Zjednoczenie poświąteczne

Zanim zaczną się podsumowania mijającego roku i ja sama ulegnę tworzeniu wszelkich rankingów płytowych, wydarzeń i spełnionych muzycznych marzeń, daję wam jeden utwór.

Zjednoczenie Sound System singlem Dom zapowiada nową płytę. Premiera Inity już wkrótce, ruszamy wszyscy do warszawskiej Hydrozagadki 16 stycznia, żeby na żywo posłuchać tego, co panowie proponują na nowym krążku! Ma pojawić się na nim wielu gości, a wśród nich uwielbiany przeze mnie, absolutne odkrycie roku 2014 – Damian Syjonfam. Continue reading „Zjednoczenie poświąteczne”

Jak święta to tylko Matt Dusk

Najlepiej podczas świąt smakuje jazz. I sernik. To pierwsze odkryłam dopiero w zeszłym roku, gdy dostałam w prezencie przepiękne wydawnictwo, dwupłytową świąteczną edycję albumu My Funny Valentine Matta Duska. I zakochałam się od pierwszego przesłuchania…

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Matt Dusk to kanadyjski wokalista jazzowy. Jest bardzo związany z naszym krajem, nie tylko dlatego, iż ma tu wielu fanów, ale też ze względu na fakt, że jego żoną jest Polka (szczęściara).

Wkrótce po polskiej premierze pod koniec roku 2013 płyta My Funny Valenine zdobiła status platynowej. Matt Dusk tuż przed ubiegłorocznymi świętami zagrał również koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce. Pamiętam, że nie mogłam się wtedy oderwać od odbiornika. Dusk ma – lubię tego słowa nadużywać, ale naprawdę ją ma – charyzmę i lekkość obcowania na scenie. Pomiędzy utworami opowiadał niewymuszone żarty, także po polsku! Słychać było, że nawiązał świetny kontakt z publicznością, choć dokonanie tego poprzez tak wymagającą muzykę, jaką jest jazz, nie może być łatwe.

Album przynosi spokój. Ta muzyka tworzy niezwykłą atmosferę, która mi zawsze już będzie się kojarzyć ze świątecznym nastrojem, z czasem, który można i trzeba celebrować. Idealna jako tło do grudniowych spotkań przy grzanym winie lub do słuchania w samotności z zamkniętymi oczami.

Wszystkiego dobrego na święta!

G.C.

z10856558X,-Biala-flaga--o-korporacyjnej-prostytucji---Kombinat-
fot. grzegorzciechowski.pl

Grzegorz Ciechowski 29.08.1957 – 22.12.2001

Dziś mija 13 lat od śmierci artysty, którego nie sposób opisać w kilku słowach. Nie umiem też opisać tego, jak ważną był i jest dla mnie postacią, bo to jego utwory i jego poezja kształtowały moją wrażliwość i wyznaczały muzyczne drogi. Grzegorz Ciechowski miałby dziś 57 lat.

Gdy rodziły się moje fascynacje Republiką i Grzegorzem jako muzykiem samym w sobie, jego już nie było. To od początku był artysta, którego ja nie posłucham na żywo, nie spotkam go i nie zachwycę się jego nową piosenką. Kiedy w 2001 roku Ciechowski umarł po skomplikowanej operacji serca, ja miałam 8 lat i nie byłam świadoma tego, kto umiera, choć pamiętam, że mówiono o tym w telewizji.

ciechowski_foto_panelCzy ja tak naprawdę mogę nazwać się fanką Ciechowskiego? Nigdy nie byłam na jego koncercie, nie widziałam na żywo tego, jak wpada w swój trans, przeżywa na nowo swoją muzykę i odsłania się przed publicznością. Nie rozmawiałam z Grzegorzem, choć poznałam wiele osób, które… dostąpiły tego zaszczytu. Ale czy wtedy czuły na barkach ciężar spotkania jeśli nie z legendą, to na pewno z nietuzinkową osobowością?

fot. http://grzegorzciechowski.pl/
fot. grzegorzciechowski.pl

Ciechowski był multiinstrumentalistą, założycielem Republiki, twórcą czarno-białej mody, ale przede wszystkim – poetą. Pisał dużo wierszy, ale napotykał na opór, gdy próbował je wydać. W końcu to scena okazała się najlepszym miejscem do tego, by je zaprezentować.


CHOROBA

moja choroba działa powoli
jak afrykańska trucizna
sporządzona przez wytrawnego
znachora

tyle już dni minęło
a ja leżę w ciszy
patrzę na swoje stopy
i żałuję tej rosy
która właśnie spada
na trawnik

mój kolega
istny rabin z wyglądu
klepie mnie po ramieniu
opowiada o dziewczynach
podglądanych w publicznej łaźni

widzę wtedy jego twarz
i w oczach podstępnie sfotografowane
pośladki

mów rabbi opowiadaj

1977


Ulubione utwory… Zmieniały się, tak jak zmieniał się mój odbiór Republiki. Pod wpływem poznawania kolejnych płyt lub powrotów do poprzednich. Niezmiennie jednak tymi, do których wracam najczęściej są Śmierć w bikini, Moja krew czy Jestem poławiaczem pereł. Oraz ten.


Jedno z moich radiowych marzeń nigdy się nie spełni. Nigdy nie przeprowadzę wywiadu z Ciechowskim i nigdy nie pochwalę się tym, że go poznałam. Nigdy nie kupiłam biletu na koncert Republiki, a wszystkie wykonania utworów Grzegorza przez kogoś niebędącego Grzegorzem świadomie nieobiektywnie uważam za kompletną porażkę.

Dlatego bardzo sceptycznie podchodziłam do projektu Nowe Sytuacje. 31 lat od wydania albumu Republiki o tej właśnie nazwie muzycy postanowili przypomnieć o sobie fanom. W nowym koncertowym składzie znaleźli się ci, którzy zespół tworzyli od początku, czyli gitarzysta Zbigniew Krzywański, basista Leszek Biolik oraz perkusista Sławomir Ciesielski oraz zaproszeni przez nich Piotr Rogucki, Tymon Tymański i Jacek Budyń Szymkiewicz.

13 grudnia zagrali na żywo studiu im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. Zachwycili mnie w szczególności z jednego powodu – aranżacje pozostały niezmienione, a panowie śpiewali tak, jak śpiewał Grzegorz. Ani jedna linia melodyczna nie została naruszona, każdy dźwięk pozostał na swoim miejscu, a każdy krzyk został wykrzyczany w ten sam sposób. Nie ta sama przecież, bo okaleczona i obdarta z charyzmy Grzegorza Republika w tej wersji nie wynagrodziła mi wszystkich koncertów, na których nie byłam, bo przecież być nie mogłam. Jednak tego wieczoru w tym radiowym studiu zapanował swojego rodzaju mistyczny nastrój. To dzięki muzyce, która jest bardzo tożsama z Ciechowskim. A ci, którzy śpiewali jego teksty, nie próbowali go zastąpić. Miałam wrażenie, że są świadomi, jak daleko im do Ciechowskiego. I chwała im za to.

10467039_982871061742391_333745801020688654_o
Nowe Sytuacje w Trójce, 13.12.2014

Czy legenda Ciechowskiego urosła po tym, gdy umarł? Bardzo chcę myśleć, że jednak nie. Że setki fanów pamiętających lata 80., Republikę czy Obywatela G.C. są dowodem na to, że ogromną charyzmą i talentem zasłużył na miano wybitnego artysty za życia. A co by było, gdyby nie 22 grudnia 2001 roku? Czy miałabym inny, ulubiony utwór Ciechowskiego? Czy zrobiłabym wywiad życia? Czy spotkalibyśmy się w radiowym studiu? Z pewnością…

Rzecz o teledyskach

Mam problem z teledyskami. Do niedawna jeszcze mogły dla mnie nie istnieć. Tłumaczyłam sobie, że tak jak słuchaczowi radia nie jest potrzebny obraz, to tym bardziej dla radiowca teledysk do utworu, który chce zaprezentować na antenie będzie zupełnie zbędny. Nie raz zdarzało się, że obraz psuł mi zupełnie odbiór muzyki, więc darowałam sobie męki i teledysków po prostu nie śledziłam. Swojego czasu zachwyciłam się jednak klipem do One more day zespołu Letters From Silence. Dziś już mi się tak nie podoba, choć to nadal ładny obrazek.

Spojrzenie na klipy odczarowało się wtedy, gdy sama w jednym wystąpiłam. Nie dość że retro, że czarno-biały, to jeszcze był to klip artysty, który przez swoją muzykę opowiadał mi o Warszawie i pokazywał ją wtedy, gdy sama jej jeszcze dobrze nie znałam. Tym razem piosenka była mniej stołeczna, a bardziej miłosna. I do tego była dancingowa…

Pablopavo i Ludziki – Dancingowa piosenka miłosna, reż. Radosław Chrześciański

I tak się stało, że wystąpiłam w klipie prawie że u boku Pablopavo. Po pierwsze – ogromny zaszczyt, po drugie – wspaniała przygoda, którą przeżywałam jeszcze bardzo długo. I wciąż czuję dreszczyk ekscytacji, gdy słyszę ten utwór.

A niespełna rok później…

Rubber Dots – Brain In a Vat, reż. Piotr Rajkowski

Kolejny klip, a ja w nim znów trochę retro. Tak jak wiele osób pojawia się w ciągu tych kilku minut, tak wiele jest analiz całego teledysku. Pomysł opierał się na historii chłopaka wychodzącego z klubu, który podczas jazdy taksówką po mieście obserwuje ludzi po drugiej stronie szyby. Postaci są czasem skrajnie różne, czasem podobne do siebie, jednak każda ma w sobie coś szczególnego. Widzimy chłopaka z różą, dziewczynę z książką, starszego mężczyznę o aparycji menela z dworca, podczas gdy w rzeczywistości to facet, który ma podobno szlacheckie korzenie. Dla mnie ten klip to przewijająca się w zwolnionym tempie taśma z przekrojem społeczeństwa A.D. 2014. Rozmazane i wyostrzone postaci, część w parach, część ukazana jako wyodrębnione jednostki, bo w żaden sposób nie pasują do osoby stojącej obok. A może to wystawa ludzi-symboli? Czy każdy jest w stanie odnaleźć tam osobę, do której jest podobny? Boję się, że w mojej postaci, kobiety pędzącej do pracy w korporacji z telefonem i kubkiem kawy w dłoniach, mogłoby się przejrzeć wielu z nas.

Przejrzeć można się także w nowym klipie Pablopavo. Tu słowem-kluczem jest powidok. A co to takiego? Oddaję do indywidualnej interpretacji.

Może w tym sęk? By w klipie, który jest przecież wizją reżysera, odnaleźć coś własnego? A co jeśli ten obraz zupełnie nie współgra z naszym wyobrażeniem danego utworu?

Nowości i muzyczne fascynacje listopadowo-grudniowe

Przez miesiąc w muzyce może się wydarzyć wiele. Na blogu się nie pojawiałam, ale muzyki u mnie było bardzo dużo.

Ten post to przegląd tego, czym żyłam i czego słuchałam przez ostatni miesiąc. Kolejność nieprzypadkowa.


1. Bardzo ważna i bardzo pozytywna informacja na koniec roku: organizatorzy podali oficjalną datę ORF 2015! Po raz 15. spotkamy się w Ostródzie między 6 a 9 sierpnia 2015 r.. Okrągłą rocznicę planuje się podobno specjalnie uhonorować. Czekam(y)!


2. 

Uzależniłam się od tego utworu. Panowie ze Small Mechanics porządnie się rozkręcają, a mają z czym, bo singiel należy do tych utworów, które – raz zasłyszane – zostają w głowie na długo. Prosty, nieskomplikowany, a zarazem tak oryginalny tekst autorstwa – któż może napisać taki tekst – oczywiście Pablopavo. Do tego aksamitny – i jest to komplement – wokal Karola Wróblewskiego. W atmosferze niepokoju płynącego z klipu i samego utworu moment ciepła przynosi refren. I ten refren jest mistrzowski. Polecam, polecam, polecam i życzę kapeli ogromnego sukcesu. Mają charyzmę i pomysł na muzykę. Dodam, że Gęstnieją jesienie trafił na Listę Przebojów Trójki. A głosować można tu: http://lp3.polskieradio.pl/


3. Choć fanką Łąki Łan nie jestem i nigdy nią pewnie nie zostanę, to zachwyciłam się kolejną sesją Postcard Sessions. Ideą projektu jest połączenie muzyki granej na żywo i miejskiej przestrzeni. Pomysł prosty – efekt znakomity. Byli więc Paula i Karol na Lwowskiej, była wspomniana kapela Small Mechanics w warsztacie rowerowym, w końcu moknąca w deszczu ekipa z Vavamuffin. Postcardowe nagrania wyróżniają się specyficznym spojrzeniem na muzykę. Tu dźwięki muszą współgrać z otoczeniem i to nie miasto jest tłem dla muzyki, wręcz przeciwnie – to ona musi pasować do klimatu miejsca, w którym wszystko się dzieje. Wydaje się więc, że My Bones Pauli i Karola nie brzmiałoby tak dobrze bez tej konkretnej ulicy, po której członkowie kapeli idą podczas nagrania . Albo żaden zespół nie wpasowałby się tak dobrze w atmosferę warszawskiej Pragi jak Łąki Łan. To najnowsza sesja i muszę przyznać, że znowu się udało. Pocztówka z Paprodziadem wyszła bardzo mrocznie i delikatnie przerażająco, od wiolonczeli przechodzą po plecach ciarki, a Warszawa jest taka, jaką mało kto sobie wyobraża. Dobra robota, bo tak ma być – niebanalnie.


4. Do mojej kolekcji dołączyło też parę nowych (dobrych!) krążków. Słucham namiętnie nowego Fisza (Fisz Emade Tworzywo – Mamut), ciągle odkrywam i poznaję inną, ale równie pasjonującą wersję Pawła Sołtysa (Pablopavo – Tylko), a pod choinką znajdę Gentlemana w wersji unplugged. Dziś jednak od rana słucham utworów z tekstami Wojciecha Młynarskiego.

WP_20141220_002

Prawie całość to przepięknie wydana, pięciopłytowa kolekcja poświęcona twórczości Młynarskiego. Dla mnie, zakochanej w PRL-u to prawdziwa uczta. Jest i Michnikowski, i Kalina Jędrusik, są Skaldowie, Maryla Rodowicz, Sojka, Prońko – wszyscy! Czekają mnie wspaniałe chwile dzięki tym utworom, a póki co na nowo zachwyciłam się tym: