje się najpiękniejsze na świecie, że śpiewak mógłby wypełnić stadiony i wszyscy też by płakali, tak jak i ty. Taka moc Lizbony. W Portugalii nauczyłam się pić kawę bez mleka, przytyłam dwa kilogramy, zostawiłam parasolkę, odpoczęłam, wyluzowałam i nauśmiechałam na cały miesiąc.

Bo to w ogóle był dobry miesiąc. Ten kwiecień. Ten wywiad, jeden czy drugi. Ta wiadomość znienacka, od obcego człowieka, o dziwnej porze i w dziwnej sprawie. A mimo to uśmiecham się do każdej nowej, bo pierwsza pomnożyła się wielokrotnie. Ach, i spotkania, spotkania, spotkania. To przy stole, z kieliszkiem czerwonego wina i papierosami w oknie z widokiem na Pragę. Albo żoliborskie, tak miłe, jakby w ogóle się nie wydarzyło. Albo to z B., z którym nie widziałam się już drugi miesiąc, a rozmawiamy tak, jakbyśmy kontynuowali dopiero co przerwaną rozmowę. Tylko na Grochowie było smutniej, ale wiem, że Grochów się zmieni, że tam też przyjdzie maj. A na Kopernika dostałam pierwszy w życiu mandat. Kiedyś trzeba.

I Spring Break. Mieszkałyśmy z B. na ulicy Woźnej, na której kiedyś, według miejskich legend, rezydował kat. Dziś pozdrowienie memento mori zapewnia obecność zakładów pogrzebowych, ciągnących się wzdłuż całej ulicy i wybiegających aż za skrzyżowanie, tak jakby bardzo chciały dołączyć do pozostałych, a już nie mogły się zmieścić pod adresem legendarnego poznańskiego kata. Danse macabre ustępował jednak miejsca poznańskiej doczesnej radości, a trumienne witryny nie straszyły nawet podczas nocnych powrotów pod znakiem muzyki i odrobiny, odrobiny wina. Pamiętam Poznań sprzed kilku lat, podróżowanie pociągiem w prawie każdy weekend. Miałam wtedy 19 lat i teraz odwiedzając te uliczki, które w mojej pamięci były już trochę zakurzone i wydeptane, przypominałam sobie tamte dni i mrugałam do nich okiem. Springbreakowy Poznań to muzyka, pokonywanie metrów sumujących się w kilometry po całym dniu. Odwiedzanie barów i słuchanie kilku taktów albo pod wrażeniem pozostawanie na dłużej.

W czwartek wszyscy mieliśmy Lewe Łokcie, w piątek było nam tęskno, a w sobotę groziliśmy sobie: Umrzesz. Ale to nie wszystko. Sztuką jest usłyszeć podczas festiwalu wszystko i wszystkich, ja usłyszałam mniej niż chciałam i planowałam. Gdzieś po drodze mijanie znajomych i zmienianie planów, albo pozostanie na koncercie, na którym było się już przecież tyle razy, że setlistę zna się prawie na pamięć i z pamięci można odtworzyć ruchy wokalisty na scenie. Temu wszystkiemu towarzyszy jednak poczucie, że warto, że trzeba płynąć z prądem improwizacji i nie kalkulować. Kogo zatem słyszałam? Nie w całości i nie od początku, nie do końca i nie zawsze w pełni uważnie, ale byłam i odhaczam: L.Stadt, Baika, Wasio, Lemon, Nixes, Krzysiek Zalewski, O.S.T.R., Kortez, Coma, Mikromusic, Leepeck, Baranovski i Muchy po latach. Znakomity Stefan Wesołowski zagrał w półmroku i w strachu, aż nie chciało się wychodzić z sali przepełnionej gęstymi oddechami słuchaczy. Przy tęskno poleciały łzy? Nie tylko podczas tego koncertu. Troj zawiódł. Nie dotarłam na koncert Ofelii. Nie byłam też na kilku, po których po mieście krążyły plotki i zachwyty. A Umrzesz? Ach, Umrzesz. Zaskoczenia nie było, choć zastanawiam się, co panowie zrobią z materiałem. Bo w Poznaniu było za krótko, pod każdym względem.

W połowie uratowane z katastrofy zdanie. Poznański Rynek nad ranem i tańce do starych przebojów. Szerokie czerwone spodnie wpasowały się idealnie w takt muzyki i rozmów. Głośny śpiew na scenie, niedopowiedzenia poza nią. Pożegnania, które nie chciały się kończyć, które chciało się przedłużać, których w ogóle nie powinno być. Senne powroty do domu, do pracy, do rzeczywistości, na balkon.

Sąsiadka znowu pali. Krzaki nie zmartwychwstały. Pod blokiem przybywa zaparkowanych rowerów. Jakiś facet w marszu podciąga szorty tak, że obejmują mu brzuch, a nie pośladki. W plastikowej reklamówce, którą niesie, obijają się o siebie butelki. Znaczy się, majóweczka.

Reklamy

Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Kwiaty w styczniu

To naturalne, że pisanie i słuchanie jest w moim przypadku ściśle ze sobą powiązane. Słucham i spod palców stukających w klawiaturę wyrastają kwiaty. Słowa-kwiaty. Kwiaty w styczniu.

IMG_20180106_171649

Dziś „Continuum” Johna Mayera. To już pewnie jakieś dwa lata, odkąd mi go przedstawiono. Nie opuszcza mnie do dziś, a ten album z 2006 jest nadal moim ulubionym. Już zapomniałam, jak bardzo pasuje do takich zimowych dni. Czy to wyostrzone przez mróz na zewnątrz zmysły, czy dziś w tych utworach słyszę coś innego niż dwa lata temu?

Chyba każdy uważa siebie za posiadacza jakiejś szczególnej zdolności. Ja, na przykład, widzę więcej. Może z racji zawodu powinnam więcej słyszeć, ale już egzaminy do szkoły muzycznej wiele lat temu pokazały, że nie otrzymałam daru słuchu absolutnego. Ale żyję też z obserwacji, którą opanowałam już prawie na poziomie zaawansowanym. Widzę więcej, przez co ślepnę. Tak jakby wzrok męczyły moje analizy świata w głębszym wymiarze, a nie starczało energii na podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. Dlatego już gorzej widzę w nocy, linii oddzielających pasy na przemokniętej drodze nocą nie sposób dostrzec. Ale rejestruję wiele innych widoków, piękniejszych niż deszcz na betonie.

Widzę, jak mała Basia, jedząc zupę, uśmiecha się do całego świata. I jej zdziwienie, gdy biorę ją w ramiona, a ona obserwuje obcą sobie twarz, bada ją rękoma, dotyka moich włosów, bo w ten sposób właśnie mnie poznaje. Widzę teraz przed oczami kilka wspomnień, które wywołało „Gravity”, czyli jedna z najpiękniejszych piosenek Mayera. Mijam też często pewną kobietę z dzieckiem i za każdym razem zauważam jej frustrację, niezadowolenie z życia, odbijające się w jej oczach wszystkie kłótnie z mężem, a w oczach ich dziecka pragnienie zaimponowania matce, która i tak w windzie mówi mu, że zachowuje się idiotycznie. Czy moje oczy też w końcu zmęczą się takimi obrazami? I przestanę skanować rzeczywistość wokół, skupiając się tylko na tym, co widać bez głębszego zastanowienia?

Tak więc nadwyrężam ostatnio zmysł wzroku, dając odpocząć słuchowi. Pochłaniają mnie myśli, a ja pochłaniam książki. Na granicy starego i nowego roku przeczytałam „Niksy” Nathana Hilla, od których nie można się oderwać. „To, co kochasz najbardziej, zrani cię najmocniej”. Jakie to proste.

A przed paroma minutami przeczytałam ostatnie zdanie najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Ta powieść została napisana po to, by pomyśleć. By marzyć. By żałować. Za co ZM dziękuję, choć z powyższymi stanami i tak zawsze było mi i będzie po drodze. Para w 50. rocznicę pierwszej wspólnej nocy przenosi się do przeszłości. Ich ciała mają znów 30 lat, ale głowy nadal 80. Ponownie mogą więc przeżyć tę pierwszą noc, ale mogą też naprawić to, co zepsuli, nadrobić to, co zaniedbali, pochylić się nad tym, co ważne, a zlekceważyć nieistotne. To nieuchronne – czytając, myśli się o tym samym. Co będzie za 50 lat? Czy wtedy będę mieć do siebie pretensje, że spędziłam cały dzień w domu, z książką na kolanach wypiłam 3 kawy i z wypiekami na policzkach snułam wizje przyszłych lat? Gdy za 50 lat spojrzę na siebie, dwudziestoparoletnią mnie, wklepującą te słowa w klawiaturę komputera i słuchającą Johna Mayera, co pomyślę? Dzięki tej książce nabrałam ochoty na podróże, na pisanie i na uśmiechanie się do siebie w lustrze częściej, niż robię to teraz. Choć wciąż widzę w tym uśmiechu więcej niż inni. Bo każdy zna przecież siebie najlepiej, prawda?

Wyciągam A. do Mediolanu, żeby świętować wspólne urodziny. Trzeba uczcić 25. rocznicę mojego pierwszego spojrzenia na świat. W sierpniu już na pewno Korfu. W lipcu Gdynia. A po drodze jeszcze tyle przystanków. Świetnie, będzie co obserwować.

„Continuum” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt w całej kolekcji. Podczas jej słuchania rosną w głowie kwiaty.

Każdy ma w sobie coś z Grincha

Może dlatego, że wstałam dziś tuż przed szóstą, żeby zdążyć na poranny program w radiu (choć przecież lubię z okna Myśliwieckiej obserwować wschodzące słońce). A może to zbierane po kątach przez cały tydzień zmęczenie i nieprzespanych kilka dodatkowych godzin, ale byłam dziś przez chwilę Mr. Grinchem. Przeklinałam przedświąteczny harmider, nazywając go nawet świątecznym syfem. Pękłam. Na kilkanaście minut miałam ochotę przeskoczyć już do lutego.

Ja, która sprawę prezentów załatwiła w listopadzie. Ja, fanka uroczystych kolacji, długich przygotowań i długich czerwonych sukienek, w końcu miłośniczka pieczenia ciast. Ja, która z radością małej dziewczynki w wigilijny poranek wkłada pod choinkę prezenty. Ogółem – ja, kochająca cały ten świąteczny syf.

IMG_20171212_225454_918

Robiony w złości sernik może okazać się sernikiem Pana Grincha. Słonym, niezbyt pulchnym, przypieczonym albo przesuszonym. W duchu zawsze śmiałam się z artykułów o przedświątecznej depresji, wybuchach niepohamowanego płaczu i agresji nasilających się pod koniec grudnia. Dziś wiem, że po świecie chodzi wielu Grinchów i jest to całkiem normalne. Choć świat, zalany stresem i poplątany jak lampki choinkowe składowane na strychu, już taki normalny nie jest. Swoją drogą, zakładanie na choinkę tych poplątanych lampek wykracza poza kategorię syfu, to jest już całkiem porządna badziewna karma za lenistwo przy jak najszybszym ich zdejmowaniu.

To był fantastyczny tydzień. Bardzo męczący i pracowity. Przed świętami wszystko jest bardziej męczące i zawsze jest dużo więcej pracy. Udzielam się przy kilku świątecznych programach, proszę uważnie nasłuchiwać PR3.

Czerwona sukienka i Koszyki nocą. Albo radiowe wigilie i żarty w muzycznym gronie. Świetna sprawa. Był też LemON w Palladium i piękny intymny koncert. Gratuluję i dziękuję za świąteczną kartkę dostarczoną na radiowe biurko. Kawa z P. wczoraj. Czekałam godzinę, bo godzinę wyjeżdżał z parkingu podziemnego w centrum handlowym (świąteczny syf). Ale gdy już się spotkaliśmy, musiała pojawić się dolewka pysznej kawy z dripa. P. rozumie muzykę w podobny sposób. Dobrze porozmawiać i o muzyce, i o braku akceptacji pędu za oknem, i o życiowym syfie też dobrze porozmawiać. Odwiedziłam też GC, tak jak zawsze, kiedy 22 grudnia jestem jeszcze w Warszawie. W tym roku po raz kolejny byłam.

„You’re a mean one, Mr. Grinch”. Każdy jest czasem Grinchem, niezależnie od pory roku. Trzeba napić się wina albo pomyśleć o ukochanej osobie. Albo zjeść trochę przepysznego ciasta z whisky, którego nie da się nie polubić. Po kawałek albo dwa zapraszam tuż po świętach. A póki co jutro wstać z dobrym nastawieniem. Bo może warto czasem odpuścić, wybrać sobie dobre wspomnienie i mieć ciągle ten jeden obraz przed oczami.

Bo ze mnie wcale nie jest taki zły Mr. Grinch. Nawet jeśli się nie uśmiecham, uśmiecham się do ciebie w środku. Wystarczy, że spojrzysz.

A w święta? Włożyć sweter z niedźwiedziem polarnym, popatrzeć na mieniącą się choinkę i popijając wino pomyśleć, że tę choinkę trzeba będzie za chwilę rozebrać. I to dopiero jest syf.

A na serio, to życzę nam miłości. Na święta i cały rok!

 

Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Kobieta

IMG_0243 — kopia

Chociaż to koniec listopada, w piątkowe południe siedziałyśmy z Adą na balkonie i przy herbacie opowiadałyśmy sobie historie z mijającego tygodnia. Słońce świeciło tak, że mrużyłyśmy oczy. Tak naprawdę mogłybyśmy je zamknąć, wystarczyłby tylko głos tej drugiej. Herbata o smaku „Christmas”, z wyczuwalnym cynamonem i piernikowym aromatem. Ada, jak zwykle, piła czarną mocną kawę, ja zerkałam na Pałac Kultury, bo z 8. piętra bloku przy Tamce widać go doskonale.


Kobieca siła jest wielka. Tak jak kobieca przyjaźń. Długo w nią nie wierzyłam, jestem z tych dziewczyn, które lepiej dogadują się ze swoimi kumplami. Dziś obok mnie jest kilka wspaniałych kobiet. Długo nie dostrzegałam ich obecności albo one pojawiły się dopiero wtedy, kiedy byłam na to gotowa.

Podeszłam do niej wczoraj. Z pozoru zwykłej. Ale miała to coś, co mnie przyciągnęło. Ona wiedziała, czym jest to coś. Ktoś wypowiedział tylko jedno słowo. Jedno imię, które łączy nas od wielu lat, teraz połączyło na parę sekund w najsilniejszym i najpiękniejszym z uścisków dwóch obcych sobie kobiet. Nie jesteśmy już obce.


Oczywiście, że zachwyca mnie nowy album Korteza. Smutniejszy, poważniejszy. Jeszcze bardziej blue. Czyli idealny. Dobrze brzmi w radiu, kiedy w niedzielny wieczór siedzi się w radiowym studiu. Dobrze słyszeć, że komuś też się to podoba, że rozumie. Dobrze brzmi, kiedy jedzie się nocą z radia do domu. I dobrze brzmi teraz, kiedy skończył się Benjamin Clementine. Jego „Jupiter” to kolejny utwór końca roku. Obok „In the middle of the rainbow” niXes albo piosenki „Zbyt piękna noc” Grzegorza Turnaua.

Jeszcze nigdy nie żyłam tak intensywnie muzyką, jak teraz. Albo ta muzyka nie wypełniała wszystkich myśli, wszystkich obowiązków. Dlatego dobrze pójść na nowy film Allena, uciec na chwilę od stosu nieprzesłuchanych płyt. I po prostu obejrzeć nowy film ukochanego reżysera. Kate Winslet nigdy nie była tak niepięknie piękna. Ale „Na karuzeli życia” nie będzie moim ulubionym obrazem. Nieracjonalnej kobiecie zawsze najbardziej będzie podobał się „Nieracjonalny mężczyzna”.

Koncertowo listopad pękał w szwach. Koncerty trójkowe słuchane z nowej perspektywy. Ale na pewno nie zapomnę emocji podczas koncertu Keyona Harrolda na targach CJG. Magik i muzyk. „The Mugician”. Amerykański jazz i instrumentaliści, których można słuchać godzinami. Nie przeszkadzało nawet to, że siedzieliśmy z K. na schodach, tłum słuchaczy tylko podbijał atmosferę. Piwo z Decadent Fun Club zakończyło wieczór pełen muzyki i dobrych rozmów.

Grzanki z gruszką, wino i słuchanie winyli z K. kończą ten tydzień. Sąsiedzi na górze urządzili potańcówkę. W końcu to piątek, oni tańczyli, my słuchaliśmy głośno muzyki z Islandii i Polski. Bo taką z K. lubimy. A ja wciąż myślę o tej kobiecie. GC pisał o nas najpiękniej.

„Ani ja, ani ty, nie zdążymy na czas, nie umiemy stąd odejść. Na pewno są planety, na których nie ma zim”.

PS Urodziny bloga. Przystanek ma już 3 lata.

Day in Bed

Jest tuż przed drugą, a ja znowu nie mogę spać. Tryb nocny w użyciu.

_DSC4174.JPG

Najnowsze odcinki seriali obejrzane, szkoda, że pojawiają się raz w tygodniu. Nie mam zaległości, które mogłabym nadrabiać nocami.

Przeglądam maile. Autoryzacja wywiadu z gratulacjami. Z gratulacjami! Lubię moją pracę, a w takich momentach nawet ją uwielbiam.

Czemu nie śpię… Bo spałam w dzień, budzę się nieprzytomna, nie pomaga nawet mocna kawa. Za to piję ostatnią tuż przed osiemnastą, to pewnie przez nią nie śpię do tej godziny. Mój zegar przestawił się już na czas zimowy. Jutro znowu kilka razy włączę opcję „drzemka”, po czym z na wpół zamkniętymi oczami przygotuję śniadanie i tę kawę, co ma mnie obudzić.

Na szczęście spotkanie w radiu w samo południe zmotywuje mnie do jakiegokolwiek funkcjonowania. Choć do perfekcji opanowałam zdalną pracę z tej mojej stacji kontroli nad wszechświatem, nie spędzę kolejnego dnia w łóżku.

Spent the Day in Bed. Nowa piosenka Morrissey’a chodzi za mną kolejny dzień, a raczej to ja bezwładnie za nią podążam i nią inspiruję. To niekwestionowany numer jeden na mojej playliście. Perfekcyjnie przemyślany, znakomity, uzależniający. Zresztą, od samego głosu Morrissey’a można się uzależnić, tak jak od jego ignoranckiej miny – jakby nie przejmował się tymi tłumami, które od lat wyznają jego postać, modlą się słowami jego piosenek, wyznają nimi miłość i obierają za życiowe motta.

No bus
No boss
No rain
No train

Zamiast tego wypić ciepłą kawę na balkonie w październikowym słońcu. Nie włączać telewizora, nie oglądać informacji 24, nie czytać o nowym wybuchu, ale przeczytać kolejne opowiadanie Pilcha z tomu „Indyk beltsville”. Wysłać do redakcji tę autoryzację wywiadu, za który otrzymało się gratulacje. Przesłuchać kolejną płytę ze stosu „do posłuchania” i zrobić porządek w tych, które dobrze się zna. Nie podłączać telefonu do ładowania, niech Instagram kręci się w tym kołowrotku identycznych zdjęć. Zapomnieć o myśleniu o bzdurach, nie zapomnieć łyknąć tabletkę z magnezem. Przypomnieć sobie letni dzień na festiwalu. Wysłać w kosmos pozytywną wiadomość. Albo… Pieprzyć pozytywne myślenie.

A ty jak spędzisz kolejny dzień?

PS „England is mine” na liście filmów do obejrzenia. Najlepiej podczas bezsennej nocy.

Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.