Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Reklamy

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Ostróda Reggae Festival 2016 – fotorelacja

Tradycyjnie zaczynam od obrazków. Uwiecznione momenty. Zatrzymane chwile. Szkoda, że nie słychać tej muzyki w tle.

14017994_1224862930911417_580280825_n
Ostatni koncert na festiwalu, trzecia nad ranem, Vavamuffin, na zdjęciu w tle Pablopavo
WP_20160813_047
Zdjęcie na hamaku…
13995523_10153941436926676_2297580657421232568_o
I kulisy jego powstania (fot. Dawid Szczygielski)

WP_20160813_002

WP_20160813_036

WP_20160813_017

WP_20160814_056

A na koniec…

14031081_1224862820911428_1731434256_n

Obiecałam. Ada i pan będą zadowoleni.

Big up people! Do zobaczenia za rok!

 

Tylko i nie tylko piosenki

Rozpoczyna się niepokojem zapowiadającym ból. Jednak po chwili ten ból łagodzi niesamowite, wydobyte jakby spod ziemi ciepło w głosie wokalisty. Właśnie ukazał się nowy singiel grupy Small Mechanics.

Cieszę się, że Mechanicy znów tworzą po polsku. Na ich debiutanckim albumie The Gift znalazł się świetny numer Gęstnieją jesienie z tekstem warszawskiego poety-nawijacza, niezawodnego Pawła Sołtysa, czyli Pablopavo. Ten jedyny akcent na płycie nie zaspokoił mojego głodu na polski tekst u Mechaników, dlatego bardzo się cieszę, że nowy singiel zapowiada zmiany. Bo Karol Wróblewski – wokalista zespołu – śpiewa tak, jakby śpiewał poezję. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Karola w nagraniu Postcard Sessions i ten pierwszy zachwyt do dziś nie minął.

Nowy singiel Takich jak my utrzymany jest w stylistyce charakterystycznej dla Mechaników, czyli bazującej na połączeniu elektroniki i melodyjnego popu. I choć w tekście mowa o biegu w światło, ja myślę tu raczej o spowolnionym tempie w upalny dzień. Ten utwór pachnie gorącym latem, kiedy powietrze jest ciężkie, a ten ciężar czuć na opalonych ramionach. Są takie piosenki, które wpasowują się w porę roku. To, co teraz słyszę, łączy się ze słońcem w proporcjach 1:1 i tworzy duet idealny.

WP_20160405_09_59_59_Pro.jpg

Premiera teledysku oraz koncert Small Mechanics w najbliższy piątek, 8 kwietnia w warszawskim klubie Chyba Ty.


Przecież to tylko piosenki –  odpowiedział  Kortez na moje pytanie o to, jakie uczucia towarzyszą mu przy tworzeniu muzyki. – Na pewno „tylko”? – zapytałam. – Tylko i nie tylko – uśmiechnął się i oboje wiedzieliśmy, o co chodzi.

Z Kortezem udało mi się porozmawiać po jego warszawskim koncercie w Palladium, które wypełniło się po brzegi. Mówiłam o tym spotkaniu na kilka dni przed i kilka dni po, bo to taki artysta, którego muzyka towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy. Przetrzymałam z nim najgorsze zimowe mrozy i wypiłam niejedną butelkę wina. Po tym niekrótkim czasie obcowania z jego twórczością nareszcie go poznałam. Rozmawialiśmy chwilę – o pisaniu piosenek, o tym, że jego obecność na scenie wywołuje u ludzi niesamowite uczucia i o tym, że jest urodzonym solistą. Uważamy tak oboje, jednak – kiedy ja preferuję Korteza solo na scenie – on przyznaje, że zespół wspomaga jego, jeszcze nie doskonałe, umiejętności sceniczne.

WP_20160330_22_51_13_Pro
Z Kortezem, 30 marca 2016, Palladium, Warszawa

Faktycznie, koncert nie był doskonały. Sam wokalista miał kilka potknięć, wynikających może z przejęcia i nerwów, a może z nieposkromionych górnych dźwięków, z którymi Kortezowi jeszcze nie do końca po drodze. Bo w niskich tonach jest świetny. Tak jak w pisaniu piosenek. Nie oszukujmy się – Łukasz Federkiewicz to fenomen. Chłopak ubrany w dres, z czapką na głowie, o wyglądzie… „podejrzanego typa”, pisze piosenki, które wbijają w podłogę. I ten chłopak w czapce, siedząc zgarbiony przy fortepianie, grał tylko dla siebie i nie tylko dla siebie. Na tych parę minut był zamknięty – jak mały chłopiec, który skupia się na tym, by coś rozpracować, złożyć, zbudować – Kortez z głową prawie przy klawiaturze grał i walczył ze swoimi emocjami z tekstu.

Mój zachwyt przybierał stany ze skraju wytrzymałości i opadał. Nie był to równy koncert, a wykonanie niektórych utworów nie przebiło nagrań z albumu. Momentami przymykałam oczy, bo obraz nie był mi potrzebny. Ale chociażby koncertowa wersja Uleciało – utworu, który na płycie podobał mi się najmniej – ukazała nową jakość. Czy zespół Kortezowi przeszkadzał? Chwilami. Dlatego – chociaż to był naprawdę przyjemny, muzyczny i wyjątkowy wieczór – cieszę się, że mam Korteza także solo. W moich głośnikach, kiedy słucham go sama w mieszkaniu.

WP_20160405_11_45_01_Pro

Syreni jęk

O Sławku Uniatowskim, mojej pierwszej i prawdopodobnie ostatniej wizycie w warszawskim Syrenim Śpiewie oraz o tym, dlaczego jestem starą ciotką krytykującą młodzież.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
SPANX!, czyli Sławek Uniatowski Walentynkowo w Syrenim Śpiewie, Warszawa, 13 lutego 2016

Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak bardzo zainspirowana, aby opisać coś na blogu, jak dziś. Chociaż wróciłam nad ranem, to przypływ weny nie pozwolił mi spać, a ogromna potrzeba podzielenia się tym, co wczoraj widziałam, wyrwała mnie z łóżka. Już w taksówce podczas powrotu do mieszkania opowiadałam przyjaciółce, co znajdzie się w najnowszym wpisie. I tytuł roboczy wymyślony nad ranem pozostał. Tak widocznie inspiruje do tworzenia warszawskie nocne życie. Czy chcę takich inspiracji? Niekoniecznie.

W sobotni wieczór prawie każdy młody mieszkaniec stolicy wychodzi na drinka. Tym bardziej w wieczór poprzedzający Walentynki. To okres sprzyjający szukaniu bratniej duszy, pewnie nie tylko do rozmawiania o świetnej ostatniej płycie Davida Bowiego. Razem z Moniką postanowiłyśmy – nie będziemy gorsze. Już podczas sesji obiecałyśmy sobie „wyjście do klubu”, co dla nas – raczej nieklubowych – miało oznaczać nagrodę za dwa ciężkie tygodnie zdawania jeszcze cięższych egzaminów. A że zbliżają się moje urodziny, to znalazł się kolejny powód. Wybór padł na jedno z najmodniejszych miejsc na mapie Warszawy – Syreni Śpiew. W walentynkowej odsłonie miał zagrać Sławek Uniatowski, co ostatecznie mnie przekonało. Przecież muzyka rzutuje na wszystko.

Ubrana w najlepszą kieckę, czerwienią nawiązującą do święta zakochanych, stoję z drinkiem i obserwuję. Piękny budynek, socrealistyczny relikt na Powiślu urzekł mnie, zakochaną przecież w czasach, kiedy ów betonowy kloc powstał. Czyli pierwsze skojarzenie z miłością – checked. Patrzę dalej i  już wiem, jak bardzo ja i moja retro sukienka tu nie pasujemy. Bo to nie tak, że przeszkadza mi alkohol i tłumy. Wiem, co to praca  za barem i niejedno już widziałam. Widziałam ludzi,  którzy piją z umiarem i umiaru nie znają.

Nie krytykuję ludzi, chcących zabawić się w sobotni wieczór. Myślicie, że na festiwalu w Ostródzie pije się mniej? Pewnie nawet więcej. Jednak  ja – wychodząc rano z namiotu, stąpając bosą stopą po mokrej trawie od sierpniowej rosy, potykając się nierzadko o przypadkowego ochroniarza namiotu, czyli zabłąkanego festiwalowicza, który ostatecznie nie dotarł do swojego śpiwora – czuję się po prostu dobrze. Czuję, że tam pasuję, gdy w uszach odbija mi się jeszcze echo soundsystemu granego do świtu.

A w Syrenim? Tłok i stały nadzór. Każdy obserwuje, mierzy od czubka głowy po koniec markowego najlepiej obcasa. Mężczyźni obserwują konkurencję, kobiety i barmanów. Kobiety analogicznie. A barmani robią po prostu swoją robotę, za co nie śmiem ich skrytykować, bo koktajl był przyzwoity. Mimowolnie – a wręcz niedobrowolnie byłam na kilkunastu filmach przesyłanych na snapchata. Jestem staromodna, owej aplikacji nie posiadam i posiadać nie zamierzam. I przechodzimy do clou. Dlaczego nie potrafię dobrze bawić się w takich miejscach? Przecież powinnam. Mam 23 lata, mieszkam w stolicy, kontaktowa raczej jestem i mocną głowę posiadam także. Lubię tę moją staroświeckość, tę „wczorajszość”, bo to te cechy ukształtowały mój gust muzyczny. Ale tego wieczoru powinnam je zostawić w domu.

Ale przecież trzeba powiedzieć o muzyce!

WP_20160214_00_32_05_Pro

Z uwagą obserwuję młodych polskich wokalistów, a do takich należy Sławek Uniatowski. Dekadę temu wystąpił w Idolu, później było o nim na zmianę – to głośniej, to znów ciszej. Niedawno powrócił z planami debiutanckiej (!) płyty. W pracy nad nią towarzyszy mu Tomasz Organek, którego „płyta dla samobójców” z singlem O, matko! świetnie  przyjęła się na polskim rynku. Na album Uniatowskiego czekam i obiecuję, że będę jedną z pierwszych osób wypatrujących ją na półkach w empiku. Uniatowskiemu chwała za to, że jazzuje. Może zaprosimy go do Trójki? Życzę sobie, żeby album był wart zachwytu.

W Syrenim Uniatowski zagrał ze swoją formacją SPANX. Pięcioosobowy skład napędzali świetny perkusista i bardzo dobry basista, jednak w kompleksowej ocenie ich brzmienia przeszkadzało mi… chyba wszystko. Niewyobrażalny ścisk, ludzie napierający z każdej strony sprawili, że przyklejona do ściany z trudem próbowałam przysłuchać się dźwiękom dopływającym ze sceny. Włosy wpadające do drinków i nieustanne „przepychanie się do przodu”. Chciałam potańczyć, a ograniczyłam się do wybijania rytmu obcasem. Mogłam stanąć dalej? Nie mogłam, musiałabym być cienką kartką papieru albo unosić się jak balon z helem. A potańczyć było przy czym. Świetnie dobrany repertuar, który miał odsłonić to, co dobre, a zakryć to, co należało przykryć. Od lat 80. po współczesne klubowe hity. Brawurowe, powtarzam brawurowe! wykonanie Jesus He Knows Me grupy Genesis oraz – sama się dziwię, że to piszę – Nobody To Love duetu Sigma. Uniatowski śpiewa nieźle, z lekkością, niewymuszoną gracją i poczuciem rytmu. Wiedziona zmysłem estetycznym nie mogłam oderwać wzroku od tego, w jaki sposób trzymał mikrofon. Pięknie, jak Jerzy Połomski na opolskim festiwalu pod koniec lat 70. Na wspomnienie zasługuje perfekcyjny angielski Sławka, co przy takim doborze utworów mogło go wprowadzić na minę. Nie raz słyszeliśmy przecież covery, które właśnie przez akcent nie przypominały oryginalnych wersji. Na koniec dosyć oczywiste stwierdzenie – na SPANX po prostu dobrze się patrzyło, frontman nie przesadzał ze sceniczną ekspresją i stronił – czego także sama nie lubię – od zbędnych dyskusji z publiką. A ta stroniła od poczucia rytmu. She’s a maniac on the floor – śpiewał Uniatowski – a niektórzy wzięli to za bardzo do siebie. Co z drugiej strony zasługuje na podziw wytrwałości w walce o to by mieć „swój kawałek podłogi”. Zostałam do końca, z czego się cieszę, bo set numer dwa był dużo lepszy od pierwszego.

Jednak marna ze mnie syrena. Na szczęście nie dyktuję trendów, a ten wpis był lekiem na alergię, której się wczoraj nabawiłam. Alergię na warszawkę. Jestem pewna, że Syreni Śpiew będzie nadal dobrze prosperował i tego mu życzę. Sławku, przyjdę na twój koncert jazzowy.

WP_20160214_01_54_42_Pro

 

3 w 2015 (czyli wszystko kręci się wokół radia)

Jak zwykle,  gdy zamierzam napisać nowy post, przysiadam do komputera z kawą i wybieram płytę do posłuchania. Tym razem wybór padł na mój świąteczny prezent, czyli album Nina Revisited: Tribute to Nina Simone. Utwór drugi to Feeling good w wykonaniu niesamowitej Ms. Lauryn Hill. Ja w tym mijającym roku wiele razy śpiewałam, powtarzałam i mówiłam do siebie i innych I’m feeling good. Bo to był wspaniały rok, jeden z najlepszych. Na pewno najbardziej muzyczny, najbardziej radiowy, najbardziej niezapomniany. Oto podsumowanie mojego roku 2015.

Ukazało się już wiele rankingów na album czy piosenkę roku. Króluje Pablopavo/Iwanek/Praczas, króluje Leski, Kortez i Zbigniew Wodecki z Mitch&Mitch Orchestra. To też moje muzyczne zachwyty, bo w mijającym roku spędziłam niewyobrażalnie wiele godzin na słuchaniu muzyki. Nigdy wcześniej nie zajmowało mi to tyle czasu i nigdy wcześniej nie czerpałam z tego takiej przyjemności. Przynajmniej dwukrotnie powiększyłam swoją płytotekę, a kolekcjonowanie płyt stało się moim najważniejszym hobby.

Ale to słuchanie muzyki nie miałoby takiego sensu gdyby nie radio. Kolejny rok spędziłam przy Myśliwieckiej, w najlepszej redakcji muzycznej w  Polsce, czym się chwalę, bo takimi sprawami chwalić się warto. Dwa  wywiady i dwa autorskie odcinki, wszystko u boku Tomka Żądy, któremu zawdzięczam moją obecność w tej stacji. Pierwszą rozmowę, choć to nie był mój debiut na tójkowej antenie, przeprowadziłam z Dawidem Portaszem z Jafii przy okazji premiery ich świetnego (!) nowego albumu Ka Ra Va Na.  Drżałam z nerwów na myśl o spotkaniu i na myśl o mojej rozmowie z Portaszem, bo to muzyk z grupy tych, których słucham od zawsze. Konfrontacja okazała się bardzo przyjazna, wywiad tym bardziej. Dla przypomnienia pod tym linkiem:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1450784,Przed-godzina-Zero-26-maja-godz-2308

Do studia zaprosiłam także Beniamina Sobańca z kapeli Roots Rockets, będącą, zaraz po Richiem Campbellu, moim poostródowym zachwytem. A że staram się przemycać do Trójki jak najwięcej reggae, przemyciłam także ich – zespół łączący ze sobą reggae ze starym, trochę oldschoolowym brzmieniem inspirowanym bluesem. Tego wywiadu można posłuchać tu:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1501018,Przed-godzina-Zero-8-wrzesnia-godz-2307

Zrealizowałam także dwa odcinki Historii  pewnej płyty – też na regowo. Z Reggaeneratorem, Pablopavo i Mothashippem wspominaliśmy debiutancki krążek Vavamuffin, a z Jarexem i Sławkiem Pakosem pierwszą płytę Bakshishu One Love. 

Wszystko można znaleźć pod tymi linkami:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1404320,Vavamuffin-debiut-sprawdzony-na-zywym-organizmie
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1550849,Bakszysz-historia-muzykow-ktorzy-nie-potrafili-grac

Do reggae jeszcze wrócę, bo z reggae związanych jest mnóstwo wspomnień z tego roku. Jednak gdybym miała wybrać najważniejsze wydarzenie roku 2015, byłoby to… zostanie kaziem. Zostałam kaziem, bo kaziami od wielu lat określani są pomocnicy Marka Niedźwieckiego. Pan Marek na szczęście zapamiętał moje imię i nie woła do mnie kaziu, ale bądź co bądź w lutym 2015 roku zostałam jego asystentką, choć po drodze zaczęto mnie nazywać także wydawcą. Jestem i jednym, i drugim, a sobota stała się moim ulubionym dniem tygodnia. Obecność w Markomanii to nie tylko tworzenie programu na żywo i podglądanie przy pracy Niedźwieckiego, ale przede wszystkim spotkania. Spotkania z samym Panem Markiem, który jest jedną wielką muzyczną inspiracją. Dzięki Niemu zaczęłam słuchać jazzu i odkryłam wykonawców, do których dotarcie zajęłoby mi pewnie jeszcze dużo czasu. Po drugie – spotkania z gośćmi audycji. W ciągu 33 Markomanii, przy których byłam obecna, poznałam wiele fantastycznych osób, nie tylko muzyków, ale przyjaciół i fanów radia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Wielkie dzięki dla ludzi z forum LPMN.pl, którzy przyjęli mnie do swojego grona. A goście? Wojciech Młynarski, Kayah, Krzysztof Antkowiak, Michał Bajor, Krzysztof Herdzin, Sebastian Karpiel-Bułecka, zespół Fours Collective, Mateusz Rusin, Stanisława Celińska, Natalia Kukulska – to tylko niektórzy. Po drodze obroniłam też licencjat, który poświęciłam… Markowi Niedźwieckiemu. Jestem na właściwym miejscu.

W końcu koncerty. Wielokrotnie bywałam w Hydrozagadce i wielu innych warszawskich miejscach koncertowych, wliczając trójkowe studio im. Agnieszki Osieckiej, gdzie usłyszałam na żywo Archive. Ale cały rok czeka się przecież na Ostródę, a ta w roku 2015 była wyjątkowa. Przede wszystkim dzięki ludziom, których tam poznałam, starym znajomym, z którymi po latach wciąż się dobrze gada i świetnej festiwalowej atmosferze tego mazurskiego miasta. Nie ma co oszukiwać, to Bakszysz nadał całości szlifu, bo to od Ostródy zaczęła się moja znajomość z zespołem, który 16-letnią kiedyś mnie uczył, co to roots.

A prywatnie urządziłam mieszkanie, które też jest muzyczne. Kiedy włączam płytę do odtwarzacza, przysiadam na kanapie w kwiaty i słucham, mam swój przystanek retro. Czuję się prawie tak dobrze jak w radiu.

Tym zachwyciłam się w 2015 roku. Nie tylko, ale to jakiś mały urywek tego, co było u mnie słychać.

Reggae do potęgi drugiej – Tribute to Alibabki i One Love we Wrocławiu

Za mną dwie ważne imprezy reggae, o których sporo się mówiło. Jak wyglądały, dlaczego były takie ważne i jakie mam wrażenia? O tym ten wpis.

TRIBUTE TO ALIBABKI, 15 LISTOPADA, PROXIMA, WARSZAWA

Choć Alibabki nie kojarzą się z muzyką reggae, to właśnie im przypisuje się sprowadzenie tej muzyki do Polski. W 1965 roku wydały album W rytmach Jamajca Skana którym wyśpiewują skoczne pieśni jamajsko stylizowane na ska. Album bardzo przyjemny, w końcu Alibabki, jak mało który zespół w tamtych latach, miały i mają ogromny urok sceniczny. Tylko im bez obciachu wypadało nagrać taki album. W związku z okrągłą rocznicą w warszawskiej Proximie zorganizowano koncert, na którym współcześni wokaliści reggae wykonywali utwory Alibabek w nowych aranżacjach.

Sama Proxima nie jest moim ulubionym klubem koncertowym w Warszawie, tu zdecydowanie wygrywa praska Hydrozagadka. Tłumów nie było, miałam wrażenie, że większość to zaproszeni goście, a nie faktyczni słuchacze reggae, którzy zakupili bilety. Honorowe miejsce zajmowały same Alibabki, w kolorowych koralach zawieszonych na szyi wyglądały po prostu pięknie. Promieniały, nawet tańczyły w rytm swoich dawnych piosenek. Duży plus dla organizatorów za to, że zadbali o piękną oprawę sceny w stylu lat 70., a dla prowadzącego imprezę Makena za pasujący do okazji smoking, który w połączeniu z dredami wyglądał co najmniej zalotnie.

tribute to alibabki koncert
Mirosław Maken Dzięciołowski, jeden z organizatorów i prowadzący imprezę

Muzycznie koncert na bardzo nierównym poziomie. Warszawska kapela The Bartenders, która akompaniowała we wszystkich aranżacjach, udźwignęła zadanie i była jednym z mocniejszych punktów wieczoru. Wokalista, znany też z Całej Góry Barwinków, Kuba Kaczmarek okazał się jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, śpiewającym mężczyzną na scenie. Świetnie wpasował się w repertuar, z ogromną lekkością w głosie interpretował piosenki Alibabek. Dalej towarzyszył mi już tylko wrażeniowy rollercoaster. Co podniosłam się i już zaczęłam tańczyć, to znowu siadałam znudzona lub – niestety – zniesmaczona płynącym ze sceny fałszem. A ten na takim koncercie nie powinien się przydarzyć. Bardzo słaby występ Kacezeta, dało się odczuć, że jest tam trochę z przymusu, a trochę z potrzeby lansu. Dużo poniżej przeciętnej zaprezentowała się Netka, która wbiegła na scenę zdyszana i w pośpiechu zaśpiewała coś, co pewnie ćwiczyła, a wyszło jak karaoke. Hopkins – naprawdę nie chcę pisać, jak bardzo złe było jego wykonanie. Przejdźmy do tych, którzy pokazali klasę.

Rewelacyjny chór żeński Kalokagathos, który najpierw zaprezentował się z Brodą – wokalistą Habakuka, a potem – w jeszcze lepszej odsłonie – sam. Piękne dziewczyny, z przemyślanym wizerunkiem scenicznym, śpiewające w harmonii. Rzadko zdarza mi się tak chwalić wokalistki. Poza tym bardzo dobrze zaśpiewał i poruszył wynudzoną publikę i jeszcze bardziej wynudzoną mnie Tallib, który nie dość, że nie fałszował, to jeszcze trochę pachnącą molem i starą szafą piosenkę zinterpretował na swoją korzyść. Wielkie brawa dla Talliba, bo to moje odkrycie tego koncertu. Inne bardzo dobre wykony to Dawid PortaszTangu zalotnym przeleć mnie, a także Damian Syjonfam śpiewający spolszczone Obladi oblada.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Dawid Portasz, Jafia

Tak więc, choć trochę się zawiodłam, bo liczyłam na zdecydowanie wyższy poziom imprezy i lepsze przygotowanie artystów, całość wypadła naprawdę dobrze. Wszystkich występujących przyćmiły śpiewające na koniec same Alibabki, bo to one były największymi gwiazdami tego wieczoru. Rozpromienione, uśmiechnięte, naprawdę szczęśliwe i wdzięczne za pamięć.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Kuba Kaczmarek, The Bartenders, Cała Góra Barwinków

ONE LOVE SOUND FEST, 21 LISTOPADA, HALA STULECIA, WROCŁAW

Po raz pierwszy pojechałam na One Love i po raz pierwszy byłam w samym Wrocławiu. I pewnie bym się tam nie znalazła, gdyby nie Ostróda. Rzecz nie w tym, że festiwal we Wrocławiu jest drugą, zaraz po ORF, najważniejszą imprezą reggae w Polsce. I nie skłonił mnie do wyjazdu line-up, który, choć zachęcający, nie był line-upem marzeń. W końcu dwa lata temu na One Love grał sam Gentleman, a mnie tam nie było. Ważną częścią całego wyjazdu było to, że towarzyszyłam zespołowi Bakshish, czym nie będę wstydziła się wszem i wobec chwalić.

Znajomość z Bakszyszami zaczęła się od klawiszowca, Janusza Binkowskiego, który zawitał kiedyś do radia z Bartkiem Słatyńskim, by promować solową płytę tego drugiego. Potem spotkanie w Ostródzie już z całym zespołem, ich wizyta w Warszawie przy okazji nagrywania przygotowywanego przeze mnie odcinka Historii pewnej płyty i w końcu One Love (taki tytuł nosi też pierwszy album Bakshisha, któremu poświęcony jest trójkowy program, emisja 28 listopada).

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Część składu Bakshish, od lewej: Ania Mrożek, Jarek Jarex Kowalczyk, Michał Kotas, Janusz Binkowski

Na festiwal zespół pojechał z projektem Bakshish Soundsystem, ale typowym soundsystemem nie jest. Nie opierają się na zapożyczonych riddimach, ale wykorzystują własne utwory zaaranżowane w nowy, a czasem też po prostu delikatnie odświeżony sposób. Nie jest to więc soundsystem o tradycyjnym, jamajskim i dancehallowym brzmieniu, nie ma pull upów, co najwyżej śląski pulok (sprawdźcie, co to znaczy).

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Czy soundsystemowy Bakshish mi się podobał? Tak. Czy podobał mi się bardziej niż Bakshish na żywo w całym składzie? Nie. Zdecydowanie wolę muzykę na żywo, tym bardziej, gdy jest to rootsowe granie pełne natchnienia i kojącego wokalu Jarexa. Pięknie nie tylko wyglądała, ale i śpiewała, Ania Mrożek, dla której wielkie brawa.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Bakshish Soundsystem, One Love, Wrocław

Samo miejsce było dla mnie nowością, pierwszy raz brałam udział w imprezie reggae odbywającej się w zamkniętej hali. A owa hala, czyli Hala Stulecia, delikatnie trąci PRL-em, co dla mnie – wiadomo – nie było problemem. Brak jednak festiwalowego ducha i klimatu, którym w Ostródzie się oddycha. Ogromne odległości dzielące wejścia na główną płytę od innych przygotowanych atrakcji, bardzo męczyły. Sami festiwalowicze – też jakoś mniej kolorowi, mniej regowi, mniej festiwalowi. I samo określenie mniej – One Love przyciąga zdecydowanie mniej ludzi niż Ostróda.

Zachwyciły mnie – oprócz spraw oczywistych, czyli towarzystwa Bakshishu i niezapomnianych dwóch dni z nimi spędzonych – dwie rzeczy.
Po pierwsze wspaniale prezentująca się scena, która z góry, w towarzystwie świateł robiła wrażenie. Bardzo dobrze wydane pieniądze na produkcję, do której ktoś naprawdę się przyłożył.

WP_20151121_21_17_28_Pro

Po drugie – Richie Campbell. Portugalski wokalista, który już niedługo przebije popularnością Gentlemana – zapamiętajcie go, bo będzie o nim głośno. Słyszałam go już w Ostródzie, we Wrocławiu był jeszcze lepszy. Świetne piosenki, lekkość śpiewania i naturalna charyzma, która wbiła mnie w ziemię. Gdyby tylko nie ta drętwa publiczność… Richie pyta ze sceny How are you feeling?! Cisza. Nie wiem, czy to przez niezrozumienie języka czy niezrozumienie geniuszu Campbella. Ja bawiłam się znakomicie, co więcej, nie pamiętam, żebym aż tak tańczyła kiedykolwiek pod sceną w Ostródzie. Gapa jestem, bo nie złapałam Richiego za kulisami, a podobno następnego dnia rano w hotelu jadł obok nas śniadanie. A ja go nie widziałam! Kupić jego albumu w Polsce nie można, a przecież wystarczyło podejść do jego muzyków i spytać…

Pierwsze One Love za mną, choć do dobrych wspomnień przyczyniły się głównie osoby, z którymi ten weekend spędziłam. Do zobaczenia za rok? Z Bakshishem pewnie prędzej, z One Love bardzo prawdopodobnie.

Sto lat dla mnie, czyli pierwsze urodziny przystanku retro

Zaczęłam od CD 1, ale od razu przeskoczyłam do utworu numer 8 – Kuba Badach z Kreszendo. I śpiewając będziesz moją muzą tanecznie przeszłam cały korytarz w to i z powrotem (całe szczęście, że korytarz długi). Potem CD 2 i utwór drugi. Keziah Jones i Sinnerman. Od niedawna moja ulubiona interpretacja tej pieśni, podchodząca z albumu NINA REVISITED: A Tribute To Nina Simone. A więc tak wyglądało moje pierwsze przesłuchanie Smooth Jazz Cafe 15. Większość utworów znam z Markomanii, przecież systematycznie tam się pojawiają. A więc po tym pierwszym grabieżczym przesłuchaniu, rozpoczynam, jak należy, od utworu numer 1 z CD 1 i dalej… (A może przy słuchaniu tej płyty stworzę jakieś dzieło? Przy SJC 14 napisałam licencjat… Marzy mi się powieść…)

RADIO

Dużo nowości od Marka Niedźwieckiego. Wyszła Muzyka Ciszy 3, na której znalazł się między innymi zachwycający Pascal Obispo i D’un Avé Maria. Przyznam się, że włączyłam teraz ten numer i nie mogę skupić się na pisaniu…

W księgarniach  Australijczyk już świeci żółtą okładką i zaprasza do czytania. Tego choć mało, to jest co oglądać, dużo różnokolorowych zdjęć, nie tylko kangurów i opery w Sydney.

PŁYTY

A propos nowych płyt. Mam WIR – wykłóciłam się z panią w empiku, że w dniu premiery płyta powinna być na półce. Uspokajając sytuację poprosiłam o sprawdzenie w dostawie i okazało się, że była. Miałam Pablo w dniu premiery. Płyta jest surowa, skandynawska i zimna. Jeszcze mnie nie przekonała.

wir okladka

Jest oczywiście Michał Bajor; jest Herdzin i Szcześniak (polecam);, Daniel Bloom rozczarowująco niebloomowy, choć nadal niezły; na punkcie Simplefields – jeśli jeszcze tego nie zrobiła – to oszaleje cała Polska; Kortez późno u mnie zawitał, ale wpasowuje się w jesienne zimne wieczory; Stanisława Celińska Suplement – ciężko mi się do niej przekonać; no i świetne wydanie Maanamu na 30-lecie istnienia zespołu.

KONCERTY

Leski w Stodole przełożony na 17 lutego… czyli moje urodziny. Nie wiem, czy pójdę. Nigdy nie spędzałam urodzin na koncercie, może najwyższy czas, żeby to zrobić?

W tym tygodniu ruszam na One Love Sound Fest do Wrocławia. W końcu tam dotrę, to będzie mój pierwszy raz na festiwalu i pierwszy raz we Wrocławiu! Tak to już jest, że ostródowe znajomości trwają jeszcze długo po zakończeniu imprezy, a moja znajomość z Bakshishem zaowocowała nie tylko programem w Trójce, ale też wspólnym wyjazdem na One Love. Na festiwalu Bakshish tym razem w soundsystemowej odsłonie, a w czasie kiedy ja będę tańczyć pod sceną, w Trójce emisja mojego odcinka Historii pewnej płyty o… pierwszej płycie Bakshishu z roku 1993!  Sobota, 21 listopada, godz. 18., Program III – zapraszam do słuchania!

Minął rok od założenia tego bloga. Przez ten rok wydarzyło się tyle muzycznych rzeczy, o których tu pisałam, tyle płyt wyszło, tyle czasu spędziłam na słuchaniu muzyki! Napisałam licencjat, zostałam wydawcą w radiu, zakochałam się i odkochałam, urządziłam mieszkanie, przeprowadziłam się, a wszystkie płyty przywędrowały razem ze mną w nowe miejsce. Muzyka została, muzyka będzie zawsze. Życzę sobie, z okazji pierwszych urodzin mojego bloga, wytrwałości w pisaniu. Bo o tym, że nie stracę pasji do muzyki i radia, jestem przekonana. W końcu to blog (patrz nagłówek) – O MUZYCE, RADIU I PASJI.

Ola