Damian Syjonfam – Wracam do domu

WP_20141119_10_57_49_Pro

 

Niech powstanie tu rzeka, przy której mógłbym żyć

Rzeka, z której wodę mógłbym pić

Jak ci co byli tu przede mną…

Tak zaczyna się jeden z najlepszych albumów wydanych w 2014 roku. Damian Syjonfam i jego Wracam do domu to rewolucja na polskiej scenie reggae’owej. I to nie jest przesada.

Zaczynał w zespole ComeYah, z którym wypromował kawałek Na wschód. Potem słuch po nim zaginął… Damian zmienił kierunek i wyjechał na zachód, w poszukiwaniu pracy i pieniędzy. Wrócił i nagrał znakomitą płytę, z tekstami opartymi na tym, co czuł na emigracji. Znajdziemy więc tam słowa o tęsknocie za rodziną, miłością, o wyborach i życiu – w zgodzie z własnym rytmem.

Wracam do domu to tytuł bardzo wymowny. Idealne podsumowanie całego albumu, bardzo prawdziwego, bardzo intymnego, bardzo świadomego. To właśnie teksty są najmocniejszą stroną tego wydawnictwa. Muzyka to szeroko pojęte rootsowe granie, z elementami dubu, okraszone wpadającymi w ucho liniami melodycznymi.

Kto tu zostanie

Niech zadba o to żeby dzieci miały

Spokojne zasypianie

To co ujmuje, to ogromna, słyszalna autentyczność. Ciepły wokal Syjonfama i uczuciowość oraz ewidentna wrażliwość na otoczenie sprawiły, że album został znakomicie przyjęty w środowisku. Premiera miała miejsce na tegorocznym ORF i już w pierwszym dniu sprzedaż płyty pobiła wszelkie rekordy. W Ostródzie Syjonfam miał również swój debiut koncertowy. Choć nie był najmocniejszym elementem piątkowego line-upu, zebrał sporą publiczność, która bardzo dobrze go przyjęła. Dla artysty był to moment bardzo stresujący – nie wiedział, jak specyficzna ostródzka publiczność zareaguje na debiutanta. Mówił mi o tym w audycji Przed godziną zero w radiowej Trójce, gdzie miałam ogromną przyjemność z nim rozmawiać.

damian_syjonfam_przed_godzina_zero_trojka_02_09_2014
Wizyta Damiana Syjonfama w audycji Przed godziną zero. Na zdjęciu razem z artystą oraz prowadzącym program, Tomaszem Żądą.

Niestety, tak jak znakomity jest album, tak bardzo złe jest jego opakowanie.

Okładka nie należy do najpiękniejszych, choć bardzo podoba mi się pomysł wizerunku Damiana – opartego o drewnianą laskę, z książką w ręku – to znakomite nawiązanie do wartości prezentowanych w utworach, tradycji i „powrotu do początku”. Reszta, zarówno czcionka, książeczka dołączona do albumu – są po prostu brzydkie. Złe kolory, za dużo tekstu na okładce – wygląd nie zachęca do sięgnięcia po płytę. Na okładce brak jest tej pozytywnej energii, która płynie z głośników bo włożeniu płyty do odtwarzacza. A szkoda…

WP_20141129_001

Ogromna przyjemność dla fanów reggae, duży wkład w polskie reggae, gratulacje dla Damiana Syjonfama!

Reklamy

Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

Zaczynam pisać przy utworze numer 6 – Kokon. Trzy moje ulubione już za mną. Wracam do numeru 2.

Beksa.

Krótkie momenty skupienia.

Czas który pozostał.

To te, przy których przystaję i po prostu słucham, nie mogę robić nic więcej. Nie było tak od początku, bo płyta jest jedną z tych, po które musiałam sięgnąć po raz drugi. Dostałam ją zaraz po premierze, w kwietniu tego roku. Odłożyłam na półkę, bo fanką Rojka nigdy nie byłam. Posłuchałam, stwierdziłam, że to nie moja bajka – album ponownie trafił do zbioru. I jak wielki to był błąd!

Trzy utwory po kolei – Beksa, Krótkie momenty skupienia i Czas który pozostał to moje piosenki listopada. Niestety, ja bardzo uzależniam klimat muzyki, której słucham od aktualnie panującej pogody. A album Rojka jest bardziej jesienny i po prostu… smutny.

Jest o szarej codzienności, wyborach, decyzjach, które – inaczej podjęte – zmieniłyby życie. Do tego muzyka, która jest zaprzeczeniem tych tekstów. Czuję ogromne spięcie między klimatem tekstów a muzyki. Dysharmonia. Piękna dysharmonia. To nie są nastrojowe ballady, dużo w nich tempa, linii melodycznej i głosu Rojka pełnego… nadziei?

Bezapelacyjnie najlepszym tekstem jest Beksa. Zresztą, każdy w tych tekstach znajdzie swój intymny kawałek życia, przeżyte emocje i myśli, które pojawiły się kiedyś w głowie. Wielu na pewno chciało kiedyś powiedzieć, choć nie wiedziało jak to ująć:

już już już nie wytrzymuję tempa

wszystko kurwa skręca

straszna chała w głowie

lub

Pozwól mi być gdzie Ty

Nie zostawiaj gdy noc

źle źle Boże wszystko źle

To nie płyta dla nieszczęśliwie zakochanych ani neurotyków. To płyta dla ludzi, którzy przeżywają swoje życie intensywnie analizując to, co się dzieje. Tym (nam) właśnie Rojek opisał to, co może się dziać także u nich (u nas). U mnie niektóre sprawy się dzieją, a Artur Rojek mi o tym śpiewa.

I jak on dobrze wygląda na tej okładce!

Koncerty w Trójce vol. 13 Republika

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Najnowsze wydawnictwo z serii Koncerty w Trójce – mikołajkowy koncert Republiki z 1998 roku.

Płyta trafiła do mnie zaraz po premierze i przyznam, że od tych 3 tygodni prawie się z nią nie rozstaję.

To też koncert wyjątkowy, bo po długiej nieobecności zespołu na scenie. Trzy lata po tym wydarzeniu, był to też grudzień, Grzegorz odszedł…

Na koncert złożyły się nie tylko utwory Republiki, ale i te pochodzące z solowych projektów Ciechowskiego, jak choćby Tak, tak… to ja. Album niezwykły – bo koncertowy. Można poczuć choć w małym stopniu to, co Grzegorz dawał z siebie na scenie. Jak bardzo zazdroszczę tym, którzy słuchali go wtedy na żywo.

Choć nie jestem w stanie wybrać mojego ulubionego utworu Republiki czy Ciechowskiego w ogóle, to numerem, od którego zaczynam przesłuchiwanie płyty za każdym razem jest Śmierć w bikini. 

Na plaży jesteś ze mną pani

Już nic nie zdoła mnie ocalić

Twój zapach chce, twój zapach chce

Bym objął cię leciutko w talii…

To płyta, o której nie wypada pisać. Ją trzeba mieć, a na pewno posłuchać. To propozycja na takie wieczory, jak ten. Samotnie lub we dwoje. Z lampką wina lub herbatą w ulubionym kubku. Nieważne gdzie, warto jednak zatrzymać się i posłuchać Ciechowskiego gdy śpiewa…

… tak długo czekam, a ty ciągle myjesz swoje ciało…

 

Ostróda Reggae Festival – czyli to, na co czeka się przez cały rok

DSC05433

Nie retro, nie lata 80., w końcu nie radio – a reggae będzie motywem, który z pewnością wielokrotnie pojawi się w moich blogowych opisach.

Reggae w którymś momencie pojawiło się na mojej playliście, było to już 6 czy 7 lat temu, i nigdy z tej listy nie zniknęło. Zaczęło się zapewne od Gentlemana, którego ogromną fanką jestem do dziś. Z nim też związane było jedno z moich radiowych marzeń, które niedawno się spełniło…

Ostróda to mekka wszystkich słuchaczy reggae, do której zmierzają co roku na początku sierpnia, by być częścią festiwalu o światowej już renomie.

Na Ostródę czeka się przez cały rok. Nawet wyjeżdżając stamtąd myśli się nad przyszłorocznym line-upem, nad tym, co będzie się działo za rok w tym samym miejscu. Bo to miejsce i niesamowity klimat, który to miejsce wytwarza, jest tym, co przyciąga wszystkich każdego lata. A ten, kto raz się tam pojawi – nie jest w stanie uwolnić się od energii tego miejsca. Przeczytałam kiedyś, że do Ostródy jedzie się tylko raz – potem tylko się tam wraca.

Muzycznie ORF 2014 był jedną z lepszych edycji, na których byłam. Dla mnie zbiór artystów wymarzony, najlepszy, o jakim mogłabym sobie pomyśleć.

Zaczynając od Bakshishu i Vavamuffin, po Dubska, CGB i Maleo, kończąc na Jafii Namuel i Dub Inc.

Polska rootsowa kapela Bakshish dała znakomity koncert. To zawodowcy, na czele z Jarexem, którego wokal zdecydowanie ma moc hipnotyzującą. Świetne, „stare” granie – bardzo dobrze zaprezentowali się na tle pozostałych kapel, choć publiczność pod sceną zgromadzili chyba najmniejszą.

Bardzo dobrze wypadły Dubska (genialny, bujający hymn tegorocznej edycji ORF), Cała Góra Barwinków, Raggafaya czy Vavamuffin – te kapele to już klasyka, wiadomo że zagrają znakomicie i tak też się stało.

Największym przeżyciem „ostródowym” był jubileuszowy, bo z okazji 20. urodzin, koncert Jafii Namuel. Chwała organizatorom za to, że był to ostatni występ drugiego dnia festiwalu. Środek nocy, dosyć chłodna, sierpniowa aura i wbijająca w ziemię muzyka zespołu – na takie właśnie chwile czeka się cały rok. Dawid Portasz, lider grupy, to jeden z niewielu polskich wokalistów o tak wielkiej scenicznej charyzmie. Patrząc na niego, a przede wszystkim słuchając go, ma się wrażenie, że ta moc i geniusz dźwięku pochodzi z absolutnie niewymuszonych ruchów. Portasz przez swój śpiew i muzykę nadaje przekaz, który, mam nadzieję, trafił do wielu tej nocy. Ponieważ koncert był specjalny, zespół zaprosił kwartet smyczkowy, który nadał całości pewnego mistycznego klimatu. Brawo!

Jak bardzo czekałam na Ostródę, wie tylko Ada, która wybrała się tam ze mną. Choć nie jest fanką reggae, to ja podsyłałam jej odpowiednio wcześniej parę linków do zespołów, które miałyśmy usłyszeć na festiwalu. Najczęściej były to linki do muzyki Dub Inc., a apogeum nastąpiło już w samochodzie podczas podróży na miejsce, gdy katowałam Adę numerami Francuzów. Koncertu niestety nie doczekałam, ponieważ ważne sprawy rodzinne wezwały mnie trzeciego dnia festiwalu do domu. Jestem pewna, że nagrania nawet w małym stopniu nie odzwierciedlają tego, co działo się na scenie. A szkoda…

Bardzo żałuję, że ominął mnie koncert Damiana Syjonfama, którego debiutancki solowy album miał premierę właśnie na ORF. Może nie do końca ominął, bo koncert obserwowałam z pewnej odległości, w dodatku na telebimie. Biję się w pierś – wtedy Damian mnie nie zachwycił. Teraz jego album „Wracam do domu” jest dla mnie jednym z najważniejszych wydanych w 2014 roku. Rewelacyjne, rootsowe, korzenne granie z jeszcze lepszymi tekstami o tradycji, miłości, wartościach dziś już nie zawsze aktualnych i propagowanych.

Artystą, którego „przywiozłam” z Ostródy okazał się Meta i The Cornerstones. Senegalski wokalista nazywany jest nowym Bobem Marleyem i przyszłością reggae. Przyjemne, rootsowe granie z elementami soulu i rozbrajający pozytywny uśmiech Mety, którym zarażał ze sceny – naprawdę mocny akcent tegorocznej Ostródy.

Wychwaliłam – czas ponarzekać.

Przy wszystkich niewątpliwych zaletach festiwalu, to, co może odstraszać potencjalnych uczestników, to z pewnością cena karnetu. Bezpośrednio przed rozpoczęciem dobiła ona nawet 160 zł, a nie zapominajmy, że to tylko początek wydatków. Trzydniowy karnet i opłata za pole namiotowe oraz dojazd – nie jest to z całą pewnością tania impreza. I tak jak nigdzie indziej, niż pod festiwalową sceną, rozcieńczone piwo w plastikowym kubku nie będzie tak dobrze smakowało – to cena tego kubeczka wypełnionego w 3/4 jest zabójcza.

Strefa chilloutu, którą organizatorzy bardzo przez festiwalem promowali, okazała się kawałkiem trawy z kilkoma pufami i krzesłami. Dla mnie prawdziwy chillout byłby wtedy, gdyby taka strefa znajdowała się w pobliżu sceny, gdzie można byłoby położyć się na takiej pufie, zamknąć oczy i posłuchać dźwięków płynących ze sceny. Odległości w Ostródzie też nie sprzyjają festiwalowiczom. Nie rozumiem zamykania terenu festiwalu, przez co droga z pola namiotowego do najbliższego sklepu wydłuża się o połowę.

Bilans oczywiście in plus.

ORF 2015 – już się nie mogę doczekać!

Jak pokochałam radio miłością… odwzajemnioną?

Nie mogę inaczej zacząć tego bloga, niż od opisania wielu muzycznych wspomnień, których nie można pominąć! Będę przeplatać wydarzenia z dalekiej i bardzo bliskiej przeszłości, ale części z nich po prostu nie mogę nie opisać. To będzie też sprawdzian dla mnie – co pamiętam, a co po latach straciło na znaczeniu. Ale przede wszystkim to będzie miła podróż wstecz, do czasów, które kształtowały mnie muzycznie.

Na początek – radio!

Kiedy, będąc w pierwszej klasie liceum, zobaczyłam ogłoszenie o warsztatach dziennikarskich organizowanych przez miasto, nie wiedziałam jeszcze, jak ten mały, niepozorny plakat, ukształtuje całe moje życie.

Byłam w klasie dziennikarskiej, myślałam już dosyć poważnie o tym zawodzie, jednak przypuszczałam, że moim narzędziem pracy będzie nie głos – a talent pisarski.

Wybrałyśmy się z moją przyjaciółką na spotkanie organizacyjne, gdzie uczestników dzielono na grupy. Liczba chętnych na warsztaty pisania była za duża, więc siłą rzeczy trafiłam do grupy radiowej. Pomyślałam, że będzie to dobre wyzwanie dla mnie, bo z mikrofonem miałam dotychczas kontakt jedynie na scenie, podczas koncertowania z moim zespołem (wpis o mojej przygodzie w reggae kapeli na pewno się tu jeszcze pojawi).

I tak zmieniło się moje życie.

Nieistniejące już, Katolickie Radio Płock, było stacją, w której zaczęła się moja radiowa przygoda.

Pokochałam radio miłością pierwszą, największą i nieskończoną. Szybko otrzymałam szansę prowadzenia pierwszej audycji na żywo, na początku w duecie ze świetnym, choć także początkującym młodym dziennikarzem.

DSC03442
Pamiątka pierwszej audycji Młodzi Grzeszni w Katolickim Radiu Płock

Potem przyszedł czas na prawdziwy, solowy debiut. Prowadziłam na żywo autorską audycję Data Ważności ’89, którą poświęciłam muzyce, historii, kulturze i życiu codziennemu w PRL-u.

Dlaczego PRL? Moich znajomych nudzą już tłumaczenia o tym, jak bardzo zakochałam się w klimacie minionych lat. Jeśli ktoś mówi o peerelowskiej muzyce, na pewno będę to ja. Mój zachwyt nad tymi czasami zaczął się zapewne od opowieści mojej mamy o tym, jak się wtedy żyło prostym, nieskomplikowanym życiem, choć później odkryłam, że tak różowo nie było. Muzycznie, także dzięki mojej mamie, zaczęłam od Lombardu i Perfectu, co pociągnęło za sobą lawinę innych wykonawców lat. 80 i wcześniejszych. Pamiętam, jak znalazłam kasetę należącą do moich rodziców. Włożyłam ją do odtwarzacza, a tam… Izabela Trojanowska! Jak bardzo podobała mi się ta muzyka! Nawet moja mama, dla której przecież lata 80. to okres młodości i fascynacji modowych a’la Małgorzata Ostrowska, nie mogła zrozumieć, jak mała dziewczynka może słuchać takiej muzyki.

Gość jednego z odcinków "Daty..." Wojciech Wojda - lider Farben Lehre
Gość jednego z odcinków „Daty…” Wojciech Wojda – lider Farben Lehre

O wszystkim tym mówiłam na antenie w Dacie Ważności’ 89. Pamiętam wspaniały klimat w starym studiu, gdzie byłam tylko ja i słuchacz. Pamiętam adrenalinę przed rozpoczęciem każdego programu, kiedy zapalała się czerwona lampka, a ja w kilku słowach musiałam sprawić, by człowiek po tej drugiej stronie pozostał ze mną przez zbliżającą się godzinę.

Przede wszystkim to w tamtym czasie poznałam dziennikarkę, która zaraziła mnie swoją miłością do radia. Renata Kraszewska, moja Mistrzyni, często chwaliła, ale chyba jeszcze częściej ganiła – zawsze jednak w dobrej wierze. Pani Renato – dla Pani wielkie dzięki za wszystko!

25 tygodni z programem na żywo – wspaniała przygoda i najlepsza, bo prawdziwa i niezmiernie wymagająca szkoła radiowa.

A mówili tam na mnie Młoda z PRL-u!

plakaty prl'u (4444)

Dziś są urodziny mojej mamy. A to jeden z jej ulubionych numerów z kolorowych lat 80.

Najgorzej jest zacząć…

Najtrudniejszy pierwszy krok…

Zaczęłam, jak przystało na tytuł bloga, bardzo retro.

Więc przejdę do sedna.

To będzie blog o tym, co mnie otacza, czym żyję, czym się fascynuję i o tym, co jest moją największą miłością, pasją i pracą zarazem. O muzyce.

Chcę pisać o tym, czego słucham, opisywać moje muzyczne fascynacje, dzielić się nowościami i odgrzebywać starocie. Tych ostatnich będzie z pewnością najwięcej.

Będę pisać to, co chciałabym powiedzieć słuchaczom na antenie. A wątków związanych z radiem będzie pewnie porównywalnie dużo do tych związanych z retro.

Zaczynam pisać bloga i zapraszam do jego czytania.

Bo moim największym marzeniem, o czym będę jeszcze wspominać, jest dawać ludziom „moją” muzykę.

A jaka ona jest… to się okaże.

Ola