All I Need

DesktopByć może czekacie na moją relację z Open’era. A może Open’era macie gdzieś. A tam, gdzie gdyński festiwal, macie też moje teksty. Bądź ktoś zauważył, że ostatnio zamiast recenzować dźwięki, wystawiam recenzje uczuciom. Taka aspirująca Grochola, uboga wnuczka J.L. Wiśniewskiego, niedorastająca mu do końcówki palca u stopy fanatyczka Pilcha. Więc recenzji Open’era nie będzie!

Będzie o mnie na Open’erze. A zobaczycie, że różnica jest ogromna.

Nigdy nie kryłam się z tym, że Open’era unikam. Bo to przecież nie moja muzyka… Bo ja nie lubię tłumów. Bo to daleko, morze jest daleko. Hipokrytka! Jeżdżę co roku na festiwal w Ostródzie (ten reggae, nie ten disco polo) i żyję! I mam się świetnie, bo sierpniowa Ostróda ładuje mi akumulator na cały kolejny rok. Lubię tę ekscytację, kiedy do plecaków pakuje się najgorsze trampki, najbardziej sprany T-shirt, co to można go zniszczyć jeszcze bardziej i najlepiej tam na miejscu już pozostawić. Na pole namiotowe kupuje się zapas chleba do kanapek z pasztetem i czekoladę na nocne uzupełnienie energii pomiędzy koncertami. I nic, że przez trzy noce tak cholernie marznie się w namiocie. Najważniejsze, że jest się tam zawsze o tej samej porze i rozpoznaje te same twarze pielgrzymujące co roku tak jak ty.

Dlatego z Open’erem nie było mi po drodze. I niestety, wszystkie moje obawy i złe proroctwa się sprawdziły. To festiwal modnych ciuchów i trendowych klonów, wianków na głowie i brokatowych policzków, ajfonów i snapczatów. A ja z modnych ciuchów to mam tylko kwiecistą kurtkę, z którą idealnie wpasowałam się w openerowy klimat. Ajfona brak. Wianka brak… już dawno.

Decyzja podjęta na parę godzin przed wyjazdem, szybkie pakowanie, które skutkowało oczywiście niedoborem ciepłych ubrań i kaloszy. Ale gdyby nie to, chyba nie byłabym tak szczęśliwa, że się w końcu w Gdyni znalazłam.

Napisałam to już na facebookowej tablicy, ale powtórzę: moim pierwszym koncertem na moim pierwszym Open’erze był koncert Michaela Kiwanuki. Nic już nie będzie takie samo. Zmienił się mój ranking ulubionych artystów, bo Kiwanuka dziś plasuje się na pewno przed Archive. I przede wszystkim stałam się zachłanna na więcej Open’era. Stopniowo rozrywało mi serce. Najpierw porządnie naderwał je Kiwanuka, poprawili James Blake i Solange swoim przedziwnym, bardzo nie moim, ale trafiającym do mnie spektaklem wyjętym z amerykańskiego teledysku z lat 70., a skończyło Radiohead, pozostawiając mi jedynie kawałek serca, aby to mogło pompować krew jeszcze następnego dnia festiwalu. Podczas dwóch godzin koncertu Radiohead ja w głowie miałam tysiące pomysłów, podjęłam jedną bardzo ważną decyzję, wymyśliłam plany na najbliższy czas. Głos Thoma Yorke’a był soundtrackiem do mojego prywatnego filmu, którego akcja działa się tej nocy. Nie było nikogo wokół, nawet tych młodocianych dziewczyn w przykrótkich szortach. Michał Nogaś w swojej recenzji koncertu Radiohead stawia pytanie o najważniejszą piosenkę wieczoru. Moja to „All I Need”. I tyle.

Rock’n’roll – choć w tej samej koszulce, przyjechałam do Gdyni też drugiego dnia. A ten dał mi na żywo M.I.A i Foo Figthers. I ponownie, to było wszystko, czego tej nocy potrzebowałam. Zachłysnęłam się tym wydarzeniem, tym powietrzem, obezwładniającym i uzależniającym sposobem bycia, który to miejsce we mnie obudziło. Chcę być taka przez cały rok. Mieć tyle myśli, tak intensywnie czuć, tak kochać. W telefonie pozostawiać mapy słów, tak jak podczas koncertu Radiohead. A może to nie Open’er to sprawił?

Okazuje się, że Open’er nie różni się od innych festiwali. Musisz wybrać, czym dla ciebie jest. Czy ważna jest muzyka i ludzie, którzy mokną z tobą i widzą twoją twarz, gdy tej muzyki słuchasz, czy ważne jest bezrefleksyjne festiwalowanie się i gadanie podczas koncertów. Ja wybieram opcję numer jeden. That’s all I need.

Reklamy

Wiosennie i sennie

73260310

Zgubiłam gdzieś dzień. Przepadł mi w niepościelonym łóżku, śniadaniu zjedzonym o jedenastej i popołudniowej drzemce. Przesilenie wiosenne gorsze od najpaskudniejszej grypy.

To nie wymówka na lenistwo, ja naprawdę fatalnie reaguję na zmianę pogody.  A jeśli tej towarzyszy jeszcze zmiana czasu – no to umarł w butach. Panie świeć nad nienapisanym kolejnym rozdziałem magisterki, stertą prania, która miała dziś wylądować w pralce, kilkoma mailami, na które nie chce się i NIE MOŻE odpisać i tymi szpilkami, co to stoją w progu od piątkowej nocy.

Jutro biorę rozwód z kanapą, która ma magiczną moc. Oprócz tego, że jest piękna, bo w kwiatki i pasuje mi do wystroju mieszkania, to najkrótsza chwila na niej spędzona przeradza się w kilkugodzinną drzemkę. Ale jakkolwiek by się człowiek starał – w nocy to zaklęcie nie działa. Dlatego od jutra siadam na podłodze, bo miarka się przebrała.

Znajomy powiedział mi niedawno, że wyglądam na niebywale zmęczoną. Jak to możliwe, kiedy się tyle śpi? Przespałam pewnie trzy czwarte tego cholernego przedwiośnia, choć jak się okazuje, nie był to beauty sleep. Nienawidzę cię, zakało wszystkich pór roku. Zgiń, umrzyj, przepadnij.

Wolny zawód to dar i przekleństwo. Ale to nie tak, że ja spać nie lubię. Wręcz przeciwnie. Podobno w przedszkolu, gdy chodziłam do starszej grupy, w której już się nie leżakowało, wychowawczyni – oczywiście na prośbę małej Oli – zaprowadzała mnie do młodszych dzieci, żebym razem z nimi ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. Do dziś mi to zostało. Łykam drożdże – podobno idealne na wiosenne samopoczucie – i idę spać. Więc nie czuję, jak się po tych drożdżach czuję.

Niech będzie, że zbieram siły na bardzo intensywny muzyczny tydzień. W sobotę, 1 kwietnia, Trójka obchodzi  55. urodziny. Jestem z nią prawie 5 lat, więc także mam co świętować. Z okazji urodzin najlepszym prezentem dla słuchaczy i nas – miłośników muzyki z Myśliwieckiej – będą koncerty i ich transmisje ze studia Agnieszki Osieckiej. Zaczynamy 31 marca od koncertu Brodki, dzień później Edyty Bartosiewicz, poza tym na antenie będzie można usłyszeć także zespół Kroke, ojca i braci Waglewskich oraz projekt Dylan.pl. A już we wtorek będę z wypiekami na twarzy siedzieć niecierpliwie na krześle w trójkowym studiu koncertowym i słuchać… powiedzieć nie mogę, ale pochwalę się po fakcie. Płyta już czeka, gotowa do podpisania.

fot. P. Zmarzły

Nie John Mayer, lecz Paweł Domagała

Rzadko zdarzają się koncerty, z których chce się jak najszybciej wyjść. Wyjść, aby usiąść przed komputerem. Wyjść, aby włączyć płytę z utworami, które się chwilę wcześniej słyszało i opisać światu wrażenia. Opisać i obwieścić nową gwiazdę. Taki był koncert Pawła Domagały w Teatrze Kwadrat. Kiedy to piszę, mija godzina od jego zakończenia.

wgKawki-14676.jpg
Paweł Domagała w Markomanii, fot. Darek Kawka

Debiutancki koncert, bo i na scenie debiutant. Paweł Domagała, znany z telewizji i reklamy, zagrał swój pierwszy koncert w ramach trasy promującej pierwszy krążek „Opowiem ci o mnie”. Gdyby każdy, kto gada do nas z telewizora, śpiewał tak jak Paweł, telewizja nie miałaby sensu. Wszyscy chodziliby tylko na koncerty.

Jakie to piękne, że w walentynkowy wieczór Teatr Kwadrat był wypełniony po brzegi. Głównie parami, bo i data zobowiązuje. Paweł Domagała i jego czteroosobowy zespół dali nam najlepszy prezent na dzień zakochanych – muzykę. Kompozycje Pawła Borowieckiego i Domagały to dowód na to, że songwriterami Polska stoi. Melodyjne, klimatyczne i romantyczne ballady przeplatały się z rockowymi wręcz, cięższymi brzmieniami, a wszystko pięknie scalał wokalista. No właśnie – czy wokalista? Pawłowi jeszcze brakuje trochę warsztatu, choć śpiewa od wielu lat. A może to stres i przejęcie? W końcu sam ze sceny oznajmił, że nareszcie spełniło się jego marzenie o koncercie z własnym zespołem, z własnymi utworami i własną publicznością. Bo taką już ma, sądząc po reakcjach znakomitej większości sali. Paweł świetnie radzi sobie z gitarą, akompaniując sobie w każdym utworze. Ale to, co dzieje się z jego nogami, zasługuje na oddzielny akapit.

Czasem jest tak, że wokalista z gitarą, zdjąwszy ją, nie wie, gdzie się podziać i co zrobić z rękoma. Wtedy oczom ukazują się dziwne pląsy, z których sam autor nie jest do końca dumny. Nogi Pawła Domagały odgrywały oddzielną sztukę. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zorientowałam się, że patrzę tylko na to, co się z nimi dzieje. I to nie jest absolutnie mój zarzut, bo taniec – choć tego tańcem chyba nazwać nie można – był tym, co tworzy postać Pawła na scenie. Chyba się dogadamy, bo wyczuwam delikatne zwroty w stronę reggae i jestem pewna, że pobujalibyśmy się z Pawłem przy starym Daabie. Co więcej, jedna z kompozycji, które nie znajdują się na płycie, była właśnie zahaczeniem o rootsowe brzmienie, nie parodią, a dobrym, nowoczesnym podejściem do jamajskich dźwięków.

Właściwie to chłopaki mogą nagrywać już drugą płytę, bo na prawie półtoragodzinny koncert złożyły się nie tylko utwory ze świeżo wydanego krążka, ale także nowe – aż się boję myśleć, co będzie dalej – nawet lepsze od tych, które znają już słuchacze.

Obycie ze sceną aktor ma podobno we krwi, a że Domagała to aktor również teatralny, więc na warszawskiej scenie czuł się znakomicie. Żartował, choć nie do przesady, no i jak pięknie interpretował! Wyglądał jak John Mayer – w kapeluszu, z gitarą i w dżinsowej koszuli. Choć w jego muzyce słychać ewidentne inspiracje amerykańskim muzykiem, to nie lubię porównań w stylu „polski ktoś”. Więc z pogardą traktuję myśl o „polskim Johnie Mayerze”, bo wystarczy, że jest „Paweł Domagała”.

Jednak w pierś uderzyć się muszę. Gdy pod koniec koncertu Paweł zaczął mówić o piosence, która go od lat inspiruje, która zmieniła jego życie – choć sam siebie za to stwierdzenie wyśmiał – postawiłabym dużą sumę na to, że za chwilę zagra utwór Mayera. I już w głowie grało mi „Dear Marie” z albumu „Paradise Valley” albo „Slow Dancing in a Burning Room” ze starszej „Continuum”, kiedy ze sceny przede mną usłyszałam utwór Czesława Niemena „Człowiek Jam Niewdzięczny”. Za moją niewiarę i niewdzięczność przepraszam, bo zespół zagrał Niemena tak, że każdy, kto to dziś usłyszał, będzie wyszukiwał ten utwór w sieci, mając w pamięci idealne zakończenie koncertu Domagały.

Utwory, które znałam z płyty – nuda. Nuda, bo były znakomite tak, jak ich się nauczyłam (a znam każdy tekst na pamięć). Ile ja bym dała, żeby się tak nudzić podczas każdej konfrontacji nagrań z wykonaniem na żywo! Tylko mój ulubiony „Hiob” zyskał ciemniejszy wymiar za sprawą koncertowego intro, a tym samym moją dodatkową porcję słabości do tej kompozycji. Jest w nim coś wyjątkowego, niedzisiejszego.

Ostatnie lata w polskiej muzyce należą do późnych debiutantów. Debiutując po trzydziestce można ze spokojem i ogromną charyzmą powiedzieć coś mądrego, zaśpiewać nie krzycząc, wyprzedać bilety na koncert, zostać docenionym. To nie jest domena dwudziestolatków. Dzisiejszym koncertem i przepiękną debiutancką płytą Paweł Domagała dołącza do Leskiego, Skubasa czy Organka, którzy bez cekinów i reflektorów promocji telewizyjnej zadebiutowali i na polskiej scenie zostali.

Wracając na drugą stronę Wisły, obserwowałam pasażerów w autobusie. W Walentynki nie ma ich zbyt wielu. Przepiękna dziewczyna ubrana cała na czarno czytała, sądząc po ilości prześledzonych kartek, dopiero co rozpoczętą książkę. Druga, w towarzystwie dwóch młodych chłopaków, trzymała bukiety tulipanów i róż. Czyżby dostała je od nich? Rywalizują ze sobą czy się przyjaźnią? Za oknem z billboardu uśmiechnął się do mnie ten, którego przed chwilą podziwiałam na scenie. I wtedy przypomniało mi się to, co także chwilę wcześniej usłyszałam:

Pod wieczór Warszawa
ma bananowy smak
Młodzi ludzie na ulicach
myślą „teraz nasz jest świat”
Co mądrzejsi oglądają się za siebie
oni wiedzą że
będą kochać tylko raz
A samotni chcą jak burza gnać do
przodu
tylko Bóg wie
ile tracą szans”

Again and again

Słuchaliście? Przed chwilą w trójkowym „Topie Wszech Czasów” w pełnej wersji wybrzmiało „Again”. Z miejsca 3. spadło w tym roku na  8. A ja, niezależnie od pozycji w notowaniu, mam swoje miejsce do słuchania tego utworu właśnie tego konkretnego dnia. Leżę na podłodze z uchem przy głośniku. 1 stycznia to połączenie smakuje najlepiej.

W 2016 roku, po 14 latach od wydania albumu „You All Look The Same To Me”, na którym „Again” się znalazło, ja usłyszałam ten numer na żywo. A „Top Wszech Czasów” i początek nowego roku to świetny pretekst do tego, aby przypomnieć moją recenzję najlepszego koncertu roku ubiegłego. Koncertu Archive, oczywiście.

wgkawki-6972
Fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Jeśli ktoś jeszcze nie zna zespołu Archive, a nazywa siebie słuchaczem, powinien nadrobić braki w muzycznej edukacji. Najlepiej rozpocząć szkolenie od posłuchania grupy na żywo. Pożałuje się każdej minuty, w której nie było się fanem Brytyjczyków.

Po wydaniu nowej płyty Archive ruszyło w kolejną trasę. W ramach „Kings Of The False Foundation Tour” zespół zagrał w Polsce dwa koncerty: w Warszawie oraz Poznaniu. I tradycyjnie – nie zawiódł.

Torwar to koncertowo niebezpieczne miejsce. Można paść na kolana lub wyjść z poczuciem zażenowania. I choć należę do grupy sceptycznie nastawionych do warszawskiej hali przy Łazienkowskiej, nie wyobrażam sobie innego miejsca w stolicy, gdzie Archive mogłoby zaprezentować się równie dobrze.

Rozpoczęli od „Driving In Nails”, wyznaczając tym samym kierunek całego wydarzenia. Celem była gra świateł, oszczędność w słowach i absolutne skupienie na dźwiękach. Podczas wstępu zespół od publiczności oddzielała swojego rodzaju kotara. Dzięki niej wizualizacje wyświetlały się na dwóch płaszczyznach – za i przed zespołem, co zbudowało znakomity klimat już na początku koncertu. Zespół grał zamknięty w czterech ścianach sceny jak w telewizorze, na którego ekranie wyświetlał się obraz. Obraz muzyki. Emocje były jeszcze większe, gdy kurtyna niespodziewanie opadła, bo wydawało się, że muzycy odgrodzili się od słuchaczy na dobre i nie zamierzają tego zmieniać. Kotara powodowała napięcie oraz wprowadzała atmosferę wyjątkowości. Dlatego nie przeszkadzałaby mi jej obecność nawet przez te dwie kolejne godziny.

wgkawki-6564

Na setlistę złożyły się głównie utwory z najnowszego krążka „The False Foundation”, a tytułowy singiel zabrzmiał wręcz brawurowo. Nie zabrakło jednak utworów z poprzednich płyt i wokalistki Holly Martin. Choć jej głos nie pojawia się na ostatnim krążku, Holly towarzyszy zespołowi podczas nowej trasy. Na Torwarze zabrzmiały więc „Kid Korner”, „You Make Me Feel” czy „Crushed”. Po dwunastu utworach zespół zagrał pierwszy bis, na który złożyło się aż pięć numerów. Wszystko to dało ponaddwugodzinny znakomity, przesycony muzyką i emocjami popis. Ponadto ładunek wrażeń zwiększała oprawa wizualna. Genialne, nowoczesne wizualizacje, idealnie dopasowane do utworów, wprowadzały słuchacza w trans oraz dopełniały to, co słyszał i potęgowały to, co czuł.

wgkawki-1138

Bo Brytyjczycy na Torwarze zagrali po prostu znakomity spektakl. Nie koncert, nie show, bo do showmanów im bardzo daleko. Pollard Berrier, gdy nie grał, stał nieruchomo, jakby zahipnotyzowany, w czarnym kapeluszu naciągniętym na głowę, z czarnymi długimi włosami opadającymi na ramiona, w czarnej pelerynie, która dodawała mu jeszcze więcej tajemniczości. Berrier ujmuje przede wszystkim sceniczną charyzmą. Patrzenie na niego przyprawia o dreszcze. Patrzenie na niego jest intymnym aktem zachwytu drugim człowiekiem. Patrzenie na niego boli, bo dystans, który muzyk stwarza i mur, który buduje przed słuchaczem, są absolutnie nie do pokonania. I to jest piękne.

wgkawki-6464

Darius Keeler wpadał w swój własny trans za syntezatorami, Holly Martin z dziewczęcym wdziękiem pojawiała się i znikała, a Dave Pen, jak zwykle odgrywał klasyczną rolę oszczędnego w słowach chłopaka z gitarą. Jednak publiczność wybaczyła zdawkowe przywitanie i cicho wypowiadane „dziękuję” pomiędzy utworami, gdy Pen wszedł na scenę, aby zaśpiewać bis numer dwa. Bo to właśnie podczas drugiego bisu wybrzmiało „Again”. Złośliwi powiedzą, że większość słuchaczy przyszła na koncert tylko dla tej jednej piosenki. Że to jedyny znany przebój Brytyjczyków i odcinają od niego kupony. Ja mówię, że warto poświęcić wszystko, aby usłyszeć „Again” na żywo. Nawet w skróconej, akustycznej wersji. Bo to są rozpacz, ból, cierpienie, miłość, złość i nienawiść podane w jednej skondensowanej i znakomicie napisanej kompozycji.

wgkawki-7105

Zaraz po wyjściu z Hali Torwar, napisałam: „To był najlepszy koncert w moim życiu”. Byłam podekscytowana, rozemocjonowana i roztrzęsiona. Po powrocie do równowagi mogę wykrzyczeć to samo ponownie. Chcę więcej. Takich emocji, takiej muzyki i takich koncertów. Więcej Archive, Archive i Archive.

http://www.anywhere.pl/article,1662,Archive-w-Hali-Torwar

wgkawki-1509wgkawki-1174wgkawki-1533wgkawki-6870wgkawki-1291wgkawki-6776wgkawki-6735wgkawki-6916wgkawki-6946wgkawki-1195

Zdjęcia: Darek Kawka dla Anywhere.pl

Reggae meteory

Zimno. „Pani kierowniczko, ja rozumiem, że wam zimno, ale jak jest zima to musi być zimno” – przypomniało mi się dziś na przystanku. I tak trzęsąc się, i czekając na autobus pomyślałam, że napiszę dziś o jesiennej muzyce. Bo jesień to taki okres, kiedy zmieniają mi się preferencje muzyczne. Pierwsza myśl – Gęstnieją jesienie – numer Mechaników, o których ostatnio pisałam. Utwór jesienny do cna, z grupy takich, przy których włącza się jesienna nostalgia. Ale nie dziś!

Bo dziś jeszcze reggae. A to wszystko za sprawą dwóch bardzo regowych płyt, które do mnie przyjechały. I to może trochę przez duży kubek kawy, a trochę też dzięki tym dźwiękom, w mieszkaniu od razu zrobiło się przyjemniej.

Pierwszy album nie taki świeży, bo premierę miał w Ostródzie, gdzie nie zdążyłam go kupić. K-Jah i jego Link up.

 

Krystian Walczak zaprosił na swój debiutancki producencki album świetnych gości, także z zagranicy, m.in. Gentlemana z Tamiką. Nie podoba mi się okładka, zbyt infantylna i bardzo odstraszająca, jak najgorsze okładki płyt z lat 90. Nie podobał mi się też singiel promujący płytę, czyli utwór Missing you z Madmajkiem, dlatego byłam ciekawa, jak będzie brzmiała reszta materiału. Muszę z tą płytą pobyć, ale czuję, że znajdę parę smaczków. Jak zwykle jestem zachwycona wokalem Portasza w dwóch numerach i, o dziwo, intrygującym głosem Martyny Baranowskiej w nagraniu Rest. Tamika z Gentlemanem bardzo rootsowo, takiego Gentlemana bardzo lubię. Zgrywam na odtwarzacz (tak, noszę ze sobą mp4, nie słucham muzyki w telefonie), żeby się osłuchać.

Wrzucam drugą płytę i jest pięknie. Od początku świetna sekcja dęta. Wokal, który przez wiele lat po prostu mnie drażnił, teraz uważam go za całkiem przyjemny. Piękne teksty, którym naprawdę należy się przyjrzeć. Nowa płyta Tabu.

 

Tabu to taki zespół, do którego przez wiele lat słuchania reggae musiałam się po prostu przekonać. Kiedyś ich unikałam, bo kojarzyli mi się głównie ze „słonecznym reggae, przygodą na Jamajce”. Od czasu tego regie szlagieru dojrzeli, spoważnieli i nabrali szlachetności. W tym roku  koncert Tabu na ORF o 1 w nocy był niesamowitym przeżyciem. Bo Tabu śpiewa bardzo życiowe teksty, często pisane przez Rafała Karwota w pierwszej osobie liczby mnogiej, przez co słuchacze się z nimi utożsamiają. I ta tożsamość z zespołem sprawia, że od tylu lat są na regowym polskim topie. A  ta płyta – choć jestem dopiero przy trzecim numerze – to potwierdzi. Mniej ska, sporo dęciaków, piękne klawisze w tle…

Płyta jest pięknie wydana. Obok samej okładki, ze zdjęciem Bartka Murackiego, prostej, wysublimowanej, ogromne wrażenie sprawił na mnie sam krążek, który wygląda jak płyta winylowa z charakterystyczną czarną powłoką.

WP_20151013_015

Od długiego już czasu  krąży w sieci numer Nie potrzeba nam nic, który znalazł się na tym krążku. Według mnie ma wielu konkurentów. Jest także remix znanego Jak dobrze cię widzieć z płyty Endorfina z 2012 roku. Chcecie usłyszeć dubstepowe Tabu? Sięgnijcie po Meteory. 

Oficjalnie ogłaszam przedłużenie sezonu na słuchanie reggae, który będzie obowiązywał chyba jeszcze przez całą zimę. Po pierwsze, czeka nas kilka dobrych, klubowych koncertów reggae. Jafia w Hydrozagadce 26 listopada, następnie w tym samym miejscu Tabu 6 grudnia, a wcześniej – 15 listopada – koncert, który może być jednym z lepszych koncertów w tym roku. Tribute to Alibabki w Proximie, gdzie czołówka polskiego reggae wykona utwory Alibabek w nowych aranżacjach. Zagrają Bartendersi, a zaśpiewają Jarex i Ania z Bakshishu, Damian Syjonfam, Broda z Habakuka, Earl Jacob i wielu innych. Reggae i big beat – moje dwie miłości na jednym koncercie – muszę tam być!

tribute to alibabki
fot. facebook.com/goodcrewofficia

Na koniec dwie smutne wiadomości. Indios Bravos zawieszają działalność i wyruszają w ostatnią trasę koncertową. Mucha, czyli Marcin Muszyński, fantastyczny, charyzmatyczny wokalista Dubsków, opuszcza zespół. Czyli nowa płyta już bez Muchy. Szkoda.

Archive w Trójce

WP_20150330_002 (2)

Nie pamiętam pierwszego koncertu, na którym byłam. Przypominam sobie Małgorzatę Ostrowską na jakimś plenerowym występie, która zrobiła wtedy na mnie – wówczas nastoletniej – spore wrażenie. Pamiętam pierwsze rockowe koncerty w moim mieście, kiedy zakochana i wpatrzona w gitarzystę, z dziewczęcą ekscytacją tańczyłam pod sceną. W końcu przypominam też sobie mój pierwszy koncert, gdy byłam po tej drugiej, magicznej stronie. Miałam 16 lat, śpiewałam reggae na scenie domu kultury w rodzinnym mieście, a moi rówieśnicy i koledzy ze szkoły bujając się w rytm, powtarzali za nami słowa refrenu. Szczególnie mocno pamiętam te oślepiające światła, do których po pewnym czasie przyzwyczaiłam się i to one były jak czerwona lampka w studiu radiowym – oznaczały rozpoczynające się show i były znakiem do tego, że za chwilę muszę dać z siebie wszystko. Continue reading „Archive w Trójce”

Jafia i misja reggae

Daję Wam dziś dobrą muzykę. Dobrą i trudną, świetnie zagraną, mądrze zaśpiewaną.

To fragment koncertu Jafii na ubiegłorocznym festiwalu w Ostródzie. Byłam tam, czułam te dreszcze na sobie. To był środek nocy, dosyć zimno, jak na sierpień. Bujałam się w rytm pod sceną i – tak naprawdę – rozmyślałam o wielu sprawach. Jafia potrafi wprowadzić w swojego rodzaju trans, stworzyli niesamowity klimat, który na samej scenie był z pewnością jeszcze bardziej odczuwalny. Unikatowy głos i sama postać Dawida Portasza, który jest perełką na polskiej scenie reggaeowej. Bo taki wokal i taka pasja tworzenia zdarza się rzadko.

Jafia (do niedawna Jafia Namuel) wydaje w tym roku nową płytę, na którą czekam z niecierpliwością.

A na początku października zespół zagrał także na Grand Festival Róbrege w Warszawie. Dawid Portasz jest jednym z bohaterów mojego reportażu z imprezy. Nie tylko dla fanów reggae, a pewnie przede wszystkim dla tych, którzy reggae nie znają. Bo co to jest właściwie to reggae i dlaczego ludzie słuchają takiej muzyki? Uśmiechnę się szeroko, jeśli ktoś po wysłuchaniu tego reportażu sięgnie po reggae, tak mi bliskie i tak przeze mnie ukochane.

Reggae nagrody, reggae wyróżnienia

gentleman_mtv_unplugged
facebook.com/gentleman

Mirosław Maken Dzięciołowski, dziennikarz muzyczny oraz jeden z współtwórców Ostróda Reggae Festival, w swojej audycji Strefa Dread w radiowej Czwórce przyznał regałowe tytuły roku 2014. Głosowali internauci, a oto wyniki:  Continue reading „Reggae nagrody, reggae wyróżnienia”