Teksty/muzyka/Leski

Jak, opisując album o takim ładunku emocjonalnym, wyzbyć się emocji? Jak oddzielić swoje myśli od tego, co miał na myśli autor? Słuchałam nowego albumu Leskiego i uwierzcie mi – to, co teraz wylewam z siebie przy pomocy przycisków na klawiaturze komputera, nie jest proste do ujęcia w słowach.

blog

Tytuł albumu, którego zdradzać póki co nie mogę (ale mogę napisać, że zaznaczyłam przy nim 3 wykrzykniki oznaczające wielką aprobatę), nie tyle narzuca tok myślenia o nim, ile lokuje w konkretnej rzeczywistości. Oto stan zakochania ze „.splotu” – debiutanckiej płyty Leskiego, przeobraża się w dojrzałe uczucie. A to nie jest ani łatwe, ani też – o zgrozo – do końca przyjemne.

Pusty pokój i kawa. W takich, przypominających domowe zacisze okolicznościach przyszło mi słuchać nowego materiału Leskiego, specjalisty od wypełniania pustych przestrzeni w głowie i w sercu. 11 utworów, które znajdą się na nowym albumie to podróż przez miłość. Podróż pełna dziur w asfalcie, stromych poboczy, podróż przez grad, śnieg i łzy. To jednak podróż, na końcu której widać światło nadziei. I ten pokój, okrągły stół i kawa były świadkami wybuchu emocji z głośników rezonujących w głowie słuchającej i opisującej to zjawisko.

Album rozpoczyna się tam, gdzie zakochanie zastąpione zostaje przez realia odarte z wyniosłych poetyckich słów, z obietnic szczęśliwego życia, z wiary w to, że miłość uniesie największe ciężary. To ten moment, kiedy miłość zaczyna się psuć, kiedy jest cierpka, pomarszczona i wymagająca, kiedy idylliczne obrazy nikną na horyzoncie. I już podczas pierwszego utworu pomyślałam: jak gorzka jest ta kawa, którą przyszło mi dziś pić. A gdybym miała słuchać tego albumu po raz pierwszy w tłumie, rozszarpałabym biedaków na strzępy, bo tłum odebrałby swobodę wyrażania niepokoju i smutku, które rysowały się na twarzy, a które musiałabym ukrywać pod maską neutralnego słuchacza. Musiałabym udawać, że przecież wszystko jest w porządku, że to tylko odsłuch płyty, jakich wiele na rynku. Otóż nie. Ani takich płyt na rynku wiele, ani takich emocji, ani też szarość za oknem od dawna nie była tak intensywna, mimo panoszącego się już na dobre w Warszawie smogu. I też wielkie miłości nie przydarzają nam się na co dzień. A o tym właśnie jest ten album.

Każda miłość jest pierwsza. Ale jaka ta miłość toksyczna.  Jaka smutna. Jaka przygnębiająca.  Leski rozdrapuje rany, podlewa je alkoholem wymieszanym z brudem i potem i czeka na reakcję. Mówi: sprawdzam. Pyta: czy wasza relacja jest prawdziwa? Czy nie pozorujecie szczęścia? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy miało się szesnaście lat i na ustach wspomnienie pierwszego pocałunku?

Leski to wcale nie taki uroczy chłopak z gitarą. Jest momentami wściekły, jest arogancko uszczypliwy, czepia się szczegółów. Przez to jest jeszcze bardziej intrygujący niż przy debiutanckiej płycie. Zadaje niewygodne pytania i zmusza do myślenia. Uświadamia? Raczej uchyla drzwi do szafy, w której smętnie zastygł trup. To wszystko jest szalenie oczyszczające.

Choć najnowsza płyta mówi o rozczarowaniach, nikt nie powinien mówić o rozczarowaniu tą płytą. Bo to znakomity album, który namiesza nam w letnich drinkach pitych w knajpianych ogródkach. Na mieście będą o nim krążyły plotki. Wstydem będzie nie znać Leskiego i tej płyty. Kiedy muzykę tworzy się dla rozrywki i towarzystwa, Leski stworzył płytę w jednym – pierwotnym dla muzyki – celu. Do słuchania. Może mniej w niej melodii, a więcej treści. Choć muzycznie nie ma się do czego przyczepić, największym atutem albumu są teksty, w których każdy będzie mógł się przejrzeć. A to, co zobaczy, będzie zależeć tylko od niego. Podczas gdy pierwszy album unosił słuchacza do chmur, bo skupiał się na wolności uczuć i tworzenia, ten niebezpiecznie przyciąga ku ziemi. To już nie jest muzyka marzyciela, choć to wciąż folkowe granie. I kiedy na „.splocie” marzenia ograniczały się do warstwy tekstowej, tu marzenia przybierają raczej postać nowych rozwiązań aranżacyjnych. Przez to album wypełniony jest nie tylko występującą na pierwszym planie gitarą. A propos odwagi. Leski odważył się także na sporą nutę empirycznej przyjemności. Wcześniej serwował nam jedynie niedopowiedzenia, na nowej płycie wątek bezwstydnie się rozwija.

Na tej płycie nie ma hitu, bo życie nie jest hitem. A to album do cna życiowy, odarty z iluzji. Ta płyta to PRAWDA. A o nią przecież tak trudno w dzisiejszych czasach. Nie ma też czegoś takiego jak „zbyt trudny materiał”, nowy krążek Leskiego jest jednak dojrzalszy, bardziej wymagający, przemyślany w każdym szczególe. I ten błękit ze „.splotu” już mniej błękitny i przysłonięty chmurami. A ten mrok wynosi album Leskiego do rangi wybitnych. Wspomnicie moje słowa.

Temat miłości w muzyce nigdy się nie wyczerpie, bo miłość każdemu ciśnie się na usta i serce. I nawet jeśli miłość umarła, nadzieja jeszcze nieźle się trzyma. Leskiemu gratuluję, a słuchaczom zazdroszczę tego, że wkrótce usłyszą ten album po raz pierwszy. Gdyby tak dało się ten pierwszy raz powtórzyć…

Reklamy

Jak przetrwać Walentynki

img_20170212_115814

Przebudziłam się o czwartej. Usłyszałam jakiś dźwięk, a może tylko mi się przyśnił? I zanim ponownie włączyłam film, przy którym kilka godzin wcześniej zasnęłam, próbowałam wszystkiego, aby ponownie w ten sen zapaść. Zmniejszyłam ogrzewanie – muszę skończyć z tym docieplaniem i wprowadzić zimny chów. Włączyłam telefon i przejrzałam wszystkie informacje zamieszczone w nocy. Urodziny Ani Szarmach – sto lat, Aniu! Mówiłam już to komuś, że w lutym urodziły się same fajne osoby. Instagram znów pękał w szwach od sobotnich filmów ze spotkań ze znajomymi. Przejrzałam wszystkie. Pomyślałam o wywiadzie, do którego siądę przy porannej kawie, do napisania został już tylko lead. Pomyślałam o środowym nagraniu i zeskanowałam w ciemności stojącą przede mną szafę – czwarta nad ranem to przecież idealny moment na to, aby dobierać garderobę na kilka dni wprzód. Rozmyślałam też o tym, że na przekór zmęczeniu zimą, to będzie najlepszy tydzień w roku. Zaczynam odliczanie do urodzin, w piątek skończę 24 lata. Z drobnym wyprzedzeniem dostałam pierwszy prezent, na którym autor napisał: „Dla najbardziej muzykalnej duszy jaką znam”. Prezent jest oczywiście nową płytą do kolekcji, ale co oznacza dedykacja? To, że ta osoba poznała niewiele muzykalnych dusz, czy ta moja rzeczywiście odstaje od normy? Wolę myśleć, że to drugie. Dziękuję Ci i za słowa, i za płytę.

Zanim nadejdą urodziny, nadejdą Walentynki. Jako miłośniczka oldschoolowego życia powinnam nienawidzić tego dnia, a jest zupełnie odwrotnie. Oczywiście, że od czekoladek zapakowanych w pudełko w kształcie serca wolę zmarznięty tulipan i dobre słowo na 8. marca, ale Walentynek się nie czepiam, bo mam na nie sposób. W Walentynki słucham muzyki.

Wczoraj w jednej z gazet znalazłam ranking płyt i filmów na ten dzień podzielony według różnych odbiorców. Jeśli jesteś singlem, słuchaj i oglądaj to a to, jeśli spędzasz wieczór z ukochanym, to lepszym soundtrackiem do walentynkowej kolacji będzie ten album. W tej samej gazecie przeczytałam też, że nowy koniec świata nastąpi we wrześniu 2017. Skoro więc te wszystkie związki i tak szlag trafi, posłuchajmy muzyki. W samotności lub nie.

img_20170212_122916

Mam w kolekcji płyty idealne na Walentynki. John Legend i jego „Love In The Future” czy „Darkness And Light”, John Mayer z „Continuum” z 2006 roku oraz ostatni przepiękny miłosny album Seala „7”. Oczywistość. Przy tym płaczesz i uprawiasz miłość. Jedno i drugie można robić także z Nouvelle Vague i płytą „I Could Be Happy”. To na Walentynki w stylu retro made in France.

img_20170212_120512

Made in Poland i również retro jest płyta z evergreenami jak „Imagine” Lennona, „What’s Going On” Marvina Gayea czy „Ribbon In The Sky” Steviego Wondera w nowych aranżacjach duetu Krzysztof Herdzin i Mietek Szcześniak. Piękne tło na każdy, nie tylko walentynkowy wieczór. Styl vintage bardzo wskazany tego dnia, bo romantyzm jest podobno vintage, żeby nie powiedzieć, że passé. Romantyzmu i odrobiny naiwnego, ale bardzo dziewczęcego uroku nie brakuje na każdej płycie Ani Dąbrowskiej, ale ja we wtorek posłucham na pewno „Ania Movie” i mojego ukochanego coveru „Strawberry Fields Forever”. Są też płyty z miłością w tytule – „Moja miłość” Michała Bajora z tekstami Wojciecha Młynarskiego i moją ulubioną piosenką Bajora, która przez lata wygrywała w rankingu tych najbardziej mnie poruszających, czyli utworem „Moja miłość największa”. Nie obchodzi mnie, że przeszła do lamusa. Mogę przejść razem z nią. Także – z miłością w nazwie – fantastyczny dwupłytowy album będący składanką zremasterowanych przebojów Maanamu z lat 1975-2015, czyli „Miłość jest cudowna”.

img_20170212_115546

Posłucham też na pewno – i to na żywo – utworów z debiutanckiej płyty Pawła Domagały. „Opowiem ci o mnie” to album o codziennym przegrywaniu w walce o miłość, walce nierównej, niesprawiedliwej, wyczerpującej i – wartej każdego poświęcenia.

img_20170212_122743

A na koniec – nie ucieknę od stereotypów o Walentynkach – płyta do pogrążania się w smutku i depresji, w sam raz na dzień zakochanych. Kto nie oglądał filmu, musi nadrobić tę okropną lukę w życiorysie. Soundtrack do „The Virgin Suicides” Sofii Coppoli w całości stworzony przez grupę Air.

img_20170212_115400

Przetrwamy Walentynki, obiecuję. I niech was dopadnie Walenty, czego z całego mojego muzycznego serca wam życzę.

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Reggae meteory

Zimno. „Pani kierowniczko, ja rozumiem, że wam zimno, ale jak jest zima to musi być zimno” – przypomniało mi się dziś na przystanku. I tak trzęsąc się, i czekając na autobus pomyślałam, że napiszę dziś o jesiennej muzyce. Bo jesień to taki okres, kiedy zmieniają mi się preferencje muzyczne. Pierwsza myśl – Gęstnieją jesienie – numer Mechaników, o których ostatnio pisałam. Utwór jesienny do cna, z grupy takich, przy których włącza się jesienna nostalgia. Ale nie dziś!

Bo dziś jeszcze reggae. A to wszystko za sprawą dwóch bardzo regowych płyt, które do mnie przyjechały. I to może trochę przez duży kubek kawy, a trochę też dzięki tym dźwiękom, w mieszkaniu od razu zrobiło się przyjemniej.

Pierwszy album nie taki świeży, bo premierę miał w Ostródzie, gdzie nie zdążyłam go kupić. K-Jah i jego Link up.

 

Krystian Walczak zaprosił na swój debiutancki producencki album świetnych gości, także z zagranicy, m.in. Gentlemana z Tamiką. Nie podoba mi się okładka, zbyt infantylna i bardzo odstraszająca, jak najgorsze okładki płyt z lat 90. Nie podobał mi się też singiel promujący płytę, czyli utwór Missing you z Madmajkiem, dlatego byłam ciekawa, jak będzie brzmiała reszta materiału. Muszę z tą płytą pobyć, ale czuję, że znajdę parę smaczków. Jak zwykle jestem zachwycona wokalem Portasza w dwóch numerach i, o dziwo, intrygującym głosem Martyny Baranowskiej w nagraniu Rest. Tamika z Gentlemanem bardzo rootsowo, takiego Gentlemana bardzo lubię. Zgrywam na odtwarzacz (tak, noszę ze sobą mp4, nie słucham muzyki w telefonie), żeby się osłuchać.

Wrzucam drugą płytę i jest pięknie. Od początku świetna sekcja dęta. Wokal, który przez wiele lat po prostu mnie drażnił, teraz uważam go za całkiem przyjemny. Piękne teksty, którym naprawdę należy się przyjrzeć. Nowa płyta Tabu.

 

Tabu to taki zespół, do którego przez wiele lat słuchania reggae musiałam się po prostu przekonać. Kiedyś ich unikałam, bo kojarzyli mi się głównie ze „słonecznym reggae, przygodą na Jamajce”. Od czasu tego regie szlagieru dojrzeli, spoważnieli i nabrali szlachetności. W tym roku  koncert Tabu na ORF o 1 w nocy był niesamowitym przeżyciem. Bo Tabu śpiewa bardzo życiowe teksty, często pisane przez Rafała Karwota w pierwszej osobie liczby mnogiej, przez co słuchacze się z nimi utożsamiają. I ta tożsamość z zespołem sprawia, że od tylu lat są na regowym polskim topie. A  ta płyta – choć jestem dopiero przy trzecim numerze – to potwierdzi. Mniej ska, sporo dęciaków, piękne klawisze w tle…

Płyta jest pięknie wydana. Obok samej okładki, ze zdjęciem Bartka Murackiego, prostej, wysublimowanej, ogromne wrażenie sprawił na mnie sam krążek, który wygląda jak płyta winylowa z charakterystyczną czarną powłoką.

WP_20151013_015

Od długiego już czasu  krąży w sieci numer Nie potrzeba nam nic, który znalazł się na tym krążku. Według mnie ma wielu konkurentów. Jest także remix znanego Jak dobrze cię widzieć z płyty Endorfina z 2012 roku. Chcecie usłyszeć dubstepowe Tabu? Sięgnijcie po Meteory. 

Oficjalnie ogłaszam przedłużenie sezonu na słuchanie reggae, który będzie obowiązywał chyba jeszcze przez całą zimę. Po pierwsze, czeka nas kilka dobrych, klubowych koncertów reggae. Jafia w Hydrozagadce 26 listopada, następnie w tym samym miejscu Tabu 6 grudnia, a wcześniej – 15 listopada – koncert, który może być jednym z lepszych koncertów w tym roku. Tribute to Alibabki w Proximie, gdzie czołówka polskiego reggae wykona utwory Alibabek w nowych aranżacjach. Zagrają Bartendersi, a zaśpiewają Jarex i Ania z Bakshishu, Damian Syjonfam, Broda z Habakuka, Earl Jacob i wielu innych. Reggae i big beat – moje dwie miłości na jednym koncercie – muszę tam być!

tribute to alibabki
fot. facebook.com/goodcrewofficia

Na koniec dwie smutne wiadomości. Indios Bravos zawieszają działalność i wyruszają w ostatnią trasę koncertową. Mucha, czyli Marcin Muszyński, fantastyczny, charyzmatyczny wokalista Dubsków, opuszcza zespół. Czyli nowa płyta już bez Muchy. Szkoda.

Żyję. Muzycznie żyję.

Duża kawa, w głośnikach debiutancka płyta Small Mechanics, rzut oka na wszystkie nowe albumy, zebranie w głowie wydarzeń z ostatniego miesiąca – i jestem. Gdzie byłam, gdy mnie nie było?

Przede wszystkim dużo piszę. Poświęcam ogrom czasu pracy licencjackiej, stos przeczytanych książek rośnie wprost proporcjonalnie do liczby znaków w wordzie. To nie jest jednak „jakaś tam” praca licencjacka. Temat? Marek Niedźwiecki jako osobowość radiowa. Nie byłabym sobą, gdybym tych trzech lat studiów dziennikarstwa nie podsumowała muzycznie. Bo też na studiach rozpoczęła się moja przygoda z Trójką. Wspaniale jest śledzić historię „mojego” już radia, czytać o czasach, kiedy rodziło się to, w czym teraz sama uczestniczę. Niesamowita, arcyciekawa przygoda, choć pochłaniająca dużo energii i czasu.

Lomogram_2015-05-08_09-16-57-AM

Tyyyyyle nowych płyt w mojej kolekcji! A to nie wszystkie. Podkradzione z redakcji, zakupione, otrzymane od gości audycji. Nie wszystkie jeszcze do końca poznane, bo, wiadomo… czasu brak. Obiecuję sobie, że po obronie licencjatu wszystkie je dokładnie przesłucham. Ale część z nich to w ostatnim czasie absolutny must have. Czytaj dalej „Żyję. Muzycznie żyję.”

W domu misia gogo, czyli zachwyty i muzyczne spotkania

Jeszcze chyba nigdy nie żyłam tak intensywnie muzyką, jak w ostatnim czasie. Spędzam długie godziny w radiu i pijąc kawę za kawą cieszę się z tego, co robię. Choć gdy po kilku godzinach montażu przychodzi chwila zwątpienia, przypominam sobie, że właśnie przygotowuję po pierwsze, własny program, a po drugie, na trójkową antenę.

Ostatnie dwa tygodnie to głównie rozmowy o debiutanckiej płycie grupy Vavamuffin, czego efekty już wkrótce. Na mojej półce z płytami (a konkretnie parapecie, bo w studenckim pokoju wiele miejsca nie ma), pojawiło się parę nowości. Do kolekcji dołączyła nowa płyta Lao Che (Płock żąda dostępu do morza!), wspomniana już płyta Vabang! Vavy, która po 10 latach od premiery wciąż brzmi bardzo dobrze, dwupłytowe wydanie Smooth Jazz Cafe 14 od Marka Niedźwieckiego, które w to niedzielne przedpołudnie stanowi idealne tło do pisania. Oraz KRAKSA. A co to takiego?

WP_20150315_013

To tytuł epki zespołu Rusin & Trebuchet. Znany z serialu aktor pięknie śpiewa piękne piosenki, wychodzi mu to znakomicie, a ja się nad tym zachwycam. Mateusz Rusin był gościem sobotniej Markomanii, lekko przejęty, ale zadowolony ze spotkania z Markiem Niedźwieckim opowiadał o pracy nad albumem. A ja mogę teraz przekazać to dalej światu, bo Rusin wart jest tego, by go poznać. Choć na epce znalazło się tylko 5 utworów, to jednak wystarczyło, by jeden z nich zasłużył na miejsce wśród kandydatów do Listy Przebojów Trójki.

Znakomity tekst i linia melodyczna, ale to, co najbardziej urzeka, to jednak głos Rusina. Jego siła tkwi w spokoju i delikatnej nucie. Nie trzeba krzyczeć, żeby przekazać treść, a Rusin to udowadnia. Piękny wokal, którym będę zachwycać się jeszcze bardzo długo. Zatrzymajcie się na chwilę przy zespole Rusin & Trebuchet i posłuchajcie czegoś świeżego.

 

W tym tygodniu słuchałam też dużo polecanej muzyki, z pozoru niekoniecznie mi bliskiej, choć później okazało się, że taką może się stać. Poznałam grupę Low Roar, do której na pewno jeszcze wrócę oraz bydgoski 3moonboys.

WP_20150313_005
3moonboys, Mózg (Teatr Powszechny), Warszawa, 13.03.2015

Panowie zagrali w warszawskim Mózgu Powszechnym. Z koncertu zapamiętam szczególnie dwie rzeczy: miejsce i sekcję rytmiczną. Kameralna sala w teatrze to idealna przestrzeń na koncert grupy, która nie musi zebrać tłumu, by się rozkręcić. Lubię takie koncerty, które są miłą odskocznią od hydrozagadkowych tłumów i ciężkiego powietrza. Siedząc wygodnie możesz  posłuchać dobrej muzyki, ochłonąć po ciężkim dniu i po prostu obcować z dźwiękami. Albo poczuć szybsze bicie serca w rytm znakomitej perkusji chłopaków z 3moonboys. DWIE perkusje, DWÓCH perkusistów – to się nie mogło nie udać. Nie pomógł wokalista z ogromnym zapleczem charyzmy w wyglądzie, bo ja patrzyłam tylko na to, co działo się za nim. Idealne zgranie, muzycy nie prześcigali się, a pięknie uzupełniali. Słuchało się tego bardzo dobrze, choć nie zrozumiałam nic z tego, o czym śpiewał wokalista. Niechlujstwo w śpiewaniu zawsze potępię.

Czekam na kolejne zachwyty, poproszę więcej!

Co czujesz, gdy spełniasz marzenia?

Spełnianie marzeń jest świetne. Jest cudowne. Sprawia, że pewność siebie wzlatuje na najwyższe piętro Pałacu Kultury. Wywołuje uśmiech, u mnie także łzy. Dlatego, że do moich marzeń, rodzących się w środku mnie, pielęgnowanych przeze mnie, nie mogę podchodzić neutralnie. I moment, w którym to marzenie się spełnia, uwalnia ogromne pokłady emocji nagromadzonych podczas walki o to, by doprowadzić to marzenie do mety.

Tak właśnie było, gdy spełniałam swoje pierwsze radiowe marzenie.  Czytaj dalej „Co czujesz, gdy spełniasz marzenia?”