Gdzie ci mężczyźni? Na scenie!

Gdy na scenie stoi facet z gitarą, to tak, jakby stał tam tylko dla ciebie. Choć w domu czekają żona i dzieci, niedopita od rana kawa, stos rachunków do zapłacenia i niezłożony regał – nie spojrzysz na niego w ten sposób. On nie będzie miał „zwykłego” życia, bo przecież scena to jego naturalne środowisko. Tuwim powiedział kiedyś, że mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie. Czyżby to zachwyt w oczach kobiety napędzał artystów do działania? Przecież nie od dziś wiadomo, że muza była kobietą.

Marzeniem chyba każdej kobiety jest to, aby powstał o niej tekst do piosenki. Znam to uczucie, bo taki tekst mi kiedyś wręczono. Ta pomięta kartka jest jedną z ważniejszych pamiątek z czasów, kiedy miałam jeszcze naście lat. Zakochanie się jest wtedy sprawą śmiertelnie poważną. A jeśli kochasz się w muzyku, który śpiewa o tobie i do ciebie – myślisz, że Romeo i Julia przy was to para kompletnie bez polotu. Z tej miłości i tej piosenki niewiele zostało, a ja teraz z kroplą sentymentu, która właśnie wpadła mi do kawy, mogę pisać o tym na blogu. Tamten chłopak z gitarą i długimi włosami był jednym z pierwszych muzyków, których w życiu poznałam. A wspaniałych i inspirujących muzycznych pasjonatów od tamtej pory udało mi się spotkać jeszcze wielu.

Moim najważniejszym mężczyzną w muzyce jest oczywiście Grzegorz Ciechowski. Wiele już tu o nim pisałam, ale najświeższą jest informacja o tym, że zespół Fonetyka przygotowuje album z tekstami Grzegorza. Fonetyka to do niedawna trio, obecnie poszerzone o basistę, które na swoim koncie ma dwa albumy z muzyką napisaną do wierszy polskich poetów. Debiutancki Requiem dla Wojaczka oraz Bursa obroniły się przede wszystkim za sprawą tekstów, więc w przypadku nowego wydawnictwa sukces wydaje się być gwarantowany. Przemek Wałczuk, lider Fonetyki, wybrał te teksty Ciechowskiego, które nigdy nie stały się piosenkami. Dlatego właśnie projekt zasługuje na uwagę, bo ma szansę wyróżnić się na tle wypuszczonych w świat, a niestety słabych coverów Republiki.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Z Panem Jackiem Cyganem, Trójka, 14 marca 2016

WP_20160315_14_18_25_Pro

W temacie pisania piosenek. Pobiegłam niedawno na Myśliwiecką, żeby poznać Jacka Cygana, który był gościem Pana Marka w przedpołudniowym Zapraszamy do Trójki. Tak jak podejrzewałam – Jacek Cygan to przemiły Cygan! Jako narrator książki Życie jest piosenką jawi się jako sympatyczny i dowcipny „pan od pisania piosenek” i takiż jest na żywo. Wydał właśnie nową książkę – tym razem trochę odbiegając od muzyki – bo są to opowiadania. Czy tak dobre jak pozostałe jego teksty? Skomentuję po lekturze.
PS To serce na dedykacji jest biegnące. Warte podkreślenia, bo podobno Pan Cygan rzadko takowe rysuje.
WP_20160315_14_16_55_Pro

Spotkań w Trójce ciąg dalszy. Z dalekiego Świdnika przyjechał do nas Damian Syjofam, aby opowiedzieć o nowym albumie. Więc ja znowu – torba na plecy, kapelusz na głowę – pognałam do Trójki. Że przyznałam się Damianowi do bycia jego psychofanką – to nic. Damian powiedział, że PRZEGLĄDAŁ MÓJ BLOG – to dopiero coś!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Po lewej Tomasz Żąda, po prawej Damian Syjonfam, Trójka, 23 lutego 2016

Nie tylko Damian Syjonfam odwiedza przystanek retro. Powiadomienia na platformie wordpress pokazują, że „your stats are booming”, za co bardzo Wam, Drodzy Czytelnicy, dziękuję. Każdy odzew obecności tutaj bardzo mnie cieszy. Ostatnio stało się to nawet bardziej namacalne, bo Was poznaję. Jeszcze raz ogromne dzięki (Wojtki, Wam szczególnie).

Marzec okazał się bardzo koncertowy. I zakończy się koncertowo, bo czekają przecież bilety na Korteza, a to też jeden z tych najważniejszych muzycznych mężczyzn.
Zaczęło się od urodzin Zjednoczenia Sound System w mojej ulubionej Hydrozagadce, na które poszłam przede wszystkim dla Pablopavo. Może ta pora roku nie sprzyja długiemu gibaniu się pod sceną, a może to wychodzi mi tylko w Ostródzie, ale przeciągające się oczekiwanie na solenizantów sprawiło, że nie dotrwałam do końca i nie usłyszałam hitowego International.  Ale serdecznie uściskałam i Pabla, i Reggaeneratora.

Tego rodzaju brzmienie w Hydrozagadce to standard, ale ja doczekałam się koncertu reggae w Trójce! Na scenie w studiu Agnieszki Osieckiej zagrała Jafia, czyli nasz najlepszy regowy towar eksportowy. Zespół, na czele z Dawidem Portaszem i wtórującą mu w chórkach amerykańską wokalistką gospel Dorrey Lin Lyles, zagrał znakomicie i stworzył piękny klimat. Zaskoczyły mnie nowe aranżacje utworów z Ka Ra Va Ny, które znam przecież na pamięć. A Jafia to nie tylko reggae. Silne amerykańskie wpływy bluesa i gospel idealnie spaja w jedno Portasz, bez którego charyzmy i przede wszystkim czarnego głosu muzyka Jafii nie byłaby tak prawdziwa. Dostrzegła to także Akademia Fonograficzna, bo ostatnia płyta grupy została nominowana do tegorocznych Fryderyków w kategorii Album Roku Muzyka Korzeni. 

WP_20160306_00_09_39_Pro
Urodziny Zjednoczenia Sound System, Hydrozagadka, 5 marca 2016
WP_20160306_20_40_54_Pro
Jafia w Trójce, 6 marca 2016

Niecały tydzień później, bo 12 marca, znowu siadłam na krześle pod trójkową sceną, w które już po pierwszym utworze mnie wbiło. Koncert jubileuszowy z okazji 25-lecia pracy artystycznej Wojtka Pilichowskiego przyciągnął tłumy. Tak wielu słuchaczy w studiu Osieckiej nie widziałam, a tym bardziej nigdy nie byłam świadkiem tego, by ludzie mimo braku biletów prosili o wejście na koncert! Później przekonałam się dlaczego. To był koncert z serii tych, po których niczego się nie oczekuje, ale nie dlatego, że był z góry skazany na porażkę. Ja po prostu nigdy takiej muzyki nie słuchałam, tym bardziej na żywo, więc moja reakcja mogła przybrać różne formy. Najpierw zaniemówiłam. Potem mój zachwyt wyrażał się w szeroko otwartych oczach wpatrujących się po kolei w każdego z muzyków na scenie. A grała cała plejada najlepszych instrumentalistów. Począwszy od prowodyra całego zamieszania – czyli Wojtka Pilichowskiego, nazywanego, nie bez powodu, artystą basu. To oczywiste, że grał świetnie, bo to muzyk na światowym poziomie. Ale jak dobrze się na niego patrzyło! Siedziałam w pierwszym rzędzie tuż przed Pilichowskim i miałam wrażenie, że gra tylko dla mnie. Że uśmiecha się tylko do mnie. Tym szelmowskim uśmiechem wyrażającym zadowolenie z samego siebie. Razem z Pilichem na scenie pojawił się cały Pilichowski Band, czyli Tomek Machański – perkusja, Kuba Lipiński – bas/instrumenty klawiszowe, Adrian „Alf” Latosiewicz – instrumenty klawiszowe, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe, Michał Trzpioła – gitara oraz Kasia Stanek na wokalu. Zagrało także Woobie Doobie w składzie: Wojtek Pilichowski – bas, Mariusz „Fazi” Mielczarek – saksofon, Marcin Nowakowski – saksofon, Michał Grymuza – gitara, Wojtek Olszak – instrumenty klawiszowe oraz Michał Dąbrówka – perkusja.

WP_20160312_20_27_52_Pro
25-lecie pracy twórczej Wojtka Pilichowskiego, Trójka, 12 marca 2016

Choć gościnnie zaśpiewały Natalia Kukulska oraz Kasia Kowalska, to mnie zafascynowała wręcz osobowość Kasi Stanek, koncertującej na stałe w składzie Pilicha. To młoda wokalistka o aparycji Olivera Twista, trochę niepozorna, trochę tajemnicza – na pewno od początku interesująca. W dodatku świetnie wyglądała – ubrana w czarny kombinezon, który – jak się później okazało – świetnie pasował do aury, jaką wokół siebie roztaczała. Bo Kasia śpiewała całą sobą. Niezwykle sensualnie i seksualnie, ona wprost dotykała się na scenie! A robiła to nie wulgarnie, a z dziewczęcą gracją. Pamiętam, że nawet powiedziałam do siedzącego obok Wojtka, że się zakochałam, ale pewnie nie byłam jedyną osobą tego wieczoru, która doświadczyła nagłego przypływu uczuć w stronę Kasi. Na takie kobiety na scenie chce się patrzeć. Takich wokalistek poszukuję. Na moje wrażenia z tego koncertu na pewno największy wpływ miała właśnie ona.

Mężczyźni na scenie gwarantują i dobry widok, i dobry odsłuch. Coraz bardziej przekonuję się o tym, że ludzie zajmujący się muzyką to piękni ludzie. Nieważne jakiej płci. A ja zawsze usiądę w pierwszym rzędzie, żeby na takiego pięknego człowieka popatrzeć. I go docenić.

Reklamy

Jak kobieta kobiecie

Tak jak zawsze staję po stronie polskiej muzyki, którą w kontrze do zagranicznej nazwę tą „moją”, tak w bitwie na głosy przeważnie wygra u mnie mężczyzna. W takim razie wychodzi na to, że w mojej kolekcji mam tylko płyty polskich wokalistów. Potwierdzam hipotezę przesuwając palcem po grzbietach najważniejszych albumów – Grzegorz Ciechowski, Tomek Lipiński, Pablopavo, Bajor, Leski, Kortez, Organek, Rusin, Syjonfam, Portasz. Ale nawet wychodząc poza polskie brzmienia – The Beatles, Seal, Matt Dusk, John Legend, ostatnio przecież John Mayer, nawet Gentleman! Sami mężczyźni. Tak, fascynuje mnie muzyka tworzona przez mężczyzn i uważam, że w tej dziedzinie sztuki są mistrzami. I tylko czasem zachwyci mnie twórczość kobiety, która musi dotknąć szczególnie wrażliwego receptora. Z którą będę w stanie się solidaryzować. W taki czuły, samotny rozdział w mojej pamięci uderzyła Ania Dąbrowska ze swoją najnowszą niezwykle kobiecą płytą.

WP_20160315_14_14_21_ProWyczekiwałam premiery tej płyty ze względu na singiel Nieprawda – odkąd pojawił się na LP3 – był numerem jeden wśród utworów, na które głosowałam. Już w singlu Ania rozpyliła w powietrzu gorzki zapach lejtmotivu nadchodzącej płyty – rozstania. Nie da się ukryć, że w życiu samej autorki nastąpiły poważne miłosne zmiany, może dlatego teksty brzmią tak prosto i tak prawdziwie. To nie jest manifest kobiety-heroski, której rozstanie z ukochanym dodaje sił i napędza do życia. Mam wrażenie, że teksty na płycie Dla naiwnych marzycieli są odbiciem rzeczywistości po rozstaniu w wielu pustych mieszkaniach samotnych kobiet.

Bez ciebie więcej czasu mam,
Lepiej śpię, robię co chcę,
Potrafię oszukać się,
Choć wiem, że bez ciebie nie ma mnie.

To tak, jakby usiąść z przyjaciółką przy winie i rozmawiać. Ania śpiewa o tym, do czego przyzna się tylko kobieta kobiecie – że to kolejna i nie ostatnia miłosna porażka. O błaganiu o jedno spojrzenie i słowo „zostań”. Błaganie o takie kortezowe „zostań”, który śpiewa nie powiem ci, że to miłość/ choć jesteś wszystkim, czego w życiu trzeba mi. Nie są to mimo wszystko ballady, a momentami wręcz rytmiczny pop, przy którym da się potańczyć. Tak jak Poskładaj mnie z bardzo dobrym aranżem, wpadającym nawet w reggae. Ania jest głosem wielu z nas, które chciały, a nigdy nie wiedziały jak określić stan, znany przecież wielu kobietom. Zaśnij we mnie, nie budź się,/ Nie oddychaj zamiast mnie/ Jeszcze będę się z tego śmiać/ Tak się boję tego dnia – śpiewa w utworze Oddycham. Gorycz pogłębiają tu piękne smyczki, sprawiając, że jest to zdecydowanie najsmutniejszy utwór na płycie, nie tylko w warstwie tekstowej, ale i muzycznej. Obawiam się, że ten album będzie ważny dla tych kobiet, które staną teraz przed ciężkim wyzwaniem ułożenia sobie życia na nowo po stracie mężczyzny. Nie wiem, czy to dobra rekomendacja. Jednak jeśli kobieta słucha po rozstaniu muzyki, zawsze będzie to muzyka o miłości. A ten album nadaje się doskonale do tego, by się przy nim rozstać. I tańczyć w samotności śpiewając:

A ja ulecę jak dym,
Jednym tchem wypowiedziane żegnaj,
Ja rozpadnę się w pył razem z ciszą,
Która nic już nie zmienia.

Głos Ani uważam za jeden z lepszych głosów w Polsce, oryginalny, ciemny głos dobrze korespondujący ze stylistyką, którą Ania wybrała. Dąbrowska potrafi śpiewać, ale w śpiewaniu jest bardzo oszczędna. Od strony muzycznej bardzo poprawnie, nie są to skomplikowane kompozycje, ale ładnie okraszone smyczkami i melancholijnym pianem. To wszystko sprawiło, że od tego albumu wprost nie mogę się uwolnić i na pewno jeszcze na długo pozostanie na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy przebojów.

WP_20160317_10_05_23_Pro

W marcowym numerze Twojego Stylu (Nr 3 (308) marzec 2016) w wywiadzie z Anitą Szarlik Ania mówi o tej płycie: Każdy przefiltrowuje piosenki przez siebie. Coś innego w nich porusza. Żeby w ogóle poruszyły, musi być szczerze już na samym początku. (…) To jest jednak najważniejsza rzecz w życiu ta cała miłość. Najważniejszy temat. Każdy ma prawo być kochanym i szczęśliwym. Zaś na pytanie o tytuł płyty odpowiada: Te moje piosenki są takim właśnie naiwnym, być może typowo kobiecym patrzeniem na miłość. (…) Ja bywam (naiwna – przyp. red.), wiele moich przyjaciółek też. Być może oglądałyśmy zbyt dużo filmów o miłości, które się dobrze kończyły.

Brzmi znajomo? Zatem kobieca solidarność to nie pusty frazes.

Ania stała mi się bardzo bliska nie tylko dzięki nowemu albumowi. W Historii pewnej płyty opowiadała o swoim drugim krążku, czyli płycie Kilka historii na ten sam temat. I tylko żałuję, że nie spotkałyśmy się na nagraniu. Przygotowując program przypomniał mi się jeden szczegół, który utkwił mi bardzo w pamięci, jakbym przeczuwała, że nabierze on głębszego sensu w przyszłości. Pamiętam, że zimą 2011 roku, pewnego sobotniego, bądź też niedzielnego poranka słuchałam Historii pewnej płyty. Jeszcze wtedy audycja nadawana była właśnie przed południem. Byłam w drugiej klasie liceum, pracowałam już w Katolickim Radiu Płock i namiętnie słuchałam Trójki na starym boomboxie, który zabrałam ze sobą na stancję u starszej pani z czarnym kotem, u której wówczas mieszkałam. I najbardziej utkwił mi w pamięci moment, gdy słucham właśnie Historii… o debiutanckiej płycie Ani Dąbrowskiej. Program był tak ciekawy, że zostałam w pokoju, by posłuchać go do końca. I myślałam, jak bardzo chciałabym robić takie programy w przyszłości. Wierzcie lub nie, ale tak właśnie było. Po kilku latach zaczęłam pracować z Tomkiem Żądą, którego tak podziwiałam w moim małym wynajmowanym pokoju przy płockim dworcu. I podziwiam nadal.

Najnowszy odcinek Historii pewnej płyty o Ani Dąbrowskiej do odsłuchania tu:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1591284,Ania-Dabrowska-pisalam-do-szuflady

WP_20160315_14_13_01_Pro

Nowe płyty w kolekcji. Kortez z Minialbumem staje w szranki z Anią, bo nie umiem wybrać, który artysta jest teraz dla mnie ważniejszy. Ten facet namieszał mi trochę w głowie. Aparycja chuligana a wrażliwość Wertera. Ten album głaszcze także mój zmysł estetyczny – to jest jedna z lepszych okładek ostatnich lat. Nawiązująca do pierwszego albumu, ale w kolorze lilaróż – który facet zdecydowałby się na wydanie różowej płyty? Gratuluję dystansu do siebie. A to „nasz” artysta, bo Trójka bardzo pomogła przy starcie jego solowej, bardzo szybkiej kariery. Jak to się stało, że jeszcze się z nim nie spotkałam w redakcji? Na pewno usłyszę go na żywo 30 marca w Palladium. Oprócz Korteza Julia Marcell i jej Proxy. Nie uległam fascynacji piosenką Tarantino, może jeszcze wszystko przede mną. Jest i nowy Król! Poprzedni nie umarł, ale niech żyje nowy, bo Błażej Król to wrażliwy facet z bardzo oryginalnym spojrzeniem na muzykę.

WP_20160315_14_16_04_Pro

Wracając do kobiet w muzyce. Mieliśmy i mamy wiele dobrych wokalistek, charyzmatycznych osobowości, eterycznych ale i wyrazistych rockowych kobiet na polskiej scenie. Pierwsza do głowy przychodzi mi Mira Kubasińska i inne damy bigbitu, jak chociażby Ada Rusowicz, Kasia Sobczyk, Karin Stanek i Helena Majdaniec. Nie można zapomnieć o fantastycznych stylowych Alibabkach, które podczas ostatniego koncertu na swoją cześć pokazały, że nadal są w fantastycznej formie (więcej tutaj). Kiedy jednak przeglądam płyty, bijąc się w pierś i zastanawiając się nad powodem takiego stanu rzeczy, zauważam, że śpiewających kobiet u mnie jak na lekarstwo. Ania Movie (znowu Dąbrowska), Mela Koteluk, parę płyt Nosowskiej, Katarzyna Groniec, Ania Rusowicz i najważniejsza, bo odsłuchana wielokrotnie Diana Krall i jej Wallflower. Moje reggae to też mężczyźni, bo jedyna królowa tego gatunku – Marika – zmieniła nie tylko wygląd, ale i brzmienie. Może właśnie dlatego, że słuchanie muzyki zaczęłam od gatunku tak bardzo zdominowanego przez mężczyzn, do teraz chętniej słucham męskich głosów. I jest to wybór bardzo świadomy.

Czy przedstawiałam się wam kiedyś na żywo? W sytuacji, gdy ktoś pyta mnie o to, co w życiu robię, odpowiadam, że jestem studentką i aspirującą dziennikarką. (Chociaż kiedy nawet Marek Niedźwiecki nazywa siebie nie dziennikarzem a prezenterem, to jakaż ze mnie dziennikarka?). Ale już na pytanie o to, czym zajmuję się w radiu, odpowiadam: Jestem wydawcą. Bo wydawcą brzmi przecież lepiej niż wydawczynią.  Męskie określenia zawodów podwyższają rangę wykonywanej pracy, nadają status. Jednak najcenniejsza w określaniu siebie jest wolność wyboru. My, kobiety możemy być psycholożką i ministrą, prezesem i dziennikarzem, możemy pisać teksty o rozstaniu i słuchać tylko muzyki granej przez mężczyzn. Jeśli to będzie „nasze” i świadome – będzie piękne.

A świat muzyki to man’s world. A ja się na to zgadzam. O czym w następnym wpisie.