List do M. (Mistrza)

Pilchu, inspirujesz – chciałam powiedzieć do Jerzego Pilcha podczas ostatnich Targów Książki w Warszawie. A raczej: Panie Jerzy, dzięki panu piszę. A tak w ogóle to: Mistrzu, dziękuję. Tak ze łzami w oczach powiedziałabym do Jerzego Pilcha, gdybym jednak postanowiła czekać w ogromnej kolejce ustawionej przed małym stolikiem przy stoisku Wydawnictwa Literackiego. Nie czekałam, bo cierpliwość u mnie równa zeru. Wystarczyło mi spojrzenie na Niego. Wątłego, schorowanego człowieka z drżącymi dłońmi. Nie szkodzi, Panie Jerzy, nie szkodzi. Nie mam Pana autografu, choć i tak tego dnia nie podpisywał Pan książek osobiście. Wiem, parszywa choroba… Ale łykam Pańskie książki, z wypiekami na twarzy czytam o Zuzie i o Krakowie. O Tomaszu Mannie i o Pana babce. Wypatruję na Nowym Świecie i na Chmielnej. Też żałuję, że zamknięto Traffic Club, bo mogłabym tam Pana spotkać. Pewnie nie odważyłabym się podejść. A może to Pan spojrzałby na mnie? A ja, spłoszona, zaszyłabym się między regałami z polską literaturą. Bo wie Pan, ja literaturę kocham. Polską, tak jak muzykę. Po polsku wszystko brzmi pięknie, od Reymonta, przez Karpowicza, po teksty Osieckiej i Cygana. Tego ostatniego poznałam. I ugięły mi się nogi, bo to przecież poeta polskiej piosenki. Ja znam wielu ludzi, młodej dziennikarce poznawanie ludzi przychodzi bardzo łatwo. Pana poznałam na odległość, kiedy wspinałam się na palcach, by ujrzeć Pana twarz zza wielu nieznaczących dla mnie, a znaczących dla Pana, głów czytelników.
Dziękuję za ostatnią książkę. Tak jak za Dzienniki. Proszę o następne, proszę, nie żegnaj się ze słowem. Ja zawsze będę Cię, Mistrzu, czytać. Chociaż wiem, że zawsze nie ma nigdy.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Reklamy

Jak pisałam o Liście Przebojów Trójki

Kończę czwarty rok studiów dziennikarskich i wybieram temat pracy magisterskiej. Znowu radiowo. I przypominam sobie, jak rok temu nanosiłam ostatnie poprawki do licencjatu. Pogoda sprzyjała jak dziś, ja przy smooth jazzie – przy którym do teraz pisze mi się najlepiej – kończyłam jeden z najważniejszych tekstów. Bo o Trójce, bo o radiu, bo trochę o mnie. Pamiętam, że opublikowałam tu jedną część (Tutaj), daję Wam następną. Miłej lektury!

Edycja przy użyciu Lumia Selfie

Część 2. Lista Przebojów Programu Trzeciego na przestrzeni lat

To naturalne, że przez ponad trzydzieści trzy lata istnienia formuła Listy ulegała zmianom. Rewolucji uległo to, co tworzy audycję, czyli głosowanie na piosenki, ale i sama Lista „wędrowała” po ramówce stacji. Jak pisze Weiss w 33 x Trójka, na początku Listę Przebojów można było śledzić w sobotnie wieczory, od dwudziestej do dwudziestej drugiej.
W 1990 roku przeniesiono ją na piątek, by 17 lat później znowu na sobotę. Od 2010 roku widnieje w ramówce znów w piątkowe wieczory.[1] Początkowo zestawienie wyglądało następująco: dwadzieścia utworów w głównym notowaniu i dziesięć w uzupełniającym zestawieniu, czyli Poczekalni. Niedźwiecki przyjął zasadę, że piosenka, która zsuwa się z listy, nie trafia do Poczekalni. Wbrew temu, kilku zastępujących Niedźwieckiego, praktykowało taki sposób. Z ubiegiem lat zestawienie się wydłużało. W 1983 roku Poczekalnia miała już dwadzieścia miejsc, następnie w ogóle zniknęła, wróciła w wymiarze dziesięciu miejsc, by znowu przepaść. W 1989 roku było już pięćdziesiąt miejsc (w tym Poczekalnia najpierw dziesięć, potem w 1990 roku dwadzieścia miejsc). Tak Lista wygląda do dzisiaj – trzydzieści utworów w podstawowym zestawieniu, dwadzieścia miejsc w Poczekalni.

Jednak żeby piosenka pięła się lub opadała w zestawieniu, w ruch ten muszą wprowadzić ją głosy słuchaczy. Te najpierw przyjmowano na kartkach pocztowych, na których głosujący musiał zapisać dwa tytuły – jeden polski i jeden zagraniczny. Od 1984 roku były to już trzy dowolne utwory, od 1986 pięć, a od 1989 roku dziesięć.[2] Głosowano również telefonicznie, a przy aparatach dyżurowali wspomniani kaziowie, głównie Halina Wachowicz. Przełomem był rok 1996. Latem tego roku uruchomiono system, dzięki któremu fani mogli głosować na piosenki przez internet. Z czasem ta droga głosowania wyeliminowała pozostałe. „Myślę, że głosowanie internetowe uratowało Listę, kartek przychodziło coraz mniej” – wspomina Marek Niedźwiecki w książce Lista Przebojów Trójki. ABC druhów zastępowych i kaziów.

„Nie wiem, ile ludzi głosowało kartkami, bo tego nie liczyliśmy. Najwięcej głosów dostała chyba Biała flaga Republiki. 1700 kartek pocztowych to było coś. Pierwszy zmasowany atak nastąpił jednak w przypadku Autobiografii Perfectu. Ponad 1400 głosów. Z tym, że druga piosenka w zestawieniu miała już grubo mniej niż 1000.”[3]

Muzycznym ewenementem, jeśli chodzi o pobyt na Liście, jest zespół ArchiveOd premiery, 1 listopada 2002 roku, piosenka Again utrzymała się w zestawieniu 79 tygodni. To prawie dwa lata nieustannej obecności na Liście, w tym pięciokrotnie na miejscu pierwszym.[4]

Ważnym elementem całej machiny radiowej są realizatorzy. I tak jest również w przypadku Listy, do której sukcesu przyczynili się także ci, których nie było słychać na antenie. Pierwszym realizatorem Listy i tym, który zaproponował odejście od grzecznego i poukładanego wizerunku Niedźwieckiego jako pana od listy przebojów był Marek Dalba. Poza nim program realizowali bądź realizują nadal Barbara Głuszczak, Elżbieta Malinowska, Roman Chomicz, Jan Gadomski, Michał Jakubik, Agnieszka Łukasiewicz i Zofia Kruszewska. Ta ostatnia tłumaczy:

Lista Przebojów zawsze uważana była za program najtrudniejszy w realizacji – i to prawda: wymaga większej koncentracji, jeszcze bardziej – niż zazwyczaj – współpracy. Jest szybsza, dużo w niej kreatywnej zabawy – oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu.”[5]

To realizatorzy odpowiadają za dźwięk, który słychać w eterze – począwszy od głosu prowadzącego po dżingle. A te ostatnie w Liście również mają swoją historię.

Początek każdego programu to połączone fragmenty dwóch utworów grupy Ultravox: The Ascent oraz Your Name (Has Slipped My Mind Again). Kolejnym charakterystycznym dżinglem jest podkład z utworu The Look of Love zespołu ABC. Nowość w zestawieniu zapowiada z kolei fragment z Into The Lens z repertuaru Yes. W trakcie czytania skrótu notowania słuchacze najczęściej mogą usłyszeć Blow duetu Sophie & Peter Johnstone, Out of Touch Darylla Halla i Johna Oatesa lub Life’s What You Make It grupy Talk Talk. Jednak z pewnością najciekawsze z dżingli to te, będące wyciętymi fragmentami rozmów telefonicznych ze słuchaczami. Takie dżingle są montowane na bieżąco i nie żyją na antenie zbyt długo. Znany przed laty był między innymi dźwięk, w którym dziewczęcy głos powtarzał: „Ja chcę do Marka, ja chcę do Marka …”[6]

Lista Przebojów Programu Trzeciego nie zawsze nadawana jest ze studia przy Myśliwieckiej. Od czasu do czasu organizowane są tak zwane listy wyjazdowe, które Trójka realizuje w różnych miastach w Polsce. Takie audycje miały miejsce między innymi w Augustowie, Szklarskiej Porębie czy we Wrocławiu (np. 17 kwietnia 2015 roku).[7] Marek Niedźwiecki znany jest jednak z tego, iż do tego typu przedsięwzięć podchodzi raczej sceptycznie, a kwintesencją takiego podejścia jest jego cytat z książki Marcinkowskiego i Jarosza: „No i notowania wyjazdowe – kompletna beznadzieja, generalizując.”[8] Na moje pytanie o Listę nadawaną z Wrocławia redaktor odpowiedział tymi samymi słowami.

Taki sam „zachwyt” budzą u Niedźwieckiego wszelkie jubileusze Listy. Pierwszy raz świętowano 100. wydanie Listy w 1984 roku. Później była osiemnastka, ćwierćwiecze, trzydziestolecie oraz najświeższe – 33. urodziny Listy Przebojów zorganizowane 24 kwietnia 2015 roku w studiu im. Agnieszki Osieckiej.[9] Niedźwiecki za każdym razem jednak podkreśla, iż te specjalne notowania to dla niego ogromny stres. „Nienawidzę notowań jubileuszowych i właściwie chciałem wziąć urlop na 1500., bo wszyscy oczekiwali, że my zrobimy szpagat, a my tego szpagatu nie umiemy robić” – mówił w wywiadzie z Marcinkowskim i Jaroszem. „Myślę, że na antenie dla słuchacza, który siedzi w domu, to brzmi okropnie. Tutaj jest ciżba ludzka, pełno gości i wszyscy mówią miłe słowa, że fajnie. Właściwie co ja mam na to mówić?”[10]

Nie należy zapomnieć o dwóch znaczących notowaniach, odbywających się równolegle do Listy Przebojów w regularnych odstępach czasowych. Pierwszy to Top Wszech Czasów wymyślony przez redaktora Niedźwieckiego. Przedstawiany jest zawsze w pierwszy dzień nowego roku, a od wielu lat niezaprzeczalnym triumfatorem zestawienia jest zespół Dire Straits z utworem Brothers in Arms.[11]

Drugim zestawieniem – i tu inicjatorami było trzech Piotrów, czyli Metz, Baron i Stelmach – jest Polski Top Wszech Czasów istniejący na antenie od 2008 roku. Ten z kolei prezentowany jest w pierwszych dniach maja. Jeden z założycieli tak to komentuje:

„Sukces podstawowego Topu spowodował, że polski odpowiednik był czymś naturalnym. Radia mają obowiązek grać dużo polskich utworów, a z tym czasem jest problem. Co prawda Trójka miała od zawsze tradycję grania po polsku, ale taki top dodatkowo pozwala grać sporo polskiej muzyki.”[12]

W tym zestawieniu zwycięzcami byli Czesław Niemen z utworem Dziwny jest ten świat (Polski Top Wszech Czasów, wydanie numer 1,2,3 oraz 6), Republika z Białą flagą (Polski Top Wszech Czasów numer 4 i 5), zespół Sztywny Pal Azji i ich Wieża radości, wieża samotności (Polski Top Wszech Czasów nr 7), zaś w 2015 roku triumfowała grupa Perfect z przebojem Autobiografia.[13]

Jeden z kaziów, Dariusz Fabisiak, współpracujący z Niedźwieckim w latach 1985 – 1989 tak wyjaśnia fenomen Listy:

„Być może Trójka była po prostu jedyną w tym momencie stacją, która prezentowała taką muzykę, jakiej słuchacze oczekiwali. Nikt tu nikomu nic nie narzucał. Były inne radiostacje, które prezentowały inną, swoją muzykę, natomiast Trójka miała specyficznych słuchaczy, którzy w zasadzie słuchali tylko Trójki.”[14]

Natomiast Grzegorz Miecugow, były dyrektor Trójki ale też jeden z druhów zastępowych, wspomina:

„Świetny to był czas dla polskich zespołów – pojawiały się te wszystkie zespoły jak Republika, Lady Pank, Oddział Zamknięty, Armia, Hołdys z Perfectem, potem Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, jakieś Dezertery czy początki T.Love. (…) To wszystko zaczynało się od Trójki, bo każdy artysta, który coś wartościowego zrobił, sam chciał, żeby to się pojawiło w Trójce. To było najlepsze miejsce.”[15]

Marek Niedźwiecki w książce 33 x Trójka powiedział:

„Najlepsze okresy Listy przypadają na dobrą passę polskiej muzyki. Pamiętam taki czas, kiedy najwyżej notowanym polskim wykonawcą, na siedemnastym miejscu, był zespół Wilki. To najsłabszy okres w historii Listy, mało ludzi wtedy głosowało. Największe emocje wywołuje bowiem polska muzyka. I jeżeli polska muzyka dobrze stoi, wtedy jest więcej głosów; jeśli słabiej, głosów jest mniej …”[16]

Pozytywne odczucia ma Piotr Metz, który mówi:

Lista ciągle jest fajnym przewodnikiem po tym, co się dzieje. Chyba nawet bardziej niż kiedyś. W latach osiemdziesiątych różnica między tym, co było na rynku, a tym, co było na Liście, wynosiła może 1%, a może w ogóle jej nie było. Teraz tak nie jest, bo jest taki zalew różnych rzeczy, że Lista jest pewnym wyborem (…).”[17]

Dla wielu słuchaczy, z różnych pokoleń, Lista Przebojów Programu Trzeciego była i jest wyrocznią. To na niej Polacy kształtują swoje gusta muzyczne. Marek Niedźwiecki przez lata wypracował ogromne zaufanie społeczne, bo jeśli coś znajdzie się na Liścieto znaczy, że jest dobre. Słuchanie audycji to swojego rodzaju rytuał, tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Maj 2015

[1]  Weiss W. (2012), 33 x Trójka. Poznań: Vesper, s. 33.
[2] Ibidem, s. 33.
[3] Jarosz J., Marcinkowski J. (red.), (b.d.) Lista Przebojów Programu Trzeciego.
ABC Druhów Zastępowych i Kaziów
. Świeszyno: Agencja Wydawniczo-Artystyczna jotem3.pl, s. 14.
[4] Lista Przebojów Programu 3, http://lp3.polskieradio.pl/wykonawca/artykul387,87435_archive.aspx (10.05.2015).
[5] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 94.
[6] W. Weiss (2012), op. cit., s. 44.
[7] Trójka we Wrocławiu – mieście z Trójkowym Znakiem Jakości (2015), http://www.polskieradio.pl/9/29/Artykul/1422926,Trojka-we-Wroclawiu-miescie-z-Trojkowym-Znakiem-Jakosci (dostęp: 10.05.2015).
[8] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 19.
[9] Sto lat Liście Przebojów Programu 3! (2015), http://www.polskieradio.pl/9/201/Artykul/1428743,Sto-lat-Liscie-Przebojow-Programu-3 (dostęp: 10.05.2015).
[10] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 18.
[11] Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/topnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[12] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 113.
[13] Polski Top Wszech Czasów, http://lp3.polskieradio.pl/polskitopnotowanie/ (dostęp: 10.05.2015).
[14] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 55.
[15] Ibidem, s. 118.
[16] W. Weiss (2012), op. cit., s. 24.
[17] J. Jarosz, J. Marcinkowski (red.), op. cit., s. 115.

 

Gdy spotykam mistrzów

Ray Wilson wszedł do studia jak do domu dobrych znajomych. Nic szczególnego, ale rzadko zdarza się, żeby obecność gościa powodowała ciarki na moich plecach.

wgKawki-5140
Ray Wilson w Trójce, fot. Darek Kawka

To kolejny wyjątkowy gość Markomanii. Ray Wilson jest wokalistą, gitarzystą, członkiem supergrupy Genesis, twórcą projektu Genesis Classic oraz… poznaniakiem. Zamieszkał w naszym kraju na stałe, tu koncertuje oraz prowadzi swoją fundację. Ray Wilson Foundation dba o wyrównywanie szans w dostępie do kultury oraz aktywizuje marginalizowane jednostki.

Markowi Niedźwieckiemu opowiedział o nowej płycie Song For A Friend. W koszulce z Davidem Bowiem i z gitarą pod pachą bronił statusu gwiazdy rocka. Minęły czasy, kiedy faceci z gitarami wywołują omdlenia (John Mayer to piękny wyjątek), a rockmanom przypina się łatkę nieprzystępnych i niedostosowanych do życia w społeczeństwie kosmitów. Ray Wilson – nic w tym szczególnego – to bardzo sympatyczny człowiek. Szczególny ma jednak głos – radiowy! Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy lepiej słuchało się go mówiącego, czy śpiewającego, ale w momencie, gdy grał na żywo w studiu, po moich plecach przeszła armia ciarek.

wgKawki-5242
Ray Wilson w Trójce fot. Darek Kawka

Hasłem najnowszej płyty Wilsona jest podróż. Podróż, która ma być sensem życia, a album tę drogę podsumowuje. Podróż, która pozwoli ci uciec od demonów i doda ci odwagi, duchowej odwagi. To świetny krążek, który skłania, jeśli nawet nie do głębszych przemyśleń, to do odrobiny melancholii.

WP_20160515_10_18_12_Pro

PS Jakie ładne autografy, prawda?

Autorem zdjęć do jednego z koncertowych wydawnictw Raya Wilsona jest Darek Kawka, fotograf współpracujący z Trójką. I nie tylko z radiem, bo w swoim portfolio ma szereg uwiecznionych koncertów i sesji zdjęciowych muzyków. Dołączyłam do tego zacnego grona, bo Darek Kawka zrobił mi parę fantastycznych ujęć, którymi muszę się pochwalić. Tym samym przyczynił się do nowej oprawy mojego blogu, za co – Darku – wielkie dzięki.

wgKawki-5752
fot. Darek Kawka
wgKawki-5782
fot. Darek Kawka
wgKawki-5576
fot. Darek Kawka
wgKawki-5712
fot. Darek Kawka

Dobre rzeczy się dzieją, gdy spotykam mistrzów.

Przystanek Berlin – Hamburg – Warszawa

Berlin tonie wśród metalowych dźwigów i żurawi, Hamburg zachwyca mnie portowym klimatem, ale to w Warszawie mam wiosnę i stos płyt do przesłuchania.

Przeniosłam centrum dowodzenia na balkon. Walczę trochę ze słońcem, ale ile przyjemniej jest pisać na świeżym powietrzu i podczas przystanków wpatrywać się w spokój ogródków działkowych i samochody na Wale Miedzeszyńskim tuż za tą zieloną oazą. A piszę sporo, dopiero co udało mi się wyczarować wywiad  „z ciekawym człowiekiem”, o czym niedługo więcej i z silniejszą dumą.

A w majowy weekend wsiadłam do ekspresu i ruszyłam w podróż. I chociaż nie był to ekspres Paryż-Moskwa, nie startował o 17.15 tylko punkt 6, i nie była to „mimowolna podróż kochanków”, to i tak skończyło się na Ciechowskim, który zabrzmiał w Polskim Topie Wszech Czasów słuchanym podczas ostatniego śniadania w Hamburgu. Ale zaczęło się od Berlina.

Berlina, który zapamiętałam jako piękne, wielokulturowe miasto, łączące historię cesarstwa i komunizmu z bogatą nowoczesnością wieżowców i drogich samochodów. I ta nowoczesność wiedzie obecnie prym, bo wydaje się, że Berlin buduje się na nowo. Wszechobecne place budowy, metalowe żurawie i dźwigi, zamknięte ulice i ogromny hałas – taka obecnie jest stolica Niemiec. Nawet w Muzeum Pergamonu większa część wystawy w modernizacji, jakby kustosz nie chciał być gorszy i także zapragnął zrealizować „plan na sto lat”.

WP_20160429_13_26_38_Pro

Mimo wszystko to nadal jest miasto, które naprawdę lubię. Wykorzystując pogodę idealną na spacer, bez pośpiechu połaziliśmy po centrum, robiąc przystanki na kawę i zdjęcia. Zaczęliśmy od Bramy Brandenburskiej, od której Unter den Linden leniwie przeszliśmy na Wyspę Muzeów. Ja na zmianę – to wsadzałam nos w przewodnik – to zadzierałam głowę do góry, by odszukać budynki, o których w przewodniku na bieżąco czytałam. A czytałam na głos, bo miałam dwoje słuchaczy, mniej lub bardziej zainteresowanych tym, co mówię. Po krótkiej – rozczarowującej niestety- wizycie w Pergamonie, przeszliśmy na Alexanderplatz, wcześniej jeszcze zaliczając obowiązkowy punkt programu. Currywurst popijane świetnym niemieckim piwem smakowało, może nie egzotycznie, ale wyjątkowo dobrze. Wspomniany Alexanderplatz brudny i zaśmiecony, a język polski słychać było na każdym kroku. Niestety głównie za sprawą „tej dzisiejszej młodzieży” zbierającej na mało legalne w Polsce używki. Pomyślałam, że lepszy klimat do tego byłby na innym dworcu, bo z tego co pamiętam, w latach 70. wszystkie „dzieci spały na Dworcu Zoo”. Kolejny punkt obowiązkowy, punkt historyczny, czyli Checkpoint Charlie, miejsce kiedyś tragiczne, dziś stało się rozrywką dla turystów. Żołnierze amerykańscy, a raczej przebierańcy, ale niech będzie, że z amerykańską pewnością siebie zaczepiają turystki i nakłaniają do zdjęcia „za drobną opłatą”. Bo która nie chciałaby mieć z zdjęcia z żołnierzem? Dalej szybki spacer po Potsdamer Platz i ostatnia kawa zagryzana jeszcze lepszym ciastem marchewkowym.

W Hamburgu co rusz, to zaskoczenie. Począwszy od mojej, lepszej niż podejrzewałam, kondycji w posługiwaniu się językiem niemieckim, przez autentyczny zachwyt portową architekturą, po najlepsze na świecie jedzenie. Po pierwsze – moja nauczycielka z liceum byłaby ze mnie dumna. Ilość słów, które dotąd pamiętam z lekcji niemieckiego w szkole, szczerze mnie wzruszyła. Po drugie – co najbardziej spodobało mi się w Hamburgu, to wierność historii. Odrestaurowane budynki zachowały swoją tradycyjną fasadę, przez co miasto wciąż wygląda tak, jakby zaraz miał podpłynąć statek ze świeżym transportem pieprzu gromadzonym w spichlerzu zalanym ze wszystkich stron wodą. To miasto mostów i kanałów, pięknych kamienic z czerwonej cegły, gdzie oddycha się świeżą bryzą znad Morza Północnego.

WP_20160503_16_27_11_Pro

Zamiast płyt przywiozłam jakieś dwa dodatkowe kilo zdobyte wskutek niekończącej się „degustacji”. Pyszne bawarskie jedzenie, cynamonowe Franzbrötchen do kawy i oczywiście Fischbrötchen z budki (!) w zoo, a świeżutkie i najsmakowitsze pod słońcem. Pełnoletnia jestem, więc mogę napisać, że ulegałam pokusie i kilka niemieckich piw z pianką wypiłam. Nieświadoma szczególnie upodobałam sobie jedno, a jak później mi wytłumaczono – robotnicze piwo z czasów wiadomego systemu, o podwyższonej zawartości procentowej. Czyli jak najbardziej retro.

Wróciłam do Warszawy, a tu stos płyt. Nie umiem utrzymać ich w porządku, ale wszystkie przesłuchuję. Gra mi właśnie Gregory Porter, ale jest tak dobry, że przestaję pisać, robię drugą kawę i słucham. A chciałam napisać o innej premierze.

Edycja przy użyciu Lumia SelfieBardzo żałuję, że nie po polsku, bo utwór kończący album spodobał mi się najbardziej. I choć Ani Szarmach nie można odmówić talentu, to zaproszeni przez nią do współpracy goście ubarwiają album. A to mistrzowie w swoim fachu – oczywiście Frank McComb oraz Adam Bałdych i Marcin Wasilewski. Ania przy nich rozkwita, staje się rasową frontmanką, prawdziwą superwoman. Może ta siła, której nabrała, spowodowała pewne zamieszanie. Zarówno w muzyce, jak i wydawnictwie. I kiedy niepasujące z pozoru do siebie piosenki mogą stworzyć historię zmieniających się inspiracji artystki oraz różnorodności uczuć, to okładka i sesja zdjęciowa w środku to malutki chaos. Tyle wymądrzania, ja Shades of Love polecam, bo dobrą muzykę polecać należy, a jeszcze bardziej należy jej słuchać. Ani Szarmach należy słuchać.

 

13214458_10209431681578404_984904923_o
Ania Szarmach gościem „Markomanii”, Trójka, fot. Darek Kawka