Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.

 

 

Fanka, kot i lato – czyli Janusz Radek w życiowej formie

JanuszRadek_fot.Monika Szalek (21 of 76)

To nie będzie recenzja, którą Janusz Radek wrzuci na swój profil. Bo to nawet nie będzie recenzja. To tekst o mnie.

Dawno temu odkryłam w sobie faktor fanki. Kiełkował, rósł podlewany ogromną ilością słuchanej muzyki. Faktor ukształtował melomankę, która zapragnęła z tej cechy, którą tak bardzo w sobie polubiła, uczynić sposób na życie. Chciałam żyć z muzyki, ale przez brak talentu do jej tworzenia, padło po prostu na słuchanie. Po prostu… Muzyki nie da słuchać się tak po prostu. Można, jadąc autem, słuchać sformatowanych stacji radiowych, które tylko grają piosenki. Ja chciałam inaczej.

I tak się stało, że zbliżyłam się momentu, w którym muzyki słucham zawodowo. Żaden ze mnie autorytet, to raczej ja wciąż podglądam mistrzów, czasami wchodząc do świata, w którym muzyka to nie tylko pasja, ale i profesja. Rozmawiam więc z artystami, z artystami się przyjaźnię i bardzo to sobie cenię. Ale obiecałam też sobie, że nigdy nie zabiję w sobie fanki.

Pocę się, wali mi serce, mówię nieskładnie, przypominam rozhisteryzowaną nastolatkę. Tak dzieje się, gdy moja wewnętrzna fanka wygrywa z ułożoną panią redaktor. Ta pierwsza jest często zbyt infantylna, ta druga nader profesjonalna. Dwubiegunowość? Zaburzenia emocjonalne? Skierowanie do terapeuty? Nie, to muzyka, szarpiąca mną od bandy do bandy.

Uśpiona, dawno niebudzona we mnie fanka odezwała się wraz z nowym albumem Janusza Radka. Wiele lat słuchania jego muzyki karmiło tę fanatyczną miłość. Aż przyszła okazja, kiedy mogłam mu ją wyznać. I pewnie Pan Janusz teraz się w duchu ze mnie naśmiewa, bo owych wyznań miał tysiące. Wywiad wyszedł oczywiście znakomicie, a podczas sesji zdjęciowej namówiłam artystę do tego, żeby jeździł kolorowym rowerem po Placu Grzybowskim.

Halina Poświatowska i Janusz Radek – to nie mogło się nie udać. W piosence poetyckiej Janusz Radek bowiem nie ma sobie równych. Ale płyta „Kim Ty jesteś dla mnie” to nowa forma piosenki poetyckiej, czy jak kto woli, poezji śpiewanej. To najbardziej nowoczesna w brzmieniu płyta Radka, krążącego dotychczas wokół bezpiecznych melodii, na tle których wyróżniał się przede wszystkim głos artysty. Na nowym albumie dosyć oszczędne popisy wokalne ustępują miejsca znakomicie zaaranżowanym kompozycjom. A jeśli ja piszę o „nowoczesności” w pozytywnym sensie, to oznacza to ewenement. Z elektroniką mi nie po drodze i jak mało kto uwielbiam staroświeckość, zarówno w muzyce, jak i zachowaniu.

Janusz Radek zrobił zamach na swoją własną twórczość i znany sprzed lat utwór „Kiedy U-Kochanie” zaaranżował na nowo. I znów mu się to udało. „Mogę być albo nie” to mój faworyt, bez wątpienia najlepszy na całym krążku. Ale „Ten kot”… to już przesada. Coś ty zrobił, Januszu, temu kotu, że on wybił twoją płytę do gatunku muzyki elektronicznej? I ja się tym zachwycam?

Płyty mają swoje kolory. Już poprzednie „Popołudniowe przejażdżki” były bardzo słoneczne. „Kim Ty jesteś dla mnie” to album na lato, kiedy w deszczu jeździsz rowerem z ukochaną osobą albo kiedy zarywasz noc pijąc białe wino i szlajając się po knajpach. Już widzę siebie tańczącą na ulicy ze słuchawkami w uszach. Bo to nie jest ugładzona, ułożona dawka poezji, choć nic w tym przecież złego. To młodość wyrażona w muzyce, radość życia, piękno zastanawiania się nad tym, gdzie jest miłość.

Czyżby Janusz Radek stworzył płytę z poezją śpiewaną dla dwudziestolatków? Stworzył ją dla wszystkich, ale uprzedzeni do tego gatunku młodzi, zafascynowani zachodnim brzmieniem, powinni po tę płytę sięgnąć. Mamy tu przepiękne interpretacje znakomitej poezji Haliny Poświatowskiej w jeszcze lepszych kompozycjach. Janusz Radek w życiowej formie. Myślałam, że to niemożliwe, żebym wielbiła Janusza jeszcze bardziej niż dotychczas. A jednak tak się stało.

Patronat nad płytą objął portal Anywhere.pl. Szelmowsko się uśmiecham, bo się do tego przyczyniłam. A na zdjęciu wspomniany rower, a przede wszystkim Janusz Radek w obiektywie Moniki Szałek. Zdjęcie powstało do wywiadu, który można przeczytać tu.

Życie, kocham cię nad życie

Odszedł Mistrz.

Znam wiele jego piosenek, wszyscy znamy. Ale mam mocne wspomnienie związane z tą jedną. Pamiętam Edytę Geppert śpiewającą, że „uparcie i skrycie, życie, kocham cię nad życie”. Nie rozumiałam tekstu, nie wiedziałam, kto jest jego autorem. Ale ten utwór szczególnie głośno gra w moich wspomnieniach z dzieciństwa.

Słucham w Trójce specjalnego wydania poświęconego panu Wojciechowi Młynarskiemu. Dziś wieczorem zmarł po długiej chorobie. Poeta, artysta, wielka postać polskiej piosenki i całego świata kultury.

Ta piękna epoka słowa i wdzięcznego humoru w piosence nie tylko dogorywa, ona już umarła. Razem z Agnieszką Osiecką, Markiem Grechutą i Marią Czubaszek. Powoli też umiera sztuka poprawnej polszczyzny, pięknej mowy i poezji w codzienności. Przyszłość jest niepewna. I mówi makaronizmami.

Umarła gdzieś pomiędzy plotkami o tym, kto okaże się agentem w show TVN, o tym, że Tomasz Niecik wymyślił nowy gatunek muzyki – western disco polo, i tym, że znany projektant wylansował kolekcję bluz z błędem w nadruku.

Słuchacz Trójki napisał, a Artur Andrus przekazał na antenie: „Dziewczyny już nie będą dla nas takie dobre na wiosnę”.

Pewnie to mało istotne. Pewnie ważniejsze, żeby chodziły wiosną w płaszczach z najnowszych kolekcji.

A kto będzie pisał piosenki?

Miałam zaszczyt uścisnąć dłoń temu, kto w tej trudnej sztuce nie miał sobie równych.

wojciech mlynarski

Jak przetrwać Walentynki

img_20170212_115814

Przebudziłam się o czwartej. Usłyszałam jakiś dźwięk, a może tylko mi się przyśnił? I zanim ponownie włączyłam film, przy którym kilka godzin wcześniej zasnęłam, próbowałam wszystkiego, aby ponownie w ten sen zapaść. Zmniejszyłam ogrzewanie – muszę skończyć z tym docieplaniem i wprowadzić zimny chów. Włączyłam telefon i przejrzałam wszystkie informacje zamieszczone w nocy. Urodziny Ani Szarmach – sto lat, Aniu! Mówiłam już to komuś, że w lutym urodziły się same fajne osoby. Instagram znów pękał w szwach od sobotnich filmów ze spotkań ze znajomymi. Przejrzałam wszystkie. Pomyślałam o wywiadzie, do którego siądę przy porannej kawie, do napisania został już tylko lead. Pomyślałam o środowym nagraniu i zeskanowałam w ciemności stojącą przede mną szafę – czwarta nad ranem to przecież idealny moment na to, aby dobierać garderobę na kilka dni wprzód. Rozmyślałam też o tym, że na przekór zmęczeniu zimą, to będzie najlepszy tydzień w roku. Zaczynam odliczanie do urodzin, w piątek skończę 24 lata. Z drobnym wyprzedzeniem dostałam pierwszy prezent, na którym autor napisał: „Dla najbardziej muzykalnej duszy jaką znam”. Prezent jest oczywiście nową płytą do kolekcji, ale co oznacza dedykacja? To, że ta osoba poznała niewiele muzykalnych dusz, czy ta moja rzeczywiście odstaje od normy? Wolę myśleć, że to drugie. Dziękuję Ci i za słowa, i za płytę.

Zanim nadejdą urodziny, nadejdą Walentynki. Jako miłośniczka oldschoolowego życia powinnam nienawidzić tego dnia, a jest zupełnie odwrotnie. Oczywiście, że od czekoladek zapakowanych w pudełko w kształcie serca wolę zmarznięty tulipan i dobre słowo na 8. marca, ale Walentynek się nie czepiam, bo mam na nie sposób. W Walentynki słucham muzyki.

Wczoraj w jednej z gazet znalazłam ranking płyt i filmów na ten dzień podzielony według różnych odbiorców. Jeśli jesteś singlem, słuchaj i oglądaj to a to, jeśli spędzasz wieczór z ukochanym, to lepszym soundtrackiem do walentynkowej kolacji będzie ten album. W tej samej gazecie przeczytałam też, że nowy koniec świata nastąpi we wrześniu 2017. Skoro więc te wszystkie związki i tak szlag trafi, posłuchajmy muzyki. W samotności lub nie.

img_20170212_122916

Mam w kolekcji płyty idealne na Walentynki. John Legend i jego „Love In The Future” czy „Darkness And Light”, John Mayer z „Continuum” z 2006 roku oraz ostatni przepiękny miłosny album Seala „7”. Oczywistość. Przy tym płaczesz i uprawiasz miłość. Jedno i drugie można robić także z Nouvelle Vague i płytą „I Could Be Happy”. To na Walentynki w stylu retro made in France.

img_20170212_120512

Made in Poland i również retro jest płyta z evergreenami jak „Imagine” Lennona, „What’s Going On” Marvina Gayea czy „Ribbon In The Sky” Steviego Wondera w nowych aranżacjach duetu Krzysztof Herdzin i Mietek Szcześniak. Piękne tło na każdy, nie tylko walentynkowy wieczór. Styl vintage bardzo wskazany tego dnia, bo romantyzm jest podobno vintage, żeby nie powiedzieć, że passé. Romantyzmu i odrobiny naiwnego, ale bardzo dziewczęcego uroku nie brakuje na każdej płycie Ani Dąbrowskiej, ale ja we wtorek posłucham na pewno „Ania Movie” i mojego ukochanego coveru „Strawberry Fields Forever”. Są też płyty z miłością w tytule – „Moja miłość” Michała Bajora z tekstami Wojciecha Młynarskiego i moją ulubioną piosenką Bajora, która przez lata wygrywała w rankingu tych najbardziej mnie poruszających, czyli utworem „Moja miłość największa”. Nie obchodzi mnie, że przeszła do lamusa. Mogę przejść razem z nią. Także – z miłością w nazwie – fantastyczny dwupłytowy album będący składanką zremasterowanych przebojów Maanamu z lat 1975-2015, czyli „Miłość jest cudowna”.

img_20170212_115546

Posłucham też na pewno – i to na żywo – utworów z debiutanckiej płyty Pawła Domagały. „Opowiem ci o mnie” to album o codziennym przegrywaniu w walce o miłość, walce nierównej, niesprawiedliwej, wyczerpującej i – wartej każdego poświęcenia.

img_20170212_122743

A na koniec – nie ucieknę od stereotypów o Walentynkach – płyta do pogrążania się w smutku i depresji, w sam raz na dzień zakochanych. Kto nie oglądał filmu, musi nadrobić tę okropną lukę w życiorysie. Soundtrack do „The Virgin Suicides” Sofii Coppoli w całości stworzony przez grupę Air.

img_20170212_115400

Przetrwamy Walentynki, obiecuję. I niech was dopadnie Walenty, czego z całego mojego muzycznego serca wam życzę.

Choroba nazywa się muzyka

_mg_4212bw
fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć tego dnia. Ani pory roku, ani miesiąca. Miałam pewnie 15 lat i obsesyjnie słuchałam muzyki wyszukanej w Internecie. W moim mieście nie było sklepu z płytami, a rodzinna kolekcja winyli prezentowała się raczej ubogo. Zresztą nawet igła do gramofonu zdezerterowała i zaginęła w zakurzonych pudłach na strychu. Dźwięk czarnej płyty poznałam więc dopiero kilka lat później. Nie pamiętam jednak tego konkretnego dnia, a przecież zaważył on na późniejszych muzycznych wyborach. Dnia, w którym stałam się biało-czarna. Chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałam Grzegorza Ciechowskiego.

Zaczęło się niewinnie i zupełnie bezpiecznie. Nie zapowiadało się na chorobę i całkowitą infekcję organizmu. Przeskakiwałam po różnych albumach, nie odróżniając Obywatela G.C. od Republiki. Gdzieś w tle mignęło zdjęcie Justyny Steczkowskiej, pewnie uznałam to za przypadek. Przeglądałam czarno-białe zdjęcia autorstwa Andrzeja Świetlika, o których kilka lat później miałam z nim rozmawiać. Jedna z tych fotografii do dziś widnieje na moim pulpicie.

Zakażenie nie ustępowało, przyszedł czas na poezję. „Moja choroba działa powoli/ jak afrykańska trucizna”, pisał Ciechowski w 1977 roku, a moja choroba nabrała tempa. Odkryłam, że Grzegorz Ciechowski to Obywatel G.C., to Grzegorz z Ciechowa, to Ewa Omernik. Obsesyjnie uczyłam się tekstów na pamięć, ubierałam się na biało-czarno. Czytałam Orwella, bo Grzegorz czytał. Wiadomo, klasyczny przypadek fanki. Grzywkę też miałam, ale inspirowaną bardziej hipisowskimi fryzurami, niż grzywką mojego idola. Choć tę także w Nim uwielbiałam.

Oczywiście, że oglądałam „Falę” Piotra Łazarkiewicza, będącą zapiskiem Jarocina ’85, na którym Republika zagrała legendarny koncert. Jasne, że we wszystkich antykwariatach szukałam tomiku „Wokół niej”. Bezskutecznie. Gdy na ustnej maturze z polskiego analizowałam teksty napisane przez Grzegorza, usłyszałam, że silę się na oryginalność i lepszym wyborem byłaby poezja z kanonu lektur obowiązkowych. Dla mnie nie było lepszego wyboru, lepszej poezji. Choroba stała się nieuleczalna.

To ona pcha mnie w grudniu na Powązki. Ta choroba zwala mnie czasem z nóg, gdy włączę dawno niesłyszany utwór. Objawia się przyjemnym skurczem, gdy ktoś przy mnie wymieni Jego nazwisko. Silną ekscytacją, gdy wchodzę do studia, w którym On na pewno był, lub rozmawiam z osobą, z którą tworzył. Bolesnym kłuciem w sercu, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy z Nim nie porozmawiam, nie zrobię wywiadu, nie poproszę o autograf. Zazdrością wobec tych, którzy mieli taką szansę.

W zaawansowanym stadium mojej choroby zaczynam zarażać. Chcę, żeby kolejne pokolenia poznawały Grzegorza Ciechowskiego. On nigdy nie trafił i nie trafi do lamusa. Stał się legendą, ikoną owianą kultem, mityczną jednostką, imperatorem polskiego rocka. A gdyby tak zdjąć tę zbroję z jego ramion i odstawić na bok bagaż sławy, poznamy poetę, ojca i przyjaciela. W grudniu minęło piętnaście lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego. O tym jaki był, jak pracował i co pozostawił wielokrotnie rozmawiałam między innymi z jego synem Brunem Ciechowskim oraz przyjacielem Andrzejem Świetlikiem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy miałam okazję przyglądać się ich pracy nad albumem fotograficznym poświęconym Grzegorzowi. Dołożyłam do niego także swoją cegiełkę, a biało-czarna choroba zajęła każdą komórkę ciała.

Nie wyleczę się, nie chcę i nie umiem tego zrobić. Obyśmy mieli tylko takie choroby na świecie. Nie zabierałyby nam rodziców i przyjaciół. Nie byłoby 15. rocznic, pomników i pamiątek. Byłaby tylko muzyka, a ona przecież i tak jest nieśmiertelna.

_mg_4239
Fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Tekst ukazał się na portalu Anywhere.pl oraz w magazynie „AirGo! (nr 60/2016).
http://anywhere.pl/article,1709,Choroba-nazywa-sie-muzyka

Letnie podróże w kosmos

Wróciłam z Toskanii i usiadłam na łóżku z zamiarem zrobienia przystanku (retro). Toskanię mam na balkonie, czytam opowiadania Jacka Cygana, których akcja w znakomitej większości rozgrywa się w słonecznych Włoszech i opalam się, oczywiście od razu na czerwono. 

Czytam, podróżuję i piszę. I, nie zapominając o najważniejszym, słucham.

1. Czytam dużo, nie kończę jednej książki, a już czytam następną. Dzięki temu 2. – podróżuję – po Włoszech ze wspomnianym Jackiem Cyganem, po Istambule z Orhanem Pamukiem, gdzieś tam jeszcze zapodziałam się na Śląsku ze Szczepanem Twardochem. Ostatnio też bardzo często bywam w kosmosie. Dużo się dowiaduję, słucham i chłonę. Zaczęłam patrzeć na gwiazdy – i te wysoko, i te na koszulkach przechodniów.

Ciągle też jedną nogą jestem w Kalifornii, a to dzięki Panu Markowi. Radio California przedpremierowo już odsłuchane, w sklepach na początku lipca. Szukajcie, nabywajcie, dwupłytowe wydawnictwo będzie idealne na letnie podróże.

A przede wszystkim podróżuję dziennikarsko. 3. Piszę! Na anywhere.pl można znaleźć mój tekst wskrzeszający Rafała Wojaczka oraz rdzennie-korzenny wywiad z Dawidem Portaszem. Zapraszam i polecam, chociaż zapowiadam, że dopiero się rozkręcam.

http://www.anywhere.pl/article,1281,Wskrzeszajac-poete
http://www.anywhere.pl/article,1320,Dawid-Portasz-Ziemianin

A dowodem będzie kolejna rozmowa. Pamiętam, jak opisywałam tu jego koncert. Nie do końca według mnie udany. Ale płyta i jej późniejsze uzupełnienie w formie Minialbumu były ważniejszymi odkryciami muzycznymi w roku 2015. Spotkałam się i porozmawiałam z Kortezem, a efekty rozmowy i fantastycznej kosmicznej sesji zdjęciowej już wkrótce. Gadaliśmy o kosmosie i samotności, o istnieniu bądź nieistnieniu miłości i smutnych piosenkach. Czyli o tym, co mamy w głowie.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Kortez dla anywhere.pl

Dużo słucham – to po czwarte. Ani Szarmach na żywo w Studiu Lutosławskiego i Piotra Zioły, do którego zachwyt po pierwszym przesłuchaniu jego debiutanckiego albumu jeszcze mi nie przeszedł. Od paru dni także nowej płyty Dubsków. Chłopaki wrócili z nowym albumem i nową wokalistką, przyjechali do Warszawy, by pod okiem i uchem Ola Mothashippa stworzyć coś naprawdę dobrego. Mam wrażenie, że wybudzili się ze śpiączki, w której od dobrych paru lat trwali. Album „Ulicami” to świeżość, jakiej od zeszłorocznej płyty Jafii na polskiej scenie reggae nie było. To wyjście poza standardowe myślenie o reggae, świetne kompozycje i przede wszystkim – dobra robota producenta. Ale to, co najlepsze, pozostało – czyli ciepły i kojący wokal Dymitra Czabańskiego oraz wariactwo i charyzma Marcina Muchy Muszyńskiego. Diana Rusinek dodaje temu męskiemu gronu fajnej, dziewczęcej energii. Dobrze śpiewa, jeszcze lepiej się prezentuje. Co pokazała podczas koncertu w Trójce, a ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Dubska, cieszę się, że wróciliście do formy.

WP_20160619_20_11_15_Pro
Dubska w Trójce, 19 czerwca 2016 roku

WP_20160624_16_48_15_Pro

Na koniec rodzinne zdjęcia. Koncertowo, radiowo, muzycznie. Ania Szarmach, Wojtek Olszak, a autorem oczywiście niezastąpiony Darek Kawka.

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka

Studium przypadku studia

Studio to nie miejsce dla wybranych. Często przecież do radia przybywają osoby bynajmniej nie wiedzione głosem serca. W studiu może się znaleźć każdy, ale nie każdy będzie wydłużał tę chwilę tak bardzo jak tylko się da.

To ja zacznę jak zwykle. Marek Niedźwiecki powiedział w ostatnim z wywiadów, że lubi tą swoją powtarzalność dnia. Co rano kanapka z tym samym, ten sam sprzedawca na bazarku, tylko na Liście Przebojów co i raz zmiana na miejscu pierwszym. A ja zawsze, przysiadając do pisania, robię kawę, którą wypijam przy pierwszym zdaniu. Bo kawa musi być gorąca. Włączam muzykę, robię parę zdjęć, które chcę umieścić, siadam przy stole w kuchni i zaczynam pisać. Ostatnio pomyślałam, że chciałabym robić to samo przez całe życie. Być pisarką? Raczej piszącą dziennikarką, bo z radia przecież nie zrezygnuję. Zajmować się słowem. To by było coś!

Ta płyta w głośnikach to zespół Slow, o którym za chwilę. Ale pięknie gra…

Spotkało się dwoje zakochanych. Nie będzie to historia romansu, bo tych dwoje zakochało się dawno temu w muzyce i długi z nią romans prowadzą od wielu lat. I choć zaczęłam tę opowieść banalnie jak słabą prozę dla singielek, to w tej historii ważne są uczucia. Kto słucha muzyki w takich ilościach, u tego uczucia także nabierają mocy. Ja moc muzyki i moc dobra znalazłam w studiu. Studiu Woobie Doobie u Wojtka Olszaka.

woobie doobie studio

Wojtek Olszak – pianista, producent muzyczny, kompozytor, realizator, dobry człowiek, świetny rozmówca. Fan Trójki i Marka Niedźwieckiego. Artysta, twórca, miłośnik muzyki i whisky. Czy czegoś jeszcze potrzeba, żebyśmy się dogadali?

Zaproszona przez Wojtka pojechałam do Sulejówka i miejsca, które – tak jak moja torba płytami – wypełnione było klawiszami. Małe, urocze i klimatyczne studio idealne do tworzenia, a w moim wypadku – słuchania muzyki. Bo rzeczywiście my tam słuchaliśmy muzyki, a rozmowy były tylko małym przerywnikiem. A gdy były – tematy i tak krążyły wokół dźwięków. Mało odkrywcze będzie stwierdzenie, że słuchanie albumu w warunkach studyjnych przenosi w nowe, zupełnie nieodkryte rejony, gdzie słychać to, czego na domowym sprzęcie się nie wychwyci. Ale u Wojtka jest jeszcze coś – pierwszy odtwarzacz CD jaki w ogóle pojawił się na rynku czyli Sony CDP-101. Old school i to jaki piękny!

WP_20160322_20_34_50_Pro

Wzięłam pod pachę te moje, ukochane płyty, by zaczarować je jeszcze bardziej. Słuchałam więc i słyszałam więcej u Jafii, Ani Dąbrowskiej, nawet Gentleman lepiej brzmiał, chociaż wstyd mi było go wyjmować… Bo tu producent, którego idolem jest Quincy Jones, a ja wyjmuję album Gentlemana. Ale pożałowałam odsłuchania tych wszystkich krążków, kiedy wyjęłam ten najważniejszy. Kiedy słuchaliśmy Obywatela, każdy przesłuchany przez tych wiele lat utwór chyba na chwilę stracił sens. W złym guście jest chełpić się zbytnią wrażliwością na muzykę, bo to kurtuazja i przerost formy nad treścią. Dlatego nie napiszę o tym, że łzy były główną reakcją na to, co słyszałam. A słyszałam nawet to, jak Grzegorz sepleni, czego generalnie w nagraniach nie słychać. Dotąd żałowałam głównie tego, że nie usłyszę Go na żywo, bo gdy zaczynałam słuchać Republiki, On już nie żył. A tu, przez 6 minut trwania Nie pytaj o Polskę słyszałam żywego Grzegorza Ciechowskiego, a taka myśl nie towarzyszyła mi nigdy wcześniej.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Wojtek Olszak

Nie będę przecież ukrywała, żeśmy z Wojtkiem pili whisky, gadali o radiu i muzyce, żeśmy ponarzekali na co niektórych, a niektórymi się zachwycili. To wszystko sprawiło, że Woobie Doobie Studio to mój kolejny studyjny azyl. Zaraz po reżyserce studia M2.

Nie może zabraknąć kącika „Ola Budka poleca”. Owszem, polecam dziś bardzo formację Slow, o której już na wstępie mogę powiedzieć, że będzie moim wiosennym oddechem, niedzielnym porankiem i towarzystwem przy pisaniu. Slow to gitarzysta Tomasz Kaczmarczyk i pianista Krzysztof Wermiński oraz goście, m.in. mistrzowski Michał Dąbrówka. Debiutancki krążek Art of silence oraz kolejny Songs for everyone utrzymane są w stylistyce smooth jazzu, którego chce się słuchać przez cały dzień. Gwarantują spokój i prawdziwe zwolnienie. Notabene – inspirujące. Podczas gdy na pierwszym krążku tytułowe wyciszenie zapewniają głównie instrumentalne kompozycje (poza jedną, gdzie można usłyszeć wokal i tekst Ani Szarmach), na drugim można znaleźć już utwory z większym hitowym potencjałem. Nie trzeba wiedzieć, co to smooth jazz, żeby go słuchać i się mu poddać. A takie „piosenki dla wszystkich” zapewnia Slow, któremu dziękuję za wspaniały prezent w postaci tych dwóch krążków.

WP_20160419_10_35_25_Pro

Slow wskakuje na miejsce pierwsze wśród moich prywatnych płyt tygodnia, gdzie na szczycie królował dotąd John Legend. Na wyprzedaży wpadły mi niedawno w ręce dwa krążki Legenda, Live from Philadelphia oraz Wake Up! nagrany z grupą The Roots. Oba znałam wcześniej, ale zachwyciłam się szczególnie tym drugim. Oczywiście za sprawą Legenda i jego świetnego soulowego brzmienia, ale też dzięki tekstom utworów z lat 60 i 70., bardzo zaangażowanym i rewolucjonizującym, jak chociażby Little Ghetto Boy. To kolejny album, który bardzo polecam.

12970471_10209201386261165_1657067145_o
Z Julią Pietruchą w Trójce, fot. Darek Kawka

A to już Julia Pietrucha, która zawitała niedawno na Myśliwiecką, by promować swój debiutancki album Parsley. Dużo ukulele i dziewczęcej wrażliwości, jestem pewna, że Julia dzięki tej płycie zyska wielu słuchaczy.

Muszę, ale to muszę (!) wspomnieć o klipie do utworu, o którym już pisałam. Takich jak my nie przestało mi się podobać, a teledysk – chociaż inny z moją wizją piosenki – wypadł lepiej niż dobrze. Czekamy na płytę!