Życie, kocham cię nad życie

Odszedł Mistrz.

Znam wiele jego piosenek, wszyscy znamy. Ale mam mocne wspomnienie związane z tą jedną. Pamiętam Edytę Geppert śpiewającą, że „uparcie i skrycie, życie, kocham cię nad życie”. Nie rozumiałam tekstu, nie wiedziałam, kto jest jego autorem. Ale ten utwór szczególnie głośno gra w moich wspomnieniach z dzieciństwa.

Słucham w Trójce specjalnego wydania poświęconego panu Wojciechowi Młynarskiemu. Dziś wieczorem zmarł po długiej chorobie. Poeta, artysta, wielka postać polskiej piosenki i całego świata kultury.

Ta piękna epoka słowa i wdzięcznego humoru w piosence nie tylko dogorywa, ona już umarła. Razem z Agnieszką Osiecką, Markiem Grechutą i Marią Czubaszek. Powoli też umiera sztuka poprawnej polszczyzny, pięknej mowy i poezji w codzienności. Przyszłość jest niepewna. I mówi makaronizmami.

Umarła gdzieś pomiędzy plotkami o tym, kto okaże się agentem w show TVN, o tym, że Tomasz Niecik wymyślił nowy gatunek muzyki – western disco polo, i tym, że znany projektant wylansował kolekcję bluz z błędem w nadruku.

Słuchacz Trójki napisał, a Artur Andrus przekazał na antenie: „Dziewczyny już nie będą dla nas takie dobre na wiosnę”.

Pewnie to mało istotne. Pewnie ważniejsze, żeby chodziły wiosną w płaszczach z najnowszych kolekcji.

A kto będzie pisał piosenki?

Miałam zaszczyt uścisnąć dłoń temu, kto w tej trudnej sztuce nie miał sobie równych.

wojciech mlynarski

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.

Bezczelna

16804627_1595310267161011_2049838482_o

Bez kaca. Bez strat. Bez stłuczonego szkła. Ale wśród ludzi i z nadwyżką dobrych życzeń. Skończyłam 24 lata.

Jeszcze w piątek było tu kilkanaście osób, które razem ze mną świętowały urodziny. Przeróżne osobowości, ludzie w różnym wieku, choć pracujący w podobnych zawodach. Przyjaciele, pary, znajomi i nieznajomi, który od wczoraj będą już mogli mówić, że siebie kojarzą. Wszyscy przemierzyli Wisłę, aby powiedzieć mi parę dobrych słów na urodziny. Za wszystkie dziękuję.

No i stało się. Kolejny rok za mną. Podobno to bezczelne mieć 20 lat. Z upływem czasu ten poziom bezczelności maleje, u mnie jeszcze nieźle się trzyma. Bywam bezczelnie zadowolona z siebie i tego, ile mam lat.

Studniówkę i maturę miałam w 2012, w tym samym roku zaczęłam swoją wymarzoną pracę. Dostałam się do radia, w czym pomogła mi bezczelność i bezgraniczna wiara, że uda mi się to zrobić. Na studiach bezczelnie olewałam wszystkie wykłady, bo wolałam czytać książki albo dłużej spać. Byłam bezczelna w kontaktach z kilkoma osobami, czasem w sposób przebojowy, czasem okrutny. Tak, jestem bezczelna. Wierzę w siebie i w to, co robię. W moje pomysły i marzenia.

Bezczelnie gardzę nowymi technologiami, rozmowami przez Internet, nowoczesnymi wnętrzami i tym całym nowym stylem życia pod szyldem wege, eko i trendy. Z nowych rzeczy wybieram kompakty, na które bezczelnie wydaję większą część wypłaty, niż powinnam. Bezczelnie lubię, gdy się mnie adoruje i wręcza kwiaty, gdy się mi powie, że ten ostatni wywiad to znakomity. A ja się bezczelnie z tego cieszę.

Mam 24 lata. I tak mi się marzy, żeby już nigdy więcej nie udawać przed sobą i innymi. Nauczyć się gotować. Zobaczyć Indie. Więcej biegać, mniej spać. Wróć – biegać nie muszę, chcę więcej pisać. Zakochać się?

A moi bliscy sprezentowali mi wczoraj gramofon. Dobrze mnie znają, bo wszystko co związane z muzyką przyjmuję z piskiem nastolatki. Trzeba będzie teraz zacząć łowić winyle. Czyżbym na stare lata zamieniła kompakty na czarne płyty? Żartowałam. Nie zamienię.

IMG_20170218_122346_134.jpg

Gramofon jeszcze nie gra, bo okazało się, że brakuje mi odpowiedniego wzmacniacza. Nie wiem jakiego, nie umiem tego sama zorganizować. Na szczęście mam wśród znajomych kilku muzyków i melomanów.

Kupiłam dziś za to dwa nowe albumy i nowego Pilcha. Tak w ramach prezentu dla siebie. A jutro Gdańsk i wywiad z Janem A.P. Kaczmarkiem. TYM Janem A.P. Kaczmarkiem. Dam znać, jak poszło.

IMG_20170219_143225_875.jpg

Nie John Mayer, lecz Paweł Domagała

Rzadko zdarzają się koncerty, z których chce się jak najszybciej wyjść. Wyjść, aby usiąść przed komputerem. Wyjść, aby włączyć płytę z utworami, które się chwilę wcześniej słyszało i opisać światu wrażenia. Opisać i obwieścić nową gwiazdę. Taki był koncert Pawła Domagały w Teatrze Kwadrat. Kiedy to piszę, mija godzina od jego zakończenia.

wgKawki-14676.jpg
Paweł Domagała w Markomanii, fot. Darek Kawka

Debiutancki koncert, bo i na scenie debiutant. Paweł Domagała, znany z telewizji i reklamy, zagrał swój pierwszy koncert w ramach trasy promującej pierwszy krążek „Opowiem ci o mnie”. Gdyby każdy, kto gada do nas z telewizora, śpiewał tak jak Paweł, telewizja nie miałaby sensu. Wszyscy chodziliby tylko na koncerty.

Jakie to piękne, że w walentynkowy wieczór Teatr Kwadrat był wypełniony po brzegi. Głównie parami, bo i data zobowiązuje. Paweł Domagała i jego czteroosobowy zespół dali nam najlepszy prezent na dzień zakochanych – muzykę. Kompozycje Pawła Borowieckiego i Domagały to dowód na to, że songwriterami Polska stoi. Melodyjne, klimatyczne i romantyczne ballady przeplatały się z rockowymi wręcz, cięższymi brzmieniami, a wszystko pięknie scalał wokalista. No właśnie – czy wokalista? Pawłowi jeszcze brakuje trochę warsztatu, choć śpiewa od wielu lat. A może to stres i przejęcie? W końcu sam ze sceny oznajmił, że nareszcie spełniło się jego marzenie o koncercie z własnym zespołem, z własnymi utworami i własną publicznością. Bo taką już ma, sądząc po reakcjach znakomitej większości sali. Paweł świetnie radzi sobie z gitarą, akompaniując sobie w każdym utworze. Ale to, co dzieje się z jego nogami, zasługuje na oddzielny akapit.

Czasem jest tak, że wokalista z gitarą, zdjąwszy ją, nie wie, gdzie się podziać i co zrobić z rękoma. Wtedy oczom ukazują się dziwne pląsy, z których sam autor nie jest do końca dumny. Nogi Pawła Domagały odgrywały oddzielną sztukę. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zorientowałam się, że patrzę tylko na to, co się z nimi dzieje. I to nie jest absolutnie mój zarzut, bo taniec – choć tego tańcem chyba nazwać nie można – był tym, co tworzy postać Pawła na scenie. Chyba się dogadamy, bo wyczuwam delikatne zwroty w stronę reggae i jestem pewna, że pobujalibyśmy się z Pawłem przy starym Daabie. Co więcej, jedna z kompozycji, które nie znajdują się na płycie, była właśnie zahaczeniem o rootsowe brzmienie, nie parodią, a dobrym, nowoczesnym podejściem do jamajskich dźwięków.

Właściwie to chłopaki mogą nagrywać już drugą płytę, bo na prawie półtoragodzinny koncert złożyły się nie tylko utwory ze świeżo wydanego krążka, ale także nowe – aż się boję myśleć, co będzie dalej – nawet lepsze od tych, które znają już słuchacze.

Obycie ze sceną aktor ma podobno we krwi, a że Domagała to aktor również teatralny, więc na warszawskiej scenie czuł się znakomicie. Żartował, choć nie do przesady, no i jak pięknie interpretował! Wyglądał jak John Mayer – w kapeluszu, z gitarą i w dżinsowej koszuli. Choć w jego muzyce słychać ewidentne inspiracje amerykańskim muzykiem, to nie lubię porównań w stylu „polski ktoś”. Więc z pogardą traktuję myśl o „polskim Johnie Mayerze”, bo wystarczy, że jest „Paweł Domagała”.

Jednak w pierś uderzyć się muszę. Gdy pod koniec koncertu Paweł zaczął mówić o piosence, która go od lat inspiruje, która zmieniła jego życie – choć sam siebie za to stwierdzenie wyśmiał – postawiłabym dużą sumę na to, że za chwilę zagra utwór Mayera. I już w głowie grało mi „Dear Marie” z albumu „Paradise Valley” albo „Slow Dancing in a Burning Room” ze starszej „Continuum”, kiedy ze sceny przede mną usłyszałam utwór Czesława Niemena „Człowiek Jam Niewdzięczny”. Za moją niewiarę i niewdzięczność przepraszam, bo zespół zagrał Niemena tak, że każdy, kto to dziś usłyszał, będzie wyszukiwał ten utwór w sieci, mając w pamięci idealne zakończenie koncertu Domagały.

Utwory, które znałam z płyty – nuda. Nuda, bo były znakomite tak, jak ich się nauczyłam (a znam każdy tekst na pamięć). Ile ja bym dała, żeby się tak nudzić podczas każdej konfrontacji nagrań z wykonaniem na żywo! Tylko mój ulubiony „Hiob” zyskał ciemniejszy wymiar za sprawą koncertowego intro, a tym samym moją dodatkową porcję słabości do tej kompozycji. Jest w nim coś wyjątkowego, niedzisiejszego.

Ostatnie lata w polskiej muzyce należą do późnych debiutantów. Debiutując po trzydziestce można ze spokojem i ogromną charyzmą powiedzieć coś mądrego, zaśpiewać nie krzycząc, wyprzedać bilety na koncert, zostać docenionym. To nie jest domena dwudziestolatków. Dzisiejszym koncertem i przepiękną debiutancką płytą Paweł Domagała dołącza do Leskiego, Skubasa czy Organka, którzy bez cekinów i reflektorów promocji telewizyjnej zadebiutowali i na polskiej scenie zostali.

Wracając na drugą stronę Wisły, obserwowałam pasażerów w autobusie. W Walentynki nie ma ich zbyt wielu. Przepiękna dziewczyna ubrana cała na czarno czytała, sądząc po ilości prześledzonych kartek, dopiero co rozpoczętą książkę. Druga, w towarzystwie dwóch młodych chłopaków, trzymała bukiety tulipanów i róż. Czyżby dostała je od nich? Rywalizują ze sobą czy się przyjaźnią? Za oknem z billboardu uśmiechnął się do mnie ten, którego przed chwilą podziwiałam na scenie. I wtedy przypomniało mi się to, co także chwilę wcześniej usłyszałam:

Pod wieczór Warszawa
ma bananowy smak
Młodzi ludzie na ulicach
myślą „teraz nasz jest świat”
Co mądrzejsi oglądają się za siebie
oni wiedzą że
będą kochać tylko raz
A samotni chcą jak burza gnać do
przodu
tylko Bóg wie
ile tracą szans”

Jak przetrwać Walentynki

img_20170212_115814

Przebudziłam się o czwartej. Usłyszałam jakiś dźwięk, a może tylko mi się przyśnił? I zanim ponownie włączyłam film, przy którym kilka godzin wcześniej zasnęłam, próbowałam wszystkiego, aby ponownie w ten sen zapaść. Zmniejszyłam ogrzewanie – muszę skończyć z tym docieplaniem i wprowadzić zimny chów. Włączyłam telefon i przejrzałam wszystkie informacje zamieszczone w nocy. Urodziny Ani Szarmach – sto lat, Aniu! Mówiłam już to komuś, że w lutym urodziły się same fajne osoby. Instagram znów pękał w szwach od sobotnich filmów ze spotkań ze znajomymi. Przejrzałam wszystkie. Pomyślałam o wywiadzie, do którego siądę przy porannej kawie, do napisania został już tylko lead. Pomyślałam o środowym nagraniu i zeskanowałam w ciemności stojącą przede mną szafę – czwarta nad ranem to przecież idealny moment na to, aby dobierać garderobę na kilka dni wprzód. Rozmyślałam też o tym, że na przekór zmęczeniu zimą, to będzie najlepszy tydzień w roku. Zaczynam odliczanie do urodzin, w piątek skończę 24 lata. Z drobnym wyprzedzeniem dostałam pierwszy prezent, na którym autor napisał: „Dla najbardziej muzykalnej duszy jaką znam”. Prezent jest oczywiście nową płytą do kolekcji, ale co oznacza dedykacja? To, że ta osoba poznała niewiele muzykalnych dusz, czy ta moja rzeczywiście odstaje od normy? Wolę myśleć, że to drugie. Dziękuję Ci i za słowa, i za płytę.

Zanim nadejdą urodziny, nadejdą Walentynki. Jako miłośniczka oldschoolowego życia powinnam nienawidzić tego dnia, a jest zupełnie odwrotnie. Oczywiście, że od czekoladek zapakowanych w pudełko w kształcie serca wolę zmarznięty tulipan i dobre słowo na 8. marca, ale Walentynek się nie czepiam, bo mam na nie sposób. W Walentynki słucham muzyki.

Wczoraj w jednej z gazet znalazłam ranking płyt i filmów na ten dzień podzielony według różnych odbiorców. Jeśli jesteś singlem, słuchaj i oglądaj to a to, jeśli spędzasz wieczór z ukochanym, to lepszym soundtrackiem do walentynkowej kolacji będzie ten album. W tej samej gazecie przeczytałam też, że nowy koniec świata nastąpi we wrześniu 2017. Skoro więc te wszystkie związki i tak szlag trafi, posłuchajmy muzyki. W samotności lub nie.

img_20170212_122916

Mam w kolekcji płyty idealne na Walentynki. John Legend i jego „Love In The Future” czy „Darkness And Light”, John Mayer z „Continuum” z 2006 roku oraz ostatni przepiękny miłosny album Seala „7”. Oczywistość. Przy tym płaczesz i uprawiasz miłość. Jedno i drugie można robić także z Nouvelle Vague i płytą „I Could Be Happy”. To na Walentynki w stylu retro made in France.

img_20170212_120512

Made in Poland i również retro jest płyta z evergreenami jak „Imagine” Lennona, „What’s Going On” Marvina Gayea czy „Ribbon In The Sky” Steviego Wondera w nowych aranżacjach duetu Krzysztof Herdzin i Mietek Szcześniak. Piękne tło na każdy, nie tylko walentynkowy wieczór. Styl vintage bardzo wskazany tego dnia, bo romantyzm jest podobno vintage, żeby nie powiedzieć, że passé. Romantyzmu i odrobiny naiwnego, ale bardzo dziewczęcego uroku nie brakuje na każdej płycie Ani Dąbrowskiej, ale ja we wtorek posłucham na pewno „Ania Movie” i mojego ukochanego coveru „Strawberry Fields Forever”. Są też płyty z miłością w tytule – „Moja miłość” Michała Bajora z tekstami Wojciecha Młynarskiego i moją ulubioną piosenką Bajora, która przez lata wygrywała w rankingu tych najbardziej mnie poruszających, czyli utworem „Moja miłość największa”. Nie obchodzi mnie, że przeszła do lamusa. Mogę przejść razem z nią. Także – z miłością w nazwie – fantastyczny dwupłytowy album będący składanką zremasterowanych przebojów Maanamu z lat 1975-2015, czyli „Miłość jest cudowna”.

img_20170212_115546

Posłucham też na pewno – i to na żywo – utworów z debiutanckiej płyty Pawła Domagały. „Opowiem ci o mnie” to album o codziennym przegrywaniu w walce o miłość, walce nierównej, niesprawiedliwej, wyczerpującej i – wartej każdego poświęcenia.

img_20170212_122743

A na koniec – nie ucieknę od stereotypów o Walentynkach – płyta do pogrążania się w smutku i depresji, w sam raz na dzień zakochanych. Kto nie oglądał filmu, musi nadrobić tę okropną lukę w życiorysie. Soundtrack do „The Virgin Suicides” Sofii Coppoli w całości stworzony przez grupę Air.

img_20170212_115400

Przetrwamy Walentynki, obiecuję. I niech was dopadnie Walenty, czego z całego mojego muzycznego serca wam życzę.

Again and again

Słuchaliście? Przed chwilą w trójkowym „Topie Wszech Czasów” w pełnej wersji wybrzmiało „Again”. Z miejsca 3. spadło w tym roku na  8. A ja, niezależnie od pozycji w notowaniu, mam swoje miejsce do słuchania tego utworu właśnie tego konkretnego dnia. Leżę na podłodze z uchem przy głośniku. 1 stycznia to połączenie smakuje najlepiej.

W 2016 roku, po 14 latach od wydania albumu „You All Look The Same To Me”, na którym „Again” się znalazło, ja usłyszałam ten numer na żywo. A „Top Wszech Czasów” i początek nowego roku to świetny pretekst do tego, aby przypomnieć moją recenzję najlepszego koncertu roku ubiegłego. Koncertu Archive, oczywiście.

wgkawki-6972
Fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Jeśli ktoś jeszcze nie zna zespołu Archive, a nazywa siebie słuchaczem, powinien nadrobić braki w muzycznej edukacji. Najlepiej rozpocząć szkolenie od posłuchania grupy na żywo. Pożałuje się każdej minuty, w której nie było się fanem Brytyjczyków.

Po wydaniu nowej płyty Archive ruszyło w kolejną trasę. W ramach „Kings Of The False Foundation Tour” zespół zagrał w Polsce dwa koncerty: w Warszawie oraz Poznaniu. I tradycyjnie – nie zawiódł.

Torwar to koncertowo niebezpieczne miejsce. Można paść na kolana lub wyjść z poczuciem zażenowania. I choć należę do grupy sceptycznie nastawionych do warszawskiej hali przy Łazienkowskiej, nie wyobrażam sobie innego miejsca w stolicy, gdzie Archive mogłoby zaprezentować się równie dobrze.

Rozpoczęli od „Driving In Nails”, wyznaczając tym samym kierunek całego wydarzenia. Celem była gra świateł, oszczędność w słowach i absolutne skupienie na dźwiękach. Podczas wstępu zespół od publiczności oddzielała swojego rodzaju kotara. Dzięki niej wizualizacje wyświetlały się na dwóch płaszczyznach – za i przed zespołem, co zbudowało znakomity klimat już na początku koncertu. Zespół grał zamknięty w czterech ścianach sceny jak w telewizorze, na którego ekranie wyświetlał się obraz. Obraz muzyki. Emocje były jeszcze większe, gdy kurtyna niespodziewanie opadła, bo wydawało się, że muzycy odgrodzili się od słuchaczy na dobre i nie zamierzają tego zmieniać. Kotara powodowała napięcie oraz wprowadzała atmosferę wyjątkowości. Dlatego nie przeszkadzałaby mi jej obecność nawet przez te dwie kolejne godziny.

wgkawki-6564

Na setlistę złożyły się głównie utwory z najnowszego krążka „The False Foundation”, a tytułowy singiel zabrzmiał wręcz brawurowo. Nie zabrakło jednak utworów z poprzednich płyt i wokalistki Holly Martin. Choć jej głos nie pojawia się na ostatnim krążku, Holly towarzyszy zespołowi podczas nowej trasy. Na Torwarze zabrzmiały więc „Kid Korner”, „You Make Me Feel” czy „Crushed”. Po dwunastu utworach zespół zagrał pierwszy bis, na który złożyło się aż pięć numerów. Wszystko to dało ponaddwugodzinny znakomity, przesycony muzyką i emocjami popis. Ponadto ładunek wrażeń zwiększała oprawa wizualna. Genialne, nowoczesne wizualizacje, idealnie dopasowane do utworów, wprowadzały słuchacza w trans oraz dopełniały to, co słyszał i potęgowały to, co czuł.

wgkawki-1138

Bo Brytyjczycy na Torwarze zagrali po prostu znakomity spektakl. Nie koncert, nie show, bo do showmanów im bardzo daleko. Pollard Berrier, gdy nie grał, stał nieruchomo, jakby zahipnotyzowany, w czarnym kapeluszu naciągniętym na głowę, z czarnymi długimi włosami opadającymi na ramiona, w czarnej pelerynie, która dodawała mu jeszcze więcej tajemniczości. Berrier ujmuje przede wszystkim sceniczną charyzmą. Patrzenie na niego przyprawia o dreszcze. Patrzenie na niego jest intymnym aktem zachwytu drugim człowiekiem. Patrzenie na niego boli, bo dystans, który muzyk stwarza i mur, który buduje przed słuchaczem, są absolutnie nie do pokonania. I to jest piękne.

wgkawki-6464

Darius Keeler wpadał w swój własny trans za syntezatorami, Holly Martin z dziewczęcym wdziękiem pojawiała się i znikała, a Dave Pen, jak zwykle odgrywał klasyczną rolę oszczędnego w słowach chłopaka z gitarą. Jednak publiczność wybaczyła zdawkowe przywitanie i cicho wypowiadane „dziękuję” pomiędzy utworami, gdy Pen wszedł na scenę, aby zaśpiewać bis numer dwa. Bo to właśnie podczas drugiego bisu wybrzmiało „Again”. Złośliwi powiedzą, że większość słuchaczy przyszła na koncert tylko dla tej jednej piosenki. Że to jedyny znany przebój Brytyjczyków i odcinają od niego kupony. Ja mówię, że warto poświęcić wszystko, aby usłyszeć „Again” na żywo. Nawet w skróconej, akustycznej wersji. Bo to są rozpacz, ból, cierpienie, miłość, złość i nienawiść podane w jednej skondensowanej i znakomicie napisanej kompozycji.

wgkawki-7105

Zaraz po wyjściu z Hali Torwar, napisałam: „To był najlepszy koncert w moim życiu”. Byłam podekscytowana, rozemocjonowana i roztrzęsiona. Po powrocie do równowagi mogę wykrzyczeć to samo ponownie. Chcę więcej. Takich emocji, takiej muzyki i takich koncertów. Więcej Archive, Archive i Archive.

http://www.anywhere.pl/article,1662,Archive-w-Hali-Torwar

wgkawki-1509wgkawki-1174wgkawki-1533wgkawki-6870wgkawki-1291wgkawki-6776wgkawki-6735wgkawki-6916wgkawki-6946wgkawki-1195

Zdjęcia: Darek Kawka dla Anywhere.pl

Wszystko to jego wina

Gdzieś w przerwie pomiędzy czytaniem sterty maili, przegryzaniem świątecznych bakalii i snuciem planów na rok przyszły, odwiedzam przystanek. W głowie układam już podsumowujące rok 2016 zdania pełne muzycznych uniesień, zachwytów nową pracą, radiowych wspomnień i dziękczynnych westchnień. Myślę jednak, że ten rok to szereg migawek, obrazków i powidoków. Dla muzyki również tragicznych. Ktoś napisał, że 2016 był jak seryjny morderca muzyki. Umarły lata 80. W 2016 minęło również 15 lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego.

Te dobre, moje muzyczne chwile wyciągam z archiwum i z sentymentem się do nich uśmiecham. Kolekcjonuję je i pielęgnuję. To obrazkowa opowieść o tym, czym żyłam, kogo spotkałam, kim się zachwyciłam i dlaczego ten rok był niezapomniany.

Od czego zacząć? Od spotkań.

Moi goście byli bohaterami okładek:

Był pierwszy wywiad.

13925822_935079983287105_8172325237023906637_o
Radzimir Dębski dla Anywhere.pl fot. Monika Szałek

I pierwszy tekst.

13350462_1336197036409790_8141410839241682576_o

Podróżowałam.

Obowiązkowo zaliczyłam reggae w Ostródzie.

WP_20160813_017.jpg

Jednak najlepszy koncert w 2016 roku to Archive na Torwarze.

wgkawki-6266
Archive, Torwar, listopad 2016, fot. Darek Kawka dla Anywhere.pl

Muzyki na żywo słuchałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

I zdarłam parę nowych płyt.

Lato spędziłam nad Wisłą.

img_20160705_130841

A jesienią robili mi zdjęcia.

W małym studiu za Warszawą znalazłam Przyjaciela. Dziękuję Ci.

Chwytałam najlepsze chwile.

Przez kilka miesięcy żyłam głównie Nim i TYM albumem.

ciechowski-swietlik

Znalazłam drugą pracę, bo ci fantastyczni ludzie przyjęli mnie do siebie.

aywherepl-wigilia
Redakcja Anywhere.pl, fot. Tomasz Sagan

 

 

A w pierwszej nic się nie zmieniło.

wgkawki-6047
Z Markiem Niedźwieckim w Trójce, fot. Darek Kawka

2016 – wszystko to twoja wina.

Choroba nazywa się muzyka

_mg_4212bw
fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć tego dnia. Ani pory roku, ani miesiąca. Miałam pewnie 15 lat i obsesyjnie słuchałam muzyki wyszukanej w Internecie. W moim mieście nie było sklepu z płytami, a rodzinna kolekcja winyli prezentowała się raczej ubogo. Zresztą nawet igła do gramofonu zdezerterowała i zaginęła w zakurzonych pudłach na strychu. Dźwięk czarnej płyty poznałam więc dopiero kilka lat później. Nie pamiętam jednak tego konkretnego dnia, a przecież zaważył on na późniejszych muzycznych wyborach. Dnia, w którym stałam się biało-czarna. Chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałam Grzegorza Ciechowskiego.

Zaczęło się niewinnie i zupełnie bezpiecznie. Nie zapowiadało się na chorobę i całkowitą infekcję organizmu. Przeskakiwałam po różnych albumach, nie odróżniając Obywatela G.C. od Republiki. Gdzieś w tle mignęło zdjęcie Justyny Steczkowskiej, pewnie uznałam to za przypadek. Przeglądałam czarno-białe zdjęcia autorstwa Andrzeja Świetlika, o których kilka lat później miałam z nim rozmawiać. Jedna z tych fotografii do dziś widnieje na moim pulpicie.

Zakażenie nie ustępowało, przyszedł czas na poezję. „Moja choroba działa powoli/ jak afrykańska trucizna”, pisał Ciechowski w 1977 roku, a moja choroba nabrała tempa. Odkryłam, że Grzegorz Ciechowski to Obywatel G.C., to Grzegorz z Ciechowa, to Ewa Omernik. Obsesyjnie uczyłam się tekstów na pamięć, ubierałam się na biało-czarno. Czytałam Orwella, bo Grzegorz czytał. Wiadomo, klasyczny przypadek fanki. Grzywkę też miałam, ale inspirowaną bardziej hipisowskimi fryzurami, niż grzywką mojego idola. Choć tę także w Nim uwielbiałam.

Oczywiście, że oglądałam „Falę” Piotra Łazarkiewicza, będącą zapiskiem Jarocina ’85, na którym Republika zagrała legendarny koncert. Jasne, że we wszystkich antykwariatach szukałam tomiku „Wokół niej”. Bezskutecznie. Gdy na ustnej maturze z polskiego analizowałam teksty napisane przez Grzegorza, usłyszałam, że silę się na oryginalność i lepszym wyborem byłaby poezja z kanonu lektur obowiązkowych. Dla mnie nie było lepszego wyboru, lepszej poezji. Choroba stała się nieuleczalna.

To ona pcha mnie w grudniu na Powązki. Ta choroba zwala mnie czasem z nóg, gdy włączę dawno niesłyszany utwór. Objawia się przyjemnym skurczem, gdy ktoś przy mnie wymieni Jego nazwisko. Silną ekscytacją, gdy wchodzę do studia, w którym On na pewno był, lub rozmawiam z osobą, z którą tworzył. Bolesnym kłuciem w sercu, gdy zdaję sobie sprawę, że nigdy z Nim nie porozmawiam, nie zrobię wywiadu, nie poproszę o autograf. Zazdrością wobec tych, którzy mieli taką szansę.

W zaawansowanym stadium mojej choroby zaczynam zarażać. Chcę, żeby kolejne pokolenia poznawały Grzegorza Ciechowskiego. On nigdy nie trafił i nie trafi do lamusa. Stał się legendą, ikoną owianą kultem, mityczną jednostką, imperatorem polskiego rocka. A gdyby tak zdjąć tę zbroję z jego ramion i odstawić na bok bagaż sławy, poznamy poetę, ojca i przyjaciela. W grudniu minęło piętnaście lat od śmierci Grzegorza Ciechowskiego. O tym jaki był, jak pracował i co pozostawił wielokrotnie rozmawiałam między innymi z jego synem Brunem Ciechowskim oraz przyjacielem Andrzejem Świetlikiem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy miałam okazję przyglądać się ich pracy nad albumem fotograficznym poświęconym Grzegorzowi. Dołożyłam do niego także swoją cegiełkę, a biało-czarna choroba zajęła każdą komórkę ciała.

Nie wyleczę się, nie chcę i nie umiem tego zrobić. Obyśmy mieli tylko takie choroby na świecie. Nie zabierałyby nam rodziców i przyjaciół. Nie byłoby 15. rocznic, pomników i pamiątek. Byłaby tylko muzyka, a ona przecież i tak jest nieśmiertelna.

_mg_4239
Fot. Edyta Bartkiewicz dla Anywhere.pl

Tekst ukazał się na portalu Anywhere.pl oraz w magazynie „AirGo! (nr 60/2016).
http://anywhere.pl/article,1709,Choroba-nazywa-sie-muzyka