Fanka, kot i lato – czyli Janusz Radek w życiowej formie

JanuszRadek_fot.Monika Szalek (21 of 76)

To nie będzie recenzja, którą Janusz Radek wrzuci na swój profil. Bo to nawet nie będzie recenzja. To tekst o mnie.

Dawno temu odkryłam w sobie faktor fanki. Kiełkował, rósł podlewany ogromną ilością słuchanej muzyki. Faktor ukształtował melomankę, która zapragnęła z tej cechy, którą tak bardzo w sobie polubiła, uczynić sposób na życie. Chciałam żyć z muzyki, ale przez brak talentu do jej tworzenia, padło po prostu na słuchanie. Po prostu… Muzyki nie da słuchać się tak po prostu. Można, jadąc autem, słuchać sformatowanych stacji radiowych, które tylko grają piosenki. Ja chciałam inaczej.

I tak się stało, że zbliżyłam się momentu, w którym muzyki słucham zawodowo. Żaden ze mnie autorytet, to raczej ja wciąż podglądam mistrzów, czasami wchodząc do świata, w którym muzyka to nie tylko pasja, ale i profesja. Rozmawiam więc z artystami, z artystami się przyjaźnię i bardzo to sobie cenię. Ale obiecałam też sobie, że nigdy nie zabiję w sobie fanki.

Pocę się, wali mi serce, mówię nieskładnie, przypominam rozhisteryzowaną nastolatkę. Tak dzieje się, gdy moja wewnętrzna fanka wygrywa z ułożoną panią redaktor. Ta pierwsza jest często zbyt infantylna, ta druga nader profesjonalna. Dwubiegunowość? Zaburzenia emocjonalne? Skierowanie do terapeuty? Nie, to muzyka, szarpiąca mną od bandy do bandy.

Uśpiona, dawno niebudzona we mnie fanka odezwała się wraz z nowym albumem Janusza Radka. Wiele lat słuchania jego muzyki karmiło tę fanatyczną miłość. Aż przyszła okazja, kiedy mogłam mu ją wyznać. I pewnie Pan Janusz teraz się w duchu ze mnie naśmiewa, bo owych wyznań miał tysiące. Wywiad wyszedł oczywiście znakomicie, a podczas sesji zdjęciowej namówiłam artystę do tego, żeby jeździł kolorowym rowerem po Placu Grzybowskim.

Halina Poświatowska i Janusz Radek – to nie mogło się nie udać. W piosence poetyckiej Janusz Radek bowiem nie ma sobie równych. Ale płyta „Kim Ty jesteś dla mnie” to nowa forma piosenki poetyckiej, czy jak kto woli, poezji śpiewanej. To najbardziej nowoczesna w brzmieniu płyta Radka, krążącego dotychczas wokół bezpiecznych melodii, na tle których wyróżniał się przede wszystkim głos artysty. Na nowym albumie dosyć oszczędne popisy wokalne ustępują miejsca znakomicie zaaranżowanym kompozycjom. A jeśli ja piszę o „nowoczesności” w pozytywnym sensie, to oznacza to ewenement. Z elektroniką mi nie po drodze i jak mało kto uwielbiam staroświeckość, zarówno w muzyce, jak i zachowaniu.

Janusz Radek zrobił zamach na swoją własną twórczość i znany sprzed lat utwór „Kiedy U-Kochanie” zaaranżował na nowo. I znów mu się to udało. „Mogę być albo nie” to mój faworyt, bez wątpienia najlepszy na całym krążku. Ale „Ten kot”… to już przesada. Coś ty zrobił, Januszu, temu kotu, że on wybił twoją płytę do gatunku muzyki elektronicznej? I ja się tym zachwycam?

Płyty mają swoje kolory. Już poprzednie „Popołudniowe przejażdżki” były bardzo słoneczne. „Kim Ty jesteś dla mnie” to album na lato, kiedy w deszczu jeździsz rowerem z ukochaną osobą albo kiedy zarywasz noc pijąc białe wino i szlajając się po knajpach. Już widzę siebie tańczącą na ulicy ze słuchawkami w uszach. Bo to nie jest ugładzona, ułożona dawka poezji, choć nic w tym przecież złego. To młodość wyrażona w muzyce, radość życia, piękno zastanawiania się nad tym, gdzie jest miłość.

Czyżby Janusz Radek stworzył płytę z poezją śpiewaną dla dwudziestolatków? Stworzył ją dla wszystkich, ale uprzedzeni do tego gatunku młodzi, zafascynowani zachodnim brzmieniem, powinni po tę płytę sięgnąć. Mamy tu przepiękne interpretacje znakomitej poezji Haliny Poświatowskiej w jeszcze lepszych kompozycjach. Janusz Radek w życiowej formie. Myślałam, że to niemożliwe, żebym wielbiła Janusza jeszcze bardziej niż dotychczas. A jednak tak się stało.

Patronat nad płytą objął portal Anywhere.pl. Szelmowsko się uśmiecham, bo się do tego przyczyniłam. A na zdjęciu wspomniany rower, a przede wszystkim Janusz Radek w obiektywie Moniki Szałek. Zdjęcie powstało do wywiadu, który można przeczytać tu.

Reklamy

Bezczelna

16804627_1595310267161011_2049838482_o

Bez kaca. Bez strat. Bez stłuczonego szkła. Ale wśród ludzi i z nadwyżką dobrych życzeń. Skończyłam 24 lata.

Jeszcze w piątek było tu kilkanaście osób, które razem ze mną świętowały urodziny. Przeróżne osobowości, ludzie w różnym wieku, choć pracujący w podobnych zawodach. Przyjaciele, pary, znajomi i nieznajomi, który od wczoraj będą już mogli mówić, że siebie kojarzą. Wszyscy przemierzyli Wisłę, aby powiedzieć mi parę dobrych słów na urodziny. Za wszystkie dziękuję.

No i stało się. Kolejny rok za mną. Podobno to bezczelne mieć 20 lat. Z upływem czasu ten poziom bezczelności maleje, u mnie jeszcze nieźle się trzyma. Bywam bezczelnie zadowolona z siebie i tego, ile mam lat.

Studniówkę i maturę miałam w 2012, w tym samym roku zaczęłam swoją wymarzoną pracę. Dostałam się do radia, w czym pomogła mi bezczelność i bezgraniczna wiara, że uda mi się to zrobić. Na studiach bezczelnie olewałam wszystkie wykłady, bo wolałam czytać książki albo dłużej spać. Byłam bezczelna w kontaktach z kilkoma osobami, czasem w sposób przebojowy, czasem okrutny. Tak, jestem bezczelna. Wierzę w siebie i w to, co robię. W moje pomysły i marzenia.

Bezczelnie gardzę nowymi technologiami, rozmowami przez Internet, nowoczesnymi wnętrzami i tym całym nowym stylem życia pod szyldem wege, eko i trendy. Z nowych rzeczy wybieram kompakty, na które bezczelnie wydaję większą część wypłaty, niż powinnam. Bezczelnie lubię, gdy się mnie adoruje i wręcza kwiaty, gdy się mi powie, że ten ostatni wywiad to znakomity. A ja się bezczelnie z tego cieszę.

Mam 24 lata. I tak mi się marzy, żeby już nigdy więcej nie udawać przed sobą i innymi. Nauczyć się gotować. Zobaczyć Indie. Więcej biegać, mniej spać. Wróć – biegać nie muszę, chcę więcej pisać. Zakochać się?

A moi bliscy sprezentowali mi wczoraj gramofon. Dobrze mnie znają, bo wszystko co związane z muzyką przyjmuję z piskiem nastolatki. Trzeba będzie teraz zacząć łowić winyle. Czyżbym na stare lata zamieniła kompakty na czarne płyty? Żartowałam. Nie zamienię.

IMG_20170218_122346_134.jpg

Gramofon jeszcze nie gra, bo okazało się, że brakuje mi odpowiedniego wzmacniacza. Nie wiem jakiego, nie umiem tego sama zorganizować. Na szczęście mam wśród znajomych kilku muzyków i melomanów.

Kupiłam dziś za to dwa nowe albumy i nowego Pilcha. Tak w ramach prezentu dla siebie. A jutro Gdańsk i wywiad z Janem A.P. Kaczmarkiem. TYM Janem A.P. Kaczmarkiem. Dam znać, jak poszło.

IMG_20170219_143225_875.jpg

Nie John Mayer, lecz Paweł Domagała

Rzadko zdarzają się koncerty, z których chce się jak najszybciej wyjść. Wyjść, aby usiąść przed komputerem. Wyjść, aby włączyć płytę z utworami, które się chwilę wcześniej słyszało i opisać światu wrażenia. Opisać i obwieścić nową gwiazdę. Taki był koncert Pawła Domagały w Teatrze Kwadrat. Kiedy to piszę, mija godzina od jego zakończenia.

wgKawki-14676.jpg
Paweł Domagała w Markomanii, fot. Darek Kawka

Debiutancki koncert, bo i na scenie debiutant. Paweł Domagała, znany z telewizji i reklamy, zagrał swój pierwszy koncert w ramach trasy promującej pierwszy krążek „Opowiem ci o mnie”. Gdyby każdy, kto gada do nas z telewizora, śpiewał tak jak Paweł, telewizja nie miałaby sensu. Wszyscy chodziliby tylko na koncerty.

Jakie to piękne, że w walentynkowy wieczór Teatr Kwadrat był wypełniony po brzegi. Głównie parami, bo i data zobowiązuje. Paweł Domagała i jego czteroosobowy zespół dali nam najlepszy prezent na dzień zakochanych – muzykę. Kompozycje Pawła Borowieckiego i Domagały to dowód na to, że songwriterami Polska stoi. Melodyjne, klimatyczne i romantyczne ballady przeplatały się z rockowymi wręcz, cięższymi brzmieniami, a wszystko pięknie scalał wokalista. No właśnie – czy wokalista? Pawłowi jeszcze brakuje trochę warsztatu, choć śpiewa od wielu lat. A może to stres i przejęcie? W końcu sam ze sceny oznajmił, że nareszcie spełniło się jego marzenie o koncercie z własnym zespołem, z własnymi utworami i własną publicznością. Bo taką już ma, sądząc po reakcjach znakomitej większości sali. Paweł świetnie radzi sobie z gitarą, akompaniując sobie w każdym utworze. Ale to, co dzieje się z jego nogami, zasługuje na oddzielny akapit.

Czasem jest tak, że wokalista z gitarą, zdjąwszy ją, nie wie, gdzie się podziać i co zrobić z rękoma. Wtedy oczom ukazują się dziwne pląsy, z których sam autor nie jest do końca dumny. Nogi Pawła Domagały odgrywały oddzielną sztukę. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zorientowałam się, że patrzę tylko na to, co się z nimi dzieje. I to nie jest absolutnie mój zarzut, bo taniec – choć tego tańcem chyba nazwać nie można – był tym, co tworzy postać Pawła na scenie. Chyba się dogadamy, bo wyczuwam delikatne zwroty w stronę reggae i jestem pewna, że pobujalibyśmy się z Pawłem przy starym Daabie. Co więcej, jedna z kompozycji, które nie znajdują się na płycie, była właśnie zahaczeniem o rootsowe brzmienie, nie parodią, a dobrym, nowoczesnym podejściem do jamajskich dźwięków.

Właściwie to chłopaki mogą nagrywać już drugą płytę, bo na prawie półtoragodzinny koncert złożyły się nie tylko utwory ze świeżo wydanego krążka, ale także nowe – aż się boję myśleć, co będzie dalej – nawet lepsze od tych, które znają już słuchacze.

Obycie ze sceną aktor ma podobno we krwi, a że Domagała to aktor również teatralny, więc na warszawskiej scenie czuł się znakomicie. Żartował, choć nie do przesady, no i jak pięknie interpretował! Wyglądał jak John Mayer – w kapeluszu, z gitarą i w dżinsowej koszuli. Choć w jego muzyce słychać ewidentne inspiracje amerykańskim muzykiem, to nie lubię porównań w stylu „polski ktoś”. Więc z pogardą traktuję myśl o „polskim Johnie Mayerze”, bo wystarczy, że jest „Paweł Domagała”.

Jednak w pierś uderzyć się muszę. Gdy pod koniec koncertu Paweł zaczął mówić o piosence, która go od lat inspiruje, która zmieniła jego życie – choć sam siebie za to stwierdzenie wyśmiał – postawiłabym dużą sumę na to, że za chwilę zagra utwór Mayera. I już w głowie grało mi „Dear Marie” z albumu „Paradise Valley” albo „Slow Dancing in a Burning Room” ze starszej „Continuum”, kiedy ze sceny przede mną usłyszałam utwór Czesława Niemena „Człowiek Jam Niewdzięczny”. Za moją niewiarę i niewdzięczność przepraszam, bo zespół zagrał Niemena tak, że każdy, kto to dziś usłyszał, będzie wyszukiwał ten utwór w sieci, mając w pamięci idealne zakończenie koncertu Domagały.

Utwory, które znałam z płyty – nuda. Nuda, bo były znakomite tak, jak ich się nauczyłam (a znam każdy tekst na pamięć). Ile ja bym dała, żeby się tak nudzić podczas każdej konfrontacji nagrań z wykonaniem na żywo! Tylko mój ulubiony „Hiob” zyskał ciemniejszy wymiar za sprawą koncertowego intro, a tym samym moją dodatkową porcję słabości do tej kompozycji. Jest w nim coś wyjątkowego, niedzisiejszego.

Ostatnie lata w polskiej muzyce należą do późnych debiutantów. Debiutując po trzydziestce można ze spokojem i ogromną charyzmą powiedzieć coś mądrego, zaśpiewać nie krzycząc, wyprzedać bilety na koncert, zostać docenionym. To nie jest domena dwudziestolatków. Dzisiejszym koncertem i przepiękną debiutancką płytą Paweł Domagała dołącza do Leskiego, Skubasa czy Organka, którzy bez cekinów i reflektorów promocji telewizyjnej zadebiutowali i na polskiej scenie zostali.

Wracając na drugą stronę Wisły, obserwowałam pasażerów w autobusie. W Walentynki nie ma ich zbyt wielu. Przepiękna dziewczyna ubrana cała na czarno czytała, sądząc po ilości prześledzonych kartek, dopiero co rozpoczętą książkę. Druga, w towarzystwie dwóch młodych chłopaków, trzymała bukiety tulipanów i róż. Czyżby dostała je od nich? Rywalizują ze sobą czy się przyjaźnią? Za oknem z billboardu uśmiechnął się do mnie ten, którego przed chwilą podziwiałam na scenie. I wtedy przypomniało mi się to, co także chwilę wcześniej usłyszałam:

Pod wieczór Warszawa
ma bananowy smak
Młodzi ludzie na ulicach
myślą „teraz nasz jest świat”
Co mądrzejsi oglądają się za siebie
oni wiedzą że
będą kochać tylko raz
A samotni chcą jak burza gnać do
przodu
tylko Bóg wie
ile tracą szans”

Jak przetrwać Walentynki

img_20170212_115814

Przebudziłam się o czwartej. Usłyszałam jakiś dźwięk, a może tylko mi się przyśnił? I zanim ponownie włączyłam film, przy którym kilka godzin wcześniej zasnęłam, próbowałam wszystkiego, aby ponownie w ten sen zapaść. Zmniejszyłam ogrzewanie – muszę skończyć z tym docieplaniem i wprowadzić zimny chów. Włączyłam telefon i przejrzałam wszystkie informacje zamieszczone w nocy. Urodziny Ani Szarmach – sto lat, Aniu! Mówiłam już to komuś, że w lutym urodziły się same fajne osoby. Instagram znów pękał w szwach od sobotnich filmów ze spotkań ze znajomymi. Przejrzałam wszystkie. Pomyślałam o wywiadzie, do którego siądę przy porannej kawie, do napisania został już tylko lead. Pomyślałam o środowym nagraniu i zeskanowałam w ciemności stojącą przede mną szafę – czwarta nad ranem to przecież idealny moment na to, aby dobierać garderobę na kilka dni wprzód. Rozmyślałam też o tym, że na przekór zmęczeniu zimą, to będzie najlepszy tydzień w roku. Zaczynam odliczanie do urodzin, w piątek skończę 24 lata. Z drobnym wyprzedzeniem dostałam pierwszy prezent, na którym autor napisał: „Dla najbardziej muzykalnej duszy jaką znam”. Prezent jest oczywiście nową płytą do kolekcji, ale co oznacza dedykacja? To, że ta osoba poznała niewiele muzykalnych dusz, czy ta moja rzeczywiście odstaje od normy? Wolę myśleć, że to drugie. Dziękuję Ci i za słowa, i za płytę.

Zanim nadejdą urodziny, nadejdą Walentynki. Jako miłośniczka oldschoolowego życia powinnam nienawidzić tego dnia, a jest zupełnie odwrotnie. Oczywiście, że od czekoladek zapakowanych w pudełko w kształcie serca wolę zmarznięty tulipan i dobre słowo na 8. marca, ale Walentynek się nie czepiam, bo mam na nie sposób. W Walentynki słucham muzyki.

Wczoraj w jednej z gazet znalazłam ranking płyt i filmów na ten dzień podzielony według różnych odbiorców. Jeśli jesteś singlem, słuchaj i oglądaj to a to, jeśli spędzasz wieczór z ukochanym, to lepszym soundtrackiem do walentynkowej kolacji będzie ten album. W tej samej gazecie przeczytałam też, że nowy koniec świata nastąpi we wrześniu 2017. Skoro więc te wszystkie związki i tak szlag trafi, posłuchajmy muzyki. W samotności lub nie.

img_20170212_122916

Mam w kolekcji płyty idealne na Walentynki. John Legend i jego „Love In The Future” czy „Darkness And Light”, John Mayer z „Continuum” z 2006 roku oraz ostatni przepiękny miłosny album Seala „7”. Oczywistość. Przy tym płaczesz i uprawiasz miłość. Jedno i drugie można robić także z Nouvelle Vague i płytą „I Could Be Happy”. To na Walentynki w stylu retro made in France.

img_20170212_120512

Made in Poland i również retro jest płyta z evergreenami jak „Imagine” Lennona, „What’s Going On” Marvina Gayea czy „Ribbon In The Sky” Steviego Wondera w nowych aranżacjach duetu Krzysztof Herdzin i Mietek Szcześniak. Piękne tło na każdy, nie tylko walentynkowy wieczór. Styl vintage bardzo wskazany tego dnia, bo romantyzm jest podobno vintage, żeby nie powiedzieć, że passé. Romantyzmu i odrobiny naiwnego, ale bardzo dziewczęcego uroku nie brakuje na każdej płycie Ani Dąbrowskiej, ale ja we wtorek posłucham na pewno „Ania Movie” i mojego ukochanego coveru „Strawberry Fields Forever”. Są też płyty z miłością w tytule – „Moja miłość” Michała Bajora z tekstami Wojciecha Młynarskiego i moją ulubioną piosenką Bajora, która przez lata wygrywała w rankingu tych najbardziej mnie poruszających, czyli utworem „Moja miłość największa”. Nie obchodzi mnie, że przeszła do lamusa. Mogę przejść razem z nią. Także – z miłością w nazwie – fantastyczny dwupłytowy album będący składanką zremasterowanych przebojów Maanamu z lat 1975-2015, czyli „Miłość jest cudowna”.

img_20170212_115546

Posłucham też na pewno – i to na żywo – utworów z debiutanckiej płyty Pawła Domagały. „Opowiem ci o mnie” to album o codziennym przegrywaniu w walce o miłość, walce nierównej, niesprawiedliwej, wyczerpującej i – wartej każdego poświęcenia.

img_20170212_122743

A na koniec – nie ucieknę od stereotypów o Walentynkach – płyta do pogrążania się w smutku i depresji, w sam raz na dzień zakochanych. Kto nie oglądał filmu, musi nadrobić tę okropną lukę w życiorysie. Soundtrack do „The Virgin Suicides” Sofii Coppoli w całości stworzony przez grupę Air.

img_20170212_115400

Przetrwamy Walentynki, obiecuję. I niech was dopadnie Walenty, czego z całego mojego muzycznego serca wam życzę.

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Kazio i druhowie zastępowi

Kto ze słuchaczy wie, o co chodzi? Oczywiście ten, kto śledzi historię „Listy Przebojów Programu III”. Tym razem druhowie zastępowi przejęli stery „Markomanii”. 

Każdy dał kawałek siebie. Każdy zagrał inaczej. Każdy czuł na plecach odpowiedzialność, w końcu mówiło się w zastępstwie Marka Niedźwieckiego. Przez 6 tygodni zmieniali się kolejni prowadzący, a ja ich czujnie obserwowałam. Ja, czyli kazio. A piszę to tylko po to, żeby pochwalić się zdjęciami. Przecież słyszeliście na antenie, jak świetnie sobie poradzili, prawda?

markomania
Realizatorka Agnieszka Łukasiewicz i ja, trzymająca Casha fot. D.Kawka

Kim są „kaziowie” i „druhowie zastępowi”? Tłumaczę to w mojej pracy licencjackiej poświęconej Markowi Niedźwieckiemu. Powstaje nowa, już magisterska. Także o Trójce.

„Wraz z upływem czasu i wzrastającą popularnością audycji narodziła się potrzeba pomocy przy organizacji każdego wydania. Niedźwiecki wyłaniał pomocników spośród fanów, którzy przychodzili na Myśliwiecką podpatrzeć swojego idola przy pracy. Nazywał ich kaziami, co szybko stało się określeniem powszechnie stosowanym. Skąd ta nazwa? Ciekawą historię przytacza sam szef w książce Lista Przebojów Programu Trzeciego. ABC druhów zastępowych i kaziów:

Określenie kazio wzięło się stąd, że w 1984 (…) byłem w Indiach, w Singapurze, w Tajlandii, Malezji i był tam taki kolega lekarz, który do wszystkich mówił „ty, Kaziu”. Pytam go: Dlaczego ty mówisz „kaziu”, skoro to nie jest Kazio?Bo tak mi łatwiej i nigdy się nie pomylę.

Tak więc, aby nie robić przykrości współpracownikom z powodu zapominania imion, wszystkich, nawet dziewczyny, Niedźwiecki nazywał kaziami. Pomocnicy liczyli głosy, kontaktowali się ze słuchaczami wygrywającymi konkursy oraz czuwali nad zmianą taśm, z których na początku grało się muzykę. W gronie licznych współpracowników Niedźwiedzia byli między innymi Paweł Stasiak, który później został liderem zespołu Papa Dance, czy Halina Wachowicz, która współpracuje z Markiem Niedźwiedzkim do dziś. Jak sama wspomina:

Marek Niedźwiecki powiedział podczas Listy, że szuka osób, które chciałyby mu pomagać. Nie wierzyłam, że się dostanę, ale ponieważ bardzo mi zależało, poszłam. (…) Niestety miałam problemy z językiem angielskim i odpadłam, ale zapytałam Niedźwiedzia, czy mogłabym mimo wszystko przychodzić i w czymś pomagać, a on się zgodził. I z tej grupy tylko ja zostałam w Trójce do dziś, reszta się wykruszyła.


Lista druhów zastępowych, czyli wszystkich tych, którzy prowadzili Listę podczas nieobecności Niedźwieckiego, nie ogranicza się jedynie do nazwisk Barona i Metza. Przez trzydzieści trzy lata istnienia programu, siłą rzeczy prowadzących musiało uzbierać się wielu. Wiesław Weiss wymienia ich w 33 x Trójka. Są to: Roman Rogowiecki, Paweł Sito, Paweł Kostrzewa, Piotr Stelmach, Grzegorz Miecugow, Wojciech Mann, Rafał Turowski, Beata Pawlikowska, Piotr Kaczkowski, Agnieszka Szydłowska, Wojciech Zamorski oraz Marcin Łukawski – ci dziennikarze zastępowali Niedźwiedzia najczęściej. Pozostali, między innymi Alina Dragan, Kuba Strzyczkowski, Mariusz Owczarek, Tomasz Żąda czy Artur Orzech, występowali w roli prowadzącego sporadycznie, raz lub dwa razy. Wszyscy druhowie zastępowi w licznych wywiadach czy wspomnieniach jednogłośnie deklarują, że prowadzenie Listy było przede wszystkim ogromnym stresem spowodowanym pragnieniem, by nie dać słuchaczowi do zrozumienia, że chce się być Markiem Niedźwieckim. Miecugow w książce o druhach zastępowych tak to wyjaśnia:

Ogólne wrażenie z tych wszystkich moich notowań, które prowadziłem, mam takie, że za każdym razem tam gdzieś musiał być Marek (…) Zorientowałem się, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby udawać, że to mój program. Ja ostentacyjnie cały czas przywoływałem Marka, na przykład przygotowując się wcześniej i wycinając z taśmy jakieś jego zdania.”


Na czas swojego pobytu w Australii pierwszym druhem zastępowym Marek Niedźwiecki mianował Wojtka Olszaka. Czytelnikom Wojtka przedstawiać nie trzeba, ale warto wspomnieć, że jest cenionym i znakomitym pianistą, kompozytorem, producentem i… fanem „Markomanii”. Zaś jako pierwszy utwór w nowej odsłonie programu wybrzmiała na antenie kompozycja Wojtka – „Szklanka szaleństwa” z repertuaru Woobie Doobie, z gościnnym udziałem Piotra Cugowskiego, Kuby Badacha oraz Ani Szarmach.

img_20161008_095057
Wojtek Olszak

Tydzień drugi – Kuba Badach. Kuba robi show nawet wtedy, gdy nic nie robi. U nas tańczył, śpiewał, mówił, żartował, był znakomity od pierwszej do ostatniej sekundy bycia na antenie.

wgkawki-2666
Kuba Badach, fot. D. Kawka

Rozpoczął program utworem „Work To Do” Avarage White Band i z roboty, którą miał do wykonania, znakomicie się wywiązał. Zagraliśmy także The Beatles, Maxwella, James’a Taylor’a oraz Kubę Badacha. Uśmiałam się jak nigdy.

wgkawki-2608
Pani wydawczyni, proszę… – czyli Kuba mnie o coś błaga for. D.Kawka
wgkawki-2800
fot. D.Kawka
wgkawki-2020654
fot. D.Kawka

Audycja numer 3. Adam Nowak, który przyniósł ze sobą spokój, ciepło i odrobinę zadumy. Gdy w drugiej godzinie zagrał „Już” w wersji koncertowej z Andrzejem Jagodzińskim, pierwszy raz wyszłam ze studia realizatora. Chyba sama dziwiłam się swojej reakcji. To coś więcej niż słuchanie utworu z płyty i zupełnie coś innego niż koncert na żywo. Słyszałam utwór i patrzyłam na jego wykonawcę. Ale przecież jego usta nie składały się w wypowiadane słowa. Adam Nowak siedział nieruchomo i przysłuchiwał się dźwiękom. Jeśli mam płakać w radiu, to tylko na taki widok i z taką muzyką w tle. Posłuchajcie.

14858757_10211020003885469_393126193_o
Adam Nowak fot. D.Kawka

Po t15184053_1494003793962446_582617822_orzech tygodniach panowania mężczyzn, w audycji numer cztery na fotelu prowadzącego zasiadła kobieta. Anna Maria Jopek to, jak przecież wszyscy zaproszeni do tego wyjątkowego projektu, przyjaciółka Trójki. Czuła się więc jak u siebie, grała swoje, mówiła swoje, ze swoim wdziękiem. Na przywitanie zacytowała fragment „Australijczyka”, a chwilę później ów Australijczyk zadzwonił do studia! Reakcja była oczywista – niepohamowany wybuch radości. Jeśli trzy kobiety w studiu piszczą do telefonu, to po tej drugiej stronie może znajdować się tylko Marek Niedźwiecki. Pani Anna zagrała po kobiecemu, pięknie i nastrojowo. Była Joni Mitchell, Barbra Streisand, była Basia i Shirley Horn.

Tydzień później wyjątkowo, bo także w sobotę, przed mikrofonem zasiadł Marcin Kydryński. Jego radiowy dzień to przecież niedziela, kiedy po południu wybrzmiewa przytulna „Siesta”. W „Markomanii” nie zabrakło południowych rytmów, ale słuchacze mogli usłyszeć także Marka Knopflera, Johna Mayera oraz Paula McCartneya.

Audycja numer 6, ostatnia. Last but not least – przed mikrofonem, tym razem jednak nie po to, by śpiewać, wokalistka Dorota Miśkiewicz. Po pięknym wstępie poświęconym zmarłemu Cohenowi, Miśkiewicz zaprezentowała w pierwszej godzinie utwory polskie, w drugiej zagraniczne. I w jednej, i w drugiej radziła sobie świetnie, jak rasowy prezenter radiowy z wieloletnim doświadczeniem.

wgkawki-5510
Dorota Miśkiewicz, fot. D.Kawka

Mamy w Polsce wiele cudownych perełek. Znakomitych Artystów, wielkie osobowości, z charyzmą, talentem i sercem do muzyki. W „Markomanii” wystąpiła przecież tylko garstka z nich. Ale to wystarczyło, bo każdy z prowadzących włożył w pracę właśnie to muzyczne serce. Cieszę się, że mogłam ich ugościć, pomóc i podglądać przy pracy. Dziękuję!

PS Wyprowadzam się, choć tylko jedną nogą. Na Anywhere.pl już za chwilę ruszy mój blog, na którym – tak jak tu – będzie rządzić muzyka. Mam tam interesujących sąsiadów, między innymi Andrzeja Saramonowicza oraz Grzegorza Małeckiego, dlatego zaglądajcie i czytajcie. Przystanku nie zamykam, nie śmiałabym go porzucać!

PPS Wszystkiego najlepszego, Przystanku! Skończyłeś właśnie dwa lata.

Proxima parada – Barcelona

Dzień dobry, przystanku! Włączam nowy album Norah Jones i przysiadam na chwilę.

Mówię do bloga, jak do pamiętniczka z kolorowymi kartkami pachnącymi sztucznym aromatem malin i truskawek, takiego, w którym pisało się najskrytsze sekrety. Ten blog od początku był takim powiernikiem, może nie sekretów, ale w głowie układających się w zdania myśli o muzyce. Niedługo przystanek skończy dwa lata. Od niego wszystko się zaczęło. Przystanku, cieszę się, że Cię mam. Bez Ciebie nie byłabym tu, gdzie jestem.

Regularnie Cię odwiedzam. I wiem, że Wy, moi czytelnicy, także. Widzę, że tu zaglądacie i bardzo się z tego cieszę. Dziękuję!

Jest tyle premier płytowych w październiku, że chyba tego nie ogarnę. Już nowe albumy wydali Perfect, Cugowscy, Kult, Alicja Majewska, Fisz Emade Tworzywo i Michael Buble, a w ciągu najbliższych tygodni ukażą się nowe krążki Empire Of The Sun, Matta Duska, Organka, Krzysztofa Zalewskiego i Fonetyki. Żegnaj, wypłato – witaj, poszerzona kolekcjo kompaktów. O wszystkich premierach słów kilka się pojawi, tak jak o zbliżających się jesiennych koncertach. Archive w listopadzie na Torwarze – będę!

Ale na przekór złej pogodzie opowiem trochę o słońcu. Cudownym słońcu Katalonii, jej smakach i morzu, nad którym przez tydzień zbierałam energię na całą jesień.

img_20160919_100915
Tossa de Mar, Katalonia

Hiszpańską przygodę rozpoczęłam w Barcelonie. Tam wylądował samolot, z którego z drżącymi nogami wysiadłam, przeżegnałam się trzy razy i zadzwoniłam do mamy, że do Polski wrócę chyba na stopa, bo do samolotu więcej nie wsiądę. To był mój pierwszy lot w życiu i powtarzałam w głowie, że za takie przygody to ja dziękuję. Nie zostanę fanką latania, dla mnie to żadna przyjemność i zero frajdy. Stacjonowałyśmy z Moniką, bo pojechałam tam z przyjaciółką, w turystycznym miasteczku Malgrat de Mar. Niezbyt uroczym, napędzanym gotówką przywiezioną przez turystów. Po sezonie – czyli dziś – jestem pewna, że nie ma tam żywego ducha. Liczyło się jednak morze i plaża, a żeby się na niej znaleźć, wystarczyło wyjść z hotelu i uważając, by nie uronić kropli sangrii, przejść pod torami kolejki – i było się nad brzegiem morza.

img_20160918_140839

Sangria to tamtejsze słodkie wino, które piło się i piło – nie jest mocne, a delikatnie schłodzone idealnie pasowało do każdego posiłku. Ja, fanka wina białego, pokochałam cavę, czyli delikatnie musujące wino pochodzące właśnie z Katalonii, podobne do szampana i takiż szampański nastrój wywołujące. Postanowiłam, że będąc w Hiszpanii, będę jadła wszystko to, czego nie jem w Polsce – to z braku jakiegoś produktu lub moich nie do końca zrozumiałych kaprysów. Na przykład pomidory – tu ich unikam, nie przepadam, a na pewno nie w surowej postaci – w Katalonii wciągałam jeden za drugim. Tam wszystko jest słodsze, dojrzalsze, bardziej aromatyczne. Warzywa pachną cudownie, a owoce są soczyste i pełne słońca. Przekąską po śniadaniu, obiedzie i kolacji były więc melony, które były tak słodkie, że chciało się je gryźć bez końca.

Smak tradycyjnej hiszpańskiej tortilli znałam już wcześniej. Jadłam ją na kolacji przyrządzonej przez znajomych Hiszpanów – to wtedy pokochałam także chorizo. Od tamtego czasu tortillę przyrządzałam sama, ale byłoby grzechem nie spróbować jej także w Katalonii. Cóż, tortilla w małej, uroczej knajpce w Tossa de Mar była idealna. I skoro ten blog zamienił się na chwilę z muzycznego w podróżniczy, muszę o czymś wspomnieć. Tortilla hiszpańska to nie ten meksykański placek, który znamy z barów w Polsce. Tortilla hiszpańska to omlet – przesmażone ziemniaki i cebulę, doprawione solą i pieprzem mieszamy z jajkiem i serwujemy w formie placka. Proste, a jakie smaczne! Obiad we wspomnianej knajpce nie skończył się jednak na tapas. Jako danie główne na stół na wielkiej gorącej patelni wjechała paella – narodowe danie Hiszpanów. My wybrałyśmy wersję z owocami morza i królikiem, do tego sangria z cavą (!) i wstanie z krzesła było już niemożliwe.

Barcelona jest miastem magicznym, barwnym i tętniącym życiem. To miasto kontrastów, bo bieda miesza się tam z niewyobrażalnym bogactwem. Z jednej strony ogromne jachty cumujące w porcie, z drugiej nieciekawa i niebezpieczna dzielnica El Raval. No i dzielnice wypełnione turystami Gracia, L’Eixample, Barri Gotic. Spacer po La Rambli wymaga szczególnego skupienia – nie tylko po to, żeby nie zostać okradzionym, ale żeby dostrzec ozdobne kamienice wyrastające wzdłuż deptaku. I koniecznie trzeba skręcić na La Boqueriia – tamtejszy targ, na którym można zjeść przepyszne kalmary i chorizo, zagryźć świeżą figą, a przy okazji zakupić trochę słodkości do Polski.

Barcelona to Gaudi, Gaudi to Barcelona. To narodowy artysta Katalonii, wariat, religijny fanatyk i geniusz. Zanim poświęcił się budowie Sagrada Familia, stworzył niesamowite budowle, które są jak checkpointy dla zwiedzających. La Sagrada zachwyca. I dzieli, bo jest takim zachwytem jak gombrowiczowski Słowacki. I kiedy ja rzeczywiście przyjęłam z chęcią ten zachwyt, dodatkowo go jeszcze moimi ochami i achami karmiąc, Monika potraktowała go z niechęcią, prawie że cytując: „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. La Sagrada Familia jest ciągle w budowie – to wiadomo. Otoczona jest jednak ulicami i setkami turystów, nie ma więc tam ani miejsca, ani powietrza na to, by przystanąć i w spokoju obejrzeć jej majestat. My odeszłyśmy więc trochę dalej i siedząc przy kawie obserwowałyśmy budowlę z pewnej perspektywy. Zachwycała.

Drugim symbolem Gaudiego w Barcelonie jest Park Guell. To miasto-ogród, którego Gaudi, zajęty pracą nad bazyliką, nigdy nie ukończył. To miejsce oderwane od rzeczywistości, gdzie żaden kąt nie jest prosty, ze ścian krzyczą kolory, a turyści przepychają się na schodach, by zrobić sobie zdjęcie ze słynną salamandrą.

20160920_154913

Nie warto brać przewodnika ani zapisywać się na wyjazdy zorganizowane. Barcelonę najlepiej zwiedzać samemu. Najważniejsze, żeby zaopatrzyć się w mapę, oldschoolowy papierowy przewodnik i całodniowy bilet do komunikacji miejskiej. Metro linii ma więcej niż kolorów na tęczy, ale po dwóch pomyłkach i podróży w stronę przeciwną do zamierzonej, bez problemu można dotrzeć w każde miejsce. I nikt was nie goni. Tylko w głowie cały czas słyszy się głos z metra powtarzający: „proxima parada”, czyli „następny przystanek”. Zostaje w pamięci jak refren piosenki, którą się przeklina, a nuci przez cały dzień.

Spędziłyśmy w Barcelonie dwa dni i zobaczyłyśmy prawie wszystko. Jeśli miałyśmy ochotę na kawę, a pisze to zapalona kawoszka, po prostu przysiadałyśmy i rozkoszowałyśmy się jej aromatem unoszącym się w barcelońskim powietrzu. Tapas? Proszę bardzo. Nie zapomnę momentu, kiedy po naprawdę długim spacerze, w dodatku w szybkim tempie, dotarłyśmy pod uniwersytet – mekkę deskorolkowców z całego świata – i zwyczajnie nabrałyśmy ochoty na piwo. Było gorące popołudnie, mały bar niedaleko Placa de Catalunya, tapasik (oczywiście tortilla) i zimne, tamtejsze piwo. To takie momenty, które zapadają w pamięć.

Najlepszą jednak kawę wypiłyśmy na wzgórzu w Tossa de Mar. To mała miejscowość na północ od Barcelony z piękną XII- wieczną zabudową i plątaniną wąskich uliczek. Z wzgórza celowano niegdyś do piratów, my oglądałyśmy stamtąd niesamowity lazur morza i jachty przycumowane do brzegu.

Przeczytanych książek: dwie. Opalenizna: odcień mniej blady niż blady. Wypitych butelek wina: więcej niż dużo. Zachwytów: jeszcze więcej. Hiszpania pochłania, podrywa i czaruje. Jeszcze tam wrócę, w końcu kto napił się wody z fontanny na La Rambli, ten na pewno powróci do Barcelony. Ja planuję.

Lato mija, ja… rozwijam skrzydła

Czy to już pora, by podsumować lato? Czy ostatnie dni sierpnia oznaczają okrutny koniec? Przegraną w nierównej walce o przedłużenie festiwalowych nocy, czytania w słońcu na balkonie i koncertów pod gołym niebem? Jest dla nas nadzieja. Bo jesień to czas premier.

IMG_20160829_204520

To było bardzo pracowite lato. Cotygodniowe programy z Panem Markiem, w sierpniu nawet w wymiarze XXL, bo od 9. Wstawałam więc (z przerwą na Ostródę) tuż po 6, gdy na Gocławiu było jeszcze całkiem cicho, a sąsiadki ze szpilkami w dłoniach wracały z piątkowego snu nocy letniej. Czasem wypijałam jeszcze kawę, następną już z MN w radiu, ale i tak po 12 wracałam do domu i momentalnie zasypiałam, dołączając do wspomnianych już sąsiadek odsypiających w swoich mieszkaniach na naszym osiedlu.

Nie trafiłam nawet marnej trójki w Lotka, chociaż systematycznie, jak sumienna uczennica, kupony nabywałam i z nadzieją oraz dolarami w oczach potem liczby sprawdzałam.

W mieszkaniu było tyle słońca, że miałam tu swoje prywatne Los Angeles. A na balkonie to nawet afrykańską dżunglę. Pisałam, czytałam, podlewałam miętę w doniczce, która wieczorem tak pięknie oddawała swój zapach, gdy siedziało się i gadało pod gwiazdami.

Pracowałam. Czy ciężko? Gdy praca to przyjemność, ciężar jak puchowe piórko – przyjemnie łaskocze, tylko momentami irytując, gdy zamienia się w słowo „termin” albo nie chce ułożyć się w tytuł. I się nad tym tytułem myśli, i wierci, i krąży się po mieszkaniu, z pokoju na balkon, w tę i we w tę, i się na przykład płucze suche gardło wodą, a potem winem, tłumacząc sobie, że woda nie pomaga. Aż w końcu przychodzi moment, że się, powiedzmy, człowiek potyka o krawężnik albo jedzie człowiek rowerem nad Wisłę. I się tytuł sam wymyśla, albo i się przypadkowo spotyka innego człowieka, z którym się za chwilę wywiad zrobi. I znowu jest lekko, i to piórko jest przyjemne, i ma piękny odcień bladoróżowy. Może tak sobie wyobrażam wenę?

Muzyka jest najważniejsza, więc słuchałam muzyki. Przyznam, że w dużych ilościach, chociaż wygrzebywałam starocie, ukochane stare jamajskie brzmienia albo smooth jazzowe składanki, które idealnie dopasowywały się do pogody. Koncertem wakacji był niezaprzeczalnie koncert Alborosiego w Ostródzie. Korzenne, rootsowe, zawodowe show. Zapomniałam o całym świecie i wpatrywałam się tylko w tego jamajskiego Włocha z dredami do kostek. Śledziłam z uwagą Opener’a, choć w łóżku pod kołdrą, bo tamte lipcowe noce były dość chłodne. I nie tylko przez transmisję koncertu, w trakcie której miałam ciary na całym ciele, pokochałam M83. I nie uwierzycie, ale Pan Marek także. Najnowszy album „Junk” grał przez cały sierpień w Tonacji i Markomanii. M83 w Warszawie w listopadzie. Będę.

No i co ty jeszcze, Budka, robiłaś przez całe wakacje? Muzyki słuchałaś?

BANG!

Zrobiłam wywiad z Radzimirem Dębskim.

BANG! 

Na przystanku w centrum Warszawy czytałam wiersze z Jackiem Cyganem.

BANG!

Zrobiłam trzy wywiady okładkowe: z Kortezem, Leskim i Januszem Radkiem. Ten pierwszy hula już po sieci. Zobaczcie, zapraszam.

Anywhere – Kortez: Kosmos w głowie

BANG!

13978009_1344629762229064_2000889125_o
Z Leskim, fot. Monika Szałek

Biegałam po mieście szukając miejsc na sesje, wypożyczając rowery, siedziałam na chodniku przed hotelem i gadałam o rzucaniu korporacji, w planetarium prawie poleciałam w kosmos, piłam grappę z Jackiem Cyganem, a z Leskim chyba z dziesięć kaw. A niedługo będzie słodko, bo spróbuję Cukierków. Tych muzycznych Cukierków.

13950756_1344666002225440_383079593_o
fot. Monika Szałek
14012613_1344665948892112_65780903_o
Sesja z Januszem Radkiem, od lewej: Olga Jakubiec, Anna Chopard’d, Monika Szałek, Janusz Radek, Michał Chabelski i ja

Zadzwonił dziś mój wydawca i powiedział: „Budka, dobra robota”. Więc myślę sobie – Budka, dobra robota.