Studium przypadku studia

Studio to nie miejsce dla wybranych. Często przecież do radia przybywają osoby bynajmniej nie wiedzione głosem serca. W studiu może się znaleźć każdy, ale nie każdy będzie wydłużał tę chwilę tak bardzo jak tylko się da.

To ja zacznę jak zwykle. Marek Niedźwiecki powiedział w ostatnim z wywiadów, że lubi tą swoją powtarzalność dnia. Co rano kanapka z tym samym, ten sam sprzedawca na bazarku, tylko na Liście Przebojów co i raz zmiana na miejscu pierwszym. A ja zawsze, przysiadając do pisania, robię kawę, którą wypijam przy pierwszym zdaniu. Bo kawa musi być gorąca. Włączam muzykę, robię parę zdjęć, które chcę umieścić, siadam przy stole w kuchni i zaczynam pisać. Ostatnio pomyślałam, że chciałabym robić to samo przez całe życie. Być pisarką? Raczej piszącą dziennikarką, bo z radia przecież nie zrezygnuję. Zajmować się słowem. To by było coś!

Ta płyta w głośnikach to zespół Slow, o którym za chwilę. Ale pięknie gra…

Spotkało się dwoje zakochanych. Nie będzie to historia romansu, bo tych dwoje zakochało się dawno temu w muzyce i długi z nią romans prowadzą od wielu lat. I choć zaczęłam tę opowieść banalnie jak słabą prozę dla singielek, to w tej historii ważne są uczucia. Kto słucha muzyki w takich ilościach, u tego uczucia także nabierają mocy. Ja moc muzyki i moc dobra znalazłam w studiu. Studiu Woobie Doobie u Wojtka Olszaka.

woobie doobie studio

Wojtek Olszak – pianista, producent muzyczny, kompozytor, realizator, dobry człowiek, świetny rozmówca. Fan Trójki i Marka Niedźwieckiego. Artysta, twórca, miłośnik muzyki i whisky. Czy czegoś jeszcze potrzeba, żebyśmy się dogadali?

Zaproszona przez Wojtka pojechałam do Sulejówka i miejsca, które – tak jak moja torba płytami – wypełnione było klawiszami. Małe, urocze i klimatyczne studio idealne do tworzenia, a w moim wypadku – słuchania muzyki. Bo rzeczywiście my tam słuchaliśmy muzyki, a rozmowy były tylko małym przerywnikiem. A gdy były – tematy i tak krążyły wokół dźwięków. Mało odkrywcze będzie stwierdzenie, że słuchanie albumu w warunkach studyjnych przenosi w nowe, zupełnie nieodkryte rejony, gdzie słychać to, czego na domowym sprzęcie się nie wychwyci. Ale u Wojtka jest jeszcze coś – pierwszy odtwarzacz CD jaki w ogóle pojawił się na rynku czyli Sony CDP-101. Old school i to jaki piękny!

WP_20160322_20_34_50_Pro

Wzięłam pod pachę te moje, ukochane płyty, by zaczarować je jeszcze bardziej. Słuchałam więc i słyszałam więcej u Jafii, Ani Dąbrowskiej, nawet Gentleman lepiej brzmiał, chociaż wstyd mi było go wyjmować… Bo tu producent, którego idolem jest Quincy Jones, a ja wyjmuję album Gentlemana. Ale pożałowałam odsłuchania tych wszystkich krążków, kiedy wyjęłam ten najważniejszy. Kiedy słuchaliśmy Obywatela, każdy przesłuchany przez tych wiele lat utwór chyba na chwilę stracił sens. W złym guście jest chełpić się zbytnią wrażliwością na muzykę, bo to kurtuazja i przerost formy nad treścią. Dlatego nie napiszę o tym, że łzy były główną reakcją na to, co słyszałam. A słyszałam nawet to, jak Grzegorz sepleni, czego generalnie w nagraniach nie słychać. Dotąd żałowałam głównie tego, że nie usłyszę Go na żywo, bo gdy zaczynałam słuchać Republiki, On już nie żył. A tu, przez 6 minut trwania Nie pytaj o Polskę słyszałam żywego Grzegorza Ciechowskiego, a taka myśl nie towarzyszyła mi nigdy wcześniej.

Nie będę przecież ukrywała, żeśmy z Wojtkiem pili whisky, gadali o radiu i muzyce, żeśmy ponarzekali na co niektórych, a niektórymi się zachwycili. To wszystko sprawiło, że Woobie Doobie Studio to mój kolejny studyjny azyl. Zaraz po reżyserce studia M2.

Muszę, ale to muszę (!) wspomnieć o klipie do utworu, o którym już pisałam. Takich jak my nie przestało mi się podobać, a teledysk – chociaż inny z moją wizją piosenki – wypadł lepiej niż dobrze. Czekamy na płytę!

Reklamy

Tylko i nie tylko piosenki

Rozpoczyna się niepokojem zapowiadającym ból. Jednak po chwili ten ból łagodzi niesamowite, wydobyte jakby spod ziemi ciepło w głosie wokalisty. Właśnie ukazał się nowy singiel grupy Small Mechanics.

Cieszę się, że Mechanicy znów tworzą po polsku. Na ich debiutanckim albumie The Gift znalazł się świetny numer Gęstnieją jesienie z tekstem warszawskiego poety-nawijacza, niezawodnego Pawła Sołtysa, czyli Pablopavo. Ten jedyny akcent na płycie nie zaspokoił mojego głodu na polski tekst u Mechaników, dlatego bardzo się cieszę, że nowy singiel zapowiada zmiany. Bo Karol Wróblewski – wokalista zespołu – śpiewa tak, jakby śpiewał poezję. Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Karola w nagraniu Postcard Sessions i ten pierwszy zachwyt do dziś nie minął.

Nowy singiel Takich jak my utrzymany jest w stylistyce charakterystycznej dla Mechaników, czyli bazującej na połączeniu elektroniki i melodyjnego popu. I choć w tekście mowa o biegu w światło, ja myślę tu raczej o spowolnionym tempie w upalny dzień. Ten utwór pachnie gorącym latem, kiedy powietrze jest ciężkie, a ten ciężar czuć na opalonych ramionach. Są takie piosenki, które wpasowują się w porę roku. To, co teraz słyszę, łączy się ze słońcem w proporcjach 1:1 i tworzy duet idealny.

WP_20160405_09_59_59_Pro.jpg

Premiera teledysku oraz koncert Small Mechanics w najbliższy piątek, 8 kwietnia w warszawskim klubie Chyba Ty.


Przecież to tylko piosenki –  odpowiedział  Kortez na moje pytanie o to, jakie uczucia towarzyszą mu przy tworzeniu muzyki. – Na pewno „tylko”? – zapytałam. – Tylko i nie tylko – uśmiechnął się i oboje wiedzieliśmy, o co chodzi.

Z Kortezem udało mi się porozmawiać po jego warszawskim koncercie w Palladium, które wypełniło się po brzegi. Mówiłam o tym spotkaniu na kilka dni przed i kilka dni po, bo to taki artysta, którego muzyka towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy. Przetrzymałam z nim najgorsze zimowe mrozy i wypiłam niejedną butelkę wina. Po tym niekrótkim czasie obcowania z jego twórczością nareszcie go poznałam. Rozmawialiśmy chwilę – o pisaniu piosenek, o tym, że jego obecność na scenie wywołuje u ludzi niesamowite uczucia i o tym, że jest urodzonym solistą. Uważamy tak oboje, jednak – kiedy ja preferuję Korteza solo na scenie – on przyznaje, że zespół wspomaga jego, jeszcze nie doskonałe, umiejętności sceniczne.

WP_20160330_22_51_13_Pro
Z Kortezem, 30 marca 2016, Palladium, Warszawa

Faktycznie, koncert nie był doskonały. Sam wokalista miał kilka potknięć, wynikających może z przejęcia i nerwów, a może z nieposkromionych górnych dźwięków, z którymi Kortezowi jeszcze nie do końca po drodze. Bo w niskich tonach jest świetny. Tak jak w pisaniu piosenek. Nie oszukujmy się – Łukasz Federkiewicz to fenomen. Chłopak ubrany w dres, z czapką na głowie, o wyglądzie… „podejrzanego typa”, pisze piosenki, które wbijają w podłogę. I ten chłopak w czapce, siedząc zgarbiony przy fortepianie, grał tylko dla siebie i nie tylko dla siebie. Na tych parę minut był zamknięty – jak mały chłopiec, który skupia się na tym, by coś rozpracować, złożyć, zbudować – Kortez z głową prawie przy klawiaturze grał i walczył ze swoimi emocjami z tekstu.

Mój zachwyt przybierał stany ze skraju wytrzymałości i opadał. Nie był to równy koncert, a wykonanie niektórych utworów nie przebiło nagrań z albumu. Momentami przymykałam oczy, bo obraz nie był mi potrzebny. Ale chociażby koncertowa wersja Uleciało – utworu, który na płycie podobał mi się najmniej – ukazała nową jakość. Czy zespół Kortezowi przeszkadzał? Chwilami. Dlatego – chociaż to był naprawdę przyjemny, muzyczny i wyjątkowy wieczór – cieszę się, że mam Korteza także solo. W moich głośnikach, kiedy słucham go sama w mieszkaniu.

WP_20160405_11_45_01_Pro