Żółć

27048298_1653166758059961_153803459_o

To podobno najbardziej polskie słowo. W filmie „Ziarno prawdy” Borysa Lankosza na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego jest scena, w której Jacek Poniedziałek tłumaczy, dlaczego żółć to także słowo najbardziej oddające charakter Polaków. 

Nigdy nie było mi do twarzy w kolorze żółtym. Gdy kiedyś założyłam na nagranie musztardową bluzkę, dziewczyny z redakcji szybko kazały mi ją zdjąć. Nie wystąpiłam nago, przebrałam się we własne, a nie wypożyczone ciuchy. Od tamtej pory przestałam wypożyczać te szmatki i nagrywam wywiady we własnych bluzkach i własnych ukochanych butach, których jest już tyle, że należałoby dokupić szafę. We wszystkim własnym – dopowiem.

Żółć wylewa się z nas litrami smrodliwego płynu. Wychodzi z potem i trądzikiem na twarzy, wyrasta z nowymi włosami i wypada wraz z obumarłymi rzęsami. Wspomniany Miłoszewski mógłby to lepiej opisać w jakimś kolejnym kryminale.

Problem dotyka każdego i każdego możemy nim dotknąć. Żółci ludzie chodzą po ulicach. Kobiety kobietom, mężczyźni mężczyznom, rodzice dzieciom, dzieci dzieciom, przyjaciele wrogom, przyjaciele przyjaciołom, wszyscy to sobie robią.

A mnie tak bardzo szkoda na to czasu. I chociaż najbardziej polskiego słowa nie zmienię, może pomyślę nad jego osobistą alternatywą słowa najbardziej „mojego”? Proste. Kwiaty. Muzyka. Miłość. Książki. Słowa. Słowo słowo mieści w sobie wszystko, od nas jedynie zależy jak duże będą jego składowe.

Bo ja zamiast pastwić się nad żółcią lub czymkolwiek innym wolę posłuchać albumu „Volver” Benjamina Biolay’a. Benjamin jest tak piękny na okładce, że jednak zalewa mnie ta polska żółć. A z tyłu także kolor żółty. Nie uwolnię się dziś od tej barwy. Benjamin ma pod lewym okiem bliznę. I kolejne niewidoczne, skoro pisze takie piosenki.

Ja również mam. Pod okiem także.

Dziękuję B. za to zdjęcie zrobione późną nocą podczas ostatniego spotkania pod znakiem whisky i rozmów, w których nie ma miejsca na żółć.

 

Reklamy

Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Kwiaty w styczniu

To naturalne, że pisanie i słuchanie jest w moim przypadku ściśle ze sobą powiązane. Słucham i spod palców stukających w klawiaturę wyrastają kwiaty. Słowa-kwiaty. Kwiaty w styczniu.

IMG_20180106_171649

Dziś „Continuum” Johna Mayera. To już pewnie jakieś dwa lata, odkąd mi go przedstawiono. Nie opuszcza mnie do dziś, a ten album z 2006 jest nadal moim ulubionym. Już zapomniałam, jak bardzo pasuje do takich zimowych dni. Czy to wyostrzone przez mróz na zewnątrz zmysły, czy dziś w tych utworach słyszę coś innego niż dwa lata temu?

Chyba każdy uważa siebie za posiadacza jakiejś szczególnej zdolności. Ja, na przykład, widzę więcej. Może z racji zawodu powinnam więcej słyszeć, ale już egzaminy do szkoły muzycznej wiele lat temu pokazały, że nie otrzymałam daru słuchu absolutnego. Ale żyję też z obserwacji, którą opanowałam już prawie na poziomie zaawansowanym. Widzę więcej, przez co ślepnę. Tak jakby wzrok męczyły moje analizy świata w głębszym wymiarze, a nie starczało energii na podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. Dlatego już gorzej widzę w nocy, linii oddzielających pasy na przemokniętej drodze nocą nie sposób dostrzec. Ale rejestruję wiele innych widoków, piękniejszych niż deszcz na betonie.

Widzę, jak mała Basia, jedząc zupę, uśmiecha się do całego świata. I jej zdziwienie, gdy biorę ją w ramiona, a ona obserwuje obcą sobie twarz, bada ją rękoma, dotyka moich włosów, bo w ten sposób właśnie mnie poznaje. Widzę teraz przed oczami kilka wspomnień, które wywołało „Gravity”, czyli jedna z najpiękniejszych piosenek Mayera. Mijam też często pewną kobietę z dzieckiem i za każdym razem zauważam jej frustrację, niezadowolenie z życia, odbijające się w jej oczach wszystkie kłótnie z mężem, a w oczach ich dziecka pragnienie zaimponowania matce, która i tak w windzie mówi mu, że zachowuje się idiotycznie. Czy moje oczy też w końcu zmęczą się takimi obrazami? I przestanę skanować rzeczywistość wokół, skupiając się tylko na tym, co widać bez głębszego zastanowienia?

Tak więc nadwyrężam ostatnio zmysł wzroku, dając odpocząć słuchowi. Pochłaniają mnie myśli, a ja pochłaniam książki. Na granicy starego i nowego roku przeczytałam „Niksy” Nathana Hilla, od których nie można się oderwać. „To, co kochasz najbardziej, zrani cię najmocniej”. Jakie to proste.

A przed paroma minutami przeczytałam ostatnie zdanie najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Ta powieść została napisana po to, by pomyśleć. By marzyć. By żałować. Za co ZM dziękuję, choć z powyższymi stanami i tak zawsze było mi i będzie po drodze. Para w 50. rocznicę pierwszej wspólnej nocy przenosi się do przeszłości. Ich ciała mają znów 30 lat, ale głowy nadal 80. Ponownie mogą więc przeżyć tę pierwszą noc, ale mogą też naprawić to, co zepsuli, nadrobić to, co zaniedbali, pochylić się nad tym, co ważne, a zlekceważyć nieistotne. To nieuchronne – czytając, myśli się o tym samym. Co będzie za 50 lat? Czy wtedy będę mieć do siebie pretensje, że spędziłam cały dzień w domu, z książką na kolanach wypiłam 3 kawy i z wypiekami na policzkach snułam wizje przyszłych lat? Gdy za 50 lat spojrzę na siebie, dwudziestoparoletnią mnie, wklepującą te słowa w klawiaturę komputera i słuchającą Johna Mayera, co pomyślę? Dzięki tej książce nabrałam ochoty na podróże, na pisanie i na uśmiechanie się do siebie w lustrze częściej, niż robię to teraz. Choć wciąż widzę w tym uśmiechu więcej niż inni. Bo każdy zna przecież siebie najlepiej, prawda?

Wyciągam A. do Mediolanu, żeby świętować wspólne urodziny. Trzeba uczcić 25. rocznicę mojego pierwszego spojrzenia na świat. W sierpniu już na pewno Korfu. W lipcu Gdynia. A po drodze jeszcze tyle przystanków. Świetnie, będzie co obserwować.

„Continuum” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt w całej kolekcji. Podczas jej słuchania rosną w głowie kwiaty.