Jak pachnie lato?

Wróciłam na ziemię. Po kosmicznych podróżach po orbicie zupełnie nowej muzyki i utworów bez tekstu. Moja głowa nadal tam, ale tu, niżej, jest przecież tyle do zrobienia. Znów wysiadam na przystanku retro.

IMG_20160705_130847

Tak spędzam to lato. Na rowerze pochłaniam letnią Warszawę, podejmuję decyzje i wyzwania, dużo czytam i rozmawiam.

Uwielbiam to miasto latem. Piękne, pachnące kawą, którą piję na balkonie i praniem, które schnie tuż obok donic z miętą i bazylią. Lubię jeździć nad Wisłę Wałem Miedzeszyńskim, z którego obserwuję urocze wille na Saskiej Kępie. Albo Olszynkę Grochowską i las, gdzie ścieżkę przecina zwalony pień drzewa. Lubię smak piwa na bulwarze i przyjemny chłód, gdy się ściemnia. Lubię soboty, gdy wstaję wcześniej niż w pozostałe dni i dojeżdżam na pustą o tej porze Myśliwiecką. Lubię, gdy ktoś zrobi mi coś do jedzenia i spyta o samopoczucie. I pochwali sukienkę. Lubię wyjść z redakcją na wódkę. Ale może być też sushi, herbata albo piwo na schodach. Można ze mną wyjść, ale ja lubię siedzieć przy stole w kuchni i cieszyć się, gdy do głowy przychodzą pomysły.

IMG_20160712_154401

Pomysły na trzy rozmowy i trzy sesje. Zupełnie różne, to zadziwiające jak trzy różne światy stworzyłam z moimi gośćmi w ciągu jednego tygodnia.

Janusza Radka znam i podziwiam od dawna, bo zachwycała się nim moja mama. Pamiętam programy telewizyjne, w których występował, a które ja potem bardziej świadomie oglądałam i poznawałam popularne wtedy muzyczne nazwiska. Janusz Radek jest postacią, która przypomina mi o tym, jak różnej muzyki słuchałam przez te lata. Bo jego płyty stylistycznie się zmieniały, a ja razem z nimi. Dlatego też stresowałam się przed spotkaniem z idolem, który zawsze, mimo że występował na scenie, był według mnie liryczny i wycofany. Po trosze Bodo, po trosze Werter. I choć Janusz Radek okazał się oczywiście cudowny, to w pakiecie dostałam roześmianego faceta, który na sesji zdjęciowej jeździł jak szalony na rowerze po Placu Grzybowskim.

IMG_20160719_192903

Z Leskim zjadłam śniadanie i wypiłam morze kawy. W ciągu dwóch dni przegadaliśmy parę godzin, bo – jak by to Paweł powiedział – spotkali się ludzie z tym samym „przelotem”. Mało zjedliśmy, bo jak tu jeść, gdy tematy się nie kończą. Wywiad będzie o poszukiwaniu siebie bez egoizmu, z zachowaniem uwagi na drugiego człowieka. O rzucaniu dotychczasowego życia, gdy na horyzoncie ma się to drugie – z ryzykiem, że nie okaże się lepsze. O nas, bo dotyczy to nas wszystkich.

Podczas sesji śpiewałam Pawłowi jego własną piosenkę, uśmiałam się i jeździłam na longboardzie. Tak, ja. Paweł także, ale co to za wyczyn, gdy się umie. A gdy ma się na sobie sandałki i sukienkę, idzie trochę gorzej. Leski, choć w garniturze, śmigał przez kilka godzin. I dobrze się bawił, jak my wszyscy.

Po pędzących na rowerze i longboardzie facetach czas na spokojniejszą, jak sama o sobie powiedziała – domatorkę – Darię Zawiałow. Rozmawiałyśmy po babsku, trochę o kobietach i małżeństwie, mniej o facetach, a więcej o muzyce. Daria to niezwykle ciepła i sympatyczna, ale też melancholijna dziewczyna. Pisze erotyki i wydaje wkrótce swój pierwszy album.

13781854_1375025945860232_5855508610411710257_n

Sesja przed nami. Tę jak i dwie poprzednie realizowaliśmy w naszym teamie w składzie: Monika Szałek, dzięki której wszyscy na zdjęciach są piękni i szaleni; Anna Chopard’d, która sprawia, że ci szaleńcy mają piękną skórę i która skupia światło słoneczne w srebrzystej blendzie; oraz Michał Chabelski, który to wszystko nagrywa i po cichu się z nas nabija. Wszystko dla Anywhere.pl, gdzie niedługo efekty naszych dokonań!

A ja wyjęłam płyty. Nie najnowsze, tylko najukochańsze. Zdmuchnęłam kurz z co niektórych, a niektóre mogłabym wyjąć z półki z zamkniętymi oczami (Seal – piąte pudełko licząc od prawej strony na trzeciej półce od góry).

 

Reklamy

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

Studium przypadku studia

Studio to nie miejsce dla wybranych. Często przecież do radia przybywają osoby bynajmniej nie wiedzione głosem serca. W studiu może się znaleźć każdy, ale nie każdy będzie wydłużał tę chwilę tak bardzo jak tylko się da.

To ja zacznę jak zwykle. Marek Niedźwiecki powiedział w ostatnim z wywiadów, że lubi tą swoją powtarzalność dnia. Co rano kanapka z tym samym, ten sam sprzedawca na bazarku, tylko na Liście Przebojów co i raz zmiana na miejscu pierwszym. A ja zawsze, przysiadając do pisania, robię kawę, którą wypijam przy pierwszym zdaniu. Bo kawa musi być gorąca. Włączam muzykę, robię parę zdjęć, które chcę umieścić, siadam przy stole w kuchni i zaczynam pisać. Ostatnio pomyślałam, że chciałabym robić to samo przez całe życie. Być pisarką? Raczej piszącą dziennikarką, bo z radia przecież nie zrezygnuję. Zajmować się słowem. To by było coś!

Ta płyta w głośnikach to zespół Slow, o którym za chwilę. Ale pięknie gra…

Spotkało się dwoje zakochanych. Nie będzie to historia romansu, bo tych dwoje zakochało się dawno temu w muzyce i długi z nią romans prowadzą od wielu lat. I choć zaczęłam tę opowieść banalnie jak słabą prozę dla singielek, to w tej historii ważne są uczucia. Kto słucha muzyki w takich ilościach, u tego uczucia także nabierają mocy. Ja moc muzyki i moc dobra znalazłam w studiu. Studiu Woobie Doobie u Wojtka Olszaka.

woobie doobie studio

Wojtek Olszak – pianista, producent muzyczny, kompozytor, realizator, dobry człowiek, świetny rozmówca. Fan Trójki i Marka Niedźwieckiego. Artysta, twórca, miłośnik muzyki i whisky. Czy czegoś jeszcze potrzeba, żebyśmy się dogadali?

Zaproszona przez Wojtka pojechałam do Sulejówka i miejsca, które – tak jak moja torba płytami – wypełnione było klawiszami. Małe, urocze i klimatyczne studio idealne do tworzenia, a w moim wypadku – słuchania muzyki. Bo rzeczywiście my tam słuchaliśmy muzyki, a rozmowy były tylko małym przerywnikiem. A gdy były – tematy i tak krążyły wokół dźwięków. Mało odkrywcze będzie stwierdzenie, że słuchanie albumu w warunkach studyjnych przenosi w nowe, zupełnie nieodkryte rejony, gdzie słychać to, czego na domowym sprzęcie się nie wychwyci. Ale u Wojtka jest jeszcze coś – pierwszy odtwarzacz CD jaki w ogóle pojawił się na rynku czyli Sony CDP-101. Old school i to jaki piękny!

WP_20160322_20_34_50_Pro

Wzięłam pod pachę te moje, ukochane płyty, by zaczarować je jeszcze bardziej. Słuchałam więc i słyszałam więcej u Jafii, Ani Dąbrowskiej, nawet Gentleman lepiej brzmiał, chociaż wstyd mi było go wyjmować… Bo tu producent, którego idolem jest Quincy Jones, a ja wyjmuję album Gentlemana. Ale pożałowałam odsłuchania tych wszystkich krążków, kiedy wyjęłam ten najważniejszy. Kiedy słuchaliśmy Obywatela, każdy przesłuchany przez tych wiele lat utwór chyba na chwilę stracił sens. W złym guście jest chełpić się zbytnią wrażliwością na muzykę, bo to kurtuazja i przerost formy nad treścią. Dlatego nie napiszę o tym, że łzy były główną reakcją na to, co słyszałam. A słyszałam nawet to, jak Grzegorz sepleni, czego generalnie w nagraniach nie słychać. Dotąd żałowałam głównie tego, że nie usłyszę Go na żywo, bo gdy zaczynałam słuchać Republiki, On już nie żył. A tu, przez 6 minut trwania Nie pytaj o Polskę słyszałam żywego Grzegorza Ciechowskiego, a taka myśl nie towarzyszyła mi nigdy wcześniej.

Nie będę przecież ukrywała, żeśmy z Wojtkiem pili whisky, gadali o radiu i muzyce, żeśmy ponarzekali na co niektórych, a niektórymi się zachwycili. To wszystko sprawiło, że Woobie Doobie Studio to mój kolejny studyjny azyl. Zaraz po reżyserce studia M2.

Muszę, ale to muszę (!) wspomnieć o klipie do utworu, o którym już pisałam. Takich jak my nie przestało mi się podobać, a teledysk – chociaż inny z moją wizją piosenki – wypadł lepiej niż dobrze. Czekamy na płytę!

Nowa jednostka czasu

Czasem jeden tydzień w roku może sprawić, że cierń wbity mocno w serce znika bezboleśnie. Ale najbliższej osobie w tym samym tygodniu cierń przekłuwa serce na wylot.

Dlaczego szczęśliwe historie nie idą w parze? Dlaczego nie możemy pod koniec dnia dzielić się dobrymi wspomnieniami? To ogromna lekcja pokory dla mnie. Sprawdzian z bycia człowiekiem, kobietą, przyjaciółką. Egzamin z życia. W jednej chwili Ona musiała dorosnąć, ja musiałam dorosnąć do prawdziwej przyjaźni.

Moja historia pisana jest muzyką. To prawda, zawsze tak mówię. Powtarzam, że całe moje życie toczy się wokół muzyki. Jednak naprawdę tak jest!

Ileż ja w zeszłym tygodniu przesłuchałam płyt! Jak znalazłam na to czas? Nowymi jednostkami miary stały się albumy. Minuty zwalniały, noc się wydłużała. Odmierzajmy czas muzyką, wszystkim nam wyjdzie to na dobre. Dowiedziałam się dużo o sobie. Wiele we mnie zauważono. To, co zawsze chciałam wydobyć spod ziemi. Chociaż tak naprawdę co mogę zaoferować? Parę płyt, które wielbię jak relikwie. Miłość do radia. I wiarę w to, że słuchanie muzyki to najpiękniejsze, co możemy w życiu robić. Razem. Niewiele ci mogę dać…

nieustanne tango

Urodzinowy tydzień za mną. 22 zmieniło się na 23. Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali i spędzili ze mną te wyjątkowe chwile. Nawet nie przypuszczałam, jak dobrze moi bliscy mnie znają. Bo prezentowo było kwiatowo-książkowo-płytowo. I nawet to pudełko kryjące w sobie album było kwieciste… Zwracam uwagę na drobiazgi i one cieszą mnie najbardziej. Za wszystkie życzenia – a były to głównie życzenia muzyczne – dziękuję! A propos szczegółów. „Szczegółem” było także to, że słuchałam Republiki z płyty winylowej…

Biorę korepetycje z zagranicznej muzyki. Paradise Valley Johna Mayera to najważniejsze odkrycie zeszłego tygodnia. Bardzo intrygująca okładka, na której Mayer wygląda jak rdzenny Amerykanin na prerii. Póki co wygrywa z Continuum i Heavier Things, wszystkie trzy na zmianę tasuje odtwarzacz. Mam wrażenie, że Mayer doskonale wpasował się w lukę, która w moim słuchaniu utworzyła się już dawno temu. Wielka góra polskiej muzyki, nowości płytowe i ukochane lata 80., a dalej… wielka przepaść, za którą cicho wybrzmiewała Diana Krall i parę niedobitków z zagranicznego reggae. Mayer stworzył most, po którym przechodzę powoli, ostrożnie i z „pewną taką nieśmiałością”. Most do poważniejszego pochylenia się nad muzyką zagraniczną. Specjalistką nigdy nie będę, ale odkrywanie muzyki to takie wspaniałe uczucie!

Waiting on the day,
When my thoughts are my own.
When this house is my home,
And plans are made.
When you’ll be there for me baby.
When you’ll love me all the way.
When you’ll take my side in every little fire fight.
When you’ll hang your things and stay.

(John Mayer, Waitin’ On The Day)

WP_20160221_13_20_55_Pro

W urodzinowym tygodniu poszłam na wyjątkowy koncert. Moja znajoma napisała na fb (Monika Czarne – cytuję, bo to idealne podsumowanie tamtego wieczoru):

Chciałabym napisać tym, którzy są teraz na koncercie Wodeckiego with Mitch and Mitch, że życzę Wam najlepszego wieczoru w życiu, farciarze!

To nie był najlepszy wieczór w życiu, ale z pewnością najlepszy koncert, jaki w życiu słyszałam. Wygrał w kategorii jakości, bo koncerty Gentlemana, Matisyahu czy wiele koncertów Pablopavo były bliskie mojemu sercu i nie gorzej się na nich bawiłam. W przypadku Wodeckiego wygrało zawodowstwo. Tłumy, które tego wieczoru przybyły do Stodoły potwierdzały, że polska muzyka nadal jest popularna i nie trzeba mieć dwudziestu lat by dwudziestolatków zachwycić. Wodecki ma dużo więcej, a zgromadził publiczność bardzo różnorodną. Od hipsterów po nerdów i drwali, aż do eleganckich par i starych wyjadaczy pamiętających czasy, gdy Zbyszek śpiewał o Chałupach. Wszyscy przybyli właśnie dla Wodeckiego, trochę zapomnianego w ostatnich latach, a przecież wybitnego muzyka i króla estrady. To prawda, że hipsterzy słuchają Wodeckiego. Wolę, gdy słuchają „Miczów” niż Lilly Hates Roses.

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir dali rasowe show. Mało widziałam (a zadzierałam głowę do bólu karku), jednak to, co słyszałam, wystarczyło by przez cały koncert uśmiech nie schodził mi z twarzy. Tak właśnie zareagowałam na zawodowe brzmienie na najwyższym poziomie. Muzycy wydawali się jakby idealnie dopasowani do instrumentów, jak gdyby urodzili się z nimi i przyjaźnili. Cała banda na scenie – piszę „banda” z premedytacją – uśmiechała się do siebie i wymieniała spojrzeniami. Ci ludzie po prostu świetnie się bawili i przekazywali tę energię publiczności! Porównałabym ich do kapeli podwórkowej złożonej z ludzi, którzy całe życie się znają i wspólnie muzykują – z tym, że przeniesionej na wielką scenę. A ta ich nie peszyła, nie robiła wrażenia. I w tym cała moc! Jednak najbardziej zachwyciła mnie lekkość grania i flirtowanie z muzyką. Zmiana tempa? Urwany takt? Proszę bardzo – przecież oczywiste jest, że powrócą w punkt.

Wręczanie złotych płyt dla wszystkich członków zespołu trochę za bardzo się przeciągnęło, chociaż wszystko ciekawie wplątane w piosenkę Dziewczyna z konwaliami. Należy wspomnieć, że wszystkie utwory pochodzą z longplaya Zbigniew Wodecki z roku 1976, który nigdy hitem się nie stał. Ja niecierpliwie czekałam na mój ukochany numer Posłuchaj mnie spokojnie. Dwa lata temu usłyszałam go po raz pierwszy, w dodatku od razu z winyla. Wiecie, że nie można go było znaleźć w internecie? Dzięki Kosmicznej Odysei został przypomniany, przez tyle lat w ogóle się nie zestarzał i pozostał niezmiennie piękny. Mitch & Mitch złożyli hołd, który Wodeckiemu się należał. Ewidentnie Wodeckiemu schlebiający, bo jest on zwierzęciem scenicznym i lubi być chwalony. Widać to w wielu wywiadach, w których przyznaje, że to pełna sala sprawia, że nadal koncertuje. Nie jestem pewna czy będzie okazja posłuchać tego „miczowego” materiału ponownie na żywo, ale chętnie poszłabym raz jeszcze i stanęła trochę bliżej, by przyjrzeć się scenie jeszcze dokładniej.

A co teraz? Jak najwięcej Mayera. Koncertów. Wiosny. W.

14 lat

Grzegorz Ciechowski zmarł 22 grudnia 2001 roku.

ciechowski

Wielokrotnie pisałam już o tym, jak bardzo znaczącą postacią w moim życiu jest i będzie Grzegorz Ciechowski. Przy jego utworach rozwijałam swoją muzyczną wrażliwość. Przy nim uczyłam się jak można mówić o miłości. Dzięki niemu dowiedziałam się, że mężczyzna o miłości może mówić w taki sposób. Jemu poświęciłam ostatni, najważniejszy odcinek mojej pierwszej audycji w radiu. Jego piosenka towarzyszyła mi w jednym z ważniejszych momentów w życiu. Wiecie… „W końcu”.

Nie wiem kiedy i jak zaczęła się moja fascynacja Republiką i Grzegorzem Ciechowskim. Wiem na pewno, że Republika była pierwsza, potem odkryłam Obywatela G.C. Pamiętam, jak umierał, a ja oglądałam w telewizji wspomnienia o nim. Nie wiedziałam kim był, byłam niemym i nieświadomym świadkiem odchodzenia jednej z ważniejszych postaci w polskiej muzyce.

Dlaczego Grzegorz Ciechowski jest mi tak bliski? Włączyłam właśnie „Paryż – Moskwa 17.15”. Chyba dlatego. Nie cofaj warg… Ciechowski był poetą, potem dopiero muzykiem. I w takiej kolejności traktowanie go będzie najbardziej sprawiedliwe.

WP_20151013_010

Setny raz powtarzam moje wiecznie niespełnione marzenie. Nigdy nie przeprowadzę wywiadu w Grzegorzem Ciechowskim w Trójce. Choć on tam wielokrotnie był, być może w Studiu Osieckiej siedział na tym samym krześle co ja. Mówił do tego samego mikrofonu. Ale ja nigdy z nim nie porozmawiam i nie zrobimy sobie zdjęcia. Nie mogę się z tym pogodzić.

Odkąd mieszkam w Warszawie zawsze w grudniu jadę na Powązki, na grób Ciechowskiego. Siadam wtedy przed pomnikiem, nakładam na uszy słuchawki i kilkanaście minut wsłuchuję się w głos tego, którego odwiedziłam. W tym roku jeszcze tam nie byłam. Obiecuję, że zajrzę.

W Warszawie jest jeszcze jedno miejsce upamiętniające Ciechowskiego. To jego skwer na warszawskim Bródnie. Podniecona, piszczałam już w samochodzie, z książką w ręku pognałam na skwer, na którym… nie ma nic. Nawet tabliczki z informacją o tym, kim był Grzegorz Ciechowski, kiedy żył, kiedy umarł i dlaczego ma swój własny skwer. Mnie i wielu fanom te informacje oczywiście nie są potrzebne, ale wielu przypadkowych przechodniów mogłoby w ten sposób Ciechowskiego poznać.

skwer ciechowskiego

WP_20151013_001

Piotr Stelmach pisze książkę o Ciechowskim, która ma ukazać się w przyszłym roku. A niedawno premierę miała książka „My lunatycy. Rzecz o Republice” Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego.

Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy z zaciśniętą dłonią na książce, żeby było wiadomo, że jest już moja, stałam w kolejce do kasy. Przeczytanie jej zajęło mi parę dni, w końcu to prawie 600 stron wspomnień o Ciechowskim. No właśnie, wspomnień. A wiadomo, że jedni potrafią wspominać ciekawie, inni już trochę mniej… Książka podzielona jest na kilka części i pierwsza z nich jest zdecydowanie najbardziej pochłaniająca. To wspomnienia muzyków, którzy tworzyli scenę w toruńskiej Od Nowie, obserwatorzy Ciechowskiego w latach 80. i później. Kolejna to rozmowy z rodziną. Jest tu między innymi Weronika Ciechowska, która wspomina ojca w przepięknych, ciepłych, sielankowych obrazkach z dzieciństwa. Dalej to już wspomnienia – lub niekoniecznie, bardziej opowieści – słuchaczy z fanklubów lub tych, którzy tak jak ja – nigdy Grzegorza nie poznali. W większości to bardzo lakoniczne rozmowy przeprowadzone podczas Dnia Białej Flagi – mało interesujące i mało wnoszące do książki. Autorzy każdemu zadają te same pytania, co pewnie miało nadać książce ogólny ład, ale sprawiło że powtarzające się frazy gaszą zapał do dalszego czytania.

WP_20151013_005

Tym, co mnie najbardziej w książce zachwyciło, są oczywiście zdjęcia Grzegorza. Fotografie archiwalne, których nigdy w moich poszukiwaniach nie odnalazłam. Przepiękne zdjęcia mojego idola, które przyspieszają mi bicie serca (tak jak „Spoza linii światła”, którego dźwięki rozlegają się właśnie po mieszkaniu).

WP_20151013_004

Już pod koniec książki zamieszczony jest fragment wywiadu Tomasza Wybranowskiego z Ciechowskim w Radiu Top FM z roku 1995. Grzegorz mówi tam tak:

„Miłość generalnie jest tego rodzaju zapatrzeniem, które powoduje, że wyłączają się wszystkie inne nadajniki. To sprawia, że więcej kobiet wydaje nam się piękna, ale nie na tyle, aby podążać za nimi.”

WP_20151013_007

Grzegorz Ciechowski
29.08.1957 – 22.12.2001

Sto lat dla mnie, czyli pierwsze urodziny przystanku retro

Zaczęłam od CD 1, ale od razu przeskoczyłam do utworu numer 8 – Kuba Badach z Kreszendo. I śpiewając będziesz moją muzą tanecznie przeszłam cały korytarz w to i z powrotem (całe szczęście, że korytarz długi). Potem CD 2 i utwór drugi. Keziah Jones i Sinnerman. Od niedawna moja ulubiona interpretacja tej pieśni, podchodząca z albumu NINA REVISITED: A Tribute To Nina Simone. A więc tak wyglądało moje pierwsze przesłuchanie Smooth Jazz Cafe 15. Większość utworów znam z Markomanii, przecież systematycznie tam się pojawiają. A więc po tym pierwszym grabieżczym przesłuchaniu, rozpoczynam, jak należy, od utworu numer 1 z CD 1 i dalej… (A może przy słuchaniu tej płyty stworzę jakieś dzieło? Przy SJC 14 napisałam licencjat… Marzy mi się powieść…)

RADIO

Dużo nowości od Marka Niedźwieckiego. Wyszła Muzyka Ciszy 3, na której znalazł się między innymi zachwycający Pascal Obispo i D’un Avé Maria. Przyznam się, że włączyłam teraz ten numer i nie mogę skupić się na pisaniu…

W księgarniach  Australijczyk już świeci żółtą okładką i zaprasza do czytania. Tego choć mało, to jest co oglądać, dużo różnokolorowych zdjęć, nie tylko kangurów i opery w Sydney.

PŁYTY

A propos nowych płyt. Mam WIR – wykłóciłam się z panią w empiku, że w dniu premiery płyta powinna być na półce. Uspokajając sytuację poprosiłam o sprawdzenie w dostawie i okazało się, że była. Miałam Pablo w dniu premiery. Płyta jest surowa, skandynawska i zimna. Jeszcze mnie nie przekonała.

wir okladka

Jest oczywiście Michał Bajor; jest Herdzin i Szcześniak (polecam);, Daniel Bloom rozczarowująco niebloomowy, choć nadal niezły; na punkcie Simplefields – jeśli jeszcze tego nie zrobiła – to oszaleje cała Polska; Kortez późno u mnie zawitał, ale wpasowuje się w jesienne zimne wieczory; Stanisława Celińska Suplement – ciężko mi się do niej przekonać; no i świetne wydanie Maanamu na 30-lecie istnienia zespołu.

KONCERTY

Leski w Stodole przełożony na 17 lutego… czyli moje urodziny. Nie wiem, czy pójdę. Nigdy nie spędzałam urodzin na koncercie, może najwyższy czas, żeby to zrobić?

W tym tygodniu ruszam na One Love Sound Fest do Wrocławia. W końcu tam dotrę, to będzie mój pierwszy raz na festiwalu i pierwszy raz we Wrocławiu! Tak to już jest, że ostródowe znajomości trwają jeszcze długo po zakończeniu imprezy, a moja znajomość z Bakshishem zaowocowała nie tylko programem w Trójce, ale też wspólnym wyjazdem na One Love. Na festiwalu Bakshish tym razem w soundsystemowej odsłonie, a w czasie kiedy ja będę tańczyć pod sceną, w Trójce emisja mojego odcinka Historii pewnej płyty o… pierwszej płycie Bakshishu z roku 1993!  Sobota, 21 listopada, godz. 18., Program III – zapraszam do słuchania!

Minął rok od założenia tego bloga. Przez ten rok wydarzyło się tyle muzycznych rzeczy, o których tu pisałam, tyle płyt wyszło, tyle czasu spędziłam na słuchaniu muzyki! Napisałam licencjat, zostałam wydawcą w radiu, zakochałam się i odkochałam, urządziłam mieszkanie, przeprowadziłam się, a wszystkie płyty przywędrowały razem ze mną w nowe miejsce. Muzyka została, muzyka będzie zawsze. Życzę sobie, z okazji pierwszych urodzin mojego bloga, wytrwałości w pisaniu. Bo o tym, że nie stracę pasji do muzyki i radia, jestem przekonana. W końcu to blog (patrz nagłówek) – O MUZYCE, RADIU I PASJI.

Ola

Ukochane soboty

I znów przerwa w pisaniu. Muzyka nie milknie, milknę ja. Muszę inaczej organizować sobie czas, bo pisanie bloga sprawia mi tyle przyjemności, a zawsze pozostaje na ostatnim miejscu. I chociaż mam wakacje, oczywiście brakuje czasu. A mam wakacje, bo obroniłam licencjat! A może by tak w częściach opublikować go tu?

W Trójce jak zwykle dużo roboty i dużo fantastycznych momentów. Pan Marek w ostatnią sobotę zagrał po polsku i bardzo „pode mnie”. Był Leski, był Rusin z Trebuchetem, nawet Organek, którego album zakupiłam z opóźnieniem, bo chyba dopiero dwa tygodnie temu. Ostatnio kupiłam ogromną liczbę płyt. Każde moje wejście do empiku oznacza wyjście z albumem, zamiast szaleć na wyprzedażach ciuchowych, ja powiększam muzyczną kolekcję. W takim razie małe podsumowanie. Co nowego u mnie na półce? Wspomniany Organek, Hozier, Diana Krall, Lilly Hates Roses, Paweł Kaczmarczyk Audiofeeling Trio, Leon Bridges, Oly, Hey w Filharmonii…

Zrobione przy użyciu Lumia SelfiePrzyznaję, że sporo płyt wynoszę z radia, ale sporo zainwestowałam też własnych oszczędności. I najczęściej kupuję płyty w sobotę, po wyjściu z Markomanii. Te moje soboty od jakiegoś czasu wyglądają tak:

Poranna kawa, bo bez kawy ciężko wstać. Po drodze do metra puszczam lotka (raz miałam trójkę, gram dalej o milion), o 8.30 jestem już na Myśliwieckiej. W wakacyjnej ramówce Markomania ma rozmiar XXL, więc zaczynamy godzinę wcześniej. Te trzy godziny mijają za szybko, Pan Marek w dobrym wakacyjnym nastroju, dużo gadamy, dużo żartujemy. Mariusz Owczarek na urlopie, więc mam dodatkowe zadanie – pełnię dyżur zaiksowy i internetowy. Ten piękny wykaz utworów z soboty to ja! http://www.polskieradio.pl/9/344/Artykul/1476548,Markomania-18-lipca-2015 Pan Marek na antenie powiedział, że dam radę – więc dam!
Wychodzę z radia przed dwunastą i autobusem 171 wracam do śródmieścia. A że po drodze są Domy Centrum i Empik… To co tydzień wchodzę do domu ze świeżo zakupionym albumem. Zrobię z tego tradycję!

Ostatnia sobota w całości była szczególna. Bo debiut zaiksowy, bo fajne rozmowy z realizatorką Elą Malinowską, bo świetni goście! F.O.U.R.S. Collective, a raczej jego założyciele, czyli Michał Salamon i Staszek Plewniak przyjechali i zachwycili. Cudowne, jazzowe, lekkie granie, które ja coraz bardziej kocham. Fajni, sympatyczni chłopcy (w Staszku chyba trochę się już podkochuję), mam nadzieję, że zagrają wkrótce w Warszawie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Niedawno był u nas jeszcze jeden uroczy mężczyzna – Aleksander Dębicz. I znowu zachwyt, choć na muzyce filmowej się nie znam, to Cinematic Piano brzmi pięknie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

I jak tu nie kochać sobót, kiedy każde przedpołudnie spędzam w ukochanej stacji, asystuję Markowi Niedźwieckiemu i poznaję fantastycznych muzyków! W dodatku w soboty w radiu panuje taki błogi spokój. Na korytarzu pustki, tylko przed 9 Halinka i Marcin uśmiechną się na ‚do widzenia’ i już ich nie ma….

Dziś przyszła paczka.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Z epką Cukierków.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Pewnie się zachwycę, bo z Rusinem już tak mam.

11020226_10152682800498314_7719916749057332675_n

Archive w Trójce

WP_20150330_002 (2)

Nie pamiętam pierwszego koncertu, na którym byłam. Przypominam sobie Małgorzatę Ostrowską na jakimś plenerowym występie, która zrobiła wtedy na mnie – wówczas nastoletniej – spore wrażenie. Pamiętam pierwsze rockowe koncerty w moim mieście, kiedy zakochana i wpatrzona w gitarzystę, z dziewczęcą ekscytacją tańczyłam pod sceną. W końcu przypominam też sobie mój pierwszy koncert, gdy byłam po tej drugiej, magicznej stronie. Miałam 16 lat, śpiewałam reggae na scenie domu kultury w rodzinnym mieście, a moi rówieśnicy i koledzy ze szkoły bujając się w rytm, powtarzali za nami słowa refrenu. Szczególnie mocno pamiętam te oślepiające światła, do których po pewnym czasie przyzwyczaiłam się i to one były jak czerwona lampka w studiu radiowym – oznaczały rozpoczynające się show i były znakiem do tego, że za chwilę muszę dać z siebie wszystko. Continue reading „Archive w Trójce”