Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Reklamy

Choroba nazywa się muzyka

_mg_4212bw
fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć tego dnia. Ani pory roku, ani miesiąca. Miałam pewnie 15 lat i obsesyjnie słuchałam muzyki wyszukanej w Internecie. W moim mieście nie było sklepu z płytami, a rodzinna kolekcja winyli prezentowała się raczej ubogo. Zresztą nawet igła do gramofonu zdezerterowała i zaginęła w zakurzonych pudłach na strychu. Dźwięk czarnej płyty poznałam więc dopiero kilka lat później. Nie pamiętam jednak tego konkretnego dnia, a przecież zaważył on na późniejszych muzycznych wyborach. Dnia, w którym stałam się biało-czarna. Chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałam Grzegorza Ciechowskiego.

Zaczęło się niewinnie i zupełnie bezpiecznie. Nie zapowiadało się na chorobę i całkowitą infekcję organizmu. Przeskakiwałam po różnych albumach, nie odróżniając Obywatela G.C. od Republiki. Gdzieś w tle mignęło zdjęcie Justyny Steczkowskiej, pewnie uznałam to za przypadek. Przeglądałam czarno-białe zdjęcia autorstwa Andrzeja Świetlika, o których kilka lat później miałam z nim rozmawiać. Jedna z tych fotografii do dziś widnieje na moim pulpicie.

Zakażenie nie ustępowało, przyszedł czas na poezję. „Moja choroba działa powoli/ jak afrykańska trucizna”, pisał Ciechowski w 1977 roku, a moja choroba nabrała tempa. Odkryłam, że Grzegorz Ciechowski to Obywatel G.C., to Grzegorz z Ciechowa, to Ewa Omernik. Obsesyjnie uczyłam się tekstów na pamięć, ubierałam się na biało-czarno. Czytałam Orwella, bo Grzegorz czytał. Wiadomo, klasyczny przypadek fanki. Grzywkę też miałam, ale inspirowaną bardziej hipisowskimi fryzurami, niż grzywką mojego idola. Choć tę także w Nim uwielbiałam.

Oczywiście, że oglądałam „Falę” Piotra Łazarkiewicza, będącą zapiskiem Jarocina ’85, na którym Republika zagrała legendarny koncert. Jasne, że we wszystkich antykwariatach szukałam tomiku „Wokół niej”. Bezskutecznie. Gdy na ustnej maturze z polskiego analizowałam teksty napisane przez Grzegorza, usłyszałam, że silę się na oryginalność i lepszym wyborem byłaby poezja z kanonu lektur obowiązkowych. Dla mnie nie było lepszego wyboru, lepszej poezji. Choroba stała się nieuleczalna.

To ona pcha mnie w grudniu na Powązki. Ta choroba zwala mnie czasem z nóg, gdy włączę dawno niesłyszany utwór. Objawia się przyjemnym skurczem, gdy ktoś przy mnie wymieni Jego nazwisko. Silną ekscytacją, gdy wchodzę do studia, w którym On na pewno był, lub rozmawiam z osobą, z którą tworzył. Bolesnym kłuciem w sercu, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy z Nim nie porozmawiam, nie zrobię wywiadu, nie poproszę o autograf. Zazdrością wobec tych, którzy mieli taką szansę.

W zaawansowanym stadium mojej choroby zaczynam zarażać. Chcę, żeby kolejne pokolenia poznawały Grzegorza Ciechowskiego. On nigdy nie trafił i nie trafi do lamusa. Stał się legendą, ikoną owianą kultem, mityczną jednostką, imperatorem polskiego rocka. A gdyby tak zdjąć tę zbroję z jego ramion i odstawić na bok bagaż sławy, poznamy poetę, ojca i przyjaciela. W grudniu minęło piętnaście lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego. O tym jaki był, jak pracował i co pozostawił wielokrotnie rozmawiałam między innymi z jego synem Brunem Ciechowskim oraz przyjacielem Andrzejem Świetlikiem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy miałam okazję przyglądać się ich pracy nad albumem fotograficznym poświęconym Grzegorzowi. Dołożyłam do niego także swoją cegiełkę, a biało-czarna choroba zajęła każdą komórkę ciała.

Nie wyleczę się, nie chcę i nie umiem tego zrobić. Obyśmy mieli tylko takie choroby na świecie. Nie zabierałyby nam rodziców i przyjaciół. Nie byłoby 15. rocznic, pomników i pamiątek. Byłaby tylko muzyka, a ona przecież i tak jest nieśmiertelna.

_mg_4239
Fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Tekst ukazał się na portalu Anywhere.pl oraz w magazynie „AirGo! (nr 60/2016).
http://anywhere.pl/article,1709,Choroba-nazywa-sie-muzyka