Niewidzialna

IMG_20170629_030454_869

Czasami czuję się niewidzialna. Czuję się tak, kiedy w kolejce do kasy stoję za osobą z koszykiem wypchanym zapasami na cały tydzień, a ja chcę tylko kupić do kawy mleko bez laktozy (bo okazuje się, że obok słabej muzyki, chamstwa oraz literówek w tekstach nie toleruję także laktozy). Czuję się przezroczysta, gdy wnoszę po schodach rower, a mija mnie mięśniak, który mógłby unieść ten rower razem ze mną, ale pewnie kropla potu spłynęłaby mu po plecach pod tą białą koszulką z luksusową metką. I taka niewidzialność mi przeszkadza.

Jestem także niewidzialna w radiu, co akurat jest częścią tej trudnej do opisania słowami magii, jaką radio posiada. Jestem niewidzialna dla słuchaczy, choć czasem uświadamiają sobie moją obecność. Odbieram od Państwa, słuchaczy, telefony, bo to także część pracy wydawcy. Wiele osób do dziś pyta mnie, o co właściwie chodzi w byciu wydawcą. Otóż – może to oznaczać wszystko.

Pomagam, nadzoruję, odbieram wspomniane telefony, dbam, żeby to, co Państwo słyszą na antenie, znalazło się później na internetowej playliście. Co to była za piosenka w siedemnastej minucie audycji? Dzięki takiej osobie jak wydawca, szybko i sprawnie można się tego dowiedzieć. Kiedy pan Marek Niedźwiecki był w Australii, a „Markomanię” prowadzili „druhowie zastępowi”, raz zostałam nazwana nawet „zbawcą-wydawcą”. Bo radio na żywo to wcale nie taka bułka z masłem. Zawodzi sprzęt, ludzie, audycję może popsuć niedyspozycja maszyn, ale i osób, które to radio tworzą. I choć wiem, że w świadomości słuchaczy sobotniego programu już jakiś czas temu zapisało się moje nazwisko, to wciąż funkcjonuję pod postacią niewidzialną i niesłyszalną. Debiut na antenie Trójki miałam już kilka lat temu, jednak nie tęskniłam za radiowym mikrofonem. Do czasu.

Tydzień temu przemówiłam. Stałam się na raz widzialna i słyszalna. Tomek Żąda, któremu zawdzięczam to, że w Trójce się znalazłam, zaprosił mnie do swojego programu. Mogłam zagrać ulubione utwory, mogłam mówić do słuchaczy. Czerwona lampka w studiu mnie nie paraliżuje, jest raczej miłym symbolem, ale tego dnia oznaczała, że to chwila dla mnie, że to właśnie ja mam głos.

Siła rażenia Trójki jest ogromna, wiem to, od kiedy zaczęłam słuchać stacji. Ale nie podejrzewałam, jak szeroki odbiór będzie miało to, co zaprezentowałam ja, a co przygotowywałam przez kilka nocy poprzedzających program, mówiąc do siebie i wyobrażając, że mój stół kuchenny stoi w studiu i oto jestem na żywo na antenie Trójki – TEJ TRÓJKI.

Do dziś odbieram maile od słuchaczy, którzy dziękują za program, ale to ja dziękuję, że go słuchali. Dawno temu, kiedy prowadziłam autorski program w lokalnym płockim radiu, po zakończeniu audycji zadzwonił słuchacz, który powiedział, że gdy zaczynała się audycja, wjeżdżał do garażu i siedział w nim tak jeszcze przez godzinę. W tamtym momencie uznałam to za najlepszą recenzję audycji i do dziś się tego trzymam. To niewiarygodne, ilu z Was, moich znajomych i nieznajomych, było ze mną tego dnia! Wiem, że słuchaliście w domach, pijąc kawę, wiem, że słuchaliście w pracy, udając przed szefami, że zajmujecie się ważnymi fakturami, wiem, że sączyliście w trakcie whisky i opijaliście mój sukces, choć był to środek dnia (Wojtek, Marcin!). Za wszystko dziękuję!

Przyznałam się na antenie do nie jednej, a kilku niespełnionych miłości, z czego powstał tytuł audycji „Poszukiwanie miłości w muzyce”, ale to przecież nie moje wyznania, a muzyka była ważna i to ona tak bardzo się wam, Państwu, MOIM słuchaczom spodobała.

Zaczęłam od Pablopavo i Ludzików, bo uwielbiam Pawła teksty i nikt nie śpiewa o Warszawie tak jak on. Następnie – The Skints – których płyta dotarła do mnie dziś, a od których nie mogę uwolnić się od tegorocznego festiwalu w Ostródzie, a przecież reggae w audycji musiało się pojawić. Później zagrałam Brygadę Kryzys, bo utwór „To co czujesz” jest wspomnieniem z początków świadomego słuchania muzyki, kiedy dzięki dźwiękom zaczęły rodzić się silne emocje. Dalej – ze względów oczywistych – Grzegorz Ciechowski. Nie umiałam wybrać jednego utworu, bo jak wybrać jeden z tekstów Ciechowskiego, przy których płaczę, piję wino, śmieję się, przeżywam wszystko, co mnie w życiu spotyka? Losowo padło na „Śmierć w bikini”. Zagrałam też Archive, bo po raz pierwszy na żywo usłyszałam ich w studiu Trójki, siedziałam wtedy w trzecim rzędzie i nie mogłam przestać patrzeć na Pollarda Berriera. Michael Kiwanuka był wspomnieniem Open’era, znakomitego Open’era. Na antenie wybrzmiał też Leski, którego teksty czytam jak poezję, a kilka sekund na koniec audycji zostało dla Johna Legenda, który jest pewnie tak wielkim romantykiem jak ja, dlatego tak świetnie muzycznie się dogadujemy. W zanadrzu miałam także innych artystów, i choć godzina upłynęła mi jak kilka minut, to antena niestety nie rozciągnęła się na tyle, żebym mogła ich wszystkich zaprezentować.

Zatem tak grałam w audycji „Ja tu gram”. Żyję tym do dziś i pewnie jeszcze długo nie przestanę. I nieśmiało podrzucam link, gdzie można tego wszystkiego jeszcze raz posłuchać.

http://www.polskieradio.pl/9/3686/Artykul/1829132,Poszukiwanie-milosci-w-muzyce-Tak-gra-Ola-Budka

Dobrze jest mieć swój głos. Głos w postaci muzyki. Mając to, mogę pozostać niewidzialna.

Reklamy