Proxima parada – Barcelona

Dzień dobry, przystanku! Włączam nowy album Norah Jones i przysiadam na chwilę.

Mówię do bloga, jak do pamiętniczka z kolorowymi kartkami pachnącymi sztucznym aromatem malin i truskawek, takiego, w którym pisało się najskrytsze sekrety. Ten blog od początku był takim powiernikiem, może nie sekretów, ale w głowie układających się w zdania myśli o muzyce. Niedługo przystanek skończy dwa lata. Od niego wszystko się zaczęło. Przystanku, cieszę się, że Cię mam. Bez Ciebie nie byłabym tu, gdzie jestem.

Regularnie Cię odwiedzam. I wiem, że Wy, moi czytelnicy, także. Widzę, że tu zaglądacie i bardzo się z tego cieszę. Dziękuję!

Jest tyle premier płytowych w październiku, że chyba tego nie ogarnę. Już nowe albumy wydali Perfect, Cugowscy, Kult, Alicja Majewska, Fisz Emade Tworzywo i Michael Buble, a w ciągu najbliższych tygodni ukażą się nowe krążki Empire Of The Sun, Matta Duska, Organka, Krzysztofa Zalewskiego i Fonetyki. Żegnaj, wypłato – witaj, poszerzona kolekcjo kompaktów. O wszystkich premierach słów kilka się pojawi, tak jak o zbliżających się jesiennych koncertach. Archive w listopadzie na Torwarze – będę!

Ale na przekór złej pogodzie opowiem trochę o słońcu. Cudownym słońcu Katalonii, jej smakach i morzu, nad którym przez tydzień zbierałam energię na całą jesień.

img_20160919_100915
Tossa de Mar, Katalonia

Hiszpańską przygodę rozpoczęłam w Barcelonie. Tam wylądował samolot, z którego z drżącymi nogami wysiadłam, przeżegnałam się trzy razy i zadzwoniłam do mamy, że do Polski wrócę chyba na stopa, bo do samolotu więcej nie wsiądę. To był mój pierwszy lot w życiu i powtarzałam w głowie, że za takie przygody to ja dziękuję. Nie zostanę fanką latania, dla mnie to żadna przyjemność i zero frajdy. Stacjonowałyśmy z Moniką, bo pojechałam tam z przyjaciółką, w turystycznym miasteczku Malgrat de Mar. Niezbyt uroczym, napędzanym gotówką przywiezioną przez turystów. Po sezonie – czyli dziś – jestem pewna, że nie ma tam żywego ducha. Liczyło się jednak morze i plaża, a żeby się na niej znaleźć, wystarczyło wyjść z hotelu i uważając, by nie uronić kropli sangrii, przejść pod torami kolejki – i było się nad brzegiem morza.

img_20160918_140839

Sangria to tamtejsze słodkie wino, które piło się i piło – nie jest mocne, a delikatnie schłodzone idealnie pasowało do każdego posiłku. Ja, fanka wina białego, pokochałam cavę, czyli delikatnie musujące wino pochodzące właśnie z Katalonii, podobne do szampana i takiż szampański nastrój wywołujące. Postanowiłam, że będąc w Hiszpanii, będę jadła wszystko to, czego nie jem w Polsce – to z braku jakiegoś produktu lub moich nie do końca zrozumiałych kaprysów. Na przykład pomidory – tu ich unikam, nie przepadam, a na pewno nie w surowej postaci – w Katalonii wciągałam jeden za drugim. Tam wszystko jest słodsze, dojrzalsze, bardziej aromatyczne. Warzywa pachną cudownie, a owoce są soczyste i pełne słońca. Przekąską po śniadaniu, obiedzie i kolacji były więc melony, które były tak słodkie, że chciało się je gryźć bez końca.

Smak tradycyjnej hiszpańskiej tortilli znałam już wcześniej. Jadłam ją na kolacji przyrządzonej przez znajomych Hiszpanów – to wtedy pokochałam także chorizo. Od tamtego czasu tortillę przyrządzałam sama, ale byłoby grzechem nie spróbować jej także w Katalonii. Cóż, tortilla w małej, uroczej knajpce w Tossa de Mar była idealna. I skoro ten blog zamienił się na chwilę z muzycznego w podróżniczy, muszę o czymś wspomnieć. Tortilla hiszpańska to nie ten meksykański placek, który znamy z barów w Polsce. Tortilla hiszpańska to omlet – przesmażone ziemniaki i cebulę, doprawione solą i pieprzem mieszamy z jajkiem i serwujemy w formie placka. Proste, a jakie smaczne! Obiad we wspomnianej knajpce nie skończył się jednak na tapas. Jako danie główne na stół na wielkiej gorącej patelni wjechała paella – narodowe danie Hiszpanów. My wybrałyśmy wersję z owocami morza i królikiem, do tego sangria z cavą (!) i wstanie z krzesła było już niemożliwe.

Barcelona jest miastem magicznym, barwnym i tętniącym życiem. To miasto kontrastów, bo bieda miesza się tam z niewyobrażalnym bogactwem. Z jednej strony ogromne jachty cumujące w porcie, z drugiej nieciekawa i niebezpieczna dzielnica El Raval. No i dzielnice wypełnione turystami Gracia, L’Eixample, Barri Gotic. Spacer po La Rambli wymaga szczególnego skupienia – nie tylko po to, żeby nie zostać okradzionym, ale żeby dostrzec ozdobne kamienice wyrastające wzdłuż deptaku. I koniecznie trzeba skręcić na La Boqueriia – tamtejszy targ, na którym można zjeść przepyszne kalmary i chorizo, zagryźć świeżą figą, a przy okazji zakupić trochę słodkości do Polski.

Barcelona to Gaudi, Gaudi to Barcelona. To narodowy artysta Katalonii, wariat, religijny fanatyk i geniusz. Zanim poświęcił się budowie Sagrada Familia, stworzył niesamowite budowle, które są jak checkpointy dla zwiedzających. La Sagrada zachwyca. I dzieli, bo jest takim zachwytem jak gombrowiczowski Słowacki. I kiedy ja rzeczywiście przyjęłam z chęcią ten zachwyt, dodatkowo go jeszcze moimi ochami i achami karmiąc, Monika potraktowała go z niechęcią, prawie że cytując: „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. La Sagrada Familia jest ciągle w budowie – to wiadomo. Otoczona jest jednak ulicami i setkami turystów, nie ma więc tam ani miejsca, ani powietrza na to, by przystanąć i w spokoju obejrzeć jej majestat. My odeszłyśmy więc trochę dalej i siedząc przy kawie obserwowałyśmy budowlę z pewnej perspektywy. Zachwycała.

Drugim symbolem Gaudiego w Barcelonie jest Park Guell. To miasto-ogród, którego Gaudi, zajęty pracą nad bazyliką, nigdy nie ukończył. To miejsce oderwane od rzeczywistości, gdzie żaden kąt nie jest prosty, ze ścian krzyczą kolory, a turyści przepychają się na schodach, by zrobić sobie zdjęcie ze słynną salamandrą.

20160920_154913

Nie warto brać przewodnika ani zapisywać się na wyjazdy zorganizowane. Barcelonę najlepiej zwiedzać samemu. Najważniejsze, żeby zaopatrzyć się w mapę, oldschoolowy papierowy przewodnik i całodniowy bilet do komunikacji miejskiej. Metro linii ma więcej niż kolorów na tęczy, ale po dwóch pomyłkach i podróży w stronę przeciwną do zamierzonej, bez problemu można dotrzeć w każde miejsce. I nikt was nie goni. Tylko w głowie cały czas słyszy się głos z metra powtarzający: „proxima parada”, czyli „następny przystanek”. Zostaje w pamięci jak refren piosenki, którą się przeklina, a nuci przez cały dzień.

Spędziłyśmy w Barcelonie dwa dni i zobaczyłyśmy prawie wszystko. Jeśli miałyśmy ochotę na kawę, a pisze to zapalona kawoszka, po prostu przysiadałyśmy i rozkoszowałyśmy się jej aromatem unoszącym się w barcelońskim powietrzu. Tapas? Proszę bardzo. Nie zapomnę momentu, kiedy po naprawdę długim spacerze, w dodatku w szybkim tempie, dotarłyśmy pod uniwersytet – mekkę deskorolkowców z całego świata – i zwyczajnie nabrałyśmy ochoty na piwo. Było gorące popołudnie, mały bar niedaleko Placa de Catalunya, tapasik (oczywiście tortilla) i zimne, tamtejsze piwo. To takie momenty, które zapadają w pamięć.

Najlepszą jednak kawę wypiłyśmy na wzgórzu w Tossa de Mar. To mała miejscowość na północ od Barcelony z piękną XII- wieczną zabudową i plątaniną wąskich uliczek. Z wzgórza celowano niegdyś do piratów, my oglądałyśmy stamtąd niesamowity lazur morza i jachty przycumowane do brzegu.

Przeczytanych książek: dwie. Opalenizna: odcień mniej blady niż blady. Wypitych butelek wina: więcej niż dużo. Zachwytów: jeszcze więcej. Hiszpania pochłania, podrywa i czaruje. Jeszcze tam wrócę, w końcu kto napił się wody z fontanny na La Rambli, ten na pewno powróci do Barcelony. Ja planuję.