Ostróda Reggae Festival 2016 – fotorelacja

Tradycyjnie zaczynam od obrazków. Uwiecznione momenty. Zatrzymane chwile. Szkoda, że nie słychać tej muzyki w tle.

14017994_1224862930911417_580280825_n
Ostatni koncert na festiwalu, trzecia nad ranem, Vavamuffin, na zdjęciu w tle Pablopavo
WP_20160813_047
Zdjęcie na hamaku…
13995523_10153941436926676_2297580657421232568_o
I kulisy jego powstania (fot. Dawid Szczygielski)

WP_20160813_002

WP_20160813_036

WP_20160813_017

WP_20160814_056

A na koniec…

14031081_1224862820911428_1731434256_n

Obiecałam. Ada i pan będą zadowoleni.

Big up people! Do zobaczenia za rok!

 

Reklamy

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka

Tylko i nie tylko piosenki

Rozpoczyna się niepokojem zapowiadającym ból. Jednak po chwili ten ból łagodzi niesamowite, wydobyte jakby spod ziemi ciepło w głosie wokalisty. Właśnie ukazał się nowy singiel grupy Small Mechanics.

Cieszę się, że Mechanicy znów tworzą po polsku. Na ich debiutanckim albumie The Gift znalazł się świetny numer Gęstnieją jesienie z tekstem warszawskiego poety-nawijacza, niezawodnego Pawła Sołtysa, czyli Pablopavo. Ten jedyny akcent na płycie nie zaspokoił mojego głodu na polski tekst u Mechaników, dlatego bardzo się cieszę, że nowy singiel zapowiada zmiany. Bo Karol Wróblewski – wokalista zespołu – śpiewa tak, jakby śpiewał poezję. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Karola w nagraniu Postcard Sessions i ten pierwszy zachwyt do dziś nie minął.

Nowy singiel Takich jak my utrzymany jest w stylistyce charakterystycznej dla Mechaników, czyli bazującej na połączeniu elektroniki i melodyjnego popu. I choć w tekście mowa o biegu w światło, ja myślę tu raczej o spowolnionym tempie w upalny dzień. Ten utwór pachnie gorącym latem, kiedy powietrze jest ciężkie, a ten ciężar czuć na opalonych ramionach. Są takie piosenki, które wpasowują się w porę roku. To, co teraz słyszę, łączy się ze słońcem w proporcjach 1:1 i tworzy duet idealny.

WP_20160405_09_59_59_Pro.jpg

Premiera teledysku oraz koncert Small Mechanics w najbliższy piątek, 8 kwietnia w warszawskim klubie Chyba Ty.


Przecież to tylko piosenki –  odpowiedział  Kortez na moje pytanie o to, jakie uczucia towarzyszą mu przy tworzeniu muzyki. – Na pewno „tylko”? – zapytałam. – Tylko i nie tylko – uśmiechnął się i oboje wiedzieliśmy, o co chodzi.

Z Kortezem udało mi się porozmawiać po jego warszawskim koncercie w Palladium, które wypełniło się po brzegi. Mówiłam o tym spotkaniu na kilka dni przed i kilka dni po, bo to taki artysta, którego muzyka towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy. Przetrzymałam z nim najgorsze zimowe mrozy i wypiłam niejedną butelkę wina. Po tym niekrótkim czasie obcowania z jego twórczością nareszcie go poznałam. Rozmawialiśmy chwilę – o pisaniu piosenek, o tym, że jego obecność na scenie wywołuje u ludzi niesamowite uczucia i o tym, że jest urodzonym solistą. Uważamy tak oboje, jednak – kiedy ja preferuję Korteza solo na scenie – on przyznaje, że zespół wspomaga jego, jeszcze nie doskonałe, umiejętności sceniczne.

WP_20160330_22_51_13_Pro
Z Kortezem, 30 marca 2016, Palladium, Warszawa

Faktycznie, koncert nie był doskonały. Sam wokalista miał kilka potknięć, wynikających może z przejęcia i nerwów, a może z nieposkromionych górnych dźwięków, z którymi Kortezowi jeszcze nie do końca po drodze. Bo w niskich tonach jest świetny. Tak jak w pisaniu piosenek. Nie oszukujmy się – Łukasz Federkiewicz to fenomen. Chłopak ubrany w dres, z czapką na głowie, o wyglądzie… „podejrzanego typa”, pisze piosenki, które wbijają w podłogę. I ten chłopak w czapce, siedząc zgarbiony przy fortepianie, grał tylko dla siebie i nie tylko dla siebie. Na tych parę minut był zamknięty – jak mały chłopiec, który skupia się na tym, by coś rozpracować, złożyć, zbudować – Kortez z głową prawie przy klawiaturze grał i walczył ze swoimi emocjami z tekstu.

Mój zachwyt przybierał stany ze skraju wytrzymałości i opadał. Nie był to równy koncert, a wykonanie niektórych utworów nie przebiło nagrań z albumu. Momentami przymykałam oczy, bo obraz nie był mi potrzebny. Ale chociażby koncertowa wersja Uleciało – utworu, który na płycie podobał mi się najmniej – ukazała nową jakość. Czy zespół Kortezowi przeszkadzał? Chwilami. Dlatego – chociaż to był naprawdę przyjemny, muzyczny i wyjątkowy wieczór – cieszę się, że mam Korteza także solo. W moich głośnikach, kiedy słucham go sama w mieszkaniu.

WP_20160405_11_45_01_Pro

Jak kobieta kobiecie

Tak jak zawsze staję po stronie polskiej muzyki, którą w kontrze do zagranicznej nazwę tą „moją”, tak w bitwie na głosy przeważnie wygra u mnie mężczyzna. W takim razie wychodzi na to, że w mojej kolekcji mam tylko płyty polskich wokalistów. Potwierdzam hipotezę przesuwając palcem po grzbietach najważniejszych albumów – Grzegorz Ciechowski, Tomek Lipiński, Pablopavo, Bajor, Leski, Kortez, Organek, Rusin, Syjonfam, Portasz. Ale nawet wychodząc poza polskie brzmienia – The Beatles, Seal, Matt Dusk, John Legend, ostatnio przecież John Mayer, nawet Gentleman! Sami mężczyźni. Tak, fascynuje mnie muzyka tworzona przez mężczyzn i uważam, że w tej dziedzinie sztuki są mistrzami. I tylko czasem zachwyci mnie twórczość kobiety, która musi dotknąć szczególnie wrażliwego receptora. Z którą będę w stanie się solidaryzować. W taki czuły, samotny rozdział w mojej pamięci uderzyła Ania Dąbrowska ze swoją najnowszą niezwykle kobiecą płytą.

WP_20160315_14_14_21_ProWyczekiwałam premiery tej płyty ze względu na singiel Nieprawda – odkąd pojawił się na LP3 – był numerem jeden wśród utworów, na które głosowałam. Już w singlu Ania rozpyliła w powietrzu gorzki zapach lejtmotivu nadchodzącej płyty – rozstania. Nie da się ukryć, że w życiu samej autorki nastąpiły poważne miłosne zmiany, może dlatego teksty brzmią tak prosto i tak prawdziwie. To nie jest manifest kobiety-heroski, której rozstanie z ukochanym dodaje sił i napędza do życia. Mam wrażenie, że teksty na płycie Dla naiwnych marzycieli są odbiciem rzeczywistości po rozstaniu w wielu pustych mieszkaniach samotnych kobiet.

Bez ciebie więcej czasu mam,
Lepiej śpię, robię co chcę,
Potrafię oszukać się,
Choć wiem, że bez ciebie nie ma mnie.

To tak, jakby usiąść z przyjaciółką przy winie i rozmawiać. Ania śpiewa o tym, do czego przyzna się tylko kobieta kobiecie – że to kolejna i nie ostatnia miłosna porażka. O błaganiu o jedno spojrzenie i słowo „zostań”. Błaganie o takie kortezowe „zostań”, który śpiewa nie powiem ci, że to miłość/ choć jesteś wszystkim, czego w życiu trzeba mi. Nie są to mimo wszystko ballady, a momentami wręcz rytmiczny pop, przy którym da się potańczyć. Tak jak Poskładaj mnie z bardzo dobrym aranżem, wpadającym nawet w reggae. Ania jest głosem wielu z nas, które chciały, a nigdy nie wiedziały jak określić stan, znany przecież wielu kobietom. Zaśnij we mnie, nie budź się,/ Nie oddychaj zamiast mnie/ Jeszcze będę się z tego śmiać/ Tak się boję tego dnia – śpiewa w utworze Oddycham. Gorycz pogłębiają tu piękne smyczki, sprawiając, że jest to zdecydowanie najsmutniejszy utwór na płycie, nie tylko w warstwie tekstowej, ale i muzycznej. Obawiam się, że ten album będzie ważny dla tych kobiet, które staną teraz przed ciężkim wyzwaniem ułożenia sobie życia na nowo po stracie mężczyzny. Nie wiem, czy to dobra rekomendacja. Jednak jeśli kobieta słucha po rozstaniu muzyki, zawsze będzie to muzyka o miłości. A ten album nadaje się doskonale do tego, by się przy nim rozstać. I tańczyć w samotności śpiewając:

A ja ulecę jak dym,
Jednym tchem wypowiedziane żegnaj,
Ja rozpadnę się w pył razem z ciszą,
Która nic już nie zmienia.

Głos Ani uważam za jeden z lepszych głosów w Polsce, oryginalny, ciemny głos dobrze korespondujący ze stylistyką, którą Ania wybrała. Dąbrowska potrafi śpiewać, ale w śpiewaniu jest bardzo oszczędna. Od strony muzycznej bardzo poprawnie, nie są to skomplikowane kompozycje, ale ładnie okraszone smyczkami i melancholijnym pianem. To wszystko sprawiło, że od tego albumu wprost nie mogę się uwolnić i na pewno jeszcze na długo pozostanie na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy przebojów.

WP_20160317_10_05_23_Pro

W marcowym numerze Twojego Stylu (Nr 3 (308) marzec 2016) w wywiadzie z Anitą Szarlik Ania mówi o tej płycie: Każdy przefiltrowuje piosenki przez siebie. Coś innego w nich porusza. Żeby w ogóle poruszyły, musi być szczerze już na samym początku. (…) To jest jednak najważniejsza rzecz w życiu ta cała miłość. Najważniejszy temat. Każdy ma prawo być kochanym i szczęśliwym. Zaś na pytanie o tytuł płyty odpowiada: Te moje piosenki są takim właśnie naiwnym, być może typowo kobiecym patrzeniem na miłość. (…) Ja bywam (naiwna – przyp. red.), wiele moich przyjaciółek też. Być może oglądałyśmy zbyt dużo filmów o miłości, które się dobrze kończyły.

Brzmi znajomo? Zatem kobieca solidarność to nie pusty frazes.

Ania stała mi się bardzo bliska nie tylko dzięki nowemu albumowi. W Historii pewnej płyty opowiadała o swoim drugim krążku, czyli płycie Kilka historii na ten sam temat. I tylko żałuję, że nie spotkałyśmy się na nagraniu. Przygotowując program przypomniał mi się jeden szczegół, który utkwił mi bardzo w pamięci, jakbym przeczuwała, że nabierze on głębszego sensu w przyszłości. Pamiętam, że zimą 2011 roku, pewnego sobotniego, bądź też niedzielnego poranka słuchałam Historii pewnej płyty. Jeszcze wtedy audycja nadawana była właśnie przed południem. Byłam w drugiej klasie liceum, pracowałam już w Katolickim Radiu Płock i namiętnie słuchałam Trójki na starym boomboxie, który zabrałam ze sobą na stancję u starszej pani z czarnym kotem, u której wówczas mieszkałam. I najbardziej utkwił mi w pamięci moment, gdy słucham właśnie Historii… o debiutanckiej płycie Ani Dąbrowskiej. Program był tak ciekawy, że zostałam w pokoju, by posłuchać go do końca. I myślałam, jak bardzo chciałabym robić takie programy w przyszłości. Wierzcie lub nie, ale tak właśnie było. Po kilku latach zaczęłam pracować z Tomkiem Żądą, którego tak podziwiałam w moim małym wynajmowanym pokoju przy płockim dworcu. I podziwiam nadal.

Najnowszy odcinek Historii pewnej płyty o Ani Dąbrowskiej do odsłuchania tu:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1591284,Ania-Dabrowska-pisalam-do-szuflady

WP_20160315_14_13_01_Pro

Nowe płyty w kolekcji. Kortez z Minialbumem staje w szranki z Anią, bo nie umiem wybrać, który artysta jest teraz dla mnie ważniejszy. Ten facet namieszał mi trochę w głowie. Aparycja chuligana a wrażliwość Wertera. Ten album głaszcze także mój zmysł estetyczny – to jest jedna z lepszych okładek ostatnich lat. Nawiązująca do pierwszego albumu, ale w kolorze lilaróż – który facet zdecydowałby się na wydanie różowej płyty? Gratuluję dystansu do siebie. A to „nasz” artysta, bo Trójka bardzo pomogła przy starcie jego solowej, bardzo szybkiej kariery. Jak to się stało, że jeszcze się z nim nie spotkałam w redakcji? Na pewno usłyszę go na żywo 30 marca w Palladium. Oprócz Korteza Julia Marcell i jej Proxy. Nie uległam fascynacji piosenką Tarantino, może jeszcze wszystko przede mną. Jest i nowy Król! Poprzedni nie umarł, ale niech żyje nowy, bo Błażej Król to wrażliwy facet z bardzo oryginalnym spojrzeniem na muzykę.

WP_20160315_14_16_04_Pro

Wracając do kobiet w muzyce. Mieliśmy i mamy wiele dobrych wokalistek, charyzmatycznych osobowości, eterycznych ale i wyrazistych rockowych kobiet na polskiej scenie. Pierwsza do głowy przychodzi mi Mira Kubasińska i inne damy bigbitu, jak chociażby Ada Rusowicz, Kasia Sobczyk, Karin Stanek i Helena Majdaniec. Nie można zapomnieć o fantastycznych stylowych Alibabkach, które podczas ostatniego koncertu na swoją cześć pokazały, że nadal są w fantastycznej formie (więcej tutaj). Kiedy jednak przeglądam płyty, bijąc się w pierś i zastanawiając się nad powodem takiego stanu rzeczy, zauważam, że śpiewających kobiet u mnie jak na lekarstwo. Ania Movie (znowu Dąbrowska), Mela Koteluk, parę płyt Nosowskiej, Katarzyna Groniec, Ania Rusowicz i najważniejsza, bo odsłuchana wielokrotnie Diana Krall i jej Wallflower. Moje reggae to też mężczyźni, bo jedyna królowa tego gatunku – Marika – zmieniła nie tylko wygląd, ale i brzmienie. Może właśnie dlatego, że słuchanie muzyki zaczęłam od gatunku tak bardzo zdominowanego przez mężczyzn, do teraz chętniej słucham męskich głosów. I jest to wybór bardzo świadomy.

Czy przedstawiałam się wam kiedyś na żywo? W sytuacji, gdy ktoś pyta mnie o to, co w życiu robię, odpowiadam, że jestem studentką i aspirującą dziennikarką. (Chociaż kiedy nawet Marek Niedźwiecki nazywa siebie nie dziennikarzem a prezenterem, to jakaż ze mnie dziennikarka?). Ale już na pytanie o to, czym zajmuję się w radiu, odpowiadam: Jestem wydawcą. Bo wydawcą brzmi przecież lepiej niż wydawczynią.  Męskie określenia zawodów podwyższają rangę wykonywanej pracy, nadają status. Jednak najcenniejsza w określaniu siebie jest wolność wyboru. My, kobiety możemy być psycholożką i ministrą, prezesem i dziennikarzem, możemy pisać teksty o rozstaniu i słuchać tylko muzyki granej przez mężczyzn. Jeśli to będzie „nasze” i świadome – będzie piękne.

A świat muzyki to man’s world. A ja się na to zgadzam. O czym w następnym wpisie.

Grudniowy spokój

Jest wigilijny poranek. Zaraz po urodzinowym, jeden z najbardziej magicznych poranków w roku. Wszyscy w pracy, a ja zrobiłam kawę i zaburzyłam porządek na uroczyście zastawionym już na wieczór stole, kradnąc trochę miejsca na komputer. I włączyłam muzykę…

Zawsze do domu przywożę parę płyt, których słucham później podczas świątecznych przygotowań. Bilans przy wyjeździe z reguły mi się nie zgadza, bo odkąd rodzina zrozumiała, że jestem „muzyczna”, pod choinką zawsze znajdę jakiś wcześniej zamówiony album. W tym roku poprosiłam Mikołaja o płytę NINA REVISITED: A Tribute to Nina SimoneBiałą flagę duetu Rani&Czocher. Pierwsza to oczywiście inspiracja Panem Markiem i Markomanią, drugiej jestem ciekawa bardziej, bo stosunek do coverowania Ciechowskiego mam – jak to się mówi – ambiwalentny.

Do domu przyjechał ze mną także Michał Bajor z nowym albumem Moja miłość.  Czekał już tu na mnie poprzedni album Bajora Moje podróże, należący do mojej mamy, bo fascynację Bajorem odziedziczyłam właśnie po niej. Czekała pewnie nieco ponad 20 lat na jego autograf i doczekała się, bo Michał Bajor był gościem Markomanii. Okazał się, tak jak przypuszczałam, niezwykle szarmanckim i bardzo dobrze wychowanym gentlemanem. Z lekkim przejęciem poprosiłam oczywiście o autografy dla mamy i dla mnie. Potknęłam się z wrażenia w studiu, gdy robiliśmy zdjęcie… Ale tak to jest gdy spotyka się Takiego Artystę. Wracając do nowego albumu, szczególnie często włączam utwór numer 8, czyli Jeśli kocha cię ktoś – piękne emocje i temperament Bajora, jak przed laty gdy śpiewał Moja miłość największa. Również szczególnie udany debiut z Alicją Majewską w premierowej piosence Miłość jest tylko jedna. Płyta jest podróżą do czasów, kiedy festiwal w Opolu rodził największe gwiazdy, a na prywatkach piło się w musztardówkach. Czyli do czasów najpiękniejszych polskich piosenek.

Jednak najpiękniejszą płytę na święta kupiłam tuż przed wyjazdem do domu wraz z ostatnimi prezentami. Kupiłam prezent dla siebie, co w przypadku płyt nie jest u mnie czymś nowym, bo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy moja płytoteka powiększyła się o co najmniej 30 pozycji. Ten album leżał już od jakiegoś czasu na biurku Pana Marka. Obserwowałam go kątem oka. Kusił tytułem i ciekawością jak głos wokalisty w takim repertuarze zabrzmi. Okazał się najpiękniejszym grudniowym albumem na święta i nie tylko.

LemON i ich Etiuda zimowa to płyta magiczna, choć ten zwrot szczególnie przed świętami jest wyświechtany, a ja będę uciekać od takich określeń. 11 utworów przenosi do dzieciństwa, kiedy święta miały bajkowy charakter, kiedy czuło się, że dzieje się coś naprawdę ważnego. Tytułowy numer kończący się słowami Ile mam jeszcze w miejsce, gdzie pędzę/ Czy dość już masz mych etiud sprawił, że marzyłam o tym, by ta płyta nigdy się nie kończyła. Chyba rzeczywiście grudzień, okres świąteczny, koniec roku i czas podsumowań powodują, że pragniemy wpuścić do naszego życia odrobinę magii i niecodziennej atmosfery. Temu albumowi daleko do patosu. Daleko do chóralnego wyśpiewywania kolęd. Ale blisko do człowieka przeżywającego święta w samotności, w ciszy, w skupieniu. Znalazły się też na nim kolędy i pastorałki, w tym chyba najpiękniej zaaranżowana Mizerna cicha. W końcu należy wspomnieć o głosie, który tworzy cały klimat Etiudy zimowej. Igor Herbut śpiewa, że zamiast podarków poproszę cud, a ja myślę, że cudem jest jego głos i ta płyta. Grudniowy to najlepszy utwór zespołu. Przepięknie brzmi spokój wokalisty, który wzbudza we mnie poczucie winy, bo ja tego spokoju chciałabym mieć więcej. Na co dzień, bo ta płyta będzie brzmiała świetnie także po świętach.

Życzę Wam wspaniałych, rodzinnych i muzycznych świąt. Pamiętajcie, że muzyka sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. Budzi uczucia i zachęca, by tymi uczuciami dzielić się z innymi. Nie wstydźcie się zaśpiewać przy stole kolędę albo pod nosem, lukrując sernik, podśpiewywać pastorałkę. Bo święta to nie tylko Last Christmas.

35 lat

12347849_1191469984200722_538070184117841061_n

8 grudnia 1980 roku został zastrzelony John Lennon.

08.12.1980 (poniedziałek) – To miał być zwykły, choć bardzo pracowity dzień. John zaczął go wcześnie – ok. 7.30, o 9.00 pojawił się u fryzjera, prosząc o fryzurę którą nosił w latach 50-tych. Przed 10.00 był z powrotem w domu, gdzie wspólnie z Yoko udzielił wywiadu dla RKO Radio. Ta trwająca ok. 90 minut rozmowa to historia jego życia w pigułce. John mówi w niej m.in. „Było tylko dwoje artystów, z którymi mogłem pracować więcej niż raz. To Paul McCartney i Yoko Ono. Myślę że to wspaniały wybór. Jako poszukiwacz talentów nieźle sobie poradziłem. (…) Ciągle wierzę w miłość, ciągle wierzę w pokój, ciągle wierzę w pozytywne myślenie. Zawsze traktowałem swoją pracę jako całość i mam nadzieję, że nie zostanie ona zakończona dopóki nie umrę i mnie nie pochowają, co mam nadzieję nie nastąpi zbyt szybko”. Tuż po południu do mieszkania Lennonów przybywa fotoreporterka magazynu „Rolling Stone” Annie Liebovitz. Fotografuje parę do 15.30, robiąc m.in słynne później zdjęcie nagiego Johna, który w pozycji embrionalnej obejmuje Yoko. Miała to być ich ostatnia wspólna profesjonalna fotografia. Być może żadna inna lepiej nie oddaje tego dziwnego związku.

12299366_1191469997534054_364593922917424035_n

Ok. 16.00 John, Yoko i ekipa radia RKO wychodzą z Dakoty, John prosi o podwózkę do studia, ponieważ jego limuzyna się spóźnia. John ma na sobie czarną skórzaną kurtkę Gapa, z której kupna jest niezwykle dumny. W międzyczasie podpisuje płytę jednemu ze stojących pod budynkiem fanów. To właśnie on zabije Lennona za kilka godzin. W aucie jeden z radiowców odważa się w końcu zadać muzykowi bezpośrednie pytanie o Paula McCartneya. John odpowiada „Kocham go, jak można nie kochać brata?”. Po dotarciu do studia John pracuje nad utworem Yoko „Walking on thin ice”. W przerwie telefonuje do swojej ciotki w Anglii – Mimi – informując ją, by przygotowywała się na jego przyjazd do Liverpoolu w najbliższym czasie . Ok 22.30 sesja dobiega końca, John właśnie nagrał ostre partie gitary – są to ostatnie dźwięki jakie zarejestrował.

Producent płyty Mark Douglas odprowadza Johna i Yoko do windy. John rzuca „Widzimy się rano”. Wspólnie zastanawia się z Yoko czy jechać najpierw coś zjeść, czy zajrzeć do domu, czy ich 5-letni syn Sean już spi. John upiera się, by jednak najpierw zajechać do Dakoty. Kiedy docierają na miejsce, Yoko wysiada pierwsza, John idzie kilka kroków za nią. Kiedy wchodzą w mrok potężnej bramy wejściowej budynku (w którym Polański nakręcił „Rosemary Baby”), ktoś za plecami woła „Mr Lennon!”. Zamachowiec przyjmuje pozycję strzelecką i oddaje pięć strzałów w kierunku Lennona. Jest 22.52. John trafiony w plecy i w ramię zdoła jeszcze wejść do Dakoty, mówi do strażnika „pomóż mi , zostałem postrzelony” i upada twarzą na podłogę, rozsypując taśmy z nagraniem „Walking on thin ice” i obficie krwawiąc z ust. Yoko histerycznie błaga o pomoc. Strażnik wzywa policję i pogotowie i nakrywa Johna swoim płaszczem, zdejmując mu zakrwawione okulary. Założenie jakiekolwiek opatrunku nie ma sensu – krew jest wszędzie. Jako pierwsi na miejsce docierają policjanci, którzy aresztują nie stawiającego oporu zabójcę, który zajął się w międzyczasie czytaniem „Buszującego w zbożu” Salingera. Zapytany, czy wie co zrobił, odpowiada – „Właśnie zastrzeliłem Johna Lennona”. Policjanci widząc stan Lennona, decydują się nie czekać na karetkę i wnoszą jego ciało na tylne siedzenie swojego wozu. Podnosząc Lennona z posadzki słyszą trzask łamanych kości. Ruszają w szaleńczym tempie do najbliższego szpitala – odległego o zaledwie kilka przecznic Roosevelt Hospital, jeszcze z drogi informują oddział ratunkowy by był gotowy na przyjęcie postrzelonego. Jednocześnie pytają Lennona: „Czy Pan na pewno jest Johnem Lennonem? John odpowiada: „Tak”. „Jak się czujesz?” – „Boli mnie”. W kolejnym aucie policyjnym jest wieziona Yoko, która histerycznie krzyczy „Powiedzcie mi, że to nieprawda!”. W szpitalu lekarze podejmują dramatyczną a walkę, szef Emergency Room Stephan Lynn podejmuje decyzję o otwarciu klatki piersiowej rannego i ręcznym masażu jego serca. Przed salą siedzi jeden z pacjentów, który obserwuje przez uchylone drzwi dramatyczne wysiłki lekarzy. W tym samym czasie szpitalny radiowęzeł zupełnie przypadkiem emituje utwór Beatlesów „All my loving” („Close your eyes, and I’ll kiss you”). Mimo szaleńczej pracy zespołu ratunkowego Johna nie udaje się uratować. Utrata krwi jest jednak zbyt wielka. Zgon zostaje oficjalnie stwierdzony o godz. 23.07. Większość Amerykanów dowiaduje się o tragedii oglądając ważny mecz w programie Monday Night Football, prowadzonym przez słynnego sprawozdawcę Howorda Cosella (który zresztą znał Johna osobiście). Podejmuje on decyzję i przerywając relację informuje o śmierci Johna.

http://www.youtube.com/watch?v=5gcdz1IRVoM

10 minut po północy doktor Lynn wychodzi przed szpital do dziennikarzy i z trudem hamując łzy informuje o tym, że John Lennon nie żyje.

Dlaczego doszło do tego zabójstwa? Mimo licznych teorii spiskowych, prawda może być bardzo banalna. Nikt chciał zostać Kimś. Lekarze nie byli do końca pewni jego niepoczytalności. Od 35 lat nazwisko Nikogo jest jednak nierozerwalnie związane z nazwiskiem artysty, którego zamordował. Nikt nadal przebywa w więzieniu.

 

Autorem tekstu jest Paweł Błędowski. Największy fan i znawca twórczości The Beatles, jakiego kiedykolwiek poznałam. Prywatnie mój serdeczny przyjaciel. Dziękuję Ci za możliwość udostępnienia tego tekstu. 

A od siebie mogę dodać, że dziś u mnie tylko ta płyta.

WP_20151208_11_45_46_Pro

 

Reggae do potęgi drugiej – Tribute to Alibabki i One Love we Wrocławiu

Za mną dwie ważne imprezy reggae, o których sporo się mówiło. Jak wyglądały, dlaczego były takie ważne i jakie mam wrażenia? O tym ten wpis.

TRIBUTE TO ALIBABKI, 15 LISTOPADA, PROXIMA, WARSZAWA

Choć Alibabki nie kojarzą się z muzyką reggae, to właśnie im przypisuje się sprowadzenie tej muzyki do Polski. W 1965 roku wydały album W rytmach Jamajca Skana którym wyśpiewują skoczne pieśni jamajsko stylizowane na ska. Album bardzo przyjemny, w końcu Alibabki, jak mało który zespół w tamtych latach, miały i mają ogromny urok sceniczny. Tylko im bez obciachu wypadało nagrać taki album. W związku z okrągłą rocznicą w warszawskiej Proximie zorganizowano koncert, na którym współcześni wokaliści reggae wykonywali utwory Alibabek w nowych aranżacjach.

Sama Proxima nie jest moim ulubionym klubem koncertowym w Warszawie, tu zdecydowanie wygrywa praska Hydrozagadka. Tłumów nie było, miałam wrażenie, że większość to zaproszeni goście, a nie faktyczni słuchacze reggae, którzy zakupili bilety. Honorowe miejsce zajmowały same Alibabki, w kolorowych koralach zawieszonych na szyi wyglądały po prostu pięknie. Promieniały, nawet tańczyły w rytm swoich dawnych piosenek. Duży plus dla organizatorów za to, że zadbali o piękną oprawę sceny w stylu lat 70., a dla prowadzącego imprezę Makena za pasujący do okazji smoking, który w połączeniu z dredami wyglądał co najmniej zalotnie.

tribute to alibabki koncert
Mirosław Maken Dzięciołowski, jeden z organizatorów i prowadzący imprezę

Muzycznie koncert na bardzo nierównym poziomie. Warszawska kapela The Bartenders, która akompaniowała we wszystkich aranżacjach, udźwignęła zadanie i była jednym z mocniejszych punktów wieczoru. Wokalista, znany też z Całej Góry Barwinków, Kuba Kaczmarek okazał się jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, śpiewającym mężczyzną na scenie. Świetnie wpasował się w repertuar, z ogromną lekkością w głosie interpretował piosenki Alibabek. Dalej towarzyszył mi już tylko wrażeniowy rollercoaster. Co podniosłam się i już zaczęłam tańczyć, to znowu siadałam znudzona lub – niestety – zniesmaczona płynącym ze sceny fałszem. A ten na takim koncercie nie powinien się przydarzyć. Bardzo słaby występ Kacezeta, dało się odczuć, że jest tam trochę z przymusu, a trochę z potrzeby lansu. Dużo poniżej przeciętnej zaprezentowała się Netka, która wbiegła na scenę zdyszana i w pośpiechu zaśpiewała coś, co pewnie ćwiczyła, a wyszło jak karaoke. Hopkins – naprawdę nie chcę pisać, jak bardzo złe było jego wykonanie. Przejdźmy do tych, którzy pokazali klasę.

Rewelacyjny chór żeński Kalokagathos, który najpierw zaprezentował się z Brodą – wokalistą Habakuka, a potem – w jeszcze lepszej odsłonie – sam. Piękne dziewczyny, z przemyślanym wizerunkiem scenicznym, śpiewające w harmonii. Rzadko zdarza mi się tak chwalić wokalistki. Poza tym bardzo dobrze zaśpiewał i poruszył wynudzoną publikę i jeszcze bardziej wynudzoną mnie Tallib, który nie dość, że nie fałszował, to jeszcze trochę pachnącą molem i starą szafą piosenkę zinterpretował na swoją korzyść. Wielkie brawa dla Talliba, bo to moje odkrycie tego koncertu. Inne bardzo dobre wykony to Dawid PortaszTangu zalotnym przeleć mnie, a także Damian Syjonfam śpiewający spolszczone Obladi oblada.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Dawid Portasz, Jafia

Tak więc, choć trochę się zawiodłam, bo liczyłam na zdecydowanie wyższy poziom imprezy i lepsze przygotowanie artystów, całość wypadła naprawdę dobrze. Wszystkich występujących przyćmiły śpiewające na koniec same Alibabki, bo to one były największymi gwiazdami tego wieczoru. Rozpromienione, uśmiechnięte, naprawdę szczęśliwe i wdzięczne za pamięć.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Kuba Kaczmarek, The Bartenders, Cała Góra Barwinków

ONE LOVE SOUND FEST, 21 LISTOPADA, HALA STULECIA, WROCŁAW

Po raz pierwszy pojechałam na One Love i po raz pierwszy byłam w samym Wrocławiu. I pewnie bym się tam nie znalazła, gdyby nie Ostróda. Rzecz nie w tym, że festiwal we Wrocławiu jest drugą, zaraz po ORF, najważniejszą imprezą reggae w Polsce. I nie skłonił mnie do wyjazdu line-up, który, choć zachęcający, nie był line-upem marzeń. W końcu dwa lata temu na One Love grał sam Gentleman, a mnie tam nie było. Ważną częścią całego wyjazdu było to, że towarzyszyłam zespołowi Bakshish, czym nie będę wstydziła się wszem i wobec chwalić.

Znajomość z Bakszyszami zaczęła się od klawiszowca, Janusza Binkowskiego, który zawitał kiedyś do radia z Bartkiem Słatyńskim, by promować solową płytę tego drugiego. Potem spotkanie w Ostródzie już z całym zespołem, ich wizyta w Warszawie przy okazji nagrywania przygotowywanego przeze mnie odcinka Historii pewnej płyty i w końcu One Love (taki tytuł nosi też pierwszy album Bakshisha, któremu poświęcony jest trójkowy program, emisja 28 listopada).

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Część składu Bakshish, od lewej: Ania Mrożek, Jarek Jarex Kowalczyk, Michał Kotas, Janusz Binkowski

Na festiwal zespół pojechał z projektem Bakshish Soundsystem, ale typowym soundsystemem nie jest. Nie opierają się na zapożyczonych riddimach, ale wykorzystują własne utwory zaaranżowane w nowy, a czasem też po prostu delikatnie odświeżony sposób. Nie jest to więc soundsystem o tradycyjnym, jamajskim i dancehallowym brzmieniu, nie ma pull upów, co najwyżej śląski pulok (sprawdźcie, co to znaczy).

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Czy soundsystemowy Bakshish mi się podobał? Tak. Czy podobał mi się bardziej niż Bakshish na żywo w całym składzie? Nie. Zdecydowanie wolę muzykę na żywo, tym bardziej, gdy jest to rootsowe granie pełne natchnienia i kojącego wokalu Jarexa. Pięknie nie tylko wyglądała, ale i śpiewała, Ania Mrożek, dla której wielkie brawa.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Bakshish Soundsystem, One Love, Wrocław

Samo miejsce było dla mnie nowością, pierwszy raz brałam udział w imprezie reggae odbywającej się w zamkniętej hali. A owa hala, czyli Hala Stulecia, delikatnie trąci PRL-em, co dla mnie – wiadomo – nie było problemem. Brak jednak festiwalowego ducha i klimatu, którym w Ostródzie się oddycha. Ogromne odległości dzielące wejścia na główną płytę od innych przygotowanych atrakcji, bardzo męczyły. Sami festiwalowicze – też jakoś mniej kolorowi, mniej regowi, mniej festiwalowi. I samo określenie mniej – One Love przyciąga zdecydowanie mniej ludzi niż Ostróda.

Zachwyciły mnie – oprócz spraw oczywistych, czyli towarzystwa Bakshishu i niezapomnianych dwóch dni z nimi spędzonych – dwie rzeczy.
Po pierwsze wspaniale prezentująca się scena, która z góry, w towarzystwie świateł robiła wrażenie. Bardzo dobrze wydane pieniądze na produkcję, do której ktoś naprawdę się przyłożył.

WP_20151121_21_17_28_Pro

Po drugie – Richie Campbell. Portugalski wokalista, który już niedługo przebije popularnością Gentlemana – zapamiętajcie go, bo będzie o nim głośno. Słyszałam go już w Ostródzie, we Wrocławiu był jeszcze lepszy. Świetne piosenki, lekkość śpiewania i naturalna charyzma, która wbiła mnie w ziemię. Gdyby tylko nie ta drętwa publiczność… Richie pyta ze sceny How are you feeling?! Cisza. Nie wiem, czy to przez niezrozumienie języka czy niezrozumienie geniuszu Campbella. Ja bawiłam się znakomicie, co więcej, nie pamiętam, żebym aż tak tańczyła kiedykolwiek pod sceną w Ostródzie. Gapa jestem, bo nie złapałam Richiego za kulisami, a podobno następnego dnia rano w hotelu jadł obok nas śniadanie. A ja go nie widziałam! Kupić jego albumu w Polsce nie można, a przecież wystarczyło podejść do jego muzyków i spytać…

Pierwsze One Love za mną, choć do dobrych wspomnień przyczyniły się głównie osoby, z którymi ten weekend spędziłam. Do zobaczenia za rok? Z Bakshishem pewnie prędzej, z One Love bardzo prawdopodobnie.

Sto lat dla mnie, czyli pierwsze urodziny przystanku retro

Zaczęłam od CD 1, ale od razu przeskoczyłam do utworu numer 8 – Kuba Badach z Kreszendo. I śpiewając będziesz moją muzą tanecznie przeszłam cały korytarz w to i z powrotem (całe szczęście, że korytarz długi). Potem CD 2 i utwór drugi. Keziah Jones i Sinnerman. Od niedawna moja ulubiona interpretacja tej pieśni, podchodząca z albumu NINA REVISITED: A Tribute To Nina Simone. A więc tak wyglądało moje pierwsze przesłuchanie Smooth Jazz Cafe 15. Większość utworów znam z Markomanii, przecież systematycznie tam się pojawiają. A więc po tym pierwszym grabieżczym przesłuchaniu, rozpoczynam, jak należy, od utworu numer 1 z CD 1 i dalej… (A może przy słuchaniu tej płyty stworzę jakieś dzieło? Przy SJC 14 napisałam licencjat… Marzy mi się powieść…)

RADIO

Dużo nowości od Marka Niedźwieckiego. Wyszła Muzyka Ciszy 3, na której znalazł się między innymi zachwycający Pascal Obispo i D’un Avé Maria. Przyznam się, że włączyłam teraz ten numer i nie mogę skupić się na pisaniu…

W księgarniach  Australijczyk już świeci żółtą okładką i zaprasza do czytania. Tego choć mało, to jest co oglądać, dużo różnokolorowych zdjęć, nie tylko kangurów i opery w Sydney.

PŁYTY

A propos nowych płyt. Mam WIR – wykłóciłam się z panią w empiku, że w dniu premiery płyta powinna być na półce. Uspokajając sytuację poprosiłam o sprawdzenie w dostawie i okazało się, że była. Miałam Pablo w dniu premiery. Płyta jest surowa, skandynawska i zimna. Jeszcze mnie nie przekonała.

wir okladka

Jest oczywiście Michał Bajor; jest Herdzin i Szcześniak (polecam);, Daniel Bloom rozczarowująco niebloomowy, choć nadal niezły; na punkcie Simplefields – jeśli jeszcze tego nie zrobiła – to oszaleje cała Polska; Kortez późno u mnie zawitał, ale wpasowuje się w jesienne zimne wieczory; Stanisława Celińska Suplement – ciężko mi się do niej przekonać; no i świetne wydanie Maanamu na 30-lecie istnienia zespołu.

KONCERTY

Leski w Stodole przełożony na 17 lutego… czyli moje urodziny. Nie wiem, czy pójdę. Nigdy nie spędzałam urodzin na koncercie, może najwyższy czas, żeby to zrobić?

W tym tygodniu ruszam na One Love Sound Fest do Wrocławia. W końcu tam dotrę, to będzie mój pierwszy raz na festiwalu i pierwszy raz we Wrocławiu! Tak to już jest, że ostródowe znajomości trwają jeszcze długo po zakończeniu imprezy, a moja znajomość z Bakshishem zaowocowała nie tylko programem w Trójce, ale też wspólnym wyjazdem na One Love. Na festiwalu Bakshish tym razem w soundsystemowej odsłonie, a w czasie kiedy ja będę tańczyć pod sceną, w Trójce emisja mojego odcinka Historii pewnej płyty o… pierwszej płycie Bakshishu z roku 1993!  Sobota, 21 listopada, godz. 18., Program III – zapraszam do słuchania!

Minął rok od założenia tego bloga. Przez ten rok wydarzyło się tyle muzycznych rzeczy, o których tu pisałam, tyle płyt wyszło, tyle czasu spędziłam na słuchaniu muzyki! Napisałam licencjat, zostałam wydawcą w radiu, zakochałam się i odkochałam, urządziłam mieszkanie, przeprowadziłam się, a wszystkie płyty przywędrowały razem ze mną w nowe miejsce. Muzyka została, muzyka będzie zawsze. Życzę sobie, z okazji pierwszych urodzin mojego bloga, wytrwałości w pisaniu. Bo o tym, że nie stracę pasji do muzyki i radia, jestem przekonana. W końcu to blog (patrz nagłówek) – O MUZYCE, RADIU I PASJI.

Ola