44 fotografie

To zapis wyjątkowej relacji Mistrza z Mistrzem. Relacji opartej na szacunku, zrozumieniu i konsekwentnej pracy dwóch indywidualności. Efektem są fotografie, które zapisały się w historii polskiej kultury. Osobowość jednego wpływała na zachowanie drugiego i odwrotnie.

Spotkali się w 1988 roku. Grzegorz Ciechowski był już popularnym artystą, idolem swojego pokolenia i charyzmatycznym gigantem muzyki. Nowofalowa Republika, po wydaniu trzech albumów i przełomowym koncercie w Jarocinie, podczas którego najpierw zespół obrzucono pomidorami, a później śpiewano mu „Sto lat”, na skutek eskalacji napięć pomiędzy muzykami zawiesiła działalność. Grzegorz Ciechowski odkrywa w tym czasie swoje alter ego i powołuje do życia Obywatela G.C. Zdjęcie na okładkę płyty „Citizen G.C.” wychodzi spod migawki Andrzeja Świetlika, współtwórcy grupy artystycznej Łódź Kaliska.

Od początku znakomicie się rozumieli, często bez słów. Andrzej Świetlik pamięta, że Ciechowski nie był wylewny. – Grzegorz był facetem pozbawionym emocji w rozmowie. Potem, gdy znałem go już dość dobrze, zaobserwowałem, że zawsze w kontaktach zawodowych zachowywał się profesjonalnie, powściągając emocje – wspomina. Pierwsza sesja rozpoczęła serię kolejnych, fotograf portretował Ciechowskiego przez kolejnych kilkanaście lat, ostatnie takie ich spotkanie miało miejsce rok przed śmiercią muzyka.

Połączyły ich charaktery oraz podejście do sztuki. Działania Świetlika w Łodzi Kaliskiej były ucieczką w przestrzeń wolności, podobnie działał Grzegorz Ciechowski. – Byliśmy chuligańscy wobec oficjalnego nurtu sztuki, oficjalnych zachowań uznanych artystów, ze wszystkiego robiliśmy kpiny, to była totalna anarchia – opisuje koniec lat 80. Świetlik. Pierwsza sesja z Ciechowskim odbyła się w schronie przeciwatomowym. Świetlik miał wówczas pracownię w jednej z kamienic na Rynku Nowego Miasta w Warszawie. – Schodziło się do niej wąskimi schodkami, następnie trzeba było odkręcić korbą stalowe pancerne drzwi, potem kolejne. A tam witał wchodzących intensywny zapach piwnicznej stęchlizny. W tej piwnicy po zakończonych zdjęciach atelier zmieniało się w ciemnię, w niej wywoływałem negatywy i robiłem powiększenia. Epoka cyfrowa miała nadejść dopiero za kilkanaście lat – wspomina fotograf.

Zdjęcia z drugiej sesji są chyba najbardziej znane fanom Grzegorza, bo do dziś są jednymi z najczęściej pojawiających się w mediach. Przejmujące fotografie z kroplami wody na twarzy Ciechowskiego powstały w 1990 roku, a dwa lata później promowały album „Obywatel świata”. Ten utrwalony w świadomości wielu portret Ciechowskiego był wynikiem… ograniczonych możliwości, ale też inspiracji Andrzeja Świetlika z pobytu w Stanach Zjednoczonych.  – Ta sesja odbywała się w owej piwnicy zaraz po moim powrocie z Waszyngtonu – mówi Świetlik. – Jedyną rzeczą, którą miałem, był kran z wodą. A w Stanach przesiedziałam dwa miesiące w klubach i księgarniach, oglądając aktualne amerykańskie ilustrowane czasopisma. Zobaczyłem tam fotografie, jakich dotychczas w Polsce nie widziałem. Tam wówczas zaczynali swoje kariery znani dziś fotografowie – Michel Comte czy Peter Lindbergh, którzy posługiwali się nowym dla mnie rodzajem ekspresji – dużymi zbliżeniami i efektami porównywanymi do klatek filmowych, aktorskim sposobem zachowywania się przed aparatem. U nas nie robiło się takich zdjęć – tłumaczy.

Ekspresja i ogromny ładunek emocji to klamra łącząca wszystkie sesje Andrzeja Świetlika z Grzegorzem Ciechowskim.  Choć był to wciąż czarno-biały Obywatel G.C., podczas sesji wcielał się w różne postaci. Na zdjęciach z 1997 roku widzimy Grzegorza-Indianina, Grzegorza-pilota, Grzegorza-marynarza. Jakim był modelem? – Słowo model zupełnie tu nie pasuje, to raczej były zachowania aktorskie, w dużym stopniu improwizowane, ale jednak kreacje, z odrobiną narracji, odpowiednio do niej wypracowanej ekspresji, etc. Grzegorz sam dużo proponował, zależało mu na mocnych portretach, mnie zresztą też – opowiada Świetlik. W 2000 roku dominuje jednak już inny rodzaj ekspresji. – Czytam w tych zdjęciach inny rodzaj napięcia, w spojrzeniu, wyraźnie inny niż na wcześniejszych portretach. Tylko tyle i aż tyle – dodaje fotograf. Rok później Ciechowski niespodziewanie umiera.

Na pytanie, czy muzyk był fotogeniczny, Andrzej Świetlik odpowiada: – Zdecydowanie tak. Akceptował siebie, akceptował swój wygląd, a fotogeniczność jest funkcją samoakceptacji. Podczas ostatniej sesji w 2000 roku, momentami wydawać się mogło, że kreacje, jakie proponował Grzegorz, ocierają się o zachowania narcyza. Przeglądając potem cały materiał z sesji, pozbyłem się wątpliwości, była to zaplanowana gra, kolejna kreacja w katalogu wielu różnych obrazów jego osoby.

Choć mówimy dziś o Grzegorzu Ciechowskim jako głównym bohaterze, Andrzej Świetlik portretował go nie tylko solo. Cztery z dwunastu sesji powstały z udziałem wszystkich członków Republiki po ponownym zawiązaniu się zespołu, w 1996 roku wraz z mieszkańcami jednej z lubelskich wsi powstały zdjęcia do projektu Grzegorz z Ciechowa, a rok później fotograf uwiecznił na zdjęciu Grzegorza wraz z rodziną. Świetlik skrzętnie archiwizował wszystkie odbitki. Wiele z ujęć pozostawało do wglądu artysty i tego, którego fotografował. Do czasu.

W 2016 roku z inicjatywy Bruna Ciechowskiego, syna Grzegorza oraz Przemysława Wałczuka, zarządzającego prawami do twórczości i wizerunku Obywatela G.C., powstał album „Grzegorz Ciechowski-Andrzej Świetlik” przedstawiający w większości niepublikowane dotąd fotografie. Projekt poprzez internetowy crowdfunding wsparło ponad 300 osób, dołączyli również partnerzy: Miasto Toruń, ZAIKS i STOART. Premierze albumu towarzyszyły wystawy w Toruniu, Opolu oraz Jarocinie, a cykl ten zakończy się w Warszawie. Od 14 lutego do końca miesiąca w Galerii Ethos na Placu Trzech Krzyży 10/14 na otwartej wystawie będzie można obejrzeć fotografie na żywo po raz ostatni, bowiem prace powędrują do sprzedaży, a chęć ich zakupu można zgłaszać już teraz.

Zdjęcia, które trafiły do albumu oraz na wystawę, to selekcja rodziny Ciechowskiego oraz samego Andrzeja Świetlika. Twórcom zależało na tym, by pokazać nieznane dotąd fotografie, które będą gratką dla fanów, ale i osób, które Ciechowskiego znały osobiście. – To ciekawe, że z wiekiem zmienia się sposób patrzenia na pewne zjawiska, których byliśmy aktywnymi uczestnikami kilkanaście lat temu. Te zdjęcia, na które patrzę dziś inaczej, znajdują się właśnie w albumie – mówi Świetlik. Ten nadal jest w sprzedaży, a zawiera ponad 120 fotografii z podziałem na rok i miejsce powstania. Wystawa zaś to 44 fotografie, a liczba nie jest przypadkowa. Urodzony w Tczewie w 1957 roku Grzegorz Ciechowski umarł w Warszawie w grudniu roku 2001.

27368851_557084367991000_7690747686357100319_o

fot. Andrzej Świetlik

Reklamy

Teksty/muzyka/Leski

Jak, opisując album o takim ładunku emocjonalnym, wyzbyć się emocji? Jak oddzielić swoje myśli od tego, co miał na myśli autor? Słuchałam nowego albumu Leskiego i uwierzcie mi – to, co teraz wylewam z siebie przy pomocy przycisków na klawiaturze komputera, nie jest proste do ujęcia w słowach.

blog

Tytuł albumu, którego zdradzać póki co nie mogę (ale mogę napisać, że zaznaczyłam przy nim 3 wykrzykniki oznaczające wielką aprobatę), nie tyle narzuca tok myślenia o nim, ile lokuje w konkretnej rzeczywistości. Oto stan zakochania ze „.splotu” – debiutanckiej płyty Leskiego, przeobraża się w dojrzałe uczucie. A to nie jest ani łatwe, ani też – o zgrozo – do końca przyjemne.

Pusty pokój i kawa. W takich, przypominających domowe zacisze okolicznościach przyszło mi słuchać nowego materiału Leskiego, specjalisty od wypełniania pustych przestrzeni w głowie i w sercu. 11 utworów, które znajdą się na nowym albumie to podróż przez miłość. Podróż pełna dziur w asfalcie, stromych poboczy, podróż przez grad, śnieg i łzy. To jednak podróż, na końcu której widać światło nadziei. I ten pokój, okrągły stół i kawa były świadkami wybuchu emocji z głośników rezonujących w głowie słuchającej i opisującej to zjawisko.

Album rozpoczyna się tam, gdzie zakochanie zastąpione zostaje przez realia odarte z wyniosłych poetyckich słów, z obietnic szczęśliwego życia, z wiary w to, że miłość uniesie największe ciężary. To ten moment, kiedy miłość zaczyna się psuć, kiedy jest cierpka, pomarszczona i wymagająca, kiedy idylliczne obrazy nikną na horyzoncie. I już podczas pierwszego utworu pomyślałam: jak gorzka jest ta kawa, którą przyszło mi dziś pić. A gdybym miała słuchać tego albumu po raz pierwszy w tłumie, rozszarpałabym biedaków na strzępy, bo tłum odebrałby swobodę wyrażania niepokoju i smutku, które rysowały się na twarzy, a które musiałabym ukrywać pod maską neutralnego słuchacza. Musiałabym udawać, że przecież wszystko jest w porządku, że to tylko odsłuch płyty, jakich wiele na rynku. Otóż nie. Ani takich płyt na rynku wiele, ani takich emocji, ani też szarość za oknem od dawna nie była tak intensywna, mimo panoszącego się już na dobre w Warszawie smogu. I też wielkie miłości nie przydarzają nam się na co dzień. A o tym właśnie jest ten album.

Każda miłość jest pierwsza. Ale jaka ta miłość toksyczna.  Jaka smutna. Jaka przygnębiająca.  Leski rozdrapuje rany, podlewa je alkoholem wymieszanym z brudem i potem i czeka na reakcję. Mówi: sprawdzam. Pyta: czy wasza relacja jest prawdziwa? Czy nie pozorujecie szczęścia? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy miało się szesnaście lat i na ustach wspomnienie pierwszego pocałunku?

Leski to wcale nie taki uroczy chłopak z gitarą. Jest momentami wściekły, jest arogancko uszczypliwy, czepia się szczegółów. Przez to jest jeszcze bardziej intrygujący niż przy debiutanckiej płycie. Zadaje niewygodne pytania i zmusza do myślenia. Uświadamia? Raczej uchyla drzwi do szafy, w której smętnie zastygł trup. To wszystko jest szalenie oczyszczające.

Choć najnowsza płyta mówi o rozczarowaniach, nikt nie powinien mówić o rozczarowaniu tą płytą. Bo to znakomity album, który namiesza nam w letnich drinkach pitych w knajpianych ogródkach. Na mieście będą o nim krążyły plotki. Wstydem będzie nie znać Leskiego i tej płyty. Kiedy muzykę tworzy się dla rozrywki i towarzystwa, Leski stworzył płytę w jednym – pierwotnym dla muzyki – celu. Do słuchania. Może mniej w niej melodii, a więcej treści. Choć muzycznie nie ma się do czego przyczepić, największym atutem albumu są teksty, w których każdy będzie mógł się przejrzeć. A to, co zobaczy, będzie zależeć tylko od niego. Podczas gdy pierwszy album unosił słuchacza do chmur, bo skupiał się na wolności uczuć i tworzenia, ten niebezpiecznie przyciąga ku ziemi. To już nie jest muzyka marzyciela, choć to wciąż folkowe granie. I kiedy na „.splocie” marzenia ograniczały się do warstwy tekstowej, tu marzenia przybierają raczej postać nowych rozwiązań aranżacyjnych. Przez to album wypełniony jest nie tylko występującą na pierwszym planie gitarą. A propos odwagi. Leski odważył się także na sporą nutę empirycznej przyjemności. Wcześniej serwował nam jedynie niedopowiedzenia, na nowej płycie wątek bezwstydnie się rozwija.

Na tej płycie nie ma hitu, bo życie nie jest hitem. A to album do cna życiowy, odarty z iluzji. Ta płyta to PRAWDA. A o nią przecież tak trudno w dzisiejszych czasach. Nie ma też czegoś takiego jak „zbyt trudny materiał”, nowy krążek Leskiego jest jednak dojrzalszy, bardziej wymagający, przemyślany w każdym szczególe. I ten błękit ze „.splotu” już mniej błękitny i przysłonięty chmurami. A ten mrok wynosi album Leskiego do rangi wybitnych. Wspomnicie moje słowa.

Temat miłości w muzyce nigdy się nie wyczerpie, bo miłość każdemu ciśnie się na usta i serce. I nawet jeśli miłość umarła, nadzieja jeszcze nieźle się trzyma. Leskiemu gratuluję, a słuchaczom zazdroszczę tego, że wkrótce usłyszą ten album po raz pierwszy. Gdyby tak dało się ten pierwszy raz powtórzyć…

Żółć

27048298_1653166758059961_153803459_o

To podobno najbardziej polskie słowo. W filmie „Ziarno prawdy” Borysa Lankosza na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego jest scena, w której Jacek Poniedziałek tłumaczy, dlaczego żółć to także słowo najbardziej oddające charakter Polaków. 

Nigdy nie było mi do twarzy w kolorze żółtym. Gdy kiedyś założyłam na nagranie musztardową bluzkę, dziewczyny z redakcji szybko kazały mi ją zdjąć. Nie wystąpiłam nago, przebrałam się we własne, a nie wypożyczone ciuchy. Od tamtej pory przestałam wypożyczać te szmatki i nagrywam wywiady we własnych bluzkach i własnych ukochanych butach, których jest już tyle, że należałoby dokupić szafę. We wszystkim własnym – dopowiem.

Żółć wylewa się z nas litrami smrodliwego płynu. Wychodzi z potem i trądzikiem na twarzy, wyrasta z nowymi włosami i wypada wraz z obumarłymi rzęsami. Wspomniany Miłoszewski mógłby to lepiej opisać w jakimś kolejnym kryminale.

Problem dotyka każdego i każdego możemy nim dotknąć. Żółci ludzie chodzą po ulicach. Kobiety kobietom, mężczyźni mężczyznom, rodzice dzieciom, dzieci dzieciom, przyjaciele wrogom, przyjaciele przyjaciołom, wszyscy to sobie robią.

A mnie tak bardzo szkoda na to czasu. I chociaż najbardziej polskiego słowa nie zmienię, może pomyślę nad jego osobistą alternatywą słowa najbardziej „mojego”? Proste. Kwiaty. Muzyka. Miłość. Książki. Słowa. Słowo słowo mieści w sobie wszystko, od nas jedynie zależy jak duże będą jego składowe.

Bo ja zamiast pastwić się nad żółcią lub czymkolwiek innym wolę posłuchać albumu „Volver” Benjamina Biolay’a. Benjamin jest tak piękny na okładce, że jednak zalewa mnie ta polska żółć. A z tyłu także kolor żółty. Nie uwolnię się dziś od tej barwy. Benjamin ma pod lewym okiem bliznę. I kolejne niewidoczne, skoro pisze takie piosenki.

Ja również mam. Pod okiem także.

Dziękuję B. za to zdjęcie zrobione późną nocą podczas ostatniego spotkania pod znakiem whisky i rozmów, w których nie ma miejsca na żółć.

 

Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Kwiaty w styczniu

To naturalne, że pisanie i słuchanie jest w moim przypadku ściśle ze sobą powiązane. Słucham i spod palców stukających w klawiaturę wyrastają kwiaty. Słowa-kwiaty. Kwiaty w styczniu.

IMG_20180106_171649

Dziś „Continuum” Johna Mayera. To już pewnie jakieś dwa lata, odkąd mi go przedstawiono. Nie opuszcza mnie do dziś, a ten album z 2006 jest nadal moim ulubionym. Już zapomniałam, jak bardzo pasuje do takich zimowych dni. Czy to wyostrzone przez mróz na zewnątrz zmysły, czy dziś w tych utworach słyszę coś innego niż dwa lata temu?

Chyba każdy uważa siebie za posiadacza jakiejś szczególnej zdolności. Ja, na przykład, widzę więcej. Może z racji zawodu powinnam więcej słyszeć, ale już egzaminy do szkoły muzycznej wiele lat temu pokazały, że nie otrzymałam daru słuchu absolutnego. Ale żyję też z obserwacji, którą opanowałam już prawie na poziomie zaawansowanym. Widzę więcej, przez co ślepnę. Tak jakby wzrok męczyły moje analizy świata w głębszym wymiarze, a nie starczało energii na podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. Dlatego już gorzej widzę w nocy, linii oddzielających pasy na przemokniętej drodze nocą nie sposób dostrzec. Ale rejestruję wiele innych widoków, piękniejszych niż deszcz na betonie.

Widzę, jak mała Basia, jedząc zupę, uśmiecha się do całego świata. I jej zdziwienie, gdy biorę ją w ramiona, a ona obserwuje obcą sobie twarz, bada ją rękoma, dotyka moich włosów, bo w ten sposób właśnie mnie poznaje. Widzę teraz przed oczami kilka wspomnień, które wywołało „Gravity”, czyli jedna z najpiękniejszych piosenek Mayera. Mijam też często pewną kobietę z dzieckiem i za każdym razem zauważam jej frustrację, niezadowolenie z życia, odbijające się w jej oczach wszystkie kłótnie z mężem, a w oczach ich dziecka pragnienie zaimponowania matce, która i tak w windzie mówi mu, że zachowuje się idiotycznie. Czy moje oczy też w końcu zmęczą się takimi obrazami? I przestanę skanować rzeczywistość wokół, skupiając się tylko na tym, co widać bez głębszego zastanowienia?

Tak więc nadwyrężam ostatnio zmysł wzroku, dając odpocząć słuchowi. Pochłaniają mnie myśli, a ja pochłaniam książki. Na granicy starego i nowego roku przeczytałam „Niksy” Nathana Hilla, od których nie można się oderwać. „To, co kochasz najbardziej, zrani cię najmocniej”. Jakie to proste.

A przed paroma minutami przeczytałam ostatnie zdanie najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Ta powieść została napisana po to, by pomyśleć. By marzyć. By żałować. Za co ZM dziękuję, choć z powyższymi stanami i tak zawsze było mi i będzie po drodze. Para w 50. rocznicę pierwszej wspólnej nocy przenosi się do przeszłości. Ich ciała mają znów 30 lat, ale głowy nadal 80. Ponownie mogą więc przeżyć tę pierwszą noc, ale mogą też naprawić to, co zepsuli, nadrobić to, co zaniedbali, pochylić się nad tym, co ważne, a zlekceważyć nieistotne. To nieuchronne – czytając, myśli się o tym samym. Co będzie za 50 lat? Czy wtedy będę mieć do siebie pretensje, że spędziłam cały dzień w domu, z książką na kolanach wypiłam 3 kawy i z wypiekami na policzkach snułam wizje przyszłych lat? Gdy za 50 lat spojrzę na siebie, dwudziestoparoletnią mnie, wklepującą te słowa w klawiaturę komputera i słuchającą Johna Mayera, co pomyślę? Dzięki tej książce nabrałam ochoty na podróże, na pisanie i na uśmiechanie się do siebie w lustrze częściej, niż robię to teraz. Choć wciąż widzę w tym uśmiechu więcej niż inni. Bo każdy zna przecież siebie najlepiej, prawda?

Wyciągam A. do Mediolanu, żeby świętować wspólne urodziny. Trzeba uczcić 25. rocznicę mojego pierwszego spojrzenia na świat. W sierpniu już na pewno Korfu. W lipcu Gdynia. A po drodze jeszcze tyle przystanków. Świetnie, będzie co obserwować.

„Continuum” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt w całej kolekcji. Podczas jej słuchania rosną w głowie kwiaty.

Każdy ma w sobie coś z Grincha

Może dlatego, że wstałam dziś tuż przed szóstą, żeby zdążyć na poranny program w radiu (choć przecież lubię z okna Myśliwieckiej obserwować wschodzące słońce). A może to zbierane po kątach przez cały tydzień zmęczenie i nieprzespanych kilka dodatkowych godzin, ale byłam dziś przez chwilę Mr. Grinchem. Przeklinałam przedświąteczny harmider, nazywając go nawet świątecznym syfem. Pękłam. Na kilkanaście minut miałam ochotę przeskoczyć już do lutego.

Ja, która sprawę prezentów załatwiła w listopadzie. Ja, fanka uroczystych kolacji, długich przygotowań i długich czerwonych sukienek, w końcu miłośniczka pieczenia ciast. Ja, która z radością małej dziewczynki w wigilijny poranek wkłada pod choinkę prezenty. Ogółem – ja, kochająca cały ten świąteczny syf.

IMG_20171212_225454_918

Robiony w złości sernik może okazać się sernikiem Pana Grincha. Słonym, niezbyt pulchnym, przypieczonym albo przesuszonym. W duchu zawsze śmiałam się z artykułów o przedświątecznej depresji, wybuchach niepohamowanego płaczu i agresji nasilających się pod koniec grudnia. Dziś wiem, że po świecie chodzi wielu Grinchów i jest to całkiem normalne. Choć świat, zalany stresem i poplątany jak lampki choinkowe składowane na strychu, już taki normalny nie jest. Swoją drogą, zakładanie na choinkę tych poplątanych lampek wykracza poza kategorię syfu, to jest już całkiem porządna badziewna karma za lenistwo przy jak najszybszym ich zdejmowaniu.

To był fantastyczny tydzień. Bardzo męczący i pracowity. Przed świętami wszystko jest bardziej męczące i zawsze jest dużo więcej pracy. Udzielam się przy kilku świątecznych programach, proszę uważnie nasłuchiwać PR3.

Czerwona sukienka i Koszyki nocą. Albo radiowe wigilie i żarty w muzycznym gronie. Świetna sprawa. Był też LemON w Palladium i piękny intymny koncert. Gratuluję i dziękuję za świąteczną kartkę dostarczoną na radiowe biurko. Kawa z P. wczoraj. Czekałam godzinę, bo godzinę wyjeżdżał z parkingu podziemnego w centrum handlowym (świąteczny syf). Ale gdy już się spotkaliśmy, musiała pojawić się dolewka pysznej kawy z dripa. P. rozumie muzykę w podobny sposób. Dobrze porozmawiać i o muzyce, i o braku akceptacji pędu za oknem, i o życiowym syfie też dobrze porozmawiać. Odwiedziłam też GC, tak jak zawsze, kiedy 22 grudnia jestem jeszcze w Warszawie. W tym roku po raz kolejny byłam.

„You’re a mean one, Mr. Grinch”. Każdy jest czasem Grinchem, niezależnie od pory roku. Trzeba napić się wina albo pomyśleć o ukochanej osobie. Albo zjeść trochę przepysznego ciasta z whisky, którego nie da się nie polubić. Po kawałek albo dwa zapraszam tuż po świętach. A póki co jutro wstać z dobrym nastawieniem. Bo może warto czasem odpuścić, wybrać sobie dobre wspomnienie i mieć ciągle ten jeden obraz przed oczami.

Bo ze mnie wcale nie jest taki zły Mr. Grinch. Nawet jeśli się nie uśmiecham, uśmiecham się do ciebie w środku. Wystarczy, że spojrzysz.

A w święta? Włożyć sweter z niedźwiedziem polarnym, popatrzeć na mieniącą się choinkę i popijając wino pomyśleć, że tę choinkę trzeba będzie za chwilę rozebrać. I to dopiero jest syf.

A na serio, to życzę nam miłości. Na święta i cały rok!

 

Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Kobieta

IMG_0243 — kopia

Chociaż to koniec listopada, w piątkowe południe siedziałyśmy z Adą na balkonie i przy herbacie opowiadałyśmy sobie historie z mijającego tygodnia. Słońce świeciło tak, że mrużyłyśmy oczy. Tak naprawdę mogłybyśmy je zamknąć, wystarczyłby tylko głos tej drugiej. Herbata o smaku „Christmas”, z wyczuwalnym cynamonem i piernikowym aromatem. Ada, jak zwykle, piła czarną mocną kawę, ja zerkałam na Pałac Kultury, bo z 8. piętra bloku przy Tamce widać go doskonale.


Kobieca siła jest wielka. Tak jak kobieca przyjaźń. Długo w nią nie wierzyłam, jestem z tych dziewczyn, które lepiej dogadują się ze swoimi kumplami. Dziś obok mnie jest kilka wspaniałych kobiet. Długo nie dostrzegałam ich obecności albo one pojawiły się dopiero wtedy, kiedy byłam na to gotowa.

Podeszłam do niej wczoraj. Z pozoru zwykłej. Ale miała to coś, co mnie przyciągnęło. Ona wiedziała, czym jest to coś. Ktoś wypowiedział tylko jedno słowo. Jedno imię, które łączy nas od wielu lat, teraz połączyło na parę sekund w najsilniejszym i najpiękniejszym z uścisków dwóch obcych sobie kobiet. Nie jesteśmy już obce.


Oczywiście, że zachwyca mnie nowy album Korteza. Smutniejszy, poważniejszy. Jeszcze bardziej blue. Czyli idealny. Dobrze brzmi w radiu, kiedy w niedzielny wieczór siedzi się w radiowym studiu. Dobrze słyszeć, że komuś też się to podoba, że rozumie. Dobrze brzmi, kiedy jedzie się nocą z radia do domu. I dobrze brzmi teraz, kiedy skończył się Benjamin Clementine. Jego „Jupiter” to kolejny utwór końca roku. Obok „In the middle of the rainbow” niXes albo piosenki „Zbyt piękna noc” Grzegorza Turnaua.

Jeszcze nigdy nie żyłam tak intensywnie muzyką, jak teraz. Albo ta muzyka nie wypełniała wszystkich myśli, wszystkich obowiązków. Dlatego dobrze pójść na nowy film Allena, uciec na chwilę od stosu nieprzesłuchanych płyt. I po prostu obejrzeć nowy film ukochanego reżysera. Kate Winslet nigdy nie była tak niepięknie piękna. Ale „Na karuzeli życia” nie będzie moim ulubionym obrazem. Nieracjonalnej kobiecie zawsze najbardziej będzie podobał się „Nieracjonalny mężczyzna”.

Koncertowo listopad pękał w szwach. Koncerty trójkowe słuchane z nowej perspektywy. Ale na pewno nie zapomnę emocji podczas koncertu Keyona Harrolda na targach CJG. Magik i muzyk. „The Mugician”. Amerykański jazz i instrumentaliści, których można słuchać godzinami. Nie przeszkadzało nawet to, że siedzieliśmy z K. na schodach, tłum słuchaczy tylko podbijał atmosferę. Piwo z Decadent Fun Club zakończyło wieczór pełen muzyki i dobrych rozmów.

Grzanki z gruszką, wino i słuchanie winyli z K. kończą ten tydzień. Sąsiedzi na górze urządzili potańcówkę. W końcu to piątek, oni tańczyli, my słuchaliśmy głośno muzyki z Islandii i Polski. Bo taką z K. lubimy. A ja wciąż myślę o tej kobiecie. GC pisał o nas najpiękniej.

„Ani ja, ani ty, nie zdążymy na czas, nie umiemy stąd odejść. Na pewno są planety, na których nie ma zim”.

PS Urodziny bloga. Przystanek ma już 3 lata.