Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.

 

 

Reklamy

All I Need

DesktopByć może czekacie na moją relację z Open’era. A może Open’era macie gdzieś. A tam, gdzie gdyński festiwal, macie też moje teksty. Bądź ktoś zauważył, że ostatnio zamiast recenzować dźwięki, wystawiam recenzje uczuciom. Taka aspirująca Grochola, uboga wnuczka J.L. Wiśniewskiego, niedorastająca mu do końcówki palca u stopy fanatyczka Pilcha. Więc recenzji Open’era nie będzie!

Będzie o mnie na Open’erze. A zobaczycie, że różnica jest ogromna.

Nigdy nie kryłam się z tym, że Open’era unikam. Bo to przecież nie moja muzyka… Bo ja nie lubię tłumów. Bo to daleko, morze jest daleko. Hipokrytka! Jeżdżę co roku na festiwal w Ostródzie (ten reggae, nie ten disco polo) i żyję! I mam się świetnie, bo sierpniowa Ostróda ładuje mi akumulator na cały kolejny rok. Lubię tę ekscytację, kiedy do plecaków pakuje się najgorsze trampki, najbardziej sprany T-shirt, co to można go zniszczyć jeszcze bardziej i najlepiej tam na miejscu już pozostawić. Na pole namiotowe kupuje się zapas chleba do kanapek z pasztetem i czekoladę na nocne uzupełnienie energii pomiędzy koncertami. I nic, że przez trzy noce tak cholernie marznie się w namiocie. Najważniejsze, że jest się tam zawsze o tej samej porze i rozpoznaje te same twarze pielgrzymujące co roku tak jak ty.

Dlatego z Open’erem nie było mi po drodze. I niestety, wszystkie moje obawy i złe proroctwa się sprawdziły. To festiwal modnych ciuchów i trendowych klonów, wianków na głowie i brokatowych policzków, ajfonów i snapczatów. A ja z modnych ciuchów to mam tylko kwiecistą kurtkę, z którą idealnie wpasowałam się w openerowy klimat. Ajfona brak. Wianka brak… już dawno.

Decyzja podjęta na parę godzin przed wyjazdem, szybkie pakowanie, które skutkowało oczywiście niedoborem ciepłych ubrań i kaloszy. Ale gdyby nie to, chyba nie byłabym tak szczęśliwa, że się w końcu w Gdyni znalazłam.

Napisałam to już na facebookowej tablicy, ale powtórzę: moim pierwszym koncertem na moim pierwszym Open’erze był koncert Michaela Kiwanuki. Nic już nie będzie takie samo. Zmienił się mój ranking ulubionych artystów, bo Kiwanuka dziś plasuje się na pewno przed Archive. I przede wszystkim stałam się zachłanna na więcej Open’era. Stopniowo rozrywało mi serce. Najpierw porządnie naderwał je Kiwanuka, poprawili James Blake i Solange swoim przedziwnym, bardzo nie moim, ale trafiającym do mnie spektaklem wyjętym z amerykańskiego teledysku z lat 70., a skończyło Radiohead, pozostawiając mi jedynie kawałek serca, aby to mogło pompować krew jeszcze następnego dnia festiwalu. Podczas dwóch godzin koncertu Radiohead ja w głowie miałam tysiące pomysłów, podjęłam jedną bardzo ważną decyzję, wymyśliłam plany na najbliższy czas. Głos Thoma Yorke’a był soundtrackiem do mojego prywatnego filmu, którego akcja działa się tej nocy. Nie było nikogo wokół, nawet tych młodocianych dziewczyn w przykrótkich szortach. Michał Nogaś w swojej recenzji koncertu Radiohead stawia pytanie o najważniejszą piosenkę wieczoru. Moja to „All I Need”. I tyle.

Rock’n’roll – choć w tej samej koszulce, przyjechałam do Gdyni też drugiego dnia. A ten dał mi na żywo M.I.A i Foo Figthers. I ponownie, to było wszystko, czego tej nocy potrzebowałam. Zachłysnęłam się tym wydarzeniem, tym powietrzem, obezwładniającym i uzależniającym sposobem bycia, który to miejsce we mnie obudziło. Chcę być taka przez cały rok. Mieć tyle myśli, tak intensywnie czuć, tak kochać. W telefonie pozostawiać mapy słów, tak jak podczas koncertu Radiohead. A może to nie Open’er to sprawił?

Okazuje się, że Open’er nie różni się od innych festiwali. Musisz wybrać, czym dla ciebie jest. Czy ważna jest muzyka i ludzie, którzy mokną z tobą i widzą twoją twarz, gdy tej muzyki słuchasz, czy ważne jest bezrefleksyjne festiwalowanie się i gadanie podczas koncertów. Ja wybieram opcję numer jeden. That’s all I need.