44 fotografie

To zapis wyjątkowej relacji Mistrza z Mistrzem. Relacji opartej na szacunku, zrozumieniu i konsekwentnej pracy dwóch indywidualności. Efektem są fotografie, które zapisały się w historii polskiej kultury. Osobowość jednego wpływała na zachowanie drugiego i odwrotnie.

Spotkali się w 1988 roku. Grzegorz Ciechowski był już popularnym artystą, idolem swojego pokolenia i charyzmatycznym gigantem muzyki. Nowofalowa Republika, po wydaniu trzech albumów i przełomowym koncercie w Jarocinie, podczas którego najpierw zespół obrzucono pomidorami, a później śpiewano mu „Sto lat”, na skutek eskalacji napięć pomiędzy muzykami zawiesiła działalność. Grzegorz Ciechowski odkrywa w tym czasie swoje alter ego i powołuje do życia Obywatela G.C. Zdjęcie na okładkę płyty „Citizen G.C.” wychodzi spod migawki Andrzeja Świetlika, współtwórcy grupy artystycznej Łódź Kaliska.

Od początku znakomicie się rozumieli, często bez słów. Andrzej Świetlik pamięta, że Ciechowski nie był wylewny. – Grzegorz był facetem pozbawionym emocji w rozmowie. Potem, gdy znałem go już dość dobrze, zaobserwowałem, że zawsze w kontaktach zawodowych zachowywał się profesjonalnie, powściągając emocje – wspomina. Pierwsza sesja rozpoczęła serię kolejnych, fotograf portretował Ciechowskiego przez kolejnych kilkanaście lat, ostatnie takie ich spotkanie miało miejsce rok przed śmiercią muzyka.

Połączyły ich charaktery oraz podejście do sztuki. Działania Świetlika w Łodzi Kaliskiej były ucieczką w przestrzeń wolności, podobnie działał Grzegorz Ciechowski. – Byliśmy chuligańscy wobec oficjalnego nurtu sztuki, oficjalnych zachowań uznanych artystów, ze wszystkiego robiliśmy kpiny, to była totalna anarchia – opisuje koniec lat 80. Świetlik. Pierwsza sesja z Ciechowskim odbyła się w schronie przeciwatomowym. Świetlik miał wówczas pracownię w jednej z kamienic na Rynku Nowego Miasta w Warszawie. – Schodziło się do niej wąskimi schodkami, następnie trzeba było odkręcić korbą stalowe pancerne drzwi, potem kolejne. A tam witał wchodzących intensywny zapach piwnicznej stęchlizny. W tej piwnicy po zakończonych zdjęciach atelier zmieniało się w ciemnię, w niej wywoływałem negatywy i robiłem powiększenia. Epoka cyfrowa miała nadejść dopiero za kilkanaście lat – wspomina fotograf.

Zdjęcia z drugiej sesji są chyba najbardziej znane fanom Grzegorza, bo do dziś są jednymi z najczęściej pojawiających się w mediach. Przejmujące fotografie z kroplami wody na twarzy Ciechowskiego powstały w 1990 roku, a dwa lata później promowały album „Obywatel świata”. Ten utrwalony w świadomości wielu portret Ciechowskiego był wynikiem… ograniczonych możliwości, ale też inspiracji Andrzeja Świetlika z pobytu w Stanach Zjednoczonych.  – Ta sesja odbywała się w owej piwnicy zaraz po moim powrocie z Waszyngtonu – mówi Świetlik. – Jedyną rzeczą, którą miałem, był kran z wodą. A w Stanach przesiedziałam dwa miesiące w klubach i księgarniach, oglądając aktualne amerykańskie ilustrowane czasopisma. Zobaczyłem tam fotografie, jakich dotychczas w Polsce nie widziałem. Tam wówczas zaczynali swoje kariery znani dziś fotografowie – Michel Comte czy Peter Lindbergh, którzy posługiwali się nowym dla mnie rodzajem ekspresji – dużymi zbliżeniami i efektami porównywanymi do klatek filmowych, aktorskim sposobem zachowywania się przed aparatem. U nas nie robiło się takich zdjęć – tłumaczy.

Ekspresja i ogromny ładunek emocji to klamra łącząca wszystkie sesje Andrzeja Świetlika z Grzegorzem Ciechowskim.  Choć był to wciąż czarno-biały Obywatel G.C., podczas sesji wcielał się w różne postaci. Na zdjęciach z 1997 roku widzimy Grzegorza-Indianina, Grzegorza-pilota, Grzegorza-marynarza. Jakim był modelem? – Słowo model zupełnie tu nie pasuje, to raczej były zachowania aktorskie, w dużym stopniu improwizowane, ale jednak kreacje, z odrobiną narracji, odpowiednio do niej wypracowanej ekspresji, etc. Grzegorz sam dużo proponował, zależało mu na mocnych portretach, mnie zresztą też – opowiada Świetlik. W 2000 roku dominuje jednak już inny rodzaj ekspresji. – Czytam w tych zdjęciach inny rodzaj napięcia, w spojrzeniu, wyraźnie inny niż na wcześniejszych portretach. Tylko tyle i aż tyle – dodaje fotograf. Rok później Ciechowski niespodziewanie umiera.

Na pytanie, czy muzyk był fotogeniczny, Andrzej Świetlik odpowiada: – Zdecydowanie tak. Akceptował siebie, akceptował swój wygląd, a fotogeniczność jest funkcją samoakceptacji. Podczas ostatniej sesji w 2000 roku, momentami wydawać się mogło, że kreacje, jakie proponował Grzegorz, ocierają się o zachowania narcyza. Przeglądając potem cały materiał z sesji, pozbyłem się wątpliwości, była to zaplanowana gra, kolejna kreacja w katalogu wielu różnych obrazów jego osoby.

Choć mówimy dziś o Grzegorzu Ciechowskim jako głównym bohaterze, Andrzej Świetlik portretował go nie tylko solo. Cztery z dwunastu sesji powstały z udziałem wszystkich członków Republiki po ponownym zawiązaniu się zespołu, w 1996 roku wraz z mieszkańcami jednej z lubelskich wsi powstały zdjęcia do projektu Grzegorz z Ciechowa, a rok później fotograf uwiecznił na zdjęciu Grzegorza wraz z rodziną. Świetlik skrzętnie archiwizował wszystkie odbitki. Wiele z ujęć pozostawało do wglądu artysty i tego, którego fotografował. Do czasu.

W 2016 roku z inicjatywy Bruna Ciechowskiego, syna Grzegorza oraz Przemysława Wałczuka, zarządzającego prawami do twórczości i wizerunku Obywatela G.C., powstał album „Grzegorz Ciechowski-Andrzej Świetlik” przedstawiający w większości niepublikowane dotąd fotografie. Projekt poprzez internetowy crowdfunding wsparło ponad 300 osób, dołączyli również partnerzy: Miasto Toruń, ZAIKS i STOART. Premierze albumu towarzyszyły wystawy w Toruniu, Opolu oraz Jarocinie, a cykl ten zakończy się w Warszawie. Od 14 lutego do końca miesiąca w Galerii Ethos na Placu Trzech Krzyży 10/14 na otwartej wystawie będzie można obejrzeć fotografie na żywo po raz ostatni, bowiem prace powędrują do sprzedaży, a chęć ich zakupu można zgłaszać już teraz.

Zdjęcia, które trafiły do albumu oraz na wystawę, to selekcja rodziny Ciechowskiego oraz samego Andrzeja Świetlika. Twórcom zależało na tym, by pokazać nieznane dotąd fotografie, które będą gratką dla fanów, ale i osób, które Ciechowskiego znały osobiście. – To ciekawe, że z wiekiem zmienia się sposób patrzenia na pewne zjawiska, których byliśmy aktywnymi uczestnikami kilkanaście lat temu. Te zdjęcia, na które patrzę dziś inaczej, znajdują się właśnie w albumie – mówi Świetlik. Ten nadal jest w sprzedaży, a zawiera ponad 120 fotografii z podziałem na rok i miejsce powstania. Wystawa zaś to 44 fotografie, a liczba nie jest przypadkowa. Urodzony w Tczewie w 1957 roku Grzegorz Ciechowski umarł w Warszawie w grudniu roku 2001.

27368851_557084367991000_7690747686357100319_o

fot. Andrzej Świetlik

Reklamy

Teksty/muzyka/Leski

Jak, opisując album o takim ładunku emocjonalnym, wyzbyć się emocji? Jak oddzielić swoje myśli od tego, co miał na myśli autor? Słuchałam nowego albumu Leskiego i uwierzcie mi – to, co teraz wylewam z siebie przy pomocy przycisków na klawiaturze komputera, nie jest proste do ujęcia w słowach.

blog

Tytuł albumu, którego zdradzać póki co nie mogę (ale mogę napisać, że zaznaczyłam przy nim 3 wykrzykniki oznaczające wielką aprobatę), nie tyle narzuca tok myślenia o nim, ile lokuje w konkretnej rzeczywistości. Oto stan zakochania ze „.splotu” – debiutanckiej płyty Leskiego, przeobraża się w dojrzałe uczucie. A to nie jest ani łatwe, ani też – o zgrozo – do końca przyjemne.

Pusty pokój i kawa. W takich, przypominających domowe zacisze okolicznościach przyszło mi słuchać nowego materiału Leskiego, specjalisty od wypełniania pustych przestrzeni w głowie i w sercu. 11 utworów, które znajdą się na nowym albumie to podróż przez miłość. Podróż pełna dziur w asfalcie, stromych poboczy, podróż przez grad, śnieg i łzy. To jednak podróż, na końcu której widać światło nadziei. I ten pokój, okrągły stół i kawa były świadkami wybuchu emocji z głośników rezonujących w głowie słuchającej i opisującej to zjawisko.

Album rozpoczyna się tam, gdzie zakochanie zastąpione zostaje przez realia odarte z wyniosłych poetyckich słów, z obietnic szczęśliwego życia, z wiary w to, że miłość uniesie największe ciężary. To ten moment, kiedy miłość zaczyna się psuć, kiedy jest cierpka, pomarszczona i wymagająca, kiedy idylliczne obrazy nikną na horyzoncie. I już podczas pierwszego utworu pomyślałam: jak gorzka jest ta kawa, którą przyszło mi dziś pić. A gdybym miała słuchać tego albumu po raz pierwszy w tłumie, rozszarpałabym biedaków na strzępy, bo tłum odebrałby swobodę wyrażania niepokoju i smutku, które rysowały się na twarzy, a które musiałabym ukrywać pod maską neutralnego słuchacza. Musiałabym udawać, że przecież wszystko jest w porządku, że to tylko odsłuch płyty, jakich wiele na rynku. Otóż nie. Ani takich płyt na rynku wiele, ani takich emocji, ani też szarość za oknem od dawna nie była tak intensywna, mimo panoszącego się już na dobre w Warszawie smogu. I też wielkie miłości nie przydarzają nam się na co dzień. A o tym właśnie jest ten album.

Każda miłość jest pierwsza. Ale jaka ta miłość toksyczna.  Jaka smutna. Jaka przygnębiająca.  Leski rozdrapuje rany, podlewa je alkoholem wymieszanym z brudem i potem i czeka na reakcję. Mówi: sprawdzam. Pyta: czy wasza relacja jest prawdziwa? Czy nie pozorujecie szczęścia? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy miało się szesnaście lat i na ustach wspomnienie pierwszego pocałunku?

Leski to wcale nie taki uroczy chłopak z gitarą. Jest momentami wściekły, jest arogancko uszczypliwy, czepia się szczegółów. Przez to jest jeszcze bardziej intrygujący niż przy debiutanckiej płycie. Zadaje niewygodne pytania i zmusza do myślenia. Uświadamia? Raczej uchyla drzwi do szafy, w której smętnie zastygł trup. To wszystko jest szalenie oczyszczające.

Choć najnowsza płyta mówi o rozczarowaniach, nikt nie powinien mówić o rozczarowaniu tą płytą. Bo to znakomity album, który namiesza nam w letnich drinkach pitych w knajpianych ogródkach. Na mieście będą o nim krążyły plotki. Wstydem będzie nie znać Leskiego i tej płyty. Kiedy muzykę tworzy się dla rozrywki i towarzystwa, Leski stworzył płytę w jednym – pierwotnym dla muzyki – celu. Do słuchania. Może mniej w niej melodii, a więcej treści. Choć muzycznie nie ma się do czego przyczepić, największym atutem albumu są teksty, w których każdy będzie mógł się przejrzeć. A to, co zobaczy, będzie zależeć tylko od niego. Podczas gdy pierwszy album unosił słuchacza do chmur, bo skupiał się na wolności uczuć i tworzenia, ten niebezpiecznie przyciąga ku ziemi. To już nie jest muzyka marzyciela, choć to wciąż folkowe granie. I kiedy na „.splocie” marzenia ograniczały się do warstwy tekstowej, tu marzenia przybierają raczej postać nowych rozwiązań aranżacyjnych. Przez to album wypełniony jest nie tylko występującą na pierwszym planie gitarą. A propos odwagi. Leski odważył się także na sporą nutę empirycznej przyjemności. Wcześniej serwował nam jedynie niedopowiedzenia, na nowej płycie wątek bezwstydnie się rozwija.

Na tej płycie nie ma hitu, bo życie nie jest hitem. A to album do cna życiowy, odarty z iluzji. Ta płyta to PRAWDA. A o nią przecież tak trudno w dzisiejszych czasach. Nie ma też czegoś takiego jak „zbyt trudny materiał”, nowy krążek Leskiego jest jednak dojrzalszy, bardziej wymagający, przemyślany w każdym szczególe. I ten błękit ze „.splotu” już mniej błękitny i przysłonięty chmurami. A ten mrok wynosi album Leskiego do rangi wybitnych. Wspomnicie moje słowa.

Temat miłości w muzyce nigdy się nie wyczerpie, bo miłość każdemu ciśnie się na usta i serce. I nawet jeśli miłość umarła, nadzieja jeszcze nieźle się trzyma. Leskiemu gratuluję, a słuchaczom zazdroszczę tego, że wkrótce usłyszą ten album po raz pierwszy. Gdyby tak dało się ten pierwszy raz powtórzyć…