3 w 2015 (czyli wszystko kręci się wokół radia)

Jak zwykle,  gdy zamierzam napisać nowy post, przysiadam do komputera z kawą i wybieram płytę do posłuchania. Tym razem wybór padł na mój świąteczny prezent, czyli album Nina Revisited: Tribute to Nina Simone. Utwór drugi to Feeling good w wykonaniu niesamowitej Ms. Lauryn Hill. Ja w tym mijającym roku wiele razy śpiewałam, powtarzałam i mówiłam do siebie i innych I’m feeling good. Bo to był wspaniały rok, jeden z najlepszych. Na pewno najbardziej muzyczny, najbardziej radiowy, najbardziej niezapomniany. Oto podsumowanie mojego roku 2015.

Ukazało się już wiele rankingów na album czy piosenkę roku. Króluje Pablopavo/Iwanek/Praczas, króluje Leski, Kortez i Zbigniew Wodecki z Mitch&Mitch Orchestra. To też moje muzyczne zachwyty, bo w mijającym roku spędziłam niewyobrażalnie wiele godzin na słuchaniu muzyki. Nigdy wcześniej nie zajmowało mi to tyle czasu i nigdy wcześniej nie czerpałam z tego takiej przyjemności. Przynajmniej dwukrotnie powiększyłam swoją płytotekę, a kolekcjonowanie płyt stało się moim najważniejszym hobby.

Ale to słuchanie muzyki nie miałoby takiego sensu gdyby nie radio. Kolejny rok spędziłam przy Myśliwieckiej, w najlepszej redakcji muzycznej w  Polsce, czym się chwalę, bo takimi sprawami chwalić się warto. Dwa  wywiady i dwa autorskie odcinki, wszystko u boku Tomka Żądy, któremu zawdzięczam moją obecność w tej stacji. Pierwszą rozmowę, choć to nie był mój debiut na tójkowej antenie, przeprowadziłam z Dawidem Portaszem z Jafii przy okazji premiery ich świetnego (!) nowego albumu Ka Ra Va Na.  Drżałam z nerwów na myśl o spotkaniu i na myśl o mojej rozmowie z Portaszem, bo to muzyk z grupy tych, których słucham od zawsze. Konfrontacja okazała się bardzo przyjazna, wywiad tym bardziej. Dla przypomnienia pod tym linkiem:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1450784,Przed-godzina-Zero-26-maja-godz-2308

Do studia zaprosiłam także Beniamina Sobańca z kapeli Roots Rockets, będącą, zaraz po Richiem Campbellu, moim poostródowym zachwytem. A że staram się przemycać do Trójki jak najwięcej reggae, przemyciłam także ich – zespół łączący ze sobą reggae ze starym, trochę oldschoolowym brzmieniem inspirowanym bluesem. Tego wywiadu można posłuchać tu:
http://www.polskieradio.pl/9/4158/Artykul/1501018,Przed-godzina-Zero-8-wrzesnia-godz-2307

Zrealizowałam także dwa odcinki Historii  pewnej płyty – też na regowo. Z Reggaeneratorem, Pablopavo i Mothashippem wspominaliśmy debiutancki krążek Vavamuffin, a z Jarexem i Sławkiem Pakosem pierwszą płytę Bakshishu One Love. 

Wszystko można znaleźć pod tymi linkami:
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1404320,Vavamuffin-debiut-sprawdzony-na-zywym-organizmie
http://www.polskieradio.pl/9/711/Artykul/1550849,Bakszysz-historia-muzykow-ktorzy-nie-potrafili-grac

Do reggae jeszcze wrócę, bo z reggae związanych jest mnóstwo wspomnień z tego roku. Jednak gdybym miała wybrać najważniejsze wydarzenie roku 2015, byłoby to… zostanie kaziem. Zostałam kaziem, bo kaziami od wielu lat określani są pomocnicy Marka Niedźwieckiego. Pan Marek na szczęście zapamiętał moje imię i nie woła do mnie kaziu, ale bądź co bądź w lutym 2015 roku zostałam jego asystentką, choć po drodze zaczęto mnie nazywać także wydawcą. Jestem i jednym, i drugim, a sobota stała się moim ulubionym dniem tygodnia. Obecność w Markomanii to nie tylko tworzenie programu na żywo i podglądanie przy pracy Niedźwieckiego, ale przede wszystkim spotkania. Spotkania z samym Panem Markiem, który jest jedną wielką muzyczną inspiracją. Dzięki Niemu zaczęłam słuchać jazzu i odkryłam wykonawców, do których dotarcie zajęłoby mi pewnie jeszcze dużo czasu. Po drugie – spotkania z gośćmi audycji. W ciągu 33 Markomanii, przy których byłam obecna, poznałam wiele fantastycznych osób, nie tylko muzyków, ale przyjaciół i fanów radia, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Wielkie dzięki dla ludzi z forum LPMN.pl, którzy przyjęli mnie do swojego grona. A goście? Wojciech Młynarski, Kayah, Krzysztof Antkowiak, Michał Bajor, Krzysztof Herdzin, Sebastian Karpiel-Bułecka, zespół Fours Collective, Mateusz Rusin, Stanisława Celińska, Natalia Kukulska – to tylko niektórzy. Po drodze obroniłam też licencjat, który poświęciłam… Markowi Niedźwieckiemu. Jestem na właściwym miejscu.

W końcu koncerty. Wielokrotnie bywałam w Hydrozagadce i wielu innych warszawskich miejscach koncertowych, wliczając trójkowe studio im. Agnieszki Osieckiej, gdzie usłyszałam na żywo Archive. Ale cały rok czeka się przecież na Ostródę, a ta w roku 2015 była wyjątkowa. Przede wszystkim dzięki ludziom, których tam poznałam, starym znajomym, z którymi po latach wciąż się dobrze gada i świetnej festiwalowej atmosferze tego mazurskiego miasta. Nie ma co oszukiwać, to Bakszysz nadał całości szlifu, bo to od Ostródy zaczęła się moja znajomość z zespołem, który 16-letnią kiedyś mnie uczył, co to roots.

A prywatnie urządziłam mieszkanie, które też jest muzyczne. Kiedy włączam płytę do odtwarzacza, przysiadam na kanapie w kwiaty i słucham, mam swój przystanek retro. Czuję się prawie tak dobrze jak w radiu.

Tym zachwyciłam się w 2015 roku. Nie tylko, ale to jakiś mały urywek tego, co było u mnie słychać.

Grudniowy spokój

Jest wigilijny poranek. Zaraz po urodzinowym, jeden z najbardziej magicznych poranków w roku. Wszyscy w pracy, a ja zrobiłam kawę i zaburzyłam porządek na uroczyście zastawionym już na wieczór stole, kradnąc trochę miejsca na komputer. I włączyłam muzykę…

Zawsze do domu przywożę parę płyt, których słucham później podczas świątecznych przygotowań. Bilans przy wyjeździe z reguły mi się nie zgadza, bo odkąd rodzina zrozumiała, że jestem „muzyczna”, pod choinką zawsze znajdę jakiś wcześniej zamówiony album. W tym roku poprosiłam Mikołaja o płytę NINA REVISITED: A Tribute to Nina SimoneBiałą flagę duetu Rani&Czocher. Pierwsza to oczywiście inspiracja Panem Markiem i Markomanią, drugiej jestem ciekawa bardziej, bo stosunek do coverowania Ciechowskiego mam – wiadomo – ambiwalentny.

W święta grać mi będzie przede wszystkim Matt Dusk, którego Piotr Baron określa bawidamkiem, mnie zaś ten bawidamek pasuje. Kolejny raz był lekiem na listopad, kiedy przy lampce wina wsłuchiwałam się w My Funny Valentine czy That Old Feeling, świat był mniej prozaiczny.

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Do domu przyjechał ze mną także Michał Bajor z nowym albumem Moja miłość.  Czekał już tu na mnie poprzedni album Bajora Moje podróże, należący do mojej mamy, bo fascynację Bajorem odziedziczyłam właśnie po niej. Czekała pewnie nieco ponad 20 lat na jego autograf i doczekała się, bo Michał Bajor był gościem Markomanii. Okazał się, tak jak przypuszczałam, niezwykle szarmanckim i bardzo dobrze wychowanym gentlemanem. Z lekkim przejęciem poprosiłam oczywiście o autografy dla mamy i dla mnie. Potknęłam się z wrażenia w studiu, gdy robiliśmy zdjęcie… Ale tak to jest gdy spotyka się Takiego Artystę. Wracając do nowego albumu, szczególnie często włączam utwór numer 8, czyli Jeśli kocha cię ktoś – piękne emocje i temperament Bajora, jak przed laty gdy śpiewał Moja miłość największa. Również szczególnie udany debiut z Alicją Majewską w premierowej piosence Miłość jest tylko jedna. Płyta jest podróżą do czasów, kiedy festiwal w Opolu rodził największe gwiazdy, a na prywatkach piło się w musztardówkach. Czyli do czasów najpiękniejszych polskich piosenek.

Jednak najpiękniejszą płytę na święta kupiłam tuż przed wyjazdem do domu wraz z ostatnimi prezentami. Kupiłam prezent dla siebie, co w przypadku płyt nie jest u mnie czymś nowym, bo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy moja płytoteka powiększyła się o co najmniej 30 pozycji. Ten album leżał już od jakiegoś czasu na biurku Pana Marka. Obserwowałam go kątem oka. Kusił tytułem i ciekawością jak głos wokalisty w takim repertuarze zabrzmi. Okazał się najpiękniejszym grudniowym albumem na święta i nie tylko.

WP_20151223_16_05_10_Selfie(1).jpg

LemON i ich Etiuda zimowa to płyta magiczna, choć ten zwrot szczególnie przed świętami jest wyświechtany, a ja będę uciekać od takich określeń. 11 utworów przenosi do dzieciństwa, kiedy święta miały bajkowy charakter, kiedy czuło się, że dzieje się coś naprawdę ważnego. Tytułowy numer kończący się słowami Ile mam jeszcze w miejsce, gdzie pędzę/ Czy dość już masz mych etiud sprawił, że marzyłam o tym, by ta płyta nigdy się nie kończyła. Chyba rzeczywiście grudzień, okres świąteczny, koniec roku i czas podsumowań powodują, że pragniemy wpuścić do naszego życia odrobinę magii i niecodziennej atmosfery. Temu albumowi daleko do patosu. Daleko do chóralnego wyśpiewywania kolęd. Ale blisko do człowieka przeżywającego święta w samotności, w ciszy, w skupieniu. Znalazły się też na nim kolędy i pastorałki, w tym chyba najpiękniej zaaranżowana Mizerna cicha. W końcu należy wspomnieć o głosie, który tworzy cały klimat Etiudy zimowej. Igor Herbut śpiewa, że zamiast podarków poproszę cud, a ja myślę, że cudem jest jego głos i ta płyta. Grudniowy to po Scarlett najlepszy utwór zespołu. Przepięknie brzmi spokój wokalisty, który wzbudza we mnie poczucie winy, bo ja tego spokoju chciałabym mieć więcej. Na co dzień, bo ta płyta będzie brzmiała świetnie także po świętach.

Życzę Wam wspaniałych, rodzinnych i muzycznych świąt. Pamiętajcie, że muzyka sprawia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. Budzi uczucia i zachęca, by tymi uczuciami dzielić się z innymi. Nie wstydźcie się zaśpiewać przy stole kolędę albo pod nosem, lukrując sernik, podśpiewywać pastorałkę. Bo święta to nie tylko Last Christmas.

Mam jeszcze dla Was tegoroczną wersję Trójkowego Karpia. Wesołych świąt!

14 lat

Grzegorz Ciechowski zmarł 22 grudnia 2001 roku.

ciechowski

Wielokrotnie pisałam już o tym, jak bardzo znaczącą postacią w moim życiu jest i będzie Grzegorz Ciechowski. Przy jego utworach rozwijałam swoją muzyczną wrażliwość. Przy nim uczyłam się jak można mówić o miłości. Dzięki niemu dowiedziałam się, że mężczyzna o miłości może mówić w taki sposób. Jemu poświęciłam ostatni, najważniejszy odcinek mojej pierwszej audycji w radiu. Jego piosenka towarzyszyła mi w jednym z ważniejszych momentów w życiu. Wiecie… „W końcu”.

Nie wiem kiedy i jak zaczęła się moja fascynacja Republiką i Grzegorzem Ciechowskim. Wiem na pewno, że Republika była pierwsza, potem odkryłam Obywatela G.C. Pamiętam, jak umierał, a ja oglądałam w telewizji wspomnienia o nim. Nie wiedziałam kim był, byłam niemym i nieświadomym świadkiem odchodzenia jednej z ważniejszych postaci w polskiej muzyce.

Dlaczego Grzegorz Ciechowski jest mi tak bliski? Włączyłam właśnie „Paryż – Moskwa 17.15”. Chyba dlatego. Nie cofaj warg… Ciechowski był poetą, potem dopiero muzykiem. I w takiej kolejności traktowanie go będzie najbardziej sprawiedliwe.

WP_20151013_010

Setny raz powtarzam moje wiecznie niespełnione marzenie. Nigdy nie przeprowadzę wywiadu w Grzegorzem Ciechowskim w Trójce. Choć on tam wielokrotnie był, być może w Studiu Osieckiej siedział na tym samym krześle co ja. Mówił do tego samego mikrofonu. Ale ja nigdy z nim nie porozmawiam i nie zrobimy sobie zdjęcia. Nie mogę się z tym pogodzić.

Odkąd mieszkam w Warszawie zawsze w grudniu jadę na Powązki, na grób Ciechowskiego. Siadam wtedy przed pomnikiem, nakładam na uszy słuchawki i kilkanaście minut wsłuchuję się w głos tego, którego odwiedziłam. W tym roku jeszcze tam nie byłam. Obiecuję, że zajrzę.

W Warszawie jest jeszcze jedno miejsce upamiętniające Ciechowskiego. To jego skwer na warszawskim Bródnie. Podniecona, piszczałam już w samochodzie, z książką w ręku pognałam na skwer, na którym… nie ma nic. Nawet tabliczki z informacją o tym, kim był Grzegorz Ciechowski, kiedy żył, kiedy umarł i dlaczego ma swój własny skwer. Mnie i wielu fanom te informacje oczywiście nie są potrzebne, ale wielu przypadkowych przechodniów mogłoby w ten sposób Ciechowskiego poznać.

skwer ciechowskiego

WP_20151013_001

Piotr Stelmach pisze książkę o Ciechowskim, która ma ukazać się w przyszłym roku. A niedawno premierę miała książka „My lunatycy. Rzecz o Republice” Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego.

Pamiętam, jak waliło mi serce, gdy z zaciśniętą dłonią na książce, żeby było wiadomo, że jest już moja, stałam w kolejce do kasy. Przeczytanie jej zajęło mi parę dni, w końcu to prawie 600 stron wspomnień o Ciechowskim. No właśnie, wspomnień. A wiadomo, że jedni potrafią wspominać ciekawie, inni już trochę mniej… Książka podzielona jest na kilka części i pierwsza z nich jest zdecydowanie najbardziej pochłaniająca. To wspomnienia muzyków, którzy tworzyli scenę w toruńskiej Od Nowie, obserwatorzy Ciechowskiego w latach 80. i później. Kolejna to rozmowy z rodziną. Jest tu między innymi Weronika Ciechowska, która wspomina ojca w przepięknych, ciepłych, sielankowych obrazkach z dzieciństwa. Dalej to już wspomnienia – lub niekoniecznie, bardziej opowieści – słuchaczy z fanklubów lub tych, którzy tak jak ja – nigdy Grzegorza nie poznali. W większości to bardzo lakoniczne rozmowy przeprowadzone podczas Dnia Białej Flagi – mało interesujące i mało wnoszące do książki. Autorzy każdemu zadają te same pytania, co pewnie miało nadać książce ogólny ład, ale sprawiło że powtarzające się frazy gaszą zapał do dalszego czytania.

WP_20151013_005

Tym, co mnie najbardziej w książce zachwyciło, są oczywiście zdjęcia Grzegorza. Fotografie archiwalne, których nigdy w moich poszukiwaniach nie odnalazłam. Przepiękne zdjęcia mojego idola, które przyspieszają mi bicie serca (tak jak „Spoza linii światła”, którego dźwięki rozlegają się właśnie po mieszkaniu).

WP_20151013_004

Już pod koniec książki zamieszczony jest fragment wywiadu Tomasza Wybranowskiego z Ciechowskim w Radiu Top FM z roku 1995. Grzegorz mówi tam tak:

„Miłość generalnie jest tego rodzaju zapatrzeniem, które powoduje, że wyłączają się wszystkie inne nadajniki. To sprawia, że więcej kobiet wydaje nam się piękna, ale nie na tyle, aby podążać za nimi.”

WP_20151013_007

Grzegorz Ciechowski
29.08.1957 – 22.12.2001

35 lat

12347849_1191469984200722_538070184117841061_n

8 grudnia 1980 roku został zastrzelony John Lennon.

08.12.1980 (poniedziałek) – To miał być zwykły, choć bardzo pracowity dzień. John zaczął go wcześnie – ok. 7.30, o 9.00 pojawił się u fryzjera, prosząc o fryzurę którą nosił w latach 50-tych. Przed 10.00 był z powrotem w domu, gdzie wspólnie z Yoko udzielił wywiadu dla RKO Radio. Ta trwająca ok. 90 minut rozmowa to historia jego życia w pigułce. John mówi w niej m.in. „Było tylko dwoje artystów, z którymi mogłem pracować więcej niż raz. To Paul McCartney i Yoko Ono. Myślę że to wspaniały wybór. Jako poszukiwacz talentów nieźle sobie poradziłem. (…) Ciągle wierzę w miłość, ciągle wierzę w pokój, ciągle wierzę w pozytywne myślenie. Zawsze traktowałem swoją pracę jako całość i mam nadzieję, że nie zostanie ona zakończona dopóki nie umrę i mnie nie pochowają, co mam nadzieję nie nastąpi zbyt szybko”. Tuż po południu do mieszkania Lennonów przybywa fotoreporterka magazynu „Rolling Stone” Annie Liebovitz. Fotografuje parę do 15.30, robiąc m.in słynne później zdjęcie nagiego Johna, który w pozycji embrionalnej obejmuje Yoko. Miała to być ich ostatnia wspólna profesjonalna fotografia. Być może żadna inna lepiej nie oddaje tego dziwnego związku.

12299366_1191469997534054_364593922917424035_n

Ok. 16.00 John, Yoko i ekipa radia RKO wychodzą z Dakoty, John prosi o podwózkę do studia, ponieważ jego limuzyna się spóźnia. John ma na sobie czarną skórzaną kurtkę Gapa, z której kupna jest niezwykle dumny. W międzyczasie podpisuje płytę jednemu ze stojących pod budynkiem fanów. To właśnie on zabije Lennona za kilka godzin. W aucie jeden z radiowców odważa się w końcu zadać muzykowi bezpośrednie pytanie o Paula McCartneya. John odpowiada „Kocham go, jak można nie kochać brata?”. Po dotarciu do studia John pracuje nad utworem Yoko „Walking on thin ice”. W przerwie telefonuje do swojej ciotki w Anglii – Mimi – informując ją, by przygotowywała się na jego przyjazd do Liverpoolu w najbliższym czasie . Ok 22.30 sesja dobiega końca, John właśnie nagrał ostre partie gitary – są to ostatnie dźwięki jakie zarejestrował.

Producent płyty Mark Douglas odprowadza Johna i Yoko do windy. John rzuca „Widzimy się rano”. Wspólnie zastanawia się z Yoko czy jechać najpierw coś zjeść, czy zajrzeć do domu, czy ich 5-letni syn Sean już spi. John upiera się, by jednak najpierw zajechać do Dakoty. Kiedy docierają na miejsce, Yoko wysiada pierwsza, John idzie kilka kroków za nią. Kiedy wchodzą w mrok potężnej bramy wejściowej budynku (w którym Polański nakręcił „Rosemary Baby”), ktoś za plecami woła „Mr Lennon!”. Zamachowiec przyjmuje pozycję strzelecką i oddaje pięć strzałów w kierunku Lennona. Jest 22.52. John trafiony w plecy i w ramię zdoła jeszcze wejść do Dakoty, mówi do strażnika „pomóż mi , zostałem postrzelony” i upada twarzą na podłogę, rozsypując taśmy z nagraniem „Walking on thin ice” i obficie krwawiąc z ust. Yoko histerycznie błaga o pomoc. Strażnik wzywa policję i pogotowie i nakrywa Johna swoim płaszczem, zdejmując mu zakrwawione okulary. Założenie jakiekolwiek opatrunku nie ma sensu – krew jest wszędzie. Jako pierwsi na miejsce docierają policjanci, którzy aresztują nie stawiającego oporu zabójcę, który zajął się w międzyczasie czytaniem „Buszującego w zbożu” Salingera. Zapytany, czy wie co zrobił, odpowiada – „Właśnie zastrzeliłem Johna Lennona”. Policjanci widząc stan Lennona, decydują się nie czekać na karetkę i wnoszą jego ciało na tylne siedzenie swojego wozu. Podnosząc Lennona z posadzki słyszą trzask łamanych kości. Ruszają w szaleńczym tempie do najbliższego szpitala – odległego o zaledwie kilka przecznic Roosevelt Hospital, jeszcze z drogi informują oddział ratunkowy by był gotowy na przyjęcie postrzelonego. Jednocześnie pytają Lennona: „Czy Pan na pewno jest Johnem Lennonem? John odpowiada: „Tak”. „Jak się czujesz?” – „Boli mnie”. W kolejnym aucie policyjnym jest wieziona Yoko, która histerycznie krzyczy „Powiedzcie mi, że to nieprawda!”. W szpitalu lekarze podejmują dramatyczną a walkę, szef Emergency Room Stephan Lynn podejmuje decyzję o otwarciu klatki piersiowej rannego i ręcznym masażu jego serca. Przed salą siedzi jeden z pacjentów, który obserwuje przez uchylone drzwi dramatyczne wysiłki lekarzy. W tym samym czasie szpitalny radiowęzeł zupełnie przypadkiem emituje utwór Beatlesów „All my loving” („Close your eyes, and I’ll kiss you”). Mimo szaleńczej pracy zespołu ratunkowego Johna nie udaje się uratować. Utrata krwi jest jednak zbyt wielka. Zgon zostaje oficjalnie stwierdzony o godz. 23.07. Większość Amerykanów dowiaduje się o tragedii oglądając ważny mecz w programie Monday Night Football, prowadzonym przez słynnego sprawozdawcę Howorda Cosella (który zresztą znał Johna osobiście). Podejmuje on decyzję i przerywając relację informuje o śmierci Johna.

http://www.youtube.com/watch?v=5gcdz1IRVoM

10 minut po północy doktor Lynn wychodzi przed szpital do dziennikarzy i z trudem hamując łzy informuje o tym, że John Lennon nie żyje.

Dlaczego doszło do tego zabójstwa? Mimo licznych teorii spiskowych, prawda może być bardzo banalna. Nikt chciał zostać Kimś. Lekarze nie byli do końca pewni jego niepoczytalności. Od 35 lat nazwisko Nikogo jest jednak nierozerwalnie związane z nazwiskiem artysty, którego zamordował. Nikt nadal przebywa w więzieniu.

 

Autorem tekstu jest Paweł Błędowski. Największy fan i znawca twórczości The Beatles, jakiego kiedykolwiek poznałam. Prywatnie mój serdeczny przyjaciel. Dziękuję Ci za możliwość udostępnienia tego tekstu. 

A od siebie mogę dodać, że dziś u mnie tylko ta płyta.

WP_20151208_11_45_46_Pro