Nowa jednostka czasu

Czasem jeden tydzień w roku może sprawić, że cierń wbity mocno w serce znika bezboleśnie. Ale najbliższej osobie w tym samym tygodniu cierń przekłuwa serce na wylot.

Dlaczego szczęśliwe historie nie idą w parze? Dlaczego nie możemy pod koniec dnia dzielić się dobrymi wspomnieniami? To ogromna lekcja pokory dla mnie. Sprawdzian z bycia człowiekiem, kobietą, przyjaciółką. Egzamin z życia. W jednej chwili Ona musiała dorosnąć, ja musiałam dorosnąć do prawdziwej przyjaźni.

Moja historia pisana jest muzyką. To prawda, zawsze tak mówię. Powtarzam, że całe moje życie toczy się wokół muzyki. Jednak naprawdę tak jest!

Ileż ja w zeszłym tygodniu przesłuchałam płyt! Jak znalazłam na to czas? Nowymi jednostkami miary stały się albumy. Minuty zwalniały, noc się wydłużała. Odmierzajmy czas muzyką, wszystkim nam wyjdzie to na dobre. Dowiedziałam się dużo o sobie. Wiele we mnie zauważono. To, co zawsze chciałam wydobyć spod ziemi. Chociaż tak naprawdę co mogę zaoferować? Parę płyt, które wielbię jak relikwie. Miłość do radia. I wiarę w to, że słuchanie muzyki to najpiękniejsze, co możemy w życiu robić. Razem. Niewiele ci mogę dać…

nieustanne tango

Urodzinowy tydzień za mną. 22 zmieniło się na 23. Dziękuję wszystkim, którzy o mnie pamiętali i spędzili ze mną te wyjątkowe chwile. Nawet nie przypuszczałam, jak dobrze moi bliscy mnie znają. Bo prezentowo było kwiatowo-książkowo-płytowo. I nawet to pudełko kryjące w sobie album było kwieciste… Zwracam uwagę na drobiazgi i one cieszą mnie najbardziej. Za wszystkie życzenia – a były to głównie życzenia muzyczne – dziękuję! A propos szczegółów. „Szczegółem” było także to, że słuchałam Republiki z płyty winylowej…

Biorę korepetycje z zagranicznej muzyki. Paradise Valley Johna Mayera to najważniejsze odkrycie zeszłego tygodnia. Bardzo intrygująca okładka, na której Mayer wygląda jak rdzenny Amerykanin na prerii. Póki co wygrywa z Continuum i Heavier Things, wszystkie trzy na zmianę tasuje odtwarzacz. Mam wrażenie, że Mayer doskonale wpasował się w lukę, która w moim słuchaniu utworzyła się już dawno temu. Wielka góra polskiej muzyki, nowości płytowe i ukochane lata 80., a dalej… wielka przepaść, za którą cicho wybrzmiewała Diana Krall i parę niedobitków z zagranicznego reggae. Mayer stworzył most, po którym przechodzę powoli, ostrożnie i z „pewną taką nieśmiałością”. Most do poważniejszego pochylenia się nad muzyką zagraniczną. Specjalistką nigdy nie będę, ale odkrywanie muzyki to takie wspaniałe uczucie!

Waiting on the day,
When my thoughts are my own.
When this house is my home,
And plans are made.
When you’ll be there for me baby.
When you’ll love me all the way.
When you’ll take my side in every little fire fight.
When you’ll hang your things and stay.

(John Mayer, Waitin’ On The Day)

WP_20160221_13_20_55_Pro

W urodzinowym tygodniu poszłam na wyjątkowy koncert. Moja znajoma napisała na fb (Monika Czarne – cytuję, bo to idealne podsumowanie tamtego wieczoru):

Chciałabym napisać tym, którzy są teraz na koncercie Wodeckiego with Mitch and Mitch, że życzę Wam najlepszego wieczoru w życiu, farciarze!

To nie był najlepszy wieczór w życiu, ale z pewnością najlepszy koncert, jaki w życiu słyszałam. Wygrał w kategorii jakości, bo koncerty Gentlemana, Matisyahu czy wiele koncertów Pablopavo były bliskie mojemu sercu i nie gorzej się na nich bawiłam. W przypadku Wodeckiego wygrało zawodowstwo. Tłumy, które tego wieczoru przybyły do Stodoły potwierdzały, że polska muzyka nadal jest popularna i nie trzeba mieć dwudziestu lat by dwudziestolatków zachwycić. Wodecki ma dużo więcej, a zgromadził publiczność bardzo różnorodną. Od hipsterów po nerdów i drwali, aż do eleganckich par i starych wyjadaczy pamiętających czasy, gdy Zbyszek śpiewał o Chałupach. Wszyscy przybyli właśnie dla Wodeckiego, trochę zapomnianego w ostatnich latach, a przecież wybitnego muzyka i króla estrady. To prawda, że hipsterzy słuchają Wodeckiego. Wolę, gdy słuchają „Miczów” niż Lilly Hates Roses.

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir dali rasowe show. Mało widziałam (a zadzierałam głowę do bólu karku), jednak to, co słyszałam, wystarczyło by przez cały koncert uśmiech nie schodził mi z twarzy. Tak właśnie zareagowałam na zawodowe brzmienie na najwyższym poziomie. Muzycy wydawali się jakby idealnie dopasowani do instrumentów, jak gdyby urodzili się z nimi i przyjaźnili. Cała banda na scenie – piszę „banda” z premedytacją – uśmiechała się do siebie i wymieniała spojrzeniami. Ci ludzie po prostu świetnie się bawili i przekazywali tę energię publiczności! Porównałabym ich do kapeli podwórkowej złożonej z ludzi, którzy całe życie się znają i wspólnie muzykują – z tym, że przeniesionej na wielką scenę. A ta ich nie peszyła, nie robiła wrażenia. I w tym cała moc! Jednak najbardziej zachwyciła mnie lekkość grania i flirtowanie z muzyką. Zmiana tempa? Urwany takt? Proszę bardzo – przecież oczywiste jest, że powrócą w punkt.

Wręczanie złotych płyt dla wszystkich członków zespołu trochę za bardzo się przeciągnęło, chociaż wszystko ciekawie wplątane w piosenkę Dziewczyna z konwaliami. Należy wspomnieć, że wszystkie utwory pochodzą z longplaya Zbigniew Wodecki z roku 1976, który nigdy hitem się nie stał. Ja niecierpliwie czekałam na mój ukochany numer Posłuchaj mnie spokojnie. Dwa lata temu usłyszałam go po raz pierwszy, w dodatku od razu z winyla. Wiecie, że nie można go było znaleźć w internecie? Dzięki Kosmicznej Odysei został przypomniany, przez tyle lat w ogóle się nie zestarzał i pozostał niezmiennie piękny. Mitch & Mitch złożyli hołd, który Wodeckiemu się należał. Ewidentnie Wodeckiemu schlebiający, bo jest on zwierzęciem scenicznym i lubi być chwalony. Widać to w wielu wywiadach, w których przyznaje, że to pełna sala sprawia, że nadal koncertuje. Nie jestem pewna czy będzie okazja posłuchać tego „miczowego” materiału ponownie na żywo, ale chętnie poszłabym raz jeszcze i stanęła trochę bliżej, by przyjrzeć się scenie jeszcze dokładniej.

A co teraz? Jak najwięcej Mayera. Koncertów. Wiosny. W.

Reklamy

Syreni jęk

O Sławku Uniatowskim, mojej pierwszej i prawdopodobnie ostatniej wizycie w warszawskim Syrenim Śpiewie oraz o tym, dlaczego jestem starą ciotką krytykującą młodzież.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
SPANX!, czyli Sławek Uniatowski Walentynkowo w Syrenim Śpiewie, Warszawa, 13 lutego 2016

Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak bardzo zainspirowana, aby opisać coś na blogu, jak dziś. Chociaż wróciłam nad ranem, to przypływ weny nie pozwolił mi spać, a ogromna potrzeba podzielenia się tym, co wczoraj widziałam, wyrwała mnie z łóżka. Już w taksówce podczas powrotu do mieszkania opowiadałam przyjaciółce, co znajdzie się w najnowszym wpisie. I tytuł roboczy wymyślony nad ranem pozostał. Tak widocznie inspiruje do tworzenia warszawskie nocne życie. Czy chcę takich inspiracji? Niekoniecznie.

W sobotni wieczór prawie każdy młody mieszkaniec stolicy wychodzi na drinka. Tym bardziej w wieczór poprzedzający Walentynki. To okres sprzyjający szukaniu bratniej duszy, pewnie nie tylko do rozmawiania o świetnej ostatniej płycie Davida Bowiego. Razem z Moniką postanowiłyśmy – nie będziemy gorsze. Już podczas sesji obiecałyśmy sobie „wyjście do klubu”, co dla nas – raczej nieklubowych – miało oznaczać nagrodę za dwa ciężkie tygodnie zdawania jeszcze cięższych egzaminów. A że zbliżają się moje urodziny, to znalazł się kolejny powód. Wybór padł na jedno z najmodniejszych miejsc na mapie Warszawy – Syreni Śpiew. W walentynkowej odsłonie miał zagrać Sławek Uniatowski, co ostatecznie mnie przekonało. Przecież muzyka rzutuje na wszystko.

Ubrana w najlepszą kieckę, czerwienią nawiązującą do święta zakochanych, stoję z drinkiem i obserwuję. Piękny budynek, socrealistyczny relikt na Powiślu urzekł mnie, zakochaną przecież w czasach, kiedy ów betonowy kloc powstał. Czyli pierwsze skojarzenie z miłością – checked. Patrzę dalej i  już wiem, jak bardzo ja i moja retro sukienka tu nie pasujemy. Bo to nie tak, że przeszkadza mi alkohol i tłumy. Wiem, co to praca  za barem i niejedno już widziałam. Widziałam ludzi,  którzy piją z umiarem i umiaru nie znają.

Nie krytykuję ludzi, chcących zabawić się w sobotni wieczór. Myślicie, że na festiwalu w Ostródzie pije się mniej? Pewnie nawet więcej. Jednak  ja – wychodząc rano z namiotu, stąpając bosą stopą po mokrej trawie od sierpniowej rosy, potykając się nierzadko o przypadkowego ochroniarza namiotu, czyli zabłąkanego festiwalowicza, który ostatecznie nie dotarł do swojego śpiwora – czuję się po prostu dobrze. Czuję, że tam pasuję, gdy w uszach odbija mi się jeszcze echo soundsystemu granego do świtu.

A w Syrenim? Tłok i stały nadzór. Każdy obserwuje, mierzy od czubka głowy po koniec markowego najlepiej obcasa. Mężczyźni obserwują konkurencję, kobiety i barmanów. Kobiety analogicznie. A barmani robią po prostu swoją robotę, za co nie śmiem ich skrytykować, bo koktajl był przyzwoity. Mimowolnie – a wręcz niedobrowolnie byłam na kilkunastu filmach przesyłanych na snapchata. Jestem staromodna, owej aplikacji nie posiadam i posiadać nie zamierzam. I przechodzimy do clou. Dlaczego nie potrafię dobrze bawić się w takich miejscach? Przecież powinnam. Mam 23 lata, mieszkam w stolicy, kontaktowa raczej jestem i mocną głowę posiadam także. Lubię tę moją staroświeckość, tę „wczorajszość”, bo to te cechy ukształtowały mój gust muzyczny. Ale tego wieczoru powinnam je zostawić w domu.

Ale przecież trzeba powiedzieć o muzyce!

WP_20160214_00_32_05_Pro

Z uwagą obserwuję młodych polskich wokalistów, a do takich należy Sławek Uniatowski. Dekadę temu wystąpił w Idolu, później było o nim na zmianę – to głośniej, to znów ciszej. Niedawno powrócił z planami debiutanckiej (!) płyty. W pracy nad nią towarzyszy mu Tomasz Organek, którego „płyta dla samobójców” z singlem O, matko! świetnie  przyjęła się na polskim rynku. Na album Uniatowskiego czekam i obiecuję, że będę jedną z pierwszych osób wypatrujących ją na półkach w empiku. Uniatowskiemu chwała za to, że jazzuje. Może zaprosimy go do Trójki? Życzę sobie, żeby album był wart zachwytu.

W Syrenim Uniatowski zagrał ze swoją formacją SPANX. Pięcioosobowy skład napędzali świetny perkusista i bardzo dobry basista, jednak w kompleksowej ocenie ich brzmienia przeszkadzało mi… chyba wszystko. Niewyobrażalny ścisk, ludzie napierający z każdej strony sprawili, że przyklejona do ściany z trudem próbowałam przysłuchać się dźwiękom dopływającym ze sceny. Włosy wpadające do drinków i nieustanne „przepychanie się do przodu”. Chciałam potańczyć, a ograniczyłam się do wybijania rytmu obcasem. Mogłam stanąć dalej? Nie mogłam, musiałabym być cienką kartką papieru albo unosić się jak balon z helem. A potańczyć było przy czym. Świetnie dobrany repertuar, który miał odsłonić to, co dobre, a zakryć to, co należało przykryć. Od lat 80. po współczesne klubowe hity. Brawurowe, powtarzam brawurowe! wykonanie Jesus He Knows Me grupy Genesis oraz – sama się dziwię, że to piszę – Nobody To Love duetu Sigma. Uniatowski śpiewa nieźle, z lekkością, niewymuszoną gracją i poczuciem rytmu. Wiedziona zmysłem estetycznym nie mogłam oderwać wzroku od tego, w jaki sposób trzymał mikrofon. Pięknie, jak Jerzy Połomski na opolskim festiwalu pod koniec lat 70. Na wspomnienie zasługuje perfekcyjny angielski Sławka, co przy takim doborze utworów mogło go wprowadzić na minę. Nie raz słyszeliśmy przecież covery, które właśnie przez akcent nie przypominały oryginalnych wersji. Na koniec dosyć oczywiste stwierdzenie – na SPANX po prostu dobrze się patrzyło, frontman nie przesadzał ze sceniczną ekspresją i stronił – czego także sama nie lubię – od zbędnych dyskusji z publiką. A ta stroniła od poczucia rytmu. She’s a maniac on the floor – śpiewał Uniatowski – a niektórzy wzięli to za bardzo do siebie. Co z drugiej strony zasługuje na podziw wytrwałości w walce o to by mieć „swój kawałek podłogi”. Zostałam do końca, z czego się cieszę, bo set numer dwa był dużo lepszy od pierwszego.

Jednak marna ze mnie syrena. Na szczęście nie dyktuję trendów, a ten wpis był lekiem na alergię, której się wczoraj nabawiłam. Alergię na warszawkę. Jestem pewna, że Syreni Śpiew będzie nadal dobrze prosperował i tego mu życzę. Sławku, przyjdę na twój koncert jazzowy.

WP_20160214_01_54_42_Pro

 

Muzyczne roku początki

Kawa. Słońce. Damian Syjonfam w głośnikach. Niedziela. Nowy wpis.

To pierwsza niedziela od bardzo dawna, kiedy nic nie muszę. W mieszkaniu natłok dźwięków. Z łazienki dobiega wirowanie pralki, w kuchni słychać pulsujące działanie zmywarki, w międzyczasie jeszcze zadzwonił telefon i przyszło parę smsów. Do tego śpiewa mi Damian Syjonfam ze swojej świeżo wydanej płyty. A za oknem piękne słońce, widok na wysokie, chude drzewa czekające na wiosnę. Ruch na Wale Miedzeszyńskim leniwy, jak to w niedzielę. Monika w pokoju obok odsypia sobotę. A ja piszę…

WP_20160207_12_28_58_Pro

Jeśli ten wpis będzie mniej muzyczny niż zwykle, przepraszam za rozczarowanie. Styczeń był muzyczny, ale muzyczno-towarzyski, a ja chciałabym to wszystko opisać, żeby zatrzymać wspomnienia.

I nie mogę się skupić, bo ta nowa płyta Syjonfama jest absolutnie mistrzowska! Damian śpiewa o tym, co mi w duszy gra, o czym myślę i nad czym się często zastanawiam. Soulmates? A może siła reggae? Może jedno i drugie. Ale ja już wiem, że szybko się od tej płyty nie uwolnię.

Wracając do styczniowych wspomnień. Wymarzyłam sobie, że ten rok powitam w radiu. Bo jaki początek, taki cały rok… Pół godziny po północy byłam już przy Myśliwieckiej. Na szpilkach, w sylwestrowej sukience uściskałam Tomka Żądę, który pełnił dyżur przed mikrofonem. Przemknęła mi w głowie myśl, że może to zaklinanie przyszłości się spełni i rzeczywiście cały rok spędzę w Trójce.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Monika, Ada i ja – Sylwester w Trójce

A następnego dnia znów pobiegłam do radia. Pierwszy raz miałam dyżur podczas noworocznego Topu Wszech Czasów. Podczas gdy Piotr Baron nadawał z Katowic, ja czuwałam nad pomyślnym przebiegiem programu w Warszawie. Poznałam chłopaka, w którym dostrzegłam siebie sprzed lat. Jasiek Malinowski przyszedł na Myśliwiecką, by z epicentrum wydarzeń aktualizować na bieżąco fanpage Topu, który sam założył. Widziałam, jak bardzo cieszy się z tego, że jest tam z nami. Jaśku, życzę Ci, żebyś dołączył do tej ekipy, bo wierzę, że jesteś radiotą. A to rzadka i cenna przypadłość.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Z Jaśkiem Malinowskim, Top Wszech Czasów, 1 stycznia 2016

Z kolei radiotę dostrzegli we mnie rodzice, którzy po tylu latach odwiedzili mnie w radiu. I chociaż ważne było dla nich na pewno spotkanie z Panem Markiem, to ważniejsza była obecność w „mojej Trójce”, o której przecież ciągle przy rodzinnym stole mówię. Oprowadziłam ich po moim drugim domu, a duma w oczach mojego taty była czymś, na co wiele lat czekałam. Obserwował mnie przy pracy, a ja przypomniałam sobie czasy, kiedy w liceum zamiast uczyć się do sprawdzianu z historii, siedziałam w studiu radiowym i prowadziłam mój pierwszy autorski program. Z historii oczywiście zawsze miałam ledwo 3, co przyprawiało mojego tatę o chroniczne stany przedzawałowe.

Edycja przy użyciu Lumia Selfie
Moi Rodzice, Pan Marek i ja

Spotkań ciąg dalszy. Kolejny zlot forumowiczów z LPMN. W zawężonym gronie ponownie spotkaliśmy się w „Chińczyku”, czyli ulubionej restauracji Niedźwiedzia przy Senatorskiej w Warszawie. My, czyli Pan Marek z asystentką i fani (choć ja przecież fanką też jestem), czyli Baśka, Iśka, Julia, Konrad, Olaf i Szymon. To zadziwiające, że ci ludzie są w stanie przyjechać z drugiego końca Polski by spotkać się z ulubionym dziennikarzem. Nam dojazd zajął 15 minut, ale przecież podróż z takiego Wrocławia czy Szczecina to nie lada wyprawa. Chociaż pewnie tylko ja tak myślę…

12695848_1270459176301292_1486299259_n

Wróćmy do muzyki. Wydarzeniem stycznia był z pewnością koncert Leskiego. To facet, który poraża szczerością, skromnością i najlepszymi cechami, które może posiadać muzyk. Jego .splot jest moją ulubioną płytą 2015 roku i prawie cały rok czekałam, aby usłyszeć ten materiał na żywo. Zagrał w Studiu Osieckiej, więc czy mogłam wymarzyć sobie lepsze miejsce by usłyszeć ulubionego artystę? Paweł nie zawiódł, dał znakomity koncert, a ja siedziałam w pierwszym rzędzie i nie mogłam oderwać od niego wzroku. Gitara to zdecydowanie jego naturalny atrybut, bo gdy ją odkładał, dało się zauważyć, że nie bardzo może się odnaleźć. Co zrobić z rękoma? Włożyć do kieszeni czy nie? Z gitarą czy bez, Leski przede wszystkim bardzo dobrze śpiewa i interpretuje swoje teksty. Ze sceny płynął przyjemny strumień ciepła, mądrości i miłości, chociaż nie wszystkie utwory traktują o miłości szczęśliwej. Na świetną całość złożyli się także muzycy towarzyszący Pawłowi, profesjonalni i utalentowani ludzie, którzy na scenie bardzo się dopełniali. Wielkie brawa dla basisty, którego znam także z formacji Rusin & Trebuchet. Cały koncert został zarejestrowany i można go obejrzeć tu:

http://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/1562835,Leski-analogowe-syntezatory-i-folkowa-tradycja

W kolekcji pojawiło się kilka nowych płyt. Między innymi album Bowiego, o którym powiedziano już wiele. Mnie Czarna Gwiazda nie zachwyciła od razu. Ale śmierć artysty sprawia, że pochylamy się nad jego muzyką z otwartym sercem i ładunkiem emocjonalnym. Mi ten ładunek pozwolił odkryć, że Lazarus to znakomity utwór, tak jak pozostałe na płycie.

O nowej płycie Syjonfama jeszcze napiszę, bo zasługuje nie tylko na wspomnienie. Są nowe Pustki, Skunk Anansie, Tindersticks oraz Bruno Schulz, zespół który obserwuję od wielu lat. Płytę dostałam od samego wokalisty, choć przez pośrednika, bo egzamin sprawił, że w radiu pojawić się nie mogłam. Jest także Gazeta Magnetofonowaprojekt crowdfundingowy, któremu bardzo kibicuję. To coś, czego brakowało na rynku prasowym – gazeta w pełni poświęcona jest polskiej muzyce. Mam nadzieję, że przetrwa, bo pierwszy numer jest obiecujący. Wśród felietonistów znalazł się Pablopavo, a to dobrze wróży, prawda?

Zbliżają się 23. urodziny. Życzenie – niech będą muzyczne.