Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Reklamy

Kwiaty w styczniu

To naturalne, że pisanie i słuchanie jest w moim przypadku ściśle ze sobą powiązane. Słucham i spod palców stukających w klawiaturę wyrastają kwiaty. Słowa-kwiaty. Kwiaty w styczniu.

IMG_20180106_171649

Dziś „Continuum” Johna Mayera. To już pewnie jakieś dwa lata, odkąd mi go przedstawiono. Nie opuszcza mnie do dziś, a ten album z 2006 jest nadal moim ulubionym. Już zapomniałam, jak bardzo pasuje do takich zimowych dni. Czy to wyostrzone przez mróz na zewnątrz zmysły, czy dziś w tych utworach słyszę coś innego niż dwa lata temu?

Chyba każdy uważa siebie za posiadacza jakiejś szczególnej zdolności. Ja, na przykład, widzę więcej. Może z racji zawodu powinnam więcej słyszeć, ale już egzaminy do szkoły muzycznej wiele lat temu pokazały, że nie otrzymałam daru słuchu absolutnego. Ale żyję też z obserwacji, którą opanowałam już prawie na poziomie zaawansowanym. Widzę więcej, przez co ślepnę. Tak jakby wzrok męczyły moje analizy świata w głębszym wymiarze, a nie starczało energii na podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. Dlatego już gorzej widzę w nocy, linii oddzielających pasy na przemokniętej drodze nocą nie sposób dostrzec. Ale rejestruję wiele innych widoków, piękniejszych niż deszcz na betonie.

Widzę, jak mała Basia, jedząc zupę, uśmiecha się do całego świata. I jej zdziwienie, gdy biorę ją w ramiona, a ona obserwuje obcą sobie twarz, bada ją rękoma, dotyka moich włosów, bo w ten sposób właśnie mnie poznaje. Widzę teraz przed oczami kilka wspomnień, które wywołało „Gravity”, czyli jedna z najpiękniejszych piosenek Mayera. Mijam też często pewną kobietę z dzieckiem i za każdym razem zauważam jej frustrację, niezadowolenie z życia, odbijające się w jej oczach wszystkie kłótnie z mężem, a w oczach ich dziecka pragnienie zaimponowania matce, która i tak w windzie mówi mu, że zachowuje się idiotycznie. Czy moje oczy też w końcu zmęczą się takimi obrazami? I przestanę skanować rzeczywistość wokół, skupiając się tylko na tym, co widać bez głębszego zastanowienia?

Tak więc nadwyrężam ostatnio zmysł wzroku, dając odpocząć słuchowi. Pochłaniają mnie myśli, a ja pochłaniam książki. Na granicy starego i nowego roku przeczytałam „Niksy” Nathana Hilla, od których nie można się oderwać. „To, co kochasz najbardziej, zrani cię najmocniej”. Jakie to proste.

A przed paroma minutami przeczytałam ostatnie zdanie najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Ta powieść została napisana po to, by pomyśleć. By marzyć. By żałować. Za co ZM dziękuję, choć z powyższymi stanami i tak zawsze było mi i będzie po drodze. Para w 50. rocznicę pierwszej wspólnej nocy przenosi się do przeszłości. Ich ciała mają znów 30 lat, ale głowy nadal 80. Ponownie mogą więc przeżyć tę pierwszą noc, ale mogą też naprawić to, co zepsuli, nadrobić to, co zaniedbali, pochylić się nad tym, co ważne, a zlekceważyć nieistotne. To nieuchronne – czytając, myśli się o tym samym. Co będzie za 50 lat? Czy wtedy będę mieć do siebie pretensje, że spędziłam cały dzień w domu, z książką na kolanach wypiłam 3 kawy i z wypiekami na policzkach snułam wizje przyszłych lat? Gdy za 50 lat spojrzę na siebie, dwudziestoparoletnią mnie, wklepującą te słowa w klawiaturę komputera i słuchającą Johna Mayera, co pomyślę? Dzięki tej książce nabrałam ochoty na podróże, na pisanie i na uśmiechanie się do siebie w lustrze częściej, niż robię to teraz. Choć wciąż widzę w tym uśmiechu więcej niż inni. Bo każdy zna przecież siebie najlepiej, prawda?

Wyciągam A. do Mediolanu, żeby świętować wspólne urodziny. Trzeba uczcić 25. rocznicę mojego pierwszego spojrzenia na świat. W sierpniu już na pewno Korfu. W lipcu Gdynia. A po drodze jeszcze tyle przystanków. Świetnie, będzie co obserwować.

„Continuum” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt w całej kolekcji. Podczas jej słuchania rosną w głowie kwiaty.

Każdy ma w sobie coś z Grincha

Może dlatego, że wstałam dziś tuż przed szóstą, żeby zdążyć na poranny program w radiu (choć przecież lubię z okna Myśliwieckiej obserwować wschodzące słońce). A może to zbierane po kątach przez cały tydzień zmęczenie i nieprzespanych kilka dodatkowych godzin, ale byłam dziś przez chwilę Mr. Grinchem. Przeklinałam przedświąteczny harmider, nazywając go nawet świątecznym syfem. Pękłam. Na kilkanaście minut miałam ochotę przeskoczyć już do lutego.

Ja, która sprawę prezentów załatwiła w listopadzie. Ja, fanka uroczystych kolacji, długich przygotowań i długich czerwonych sukienek, w końcu miłośniczka pieczenia ciast. Ja, która z radością małej dziewczynki w wigilijny poranek wkłada pod choinkę prezenty. Ogółem – ja, kochająca cały ten świąteczny syf.

IMG_20171212_225454_918

Robiony w złości sernik może okazać się sernikiem Pana Grincha. Słonym, niezbyt pulchnym, przypieczonym albo przesuszonym. W duchu zawsze śmiałam się z artykułów o przedświątecznej depresji, wybuchach niepohamowanego płaczu i agresji nasilających się pod koniec grudnia. Dziś wiem, że po świecie chodzi wielu Grinchów i jest to całkiem normalne. Choć świat, zalany stresem i poplątany jak lampki choinkowe składowane na strychu, już taki normalny nie jest. Swoją drogą, zakładanie na choinkę tych poplątanych lampek wykracza poza kategorię syfu, to jest już całkiem porządna badziewna karma za lenistwo przy jak najszybszym ich zdejmowaniu.

To był fantastyczny tydzień. Bardzo męczący i pracowity. Przed świętami wszystko jest bardziej męczące i zawsze jest dużo więcej pracy. Udzielam się przy kilku świątecznych programach, proszę uważnie nasłuchiwać PR3.

Czerwona sukienka i Koszyki nocą. Albo radiowe wigilie i żarty w muzycznym gronie. Świetna sprawa. Był też LemON w Palladium i piękny intymny koncert. Gratuluję i dziękuję za świąteczną kartkę dostarczoną na radiowe biurko. Kawa z P. wczoraj. Czekałam godzinę, bo godzinę wyjeżdżał z parkingu podziemnego w centrum handlowym (świąteczny syf). Ale gdy już się spotkaliśmy, musiała pojawić się dolewka pysznej kawy z dripa. P. rozumie muzykę w podobny sposób. Dobrze porozmawiać i o muzyce, i o braku akceptacji pędu za oknem, i o życiowym syfie też dobrze porozmawiać. Odwiedziłam też GC, tak jak zawsze, kiedy 22 grudnia jestem jeszcze w Warszawie. W tym roku po raz kolejny byłam.

„You’re a mean one, Mr. Grinch”. Każdy jest czasem Grinchem, niezależnie od pory roku. Trzeba napić się wina albo pomyśleć o ukochanej osobie. Albo zjeść trochę przepysznego ciasta z whisky, którego nie da się nie polubić. Po kawałek albo dwa zapraszam tuż po świętach. A póki co jutro wstać z dobrym nastawieniem. Bo może warto czasem odpuścić, wybrać sobie dobre wspomnienie i mieć ciągle ten jeden obraz przed oczami.

Bo ze mnie wcale nie jest taki zły Mr. Grinch. Nawet jeśli się nie uśmiecham, uśmiecham się do ciebie w środku. Wystarczy, że spojrzysz.

A w święta? Włożyć sweter z niedźwiedziem polarnym, popatrzeć na mieniącą się choinkę i popijając wino pomyśleć, że tę choinkę trzeba będzie za chwilę rozebrać. I to dopiero jest syf.

A na serio, to życzę nam miłości. Na święta i cały rok!

 

Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Wiosennie i sennie

73260310

Zgubiłam gdzieś dzień. Przepadł mi w niepościelonym łóżku, śniadaniu zjedzonym o jedenastej i popołudniowej drzemce. Przesilenie wiosenne gorsze od najpaskudniejszej grypy.

To nie wymówka na lenistwo, ja naprawdę fatalnie reaguję na zmianę pogody.  A jeśli tej towarzyszy jeszcze zmiana czasu – no to umarł w butach. Panie świeć nad nienapisanym kolejnym rozdziałem magisterki, stertą prania, która miała dziś wylądować w pralce, kilkoma mailami, na które nie chce się i NIE MOŻE odpisać i tymi szpilkami, co to stoją w progu od piątkowej nocy.

Jutro biorę rozwód z kanapą, która ma magiczną moc. Oprócz tego, że jest piękna, bo w kwiatki i pasuje mi do wystroju mieszkania, to najkrótsza chwila na niej spędzona przeradza się w kilkugodzinną drzemkę. Ale jakkolwiek by się człowiek starał – w nocy to zaklęcie nie działa. Dlatego od jutra siadam na podłodze, bo miarka się przebrała.

Znajomy powiedział mi niedawno, że wyglądam na niebywale zmęczoną. Jak to możliwe, kiedy się tyle śpi? Przespałam pewnie trzy czwarte tego cholernego przedwiośnia, choć jak się okazuje, nie był to beauty sleep. Nienawidzę cię, zakało wszystkich pór roku. Zgiń, umrzyj, przepadnij.

Wolny zawód to dar i przekleństwo. Ale to nie tak, że ja spać nie lubię. Wręcz przeciwnie. Podobno w przedszkolu, gdy chodziłam do starszej grupy, w której już się nie leżakowało, wychowawczyni – oczywiście na prośbę małej Oli – zaprowadzała mnie do młodszych dzieci, żebym razem z nimi ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. Do dziś mi to zostało. Łykam drożdże – podobno idealne na wiosenne samopoczucie – i idę spać. Więc nie czuję, jak się po tych drożdżach czuję.

Niech będzie, że zbieram siły na bardzo intensywny muzyczny tydzień. W sobotę, 1 kwietnia, Trójka obchodzi  55. urodziny. Jestem z nią prawie 5 lat, więc także mam co świętować. Z okazji urodzin najlepszym prezentem dla słuchaczy i nas – miłośników muzyki z Myśliwieckiej – będą koncerty i ich transmisje ze studia Agnieszki Osieckiej. Zaczynamy 31 marca od koncertu Brodki, dzień później Edyty Bartosiewicz, poza tym na antenie będzie można usłyszeć także zespół Kroke, ojca i braci Waglewskich oraz projekt Dylan.pl. A już we wtorek będę z wypiekami na twarzy siedzieć niecierpliwie na krześle w trójkowym studiu koncertowym i słuchać… powiedzieć nie mogę, ale pochwalę się po fakcie. Płyta już czeka, gotowa do podpisania.

fot. P. Zmarzły

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.

Piosenki niekoniecznie miłosne, czyli playlista na Walentynki

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Chcemy czy nie – one nadejdą. Więcej, zbliżają się szybkim krokiem. Walentynki. Przez niektórych święto bardzo lubiane, przez innych lekceważone. Biedne słodkie święto co roku zalewane jest falą hejtu, a co ono winne? Nawet jeśli spędza się je samotnie, warto posłuchać, tak jak i każdego dnia, dobrej muzyki. Oto mój ranking miłosnych piosenek na Walentynki. Piosenek o miłości szczęśliwej i tej niekoniecznie, tych które kojarzą się z miłością wprost lub metaforycznie, tych przy których się zakochiwałam i odkochiwałam. Słowem – gdy myślę o miłości, nucę sobie pod nosem z pewnością którąś z tych piosenek. Nie zabraknie mojego osobistego komentarza, bo do miłości, tak jak i do muzyki, podchodzę bardzo emocjonalnie.

Czytaj dalej „Piosenki niekoniecznie miłosne, czyli playlista na Walentynki”

Jafia i misja reggae

Daję Wam dziś dobrą muzykę. Dobrą i trudną, świetnie zagraną, mądrze zaśpiewaną.

To fragment koncertu Jafii na ubiegłorocznym festiwalu w Ostródzie. Byłam tam, czułam te dreszcze na sobie. To był środek nocy, dosyć zimno, jak na sierpień. Bujałam się w rytm pod sceną i – tak naprawdę – rozmyślałam o wielu sprawach. Jafia potrafi wprowadzić w swojego rodzaju trans, stworzyli niesamowity klimat, który na samej scenie był z pewnością jeszcze bardziej odczuwalny. Unikatowy głos i sama postać Dawida Portasza, który jest perełką na polskiej scenie reggaeowej. Bo taki wokal i taka pasja tworzenia zdarza się rzadko.

Jafia (do niedawna Jafia Namuel) wydaje w tym roku nową płytę, na którą czekam z niecierpliwością.

A na początku października zespół zagrał także na Grand Festival Róbrege w Warszawie. Dawid Portasz jest jednym z bohaterów mojego reportażu z imprezy. Nie tylko dla fanów reggae, a pewnie przede wszystkim dla tych, którzy reggae nie znają. Bo co to jest właściwie to reggae i dlaczego ludzie słuchają takiej muzyki? Uśmiechnę się szeroko, jeśli ktoś po wysłuchaniu tego reportażu sięgnie po reggae, tak mi bliskie i tak przeze mnie ukochane.