Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.

 

 

Reklamy

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka

Studium przypadku studia

Studio to nie miejsce dla wybranych. Często przecież do radia przybywają osoby bynajmniej nie wiedzione głosem serca. W studiu może się znaleźć każdy, ale nie każdy będzie wydłużał tę chwilę tak bardzo jak tylko się da.

To ja zacznę jak zwykle. Marek Niedźwiecki powiedział w ostatnim z wywiadów, że lubi tą swoją powtarzalność dnia. Co rano kanapka z tym samym, ten sam sprzedawca na bazarku, tylko na Liście Przebojów co i raz zmiana na miejscu pierwszym. A ja zawsze, przysiadając do pisania, robię kawę, którą wypijam przy pierwszym zdaniu. Bo kawa musi być gorąca. Włączam muzykę, robię parę zdjęć, które chcę umieścić, siadam przy stole w kuchni i zaczynam pisać. Ostatnio pomyślałam, że chciałabym robić to samo przez całe życie. Być pisarką? Raczej piszącą dziennikarką, bo z radia przecież nie zrezygnuję. Zajmować się słowem. To by było coś!

Ta płyta w głośnikach to zespół Slow, o którym za chwilę. Ale pięknie gra…

Spotkało się dwoje zakochanych. Nie będzie to historia romansu, bo tych dwoje zakochało się dawno temu w muzyce i długi z nią romans prowadzą od wielu lat. I choć zaczęłam tę opowieść banalnie jak słabą prozę dla singielek, to w tej historii ważne są uczucia. Kto słucha muzyki w takich ilościach, u tego uczucia także nabierają mocy. Ja moc muzyki i moc dobra znalazłam w studiu. Studiu Woobie Doobie u Wojtka Olszaka.

woobie doobie studio

Wojtek Olszak – pianista, producent muzyczny, kompozytor, realizator, dobry człowiek, świetny rozmówca. Fan Trójki i Marka Niedźwieckiego. Artysta, twórca, miłośnik muzyki i whisky. Czy czegoś jeszcze potrzeba, żebyśmy się dogadali?

Zaproszona przez Wojtka pojechałam do Sulejówka i miejsca, które – tak jak moja torba płytami – wypełnione było klawiszami. Małe, urocze i klimatyczne studio idealne do tworzenia, a w moim wypadku – słuchania muzyki. Bo rzeczywiście my tam słuchaliśmy muzyki, a rozmowy były tylko małym przerywnikiem. A gdy były – tematy i tak krążyły wokół dźwięków. Mało odkrywcze będzie stwierdzenie, że słuchanie albumu w warunkach studyjnych przenosi w nowe, zupełnie nieodkryte rejony, gdzie słychać to, czego na domowym sprzęcie się nie wychwyci. Ale u Wojtka jest jeszcze coś – pierwszy odtwarzacz CD jaki w ogóle pojawił się na rynku czyli Sony CDP-101. Old school i to jaki piękny!

WP_20160322_20_34_50_Pro

Wzięłam pod pachę te moje, ukochane płyty, by zaczarować je jeszcze bardziej. Słuchałam więc i słyszałam więcej u Jafii, Ani Dąbrowskiej, nawet Gentleman lepiej brzmiał, chociaż wstyd mi było go wyjmować… Bo tu producent, którego idolem jest Quincy Jones, a ja wyjmuję album Gentlemana. Ale pożałowałam odsłuchania tych wszystkich krążków, kiedy wyjęłam ten najważniejszy. Kiedy słuchaliśmy Obywatela, każdy przesłuchany przez tych wiele lat utwór chyba na chwilę stracił sens. W złym guście jest chełpić się zbytnią wrażliwością na muzykę, bo to kurtuazja i przerost formy nad treścią. Dlatego nie napiszę o tym, że łzy były główną reakcją na to, co słyszałam. A słyszałam nawet to, jak Grzegorz sepleni, czego generalnie w nagraniach nie słychać. Dotąd żałowałam głównie tego, że nie usłyszę Go na żywo, bo gdy zaczynałam słuchać Republiki, On już nie żył. A tu, przez 6 minut trwania Nie pytaj o Polskę słyszałam żywego Grzegorza Ciechowskiego, a taka myśl nie towarzyszyła mi nigdy wcześniej.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Wojtek Olszak

Nie będę przecież ukrywała, żeśmy z Wojtkiem pili whisky, gadali o radiu i muzyce, żeśmy ponarzekali na co niektórych, a niektórymi się zachwycili. To wszystko sprawiło, że Woobie Doobie Studio to mój kolejny studyjny azyl. Zaraz po reżyserce studia M2.

Nie może zabraknąć kącika „Ola Budka poleca”. Owszem, polecam dziś bardzo formację Slow, o której już na wstępie mogę powiedzieć, że będzie moim wiosennym oddechem, niedzielnym porankiem i towarzystwem przy pisaniu. Slow to gitarzysta Tomasz Kaczmarczyk i pianista Krzysztof Wermiński oraz goście, m.in. mistrzowski Michał Dąbrówka. Debiutancki krążek Art of silence oraz kolejny Songs for everyone utrzymane są w stylistyce smooth jazzu, którego chce się słuchać przez cały dzień. Gwarantują spokój i prawdziwe zwolnienie. Notabene – inspirujące. Podczas gdy na pierwszym krążku tytułowe wyciszenie zapewniają głównie instrumentalne kompozycje (poza jedną, gdzie można usłyszeć wokal i tekst Ani Szarmach), na drugim można znaleźć już utwory z większym hitowym potencjałem. Nie trzeba wiedzieć, co to smooth jazz, żeby go słuchać i się mu poddać. A takie „piosenki dla wszystkich” zapewnia Slow, któremu dziękuję za wspaniały prezent w postaci tych dwóch krążków.

WP_20160419_10_35_25_Pro

Slow wskakuje na miejsce pierwsze wśród moich prywatnych płyt tygodnia, gdzie na szczycie królował dotąd John Legend. Na wyprzedaży wpadły mi niedawno w ręce dwa krążki Legenda, Live from Philadelphia oraz Wake Up! nagrany z grupą The Roots. Oba znałam wcześniej, ale zachwyciłam się szczególnie tym drugim. Oczywiście za sprawą Legenda i jego świetnego soulowego brzmienia, ale też dzięki tekstom utworów z lat 60 i 70., bardzo zaangażowanym i rewolucjonizującym, jak chociażby Little Ghetto Boy. To kolejny album, który bardzo polecam.

12970471_10209201386261165_1657067145_o
Z Julią Pietruchą w Trójce, fot. Darek Kawka

A to już Julia Pietrucha, która zawitała niedawno na Myśliwiecką, by promować swój debiutancki album Parsley. Dużo ukulele i dziewczęcej wrażliwości, jestem pewna, że Julia dzięki tej płycie zyska wielu słuchaczy.

Muszę, ale to muszę (!) wspomnieć o klipie do utworu, o którym już pisałam. Takich jak my nie przestało mi się podobać, a teledysk – chociaż inny z moją wizją piosenki – wypadł lepiej niż dobrze. Czekamy na płytę!

Tylko i nie tylko piosenki

Rozpoczyna się niepokojem zapowiadającym ból. Jednak po chwili ten ból łagodzi niesamowite, wydobyte jakby spod ziemi ciepło w głosie wokalisty. Właśnie ukazał się nowy singiel grupy Small Mechanics.

Cieszę się, że Mechanicy znów tworzą po polsku. Na ich debiutanckim albumie The Gift znalazł się świetny numer Gęstnieją jesienie z tekstem warszawskiego poety-nawijacza, niezawodnego Pawła Sołtysa, czyli Pablopavo. Ten jedyny akcent na płycie nie zaspokoił mojego głodu na polski tekst u Mechaników, dlatego bardzo się cieszę, że nowy singiel zapowiada zmiany. Bo Karol Wróblewski – wokalista zespołu – śpiewa tak, jakby śpiewał poezję. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Karola w nagraniu Postcard Sessions i ten pierwszy zachwyt do dziś nie minął.

Nowy singiel Takich jak my utrzymany jest w stylistyce charakterystycznej dla Mechaników, czyli bazującej na połączeniu elektroniki i melodyjnego popu. I choć w tekście mowa o biegu w światło, ja myślę tu raczej o spowolnionym tempie w upalny dzień. Ten utwór pachnie gorącym latem, kiedy powietrze jest ciężkie, a ten ciężar czuć na opalonych ramionach. Są takie piosenki, które wpasowują się w porę roku. To, co teraz słyszę, łączy się ze słońcem w proporcjach 1:1 i tworzy duet idealny.

WP_20160405_09_59_59_Pro.jpg

Premiera teledysku oraz koncert Small Mechanics w najbliższy piątek, 8 kwietnia w warszawskim klubie Chyba Ty.


Przecież to tylko piosenki –  odpowiedział  Kortez na moje pytanie o to, jakie uczucia towarzyszą mu przy tworzeniu muzyki. – Na pewno „tylko”? – zapytałam. – Tylko i nie tylko – uśmiechnął się i oboje wiedzieliśmy, o co chodzi.

Z Kortezem udało mi się porozmawiać po jego warszawskim koncercie w Palladium, które wypełniło się po brzegi. Mówiłam o tym spotkaniu na kilka dni przed i kilka dni po, bo to taki artysta, którego muzyka towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy. Przetrzymałam z nim najgorsze zimowe mrozy i wypiłam niejedną butelkę wina. Po tym niekrótkim czasie obcowania z jego twórczością nareszcie go poznałam. Rozmawialiśmy chwilę – o pisaniu piosenek, o tym, że jego obecność na scenie wywołuje u ludzi niesamowite uczucia i o tym, że jest urodzonym solistą. Uważamy tak oboje, jednak – kiedy ja preferuję Korteza solo na scenie – on przyznaje, że zespół wspomaga jego, jeszcze nie doskonałe, umiejętności sceniczne.

WP_20160330_22_51_13_Pro
Z Kortezem, 30 marca 2016, Palladium, Warszawa

Faktycznie, koncert nie był doskonały. Sam wokalista miał kilka potknięć, wynikających może z przejęcia i nerwów, a może z nieposkromionych górnych dźwięków, z którymi Kortezowi jeszcze nie do końca po drodze. Bo w niskich tonach jest świetny. Tak jak w pisaniu piosenek. Nie oszukujmy się – Łukasz Federkiewicz to fenomen. Chłopak ubrany w dres, z czapką na głowie, o wyglądzie… „podejrzanego typa”, pisze piosenki, które wbijają w podłogę. I ten chłopak w czapce, siedząc zgarbiony przy fortepianie, grał tylko dla siebie i nie tylko dla siebie. Na tych parę minut był zamknięty – jak mały chłopiec, który skupia się na tym, by coś rozpracować, złożyć, zbudować – Kortez z głową prawie przy klawiaturze grał i walczył ze swoimi emocjami z tekstu.

Mój zachwyt przybierał stany ze skraju wytrzymałości i opadał. Nie był to równy koncert, a wykonanie niektórych utworów nie przebiło nagrań z albumu. Momentami przymykałam oczy, bo obraz nie był mi potrzebny. Ale chociażby koncertowa wersja Uleciało – utworu, który na płycie podobał mi się najmniej – ukazała nową jakość. Czy zespół Kortezowi przeszkadzał? Chwilami. Dlatego – chociaż to był naprawdę przyjemny, muzyczny i wyjątkowy wieczór – cieszę się, że mam Korteza także solo. W moich głośnikach, kiedy słucham go sama w mieszkaniu.

WP_20160405_11_45_01_Pro

Gdzie ci mężczyźni? Na scenie!

Gdy na scenie stoi facet z gitarą, to tak, jakby stał tam tylko dla ciebie. Choć w domu czekają żona i dzieci, niedopita od rana kawa, stos rachunków do zapłacenia i niezłożony regał – nie spojrzysz na niego w ten sposób. On nie będzie miał „zwykłego” życia, bo przecież scena to jego naturalne środowisko. Tuwim powiedział kiedyś, że mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie. Czyżby to zachwyt w oczach kobiety napędzał artystów do działania? Przecież nie od dziś wiadomo, że muza była kobietą.

Marzeniem chyba każdej kobiety jest to, aby powstał o niej tekst do piosenki. Znam to uczucie, bo taki tekst mi kiedyś wręczono. Ta pomięta kartka jest jedną z ważniejszych pamiątek z czasów, kiedy miałam jeszcze naście lat. Zakochanie się jest wtedy sprawą śmiertelnie poważną. A jeśli kochasz się w muzyku, który śpiewa o tobie i do ciebie – myślisz, że Romeo i Julia przy was to para kompletnie bez polotu. Z tej miłości i tej piosenki niewiele zostało, a ja teraz z kroplą sentymentu, która właśnie wpadła mi do kawy, mogę pisać o tym na blogu. Tamten chłopak z gitarą i długimi włosami był jednym z pierwszych muzyków, których w życiu poznałam. A wspaniałych i inspirujących muzycznych pasjonatów od tamtej pory udało mi się spotkać jeszcze wielu.

Moim najważniejszym mężczyzną w muzyce jest oczywiście Grzegorz Ciechowski. Wiele już tu o nim pisałam, ale najświeższą jest informacja o tym, że zespół Fonetyka przygotowuje album z tekstami Grzegorza. Fonetyka to do niedawna trio, obecnie poszerzone o basistę, które na swoim koncie ma dwa albumy z muzyką napisaną do wierszy polskich poetów. Debiutancki Requiem dla Wojaczka oraz Bursa obroniły się przede wszystkim za sprawą tekstów, więc w przypadku nowego wydawnictwa sukces wydaje się być gwarantowany. Przemek Wałczuk, lider Fonetyki, wybrał te teksty Ciechowskiego, które nigdy nie stały się piosenkami. Dlatego właśnie projekt zasługuje na uwagę, bo ma szansę wyróżnić się na tle wypuszczonych w świat, a niestety słabych coverów Republiki.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Z Panem Jackiem Cyganem, Trójka, 14 marca 2016

WP_20160315_14_18_25_Pro

W temacie pisania piosenek. Pobiegłam niedawno na Myśliwiecką, żeby poznać Jacka Cygana, który był gościem Pana Marka w przedpołudniowym Zapraszamy do Trójki. Tak jak podejrzewałam – Jacek Cygan to przemiły Cygan! Jako narrator książki Życie jest piosenką jawi się jako sympatyczny i dowcipny „pan od pisania piosenek” i takiż jest na żywo. Wydał właśnie nową książkę – tym razem trochę odbiegając od muzyki – bo są to opowiadania. Czy tak dobre jak pozostałe jego teksty? Skomentuję po lekturze.
PS To serce na dedykacji jest biegnące. Warte podkreślenia, bo podobno Pan Cygan rzadko takowe rysuje.
WP_20160315_14_16_55_Pro

Spotkań w Trójce ciąg dalszy. Z dalekiego Świdnika przyjechał do nas Damian Syjofam, aby opowiedzieć o nowym albumie. Więc ja znowu – torba na plecy, kapelusz na głowę – pognałam do Trójki. Że przyznałam się Damianowi do bycia jego psychofanką – to nic. Damian powiedział, że PRZEGLĄDAŁ MÓJ BLOG – to dopiero coś!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Po lewej Tomasz Żąda, po prawej Damian Syjonfam, Trójka, 23 lutego 2016

Nie tylko Damian Syjonfam odwiedza przystanek retro. Powiadomienia na platformie wordpress pokazują, że „your stats are booming”, za co bardzo Wam, Drodzy Czytelnicy, dziękuję. Każdy odzew obecności tutaj bardzo mnie cieszy. Ostatnio stało się to nawet bardziej namacalne, bo Was poznaję. Jeszcze raz ogromne dzięki (Wojtki, Wam szczególnie).

Marzec okazał się bardzo koncertowy. I zakończy się koncertowo, bo czekają przecież bilety na Korteza, a to też jeden z tych najważniejszych muzycznych mężczyzn.
Zaczęło się od urodzin Zjednoczenia Sound System w mojej ulubionej Hydrozagadce, na które poszłam przede wszystkim dla Pablopavo. Może ta pora roku nie sprzyja długiemu gibaniu się pod sceną, a może to wychodzi mi tylko w Ostródzie, ale przeciągające się oczekiwanie na solenizantów sprawiło, że nie dotrwałam do końca i nie usłyszałam hitowego International.  Ale serdecznie uściskałam i Pabla, i Reggaeneratora.

Tego rodzaju brzmienie w Hydrozagadce to standard, ale ja doczekałam się koncertu reggae w Trójce! Na scenie w studiu Agnieszki Osieckiej zagrała Jafia, czyli nasz najlepszy regowy towar eksportowy. Zespół, na czele z Dawidem Portaszem i wtórującą mu w chórkach amerykańską wokalistką gospel Dorrey Lin Lyles, zagrał znakomicie i stworzył piękny klimat. Zaskoczyły mnie nowe aranżacje utworów z Ka Ra Va Ny, które znam przecież na pamięć. A Jafia to nie tylko reggae. Silne amerykańskie wpływy bluesa i gospel idealnie spaja w jedno Portasz, bez którego charyzmy i przede wszystkim czarnego głosu muzyka Jafii nie byłaby tak prawdziwa. Dostrzegła to także Akademia Fonograficzna, bo ostatnia płyta grupy została nominowana do tegorocznych Fryderyków w kategorii Album Roku Muzyka Korzeni. 

WP_20160306_00_09_39_Pro
Urodziny Zjednoczenia Sound System, Hydrozagadka, 5 marca 2016
WP_20160306_20_40_54_Pro
Jafia w Trójce, 6 marca 2016

Niecały tydzień później, bo 12 marca, znowu siadłam na krześle pod trójkową sceną, w które już po pierwszym utworze mnie wbiło. Koncert jubileuszowy z okazji 25-lecia pracy artystycznej Wojtka Pilichowskiego przyciągnął tłumy. Tak wielu słuchaczy w studiu Osieckiej nie widziałam, a tym bardziej nigdy nie byłam świadkiem tego, by ludzie mimo braku biletów prosili o wejście na koncert! Później przekonałam się dlaczego. To był koncert z serii tych, po których niczego się nie oczekuje, ale nie dlatego, że był z góry skazany na porażkę. Ja po prostu nigdy takiej muzyki nie słuchałam, tym bardziej na żywo, więc moja reakcja mogła przybrać różne formy. Najpierw zaniemówiłam. Potem mój zachwyt wyrażał się w szeroko otwartych oczach wpatrujących się po kolei w każdego z muzyków na scenie. A grała cała plejada najlepszych instrumentalistów. Począwszy od prowodyra całego zamieszania – czyli Wojtka Pilichowskiego, nazywanego, nie bez powodu, artystą basu. To oczywiste, że grał świetnie, bo to muzyk na światowym poziomie. Ale jak dobrze się na niego patrzyło! Siedziałam w pierwszym rzędzie tuż przed Pilichowskim i miałam wrażenie, że gra tylko dla mnie. Że uśmiecha się tylko do mnie. Tym szelmowskim uśmiechem wyrażającym zadowolenie z samego siebie. Razem z Pilichem na scenie pojawił się cały Pilichowski Band, czyli Tomek Machański – perkusja, Kuba Lipiński – bas/instrumenty klawiszowe, Adrian „Alf” Latosiewicz – instrumenty klawiszowe, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe, Michał Trzpioła – gitara oraz Kasia Stanek na wokalu. Zagrało także Woobie Doobie w składzie: Wojtek Pilichowski – bas, Mariusz „Fazi” Mielczarek – saksofon, Marcin Nowakowski – saksofon, Michał Grymuza – gitara, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe oraz Michał Dąbrówka – perkusja.

WP_20160312_20_27_52_Pro
25-lecie pracy twórczej Wojtka Pilichowskiego, Trójka, 12 marca 2016

Choć gościnnie zaśpiewały Natalia Kukulska oraz Kasia Kowalska, to mnie zafascynowała wręcz osobowość Kasi Stanek, koncertującej na stałe w składzie Pilicha. To młoda wokalistka o aparycji Olivera Twista, trochę niepozorna, trochę tajemnicza – na pewno od początku interesująca. W dodatku świetnie wyglądała – ubrana w czarny kombinezon, który – jak się później okazało – świetnie pasował do aury, jaką wokół siebie roztaczała. Bo Kasia śpiewała całą sobą. Niezwykle sensualnie i seksualnie, ona wprost dotykała się na scenie! A robiła to nie wulgarnie, a z dziewczęcą gracją. Pamiętam, że nawet powiedziałam do siedzącego obok Wojtka, że się zakochałam, ale pewnie nie byłam jedyną osobą tego wieczoru, która doświadczyła nagłego przypływu uczuć w stronę Kasi. Na takie kobiety na scenie chce się patrzeć. Takich wokalistek poszukuję. Na moje wrażenia z tego koncertu na pewno największy wpływ miała właśnie ona.

Mężczyźni na scenie gwarantują i dobry widok, i dobry odsłuch. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że ludzie zajmujący się muzyką to piękni ludzie. Nieważne jakiej płci. A ja zawsze usiądę w pierwszym rzędzie, żeby na takiego pięknego człowieka popatrzeć. I go docenić.

Jak kobieta kobiecie

Tak jak zawsze staję po stronie polskiej muzyki, którą w kontrze do zagranicznej nazwę tą „moją”, tak w bitwie na głosy przeważnie wygra u mnie mężczyzna. W takim razie wychodzi na to, że w mojej kolekcji mam tylko płyty polskich wokalistów. Potwierdzam hipotezę przesuwając palcem po grzbietach najważniejszych albumów – Grzegorz Ciechowski, Tomek Lipiński, Pablopavo, Bajor, Leski, Kortez, Organek, Rusin, Syjonfam, Portasz. Ale nawet wychodząc poza polskie brzmienia – The Beatles, Seal, Matt Dusk, John Legend, ostatnio przecież John Mayer, nawet Gentleman! Sami mężczyźni. Tak, fascynuje mnie muzyka tworzona przez mężczyzn i uważam, że w tej dziedzinie sztuki są mistrzami. I tylko czasem zachwyci mnie twórczość kobiety, która musi dotknąć szczególnie wrażliwego receptora. Z którą będę w stanie się solidaryzować. W taki czuły, samotny rozdział w mojej pamięci uderzyła Ania Dąbrowska ze swoją najnowszą niezwykle kobiecą płytą.

WP_20160315_14_14_21_ProWyczekiwałam premiery tej płyty ze względu na singiel Nieprawda – odkąd pojawił się na LP3 – był numerem jeden wśród utworów, na które głosowałam. Już w singlu Ania rozpyliła w powietrzu gorzki zapach lejtmotivu nadchodzącej płyty – rozstania. Nie da się ukryć, że w życiu samej autorki nastąpiły poważne miłosne zmiany, może dlatego teksty brzmią tak prosto i tak prawdziwie. To nie jest manifest kobiety-heroski, której rozstanie z ukochanym dodaje sił i napędza do życia. Mam wrażenie, że teksty na płycie Dla naiwnych marzycieli są odbiciem rzeczywistości po rozstaniu w wielu pustych mieszkaniach samotnych kobiet.

Bez ciebie więcej czasu mam,
Lepiej śpię, robię co chcę,
Potrafię oszukać się,
Choć wiem, że bez ciebie nie ma mnie.

To tak, jakby usiąść z przyjaciółką przy winie i rozmawiać. Ania śpiewa o tym, do czego przyzna się tylko kobieta kobiecie – że to kolejna i nie ostatnia miłosna porażka. O błaganiu o jedno spojrzenie i słowo „zostań”. Błaganie o takie kortezowe „zostań”, który śpiewa nie powiem ci, że to miłość/ choć jesteś wszystkim, czego w życiu trzeba mi. Nie są to mimo wszystko ballady, a momentami wręcz rytmiczny pop, przy którym da się potańczyć. Tak jak Poskładaj mnie z bardzo dobrym aranżem, wpadającym nawet w reggae. Ania jest głosem wielu z nas, które chciały, a nigdy nie wiedziały jak określić stan, znany przecież wielu kobietom. Zaśnij we mnie, nie budź się,/ Nie oddychaj zamiast mnie/ Jeszcze będę się z tego śmiać/ Tak się boję tego dnia – śpiewa w utworze Oddycham. Gorycz pogłębiają tu piękne smyczki, sprawiając, że jest to zdecydowanie najsmutniejszy utwór na płycie, nie tylko w warstwie tekstowej, ale i muzycznej. Obawiam się, że ten album będzie ważny dla tych kobiet, które staną teraz przed ciężkim wyzwaniem ułożenia sobie życia na nowo po stracie mężczyzny. Nie wiem, czy to dobra rekomendacja. Jednak jeśli kobieta słucha po rozstaniu muzyki, zawsze będzie to muzyka o miłości. A ten album nadaje się doskonale do tego, by się przy nim rozstać. I tańczyć w samotności śpiewając:

A ja ulecę jak dym,
Jednym tchem wypowiedziane żegnaj,
Ja rozpadnę się w pył razem z ciszą,
Która nic już nie zmienia.

Głos Ani uważam za jeden z lepszych głosów w Polsce, oryginalny, ciemny głos dobrze korespondujący ze stylistyką, którą Ania wybrała. Dąbrowska potrafi śpiewać, ale w śpiewaniu jest bardzo oszczędna. Od strony muzycznej bardzo poprawnie, nie są to skomplikowane kompozycje, ale ładnie okraszone smyczkami i melancholijnym pianem. To wszystko sprawiło, że od tego albumu wprost nie mogę się uwolnić i na pewno jeszcze na długo pozostanie na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy przebojów.

WP_20160317_10_05_23_Pro

W marcowym numerze Twojego Stylu (Nr 3 (308) marzec 2016) w wywiadzie z Anitą Szarlik Ania mówi o tej płycie: Każdy przefiltrowuje piosenki przez siebie. Coś innego w nich porusza. Żeby w ogóle poruszyły, musi być szczerze już na samym początku. (…) To jest jednak najważniejsza rzecz w życiu ta cała miłość. Najważniejszy temat. Każdy ma prawo być kochanym i szczęśliwym. Zaś na pytanie o tytuł płyty odpowiada: Te moje piosenki są takim właśnie naiwnym, być może typowo kobiecym patrzeniem na miłość. (…) Ja bywam (naiwna – przyp. red.), wiele moich przyjaciółek też. Być może oglądałyśmy zbyt dużo filmów o miłości, które się dobrze kończyły.

Brzmi znajomo? Zatem kobieca solidarność to nie pusty frazes.

Ania stała mi się bardzo bliska nie tylko dzięki nowemu albumowi. W Historii pewnej płyty opowiadała o swoim drugim krążku, czyli płycie Kilka historii na ten sam temat. I tylko żałuję, że nie spotkałyśmy się na nagraniu. Przygotowując program przypomniał mi się jeden szczegół, który utkwił mi bardzo w pamięci, jakbym przeczuwała, że nabierze on głębszego sensu w przyszłości. Pamiętam, że zimą 2011 roku, pewnego sobotniego, bądź też niedzielnego poranka słuchałam Historii pewnej płyty. Jeszcze wtedy audycja nadawana była właśnie przed południem. Byłam w drugiej klasie liceum, pracowałam już w Katolickim Radiu Płock i namiętnie słuchałam Trójki na starym boomboxie, który zabrałam ze sobą na stancję u starszej pani z czarnym kotem, u której wówczas mieszkałam. I najbardziej utkwił mi w pamięci moment, gdy słucham właśnie Historii… o debiutanckiej płycie Ani Dąbrowskiej. Program był tak ciekawy, że zostałam w pokoju, by posłuchać go do końca. I myślałam, jak bardzo chciałabym robić takie programy w przyszłości. Wierzcie lub nie, ale tak właśnie było. Po kilku latach zaczęłam pracować z Tomkiem Żądą, którego tak podziwiałam w moim małym wynajmowanym pokoju przy płockim dworcu. I podziwiam nadal.

Najnowszy odcinek Historii pewnej płyty o Ani Dąbrowskiej do odsłuchania tu:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1591284,Ania-Dabrowska-pisalam-do-szuflady

WP_20160315_14_13_01_Pro

Nowe płyty w kolekcji. Kortez z Minialbumem staje w szranki z Anią, bo nie umiem wybrać, który artysta jest teraz dla mnie ważniejszy. Ten facet namieszał mi trochę w głowie. Aparycja chuligana a wrażliwość Wertera. Ten album głaszcze także mój zmysł estetyczny – to jest jedna z lepszych okładek ostatnich lat. Nawiązująca do pierwszego albumu, ale w kolorze lilaróż – który facet zdecydowałby się na wydanie różowej płyty? Gratuluję dystansu do siebie. A to „nasz” artysta, bo Trójka bardzo pomogła przy starcie jego solowej, bardzo szybkiej kariery. Jak to się stało, że jeszcze się z nim nie spotkałam w redakcji? Na pewno usłyszę go na żywo 30 marca w Palladium. Oprócz Korteza Julia Marcell i jej Proxy. Nie uległam fascynacji piosenką Tarantino, może jeszcze wszystko przede mną. Jest i nowy Król! Poprzedni nie umarł, ale niech żyje nowy, bo Błażej Król to wrażliwy facet z bardzo oryginalnym spojrzeniem na muzykę.

WP_20160315_14_16_04_Pro

Wracając do kobiet w muzyce. Mieliśmy i mamy wiele dobrych wokalistek, charyzmatycznych osobowości, eterycznych ale i wyrazistych rockowych kobiet na polskiej scenie. Pierwsza do głowy przychodzi mi Mira Kubasińska i inne damy bigbitu, jak chociażby Ada Rusowicz, Kasia Sobczyk, Karin Stanek i Helena Majdaniec. Nie można zapomnieć o fantastycznych stylowych Alibabkach, które podczas ostatniego koncertu na swoją cześć pokazały, że nadal są w fantastycznej formie (więcej tutaj). Kiedy jednak przeglądam płyty, bijąc się w pierś i zastanawiając się nad powodem takiego stanu rzeczy, zauważam, że śpiewających kobiet u mnie jak na lekarstwo. Ania Movie (znowu Dąbrowska), Mela Koteluk, parę płyt Nosowskiej, Katarzyna Groniec, Ania Rusowicz i najważniejsza, bo odsłuchana wielokrotnie Diana Krall i jej Wallflower. Moje reggae to też mężczyźni, bo jedyna królowa tego gatunku – Marika – zmieniła nie tylko wygląd, ale i brzmienie. Może właśnie dlatego, że słuchanie muzyki zaczęłam od gatunku tak bardzo zdominowanego przez mężczyzn, do teraz chętniej słucham męskich głosów. I jest to wybór bardzo świadomy.

Czy przedstawiałam się wam kiedyś na żywo? W sytuacji, gdy ktoś pyta mnie o to, co w życiu robię, odpowiadam, że jestem studentką i aspirującą dziennikarką. (Chociaż kiedy nawet Marek Niedźwiecki nazywa siebie nie dziennikarzem a prezenterem, to jakaż ze mnie dziennikarka?). Ale już na pytanie o to, czym zajmuję się w radiu, odpowiadam: Jestem wydawcą. Bo wydawcą brzmi przecież lepiej niż wydawczynią.  Męskie określenia zawodów podwyższają rangę wykonywanej pracy, nadają status. Jednak najcenniejsza w określaniu siebie jest wolność wyboru. My, kobiety możemy być psycholożką i ministrą, prezesem i dziennikarzem, możemy pisać teksty o rozstaniu i słuchać tylko muzyki granej przez mężczyzn. Jeśli to będzie „nasze” i świadome – będzie piękne.

A świat muzyki to man’s world. A ja się na to zgadzam. O czym w następnym wpisie.

Nowa jednostka czasu

Czasem jeden tydzień w roku może sprawić, że cierń wbity mocno w serce znika bezboleśnie. Ale najbliższej osobie w tym samym tygodniu cierń przekłuwa serce na wylot.

Dlaczego szczęśliwe historie nie idą w parze? Dlaczego nie możemy pod koniec dnia dzielić się dobrymi wspomnieniami? To ogromna lekcja pokory dla mnie. Sprawdzian z bycia człowiekiem, kobietą, przyjaciółką. Egzamin z życia. W jednej chwili Ona musiała dorosnąć, ja musiałam dorosnąć do prawdziwej przyjaźni.

Moja historia pisana jest muzyką. To prawda, zawsze tak mówię. Powtarzam, że całe moje życie toczy się wokół muzyki. Jednak naprawdę tak jest!

Ileż ja w zeszłym tygodniu przesłuchałam płyt! Jak znalazłam na to czas? Nowymi jednostkami miary stały się albumy. Minuty zwalniały, noc się wydłużała. Odmierzajmy czas muzyką, wszystkim nam wyjdzie to na dobre. Dowiedziałam się dużo o sobie. Wiele we mnie zauważono. To, co zawsze chciałam wydobyć spod ziemi. Chociaż tak naprawdę co mogę zaoferować? Parę płyt, które wielbię jak relikwie. Miłość do radia. I wiarę w to, że słuchanie muzyki to najpiękniejsze, co możemy w życiu robić. Razem. Niewiele ci mogę dać…

nieustanne tango

Urodzinowy tydzień za mną. 22 zmieniło się na 23. Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali i spędzili ze mną te wyjątkowe chwile. Nawet nie przypuszczałam, jak dobrze moi bliscy mnie znają. Bo prezentowo było kwiatowo-książkowo-płytowo. I nawet to pudełko kryjące w sobie album było kwieciste… Zwracam uwagę na drobiazgi i one cieszą mnie najbardziej. Za wszystkie życzenia – a były to głównie życzenia muzyczne – dziękuję! A propos szczegółów. „Szczegółem” było także to, że słuchałam Republiki z płyty winylowej…

Biorę korepetycje z zagranicznej muzyki. Paradise Valley Johna Mayera to najważniejsze odkrycie zeszłego tygodnia. Bardzo intrygująca okładka, na której Mayer wygląda jak rdzenny Amerykanin na prerii. Póki co wygrywa z Continuum i Heavier Things, wszystkie trzy na zmianę tasuje odtwarzacz. Mam wrażenie, że Mayer doskonale wpasował się w lukę, która w moim słuchaniu utworzyła się już dawno temu. Wielka góra polskiej muzyki, nowości płytowe i ukochane lata 80., a dalej… wielka przepaść, za którą cicho wybrzmiewała Diana Krall i parę niedobitków z zagranicznego reggae. Mayer stworzył most, po którym przechodzę powoli, ostrożnie i z „pewną taką nieśmiałością”. Most do poważniejszego pochylenia się nad muzyką zagraniczną. Specjalistką nigdy nie będę, ale odkrywanie muzyki to takie wspaniałe uczucie!

Waiting on the day,
When my thoughts are my own.
When this house is my home,
And plans are made.
When you’ll be there for me baby.
When you’ll love me all the way.
When you’ll take my side in every little fire fight.
When you’ll hang your things and stay.

(John Mayer, Waitin’ On The Day)

WP_20160221_13_20_55_Pro

W urodzinowym tygodniu poszłam na wyjątkowy koncert. Moja znajoma napisała na fb (Monika Czarne – cytuję, bo to idealne podsumowanie tamtego wieczoru):

Chciałabym napisać tym, którzy są teraz na koncercie Wodeckiego with Mitch and Mitch, że życzę Wam najlepszego wieczoru w życiu, farciarze!

To nie był najlepszy wieczór w życiu, ale z pewnością najlepszy koncert, jaki w życiu słyszałam. Wygrał w kategorii jakości, bo koncerty Gentlemana, Matisyahu czy wiele koncertów Pablopavo były bliskie mojemu sercu i nie gorzej się na nich bawiłam. W przypadku Wodeckiego wygrało zawodowstwo. Tłumy, które tego wieczoru przybyły do Stodoły potwierdzały, że polska muzyka nadal jest popularna i nie trzeba mieć dwudziestu lat by dwudziestolatków zachwycić. Wodecki ma dużo więcej, a zgromadził publiczność bardzo różnorodną. Od hipsterów po nerdów i drwali, aż do eleganckich par i starych wyjadaczy pamiętających czasy, gdy Zbyszek śpiewał o Chałupach. Wszyscy przybyli właśnie dla Wodeckiego, trochę zapomnianego w ostatnich latach, a przecież wybitnego muzyka i króla estrady. To prawda, że hipsterzy słuchają Wodeckiego. Wolę, gdy słuchają „Miczów” niż Lilly Hates Roses.

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir dali rasowe show. Mało widziałam (a zadzierałam głowę do bólu karku), jednak to, co słyszałam, wystarczyło by przez cały koncert uśmiech nie schodził mi z twarzy. Tak właśnie zareagowałam na zawodowe brzmienie na najwyższym poziomie. Muzycy wydawali się jakby idealnie dopasowani do instrumentów, jak gdyby urodzili się z nimi i przyjaźnili. Cała banda na scenie – piszę „banda” z premedytacją – uśmiechała się do siebie i wymieniała spojrzeniami. Ci ludzie po prostu świetnie się bawili i przekazywali tę energię publiczności! Porównałabym ich do kapeli podwórkowej złożonej z ludzi, którzy całe życie się znają i wspólnie muzykują – z tym, że przeniesionej na wielką scenę. A ta ich nie peszyła, nie robiła wrażenia. I w tym cała moc! Jednak najbardziej zachwyciła mnie lekkość grania i flirtowanie z muzyką. Zmiana tempa? Urwany takt? Proszę bardzo – przecież oczywiste jest, że powrócą w punkt.

Wręczanie złotych płyt dla wszystkich członków zespołu trochę za bardzo się przeciągnęło, chociaż wszystko ciekawie wplątane w piosenkę Dziewczyna z konwaliami. Należy wspomnieć, że wszystkie utwory pochodzą z longplaya Zbigniew Wodecki z roku 1976, który nigdy hitem się nie stał. Ja niecierpliwie czekałam na mój ukochany numer Posłuchaj mnie spokojnie. Dwa lata temu usłyszałam go po raz pierwszy, w dodatku od razu z winyla. Wiecie, że nie można go było znaleźć w internecie? Dzięki Kosmicznej Odysei został przypomniany, przez tyle lat w ogóle się nie zestarzał i pozostał niezmiennie piękny. Mitch & Mitch złożyli hołd, który Wodeckiemu się należał. Ewidentnie Wodeckiemu schlebiający, bo jest on zwierzęciem scenicznym i lubi być chwalony. Widać to w wielu wywiadach, w których przyznaje, że to pełna sala sprawia, że nadal koncertuje. Nie jestem pewna czy będzie okazja posłuchać tego „miczowego” materiału ponownie na żywo, ale chętnie poszłabym raz jeszcze i stanęła trochę bliżej, by przyjrzeć się scenie jeszcze dokładniej.

A co teraz? Jak najwięcej Mayera. Koncertów. Wiosny. W.

Muzyczne roku początki

Kawa. Słońce. Damian Syjonfam w głośnikach. Niedziela. Nowy wpis.

To pierwsza niedziela od bardzo dawna, kiedy nic nie muszę. W mieszkaniu natłok dźwięków. Z łazienki dobiega wirowanie pralki, w kuchni słychać pulsujące działanie zmywarki, w międzyczasie jeszcze zadzwonił telefon i przyszło parę smsów. Do tego śpiewa mi Damian Syjonfam ze swojej świeżo wydanej płyty. A za oknem piękne słońce, widok na wysokie, chude drzewa czekające na wiosnę. Ruch na Wale Miedzeszyńskim leniwy, jak to w niedzielę. Monika w pokoju obok odsypia sobotę. A ja piszę…

WP_20160207_12_28_58_Pro

Jeśli ten wpis będzie mniej muzyczny niż zwykle, przepraszam za rozczarowanie. Styczeń był muzyczny, ale muzyczno-towarzyski, a ja chciałabym to wszystko opisać, żeby zatrzymać wspomnienia.

I nie mogę się skupić, bo ta nowa płyta Syjonfama jest absolutnie mistrzowska! Damian śpiewa o tym, co mi w duszy gra, o czym myślę i nad czym się często zastanawiam. Soulmates? A może siła reggae? Może jedno i drugie. Ale ja już wiem, że szybko się od tej płyty nie uwolnię.

Wracając do styczniowych wspomnień. Wymarzyłam sobie, że ten rok powitam w radiu. Bo jaki początek, taki cały rok… Pół godziny po północy byłam już przy Myśliwieckiej. Na szpilkach, w sylwestrowej sukience uściskałam Tomka Żądę, który pełnił dyżur przed mikrofonem. Przemknęła mi w głowie myśl, że może to zaklinanie przyszłości się spełni i rzeczywiście cały rok spędzę w Trójce.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Monika, Ada i ja – Sylwester w Trójce

A następnego dnia znów pobiegłam do radia. Pierwszy raz miałam dyżur podczas noworocznego Topu Wszech Czasów. Podczas gdy Piotr Baron nadawał z Katowic, ja czuwałam nad pomyślnym przebiegiem programu w Warszawie. Poznałam chłopaka, w którym dostrzegłam siebie sprzed lat. Jasiek Malinowski przyszedł na Myśliwiecką, by z epicentrum wydarzeń aktualizować na bieżąco fanpage Topu, który sam założył. Widziałam, jak bardzo cieszy się z tego, że jest tam z nami. Jaśku, życzę Ci, żebyś dołączył do tej ekipy, bo wierzę, że jesteś radiotą. A to rzadka i cenna przypadłość.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Z Jaśkiem Malinowskim, Top Wszech Czasów, 1 stycznia 2016

Z kolei radiotę dostrzegli we mnie rodzice, którzy po tylu latach odwiedzili mnie w radiu. I chociaż ważne było dla nich na pewno spotkanie z Panem Markiem, to ważniejsza była obecność w „mojej Trójce”, o której przecież ciągle przy rodzinnym stole mówię. Oprowadziłam ich po moim drugim domu, a duma w oczach mojego taty była czymś, na co wiele lat czekałam. Obserwował mnie przy pracy, a ja przypomniałam sobie czasy, kiedy w liceum zamiast uczyć się do sprawdzianu z historii, siedziałam w studiu radiowym i prowadziłam mój pierwszy autorski program. Z historii oczywiście zawsze miałam ledwo 3, co przyprawiało mojego tatę o chroniczne stany przedzawałowe.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Moi Rodzice, Pan Marek i ja

Spotkań ciąg dalszy. Kolejny zlot forumowiczów z LPMN. W zawężonym gronie ponownie spotkaliśmy się w „Chińczyku”, czyli ulubionej restauracji Niedźwiedzia przy Senatorskiej w Warszawie. My, czyli Pan Marek z asystentką i fani (choć ja przecież fanką też jestem), czyli Baśka, Iśka, Julia, Konrad, Olaf i Szymon. To zadziwiające, że ci ludzie są w stanie przyjechać z drugiego końca Polski by spotkać się z ulubionym dziennikarzem. Nam dojazd zajął 15 minut, ale przecież podróż z takiego Wrocławia czy Szczecina to nie lada wyprawa. Chociaż pewnie tylko ja tak myślę…

12695848_1270459176301292_1486299259_n

Wróćmy do muzyki. Wydarzeniem stycznia był z pewnością koncert Leskiego. To facet, który poraża szczerością, skromnością i najlepszymi cechami, które może posiadać muzyk. Jego .splot jest moją ulubioną płytą 2015 roku i prawie cały rok czekałam, aby usłyszeć ten materiał na żywo. Zagrał w Studiu Osieckiej, więc czy mogłam wymarzyć sobie lepsze miejsce by usłyszeć ulubionego artystę? Paweł nie zawiódł, dał znakomity koncert, a ja siedziałam w pierwszym rzędzie i nie mogłam oderwać od niego wzroku. Gitara to zdecydowanie jego naturalny atrybut, bo gdy ją odkładał, dało się zauważyć, że nie bardzo może się odnaleźć. Co zrobić z rękoma? Włożyć do kieszeni czy nie? Z gitarą czy bez, Leski przede wszystkim bardzo dobrze śpiewa i interpretuje swoje teksty. Ze sceny płynął przyjemny strumień ciepła, mądrości i miłości, chociaż nie wszystkie utwory traktują o miłości szczęśliwej. Na świetną całość złożyli się także muzycy towarzyszący Pawłowi, profesjonalni i utalentowani ludzie, którzy na scenie bardzo się dopełniali. Wielkie brawa dla basisty, którego znam także z formacji Rusin & Trebuchet. Cały koncert został zarejestrowany i można go obejrzeć tu:

http://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/1562835,Leski-analogowe-syntezatory-i-folkowa-tradycja

W kolekcji pojawiło się kilka nowych płyt. Między innymi album Bowiego, o którym powiedziano już wiele. Mnie Czarna Gwiazda nie zachwyciła od razu. Ale śmierć artysty sprawia, że pochylamy się nad jego muzyką z otwartym sercem i ładunkiem emocjonalnym. Mi ten ładunek pozwolił odkryć, że Lazarus to znakomity utwór, tak jak pozostałe na płycie.

O nowej płycie Syjonfama jeszcze napiszę, bo zasługuje nie tylko na wspomnienie. Są nowe Pustki, Skunk Anansie, Tindersticks oraz Bruno Schulz, zespół który obserwuję od wielu lat. Płytę dostałam od samego wokalisty, choć przez pośrednika, bo egzamin sprawił, że w radiu pojawić się nie mogłam. Jest także Gazeta Magnetofonowaprojekt crowdfundingowy, któremu bardzo kibicuję. To coś, czego brakowało na rynku prasowym – gazeta w pełni poświęcona jest polskiej muzyce. Mam nadzieję, że przetrwa, bo pierwszy numer jest obiecujący. Wśród felietonistów znalazł się Pablopavo, a to dobrze wróży, prawda?

Zbliżają się 23. urodziny. Życzenie – niech będą muzyczne.