Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.

 

 

All I Need

DesktopByć może czekacie na moją relację z Open’era. A może Open’era macie gdzieś. A tam, gdzie gdyński festiwal, macie też moje teksty. Bądź ktoś zauważył, że ostatnio zamiast recenzować dźwięki, wystawiam recenzje uczuciom. Taka aspirująca Grochola, uboga wnuczka J.L. Wiśniewskiego, niedorastająca mu do końcówki palca u stopy fanatyczka Pilcha. Więc recenzji Open’era nie będzie!

Będzie o mnie na Open’erze. A zobaczycie, że różnica jest ogromna.

Nigdy nie kryłam się z tym, że Open’era unikam. Bo to przecież nie moja muzyka… Bo ja nie lubię tłumów. Bo to daleko, morze jest daleko. Hipokrytka! Jeżdżę co roku na festiwal w Ostródzie (ten reggae, nie ten disco polo) i żyję! I mam się świetnie, bo sierpniowa Ostróda ładuje mi akumulator na cały kolejny rok. Lubię tę ekscytację, kiedy do plecaków pakuje się najgorsze trampki, najbardziej sprany T-shirt, co to można go zniszczyć jeszcze bardziej i najlepiej tam na miejscu już pozostawić. Na pole namiotowe kupuje się zapas chleba do kanapek z pasztetem i czekoladę na nocne uzupełnienie energii pomiędzy koncertami. I nic, że przez trzy noce tak cholernie marznie się w namiocie. Najważniejsze, że jest się tam zawsze o tej samej porze i rozpoznaje te same twarze pielgrzymujące co roku tak jak ty.

Dlatego z Open’erem nie było mi po drodze. I niestety, wszystkie moje obawy i złe proroctwa się sprawdziły. To festiwal modnych ciuchów i trendowych klonów, wianków na głowie i brokatowych policzków, ajfonów i snapczatów. A ja z modnych ciuchów to mam tylko kwiecistą kurtkę, z którą idealnie wpasowałam się w openerowy klimat. Ajfona brak. Wianka brak… już dawno.

Decyzja podjęta na parę godzin przed wyjazdem, szybkie pakowanie, które skutkowało oczywiście niedoborem ciepłych ubrań i kaloszy. Ale gdyby nie to, chyba nie byłabym tak szczęśliwa, że się w końcu w Gdyni znalazłam.

Napisałam to już na facebookowej tablicy, ale powtórzę: moim pierwszym koncertem na moim pierwszym Open’erze był koncert Michaela Kiwanuki. Nic już nie będzie takie samo. Zmienił się mój ranking ulubionych artystów, bo Kiwanuka dziś plasuje się na pewno przed Archive. I przede wszystkim stałam się zachłanna na więcej Open’era. Stopniowo rozrywało mi serce. Najpierw porządnie naderwał je Kiwanuka, poprawili James Blake i Solange swoim przedziwnym, bardzo nie moim, ale trafiającym do mnie spektaklem wyjętym z amerykańskiego teledysku z lat 70., a skończyło Radiohead, pozostawiając mi jedynie kawałek serca, aby to mogło pompować krew jeszcze następnego dnia festiwalu. Podczas dwóch godzin koncertu Radiohead ja w głowie miałam tysiące pomysłów, podjęłam jedną bardzo ważną decyzję, wymyśliłam plany na najbliższy czas. Głos Thoma Yorke’a był soundtrackiem do mojego prywatnego filmu, którego akcja działa się tej nocy. Nie było nikogo wokół, nawet tych młodocianych dziewczyn w przykrótkich szortach. Michał Nogaś w swojej recenzji koncertu Radiohead stawia pytanie o najważniejszą piosenkę wieczoru. Moja to „All I Need”. I tyle.

Rock’n’roll – choć w tej samej koszulce, przyjechałam do Gdyni też drugiego dnia. A ten dał mi na żywo M.I.A i Foo Figthers. I ponownie, to było wszystko, czego tej nocy potrzebowałam. Zachłysnęłam się tym wydarzeniem, tym powietrzem, obezwładniającym i uzależniającym sposobem bycia, który to miejsce we mnie obudziło. Chcę być taka przez cały rok. Mieć tyle myśli, tak intensywnie czuć, tak kochać. W telefonie pozostawiać mapy słów, tak jak podczas koncertu Radiohead. A może to nie Open’er to sprawił?

Okazuje się, że Open’er nie różni się od innych festiwali. Musisz wybrać, czym dla ciebie jest. Czy ważna jest muzyka i ludzie, którzy mokną z tobą i widzą twoją twarz, gdy tej muzyki słuchasz, czy ważne jest bezrefleksyjne festiwalowanie się i gadanie podczas koncertów. Ja wybieram opcję numer jeden. That’s all I need.

Blue Monday

IMG_7743

Modele regulacji sektora prasy: koncesyjny i zgłoszeniowy. Model koncesyjny – wymóg uzyskania uprzedniego zezwolenia władz (nie musi oznaczać cenzury prewencyjnej). System zgłoszeniowy – notyfikowanie władzy publicznej o zamiarze rozpoczęcia działalności wydawniczej.

Tych i innych bardzo potrzebnych szczegółów uczę się na jeden z ostatnich egzaminów na studiach. Egzamin, wydawałoby się, typu 3 Z: zakuj, zdaj, zapomnij. Jednak ja wyjątkowo dużo zapamiętałam z tych studiów, choć niewiele wykorzystałam w praktyce. Nie żałuję jednak żadnej decyzji podjętej w związku z kierunkiem, miejscem i tą całą moją studencką karierą. Żeby być dziennikarzem, nie trzeba skończyć dziennikarstwa, ale można i nic w tym złego. Studiując dziennikarstwo miałam czas na dziennikarstwo.

Odkładam regulacje mediów w prawie europejskim i sięgam po czerwcowy „Twój Styl”. Jestem jego fanką od wielu lat, lubię mądre wywiady i dowcipne felietony Leszka Talki. Ciekawa rozmowa z Marcinem Kwaśnym, bardzo interesujący artykuł o kobietach-pisarkach, ich przyzwyczajeniach i pokonywaniu lęku przed pierwszą książką, ale także Mariusz Szczygieł o sobie sprzed 20 lat. O początkach w telewizji i jego uroczym sposobie bycia zweryfikowanym przez okrutny show-biznes. Hanna Krall powiedziała mu kiedyś: „Pana pytania są proste, pan się dziwi, jest zachwycony odpowiedziami rozmówcy, a im jest to potrzebne, nawet kiedy mówią banały”. Och, żeby mi ktoś tak powiedział. A najlepiej Hanna Krall, oczywiście. Parafrazując Szczygła – wtedy przestanę przejmować się opiniami quasi-inteligentów.

A propos nie quasi-inteligentów, lecz inteligentów – odwiedzili mnie wczoraj kumple z dziennikarstwa. Zagęszczenie audiofilów na metr kwadratowy przekroczyło normę, bo każdy z naszej trójki jest fanem muzyki i co najlepsze – każdy innej. O muzyce, o pięciu zmarnowanych latach studiów, o tym, czego w życiu szukamy, a co już może znaleźliśmy – dobrze pogadać z kumplami. I Blue Monday zamienili mi w Whisky Monday. A noc była tak ciepła, że można było usiąść na balkonie i pouśmiechać się do starych czasów, kiedy zaczynaliśmy studia na uniwerku i starych nas, już prawie z tytułami magistrów.

O czym porozmawiamy za pięć lat? Kim za pięć lat będziemy i gdzie? Niech whisky smakuje tak samo dobrze i niech niewiele się zmieni. No, może poza tym, żeby Michałowi przeszła jednak ta ślepa miłość do Papa Dance.

fot. T. Sagan/Anywhere.pl

Fanka, kot i lato – czyli Janusz Radek w życiowej formie

JanuszRadek_fot.Monika Szalek (21 of 76)

To nie będzie recenzja, którą Janusz Radek wrzuci na swój profil. Bo to nawet nie będzie recenzja. To tekst o mnie.

Dawno temu odkryłam w sobie faktor fanki. Kiełkował, rósł podlewany ogromną ilością słuchanej muzyki. Faktor ukształtował melomankę, która zapragnęła z tej cechy, którą tak bardzo w sobie polubiła, uczynić sposób na życie. Chciałam żyć z muzyki, ale przez brak talentu do jej tworzenia, padło po prostu na słuchanie. Po prostu… Muzyki nie da słuchać się tak po prostu. Można, jadąc autem, słuchać sformatowanych stacji radiowych, które tylko grają piosenki. Ja chciałam inaczej.

I tak się stało, że zbliżyłam się momentu, w którym muzyki słucham zawodowo. Żaden ze mnie autorytet, to raczej ja wciąż podglądam mistrzów, czasami wchodząc do świata, w którym muzyka to nie tylko pasja, ale i profesja. Rozmawiam więc z artystami, z artystami się przyjaźnię i bardzo to sobie cenię. Ale obiecałam też sobie, że nigdy nie zabiję w sobie fanki.

Pocę się, wali mi serce, mówię nieskładnie, przypominam rozhisteryzowaną nastolatkę. Tak dzieje się, gdy moja wewnętrzna fanka wygrywa z ułożoną panią redaktor. Ta pierwsza jest często zbyt infantylna, ta druga nader profesjonalna. Dwubiegunowość? Zaburzenia emocjonalne? Skierowanie do terapeuty? Nie, to muzyka, szarpiąca mną od bandy do bandy.

Uśpiona, dawno niebudzona we mnie fanka odezwała się wraz z nowym albumem Janusza Radka. Wiele lat słuchania jego muzyki karmiło tę fanatyczną miłość. Aż przyszła okazja, kiedy mogłam mu ją wyznać. I pewnie Pan Janusz teraz się w duchu ze mnie naśmiewa, bo owych wyznań miał tysiące. Wywiad wyszedł oczywiście znakomicie, a podczas sesji zdjęciowej namówiłam artystę do tego, żeby jeździł kolorowym rowerem po Placu Grzybowskim.

Halina Poświatowska i Janusz Radek – to nie mogło się nie udać. W piosence poetyckiej Janusz Radek bowiem nie ma sobie równych. Ale płyta „Kim Ty jesteś dla mnie” to nowa forma piosenki poetyckiej, czy jak kto woli, poezji śpiewanej. To najbardziej nowoczesna w brzmieniu płyta Radka, krążącego dotychczas wokół bezpiecznych melodii, na tle których wyróżniał się przede wszystkim głos artysty. Na nowym albumie dosyć oszczędne popisy wokalne ustępują miejsca znakomicie zaaranżowanym kompozycjom. A jeśli ja piszę o „nowoczesności” w pozytywnym sensie, to oznacza to ewenement. Z elektroniką mi nie po drodze i jak mało kto uwielbiam staroświeckość, zarówno w muzyce, jak i zachowaniu.

Janusz Radek zrobił zamach na swoją własną twórczość i znany sprzed lat utwór „Kiedy U-Kochanie” zaaranżował na nowo. I znów mu się to udało. „Mogę być albo nie” to mój faworyt, bez wątpienia najlepszy na całym krążku. Ale „Ten kot”… to już przesada. Coś ty zrobił, Januszu, temu kotu, że on wybił twoją płytę do gatunku muzyki elektronicznej? I ja się tym zachwycam?

Płyty mają swoje kolory. Już poprzednie „Popołudniowe przejażdżki” były bardzo słoneczne. „Kim Ty jesteś dla mnie” to album na lato, kiedy w deszczu jeździsz rowerem z ukochaną osobą albo kiedy zarywasz noc pijąc białe wino i szlajając się po knajpach. Już widzę siebie tańczącą na ulicy ze słuchawkami w uszach. Bo to nie jest ugładzona, ułożona dawka poezji, choć nic w tym przecież złego. To młodość wyrażona w muzyce, radość życia, piękno zastanawiania się nad tym, gdzie jest miłość.

Czyżby Janusz Radek stworzył płytę z poezją śpiewaną dla dwudziestolatków? Stworzył ją dla wszystkich, ale uprzedzeni do tego gatunku młodzi, zafascynowani zachodnim brzmieniem, powinni po tę płytę sięgnąć. Mamy tu przepiękne interpretacje znakomitej poezji Haliny Poświatowskiej w jeszcze lepszych kompozycjach. Janusz Radek w życiowej formie. Myślałam, że to niemożliwe, żebym wielbiła Janusza jeszcze bardziej niż dotychczas. A jednak tak się stało.

Patronat nad płytą objął portal Anywhere.pl. Szelmowsko się uśmiecham, bo się do tego przyczyniłam. A na zdjęciu wspomniany rower, a przede wszystkim Janusz Radek w obiektywie Moniki Szałek. Zdjęcie powstało do wywiadu, który można przeczytać tu.

3, 5 i 55 (czyli Trójka obchodzi urodziny)

Kiedy pięć lat temu stanęłam przed zielonymi szklanymi drzwiami, nie wierzyłam, że się przede mną otworzą. Pięć lat później otwieram te drzwi wchodząc do domu, bo Myśliwiecka 3/5/7 to adres mojego drugiego warszawskiego domu.

IMG_20170401_135200.jpg

Sto lat to za mało, dziś, w dniu jej urodzin, życzmy Trójce dużo więcej. 55 lat temu Trójka zaczęła nadawać na falach ultrakrótkich, a pierwszym szefem redakcji muzycznej został Mateusz Święcicki. UKF zostało już tylko w nazwie jednej z audycji, a imieniem Święcickiego nazwano nagrody przyznawane przez Trójkę – czyli jej dziennikarzy.

Ci przez lata się zmieniali, wielu dziś znanych z innych mediów, rozpoczynało swoją pracę właśnie na Myśliwieckiej. Przez Trójkę przeszła fala ikon polskiego dziennikarstwa. Ale też fala ikon osobowości, charyzmy, profesjonalizmu i wszelkiej maści ludzi NAJ. 55 to kawał historii, przez 55 lat Trójka wypracowała sobie miano „kultowej”. Czy to dobre słowo? Kult Trójki to dobro i zło. Czasem jej przeszkadza, bo kultowemu nie wolno mieć słabości i wad, więc za potknięcia i słabe punkty jest wytykana. A dobro to wszystkie dobre słowa od słuchaczy, to wspólne koncerty w studiu Osieckiej i te promienne uśmiechy, które widzę, gdy podczas programów odwiedzają nas fani.

O Trójce nieraz już pisałam, to z potrzeby opisania trójkowych historii i spotkań z artystami założyłam ten blog. Pisałam i nadal piszę, aby nie zapomnieć wielu historii związanych z radiem i mną w radiu. Spektakularnych wpadek nie miałam, ale pamiętam, jak w „Markomanii” mieliśmy telefonicznie połączyć się z Mario Biondim, z którym Marek Niedźwiecki miał rozmawiać o zbliżającym się koncercie. W takich sytuacjach najczęściej zawodzi sprzęt, tak było i tym razem, więc kiedy w końcu się dodzwoniłam i za kilka sekund miałam już wpuszczać na antenę człowieka po drugiej stronie słuchawki, okazało się… że to nie Biondi, a jego przyjaciel, który przez cały czas tłumaczył, gdzie ów Biondi jest, a ja zaaferowana sytuacją w reżyserce w ogóle go nie zrozumiałam.

Najbliższe są mi audycje, przy których trochę „majstrowałam”. Na początku w „Muzycznej Poczcie UKF” prowadzonej przez Tomka Żądę, potem współtworzyłam także prowadzoną przez Tomka „Historię pewnej płyty”. Teraz – a to teraz trwa drugi rok – mam „Markomanię”. Prowadzi ją Marek Niedźwiecki, ale gdy wyjeżdża, do tablicy przywołuje się „druhów zastępowych”. To stare określenie Pana Marka na swoich zastępców w „Liście przebojów”, ale śmiało możemy je przenieść także do współczesności. Druhami byli: Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek, Ania Szarmach, Magda Umer, Adam Nowak, Kuba Badach, Wojtek Olszak i Marcin Kydryński. Radzili sobie świetnie, choć były momenty, kiedy musiałam być wydawcą-zbawcą. Wydawcą „Siesty” także zdarzyło mi się być, wówczas prowadziła ją Aga Zaryan. Ale co tydzień jestem tak naprawdę „kaziem” – to też zwrot z czasów, kiedy pomocnicy liczyli kartki z głosami na „Listę”. Jestem więc „kaziem” dwa lata i jestem na właściwym miejscu, choć pewnie ten „kazio” już nie taki mały i za chwilę będę „kazimierą”.

Reakcje na moją pracę w Trójce były różne – od eurofii, przez dumę, strach, zdziwienie i wymowne milczenie. Najbardziej lubię te spontaniczne przejawy sympatii, kiedy ktoś mówi mi, że słucha Trójki od dzieciństwa, że zawsze chciał poznać kogoś stamtąd. Takie spotkania są zawsze szalenie miłe. Tak jak to dzisiaj, kiedy słuchacze przynieśli wielkie torty urodzinowe i 55 ciastek z cyfrą 3 na każdym z nich. Przyszli także tata z synem w trójkowej czapce i trójkowym szaliku. Takie przypadki spotykam najczęściej – dorosłych słuchaczy wychowanych z radiem, których dzieci od małego zaraża się Trójką. Ja takim dzieckiem nie byłam, nie mam do nikogo o to pretensji, nie zmieniłabym tego, nawet jeśli bym mogła. Ta Trójka gdzieś po drodze do mnie dotarła.

Lubię jej magentowe logo, lubię jej redakcję, lubię i pielęgnuję wszystkie związane z nią wspomnienia. Wierzę, że Trójka przeżyje dłużej niż następne 55 lat.

Zdjęcie główne nie jest przypadkiem. Po prawej stronie oczywiście urodzinowy baner wiszący na ogrodzeniu przed wejściem do budynku radia. Po lewej stronie widok na ulicę Myśliwiecką i chodnik, na którym ciągnęła się kolejka fanów podczas dnia otwartego w 2012 roku. Stałam daleko daleko za widoczną tam latarnią. Ale wystałam, weszłam i już z Trójki nie wyszłam. Dziękuję.

A to wspomniane dzisiejsze słodkie prezenty.

IMG_20170401_164613.jpg

Wiosennie i sennie

73260310

Zgubiłam gdzieś dzień. Przepadł mi w niepościelonym łóżku, śniadaniu zjedzonym o jedenastej i popołudniowej drzemce. Przesilenie wiosenne gorsze od najpaskudniejszej grypy.

To nie wymówka na lenistwo, ja naprawdę fatalnie reaguję na zmianę pogody.  A jeśli tej towarzyszy jeszcze zmiana czasu – no to umarł w butach. Panie świeć nad nienapisanym kolejnym rozdziałem magisterki, stertą prania, która miała dziś wylądować w pralce, kilkoma mailami, na które nie chce się i NIE MOŻE odpisać i tymi szpilkami, co to stoją w progu od piątkowej nocy.

Jutro biorę rozwód z kanapą, która ma magiczną moc. Oprócz tego, że jest piękna, bo w kwiatki i pasuje mi do wystroju mieszkania, to najkrótsza chwila na niej spędzona przeradza się w kilkugodzinną drzemkę. Ale jakkolwiek by się człowiek starał – w nocy to zaklęcie nie działa. Dlatego od jutra siadam na podłodze, bo miarka się przebrała.

Znajomy powiedział mi niedawno, że wyglądam na niebywale zmęczoną. Jak to możliwe, kiedy się tyle śpi? Przespałam pewnie trzy czwarte tego cholernego przedwiośnia, choć jak się okazuje, nie był to beauty sleep. Nienawidzę cię, zakało wszystkich pór roku. Zgiń, umrzyj, przepadnij.

Wolny zawód to dar i przekleństwo. Ale to nie tak, że ja spać nie lubię. Wręcz przeciwnie. Podobno w przedszkolu, gdy chodziłam do starszej grupy, w której już się nie leżakowało, wychowawczyni – oczywiście na prośbę małej Oli – zaprowadzała mnie do młodszych dzieci, żebym razem z nimi ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. Do dziś mi to zostało. Łykam drożdże – podobno idealne na wiosenne samopoczucie – i idę spać. Więc nie czuję, jak się po tych drożdżach czuję.

Niech będzie, że zbieram siły na bardzo intensywny muzyczny tydzień. W sobotę, 1 kwietnia, Trójka obchodzi  55. urodziny. Jestem z nią prawie 5 lat, więc także mam co świętować. Z okazji urodzin najlepszym prezentem dla słuchaczy i nas – miłośników muzyki z Myśliwieckiej – będą koncerty i ich transmisje ze studia Agnieszki Osieckiej. Zaczynamy 31 marca od koncertu Brodki, dzień później Edyty Bartosiewicz, poza tym na antenie będzie można usłyszeć także zespół Kroke, ojca i braci Waglewskich oraz projekt Dylan.pl. A już we wtorek będę z wypiekami na twarzy siedzieć niecierpliwie na krześle w trójkowym studiu koncertowym i słuchać… powiedzieć nie mogę, ale pochwalę się po fakcie. Płyta już czeka, gotowa do podpisania.

fot. P. Zmarzły

Życie, kocham cię nad życie

Odszedł Mistrz.

Znam wiele jego piosenek, wszyscy znamy. Ale mam mocne wspomnienie związane z tą jedną. Pamiętam Edytę Geppert śpiewającą, że „uparcie i skrycie, życie, kocham cię nad życie”. Nie rozumiałam tekstu, nie wiedziałam, kto jest jego autorem. Ale ten utwór szczególnie głośno gra w moich wspomnieniach z dzieciństwa.

Słucham w Trójce specjalnego wydania poświęconego panu Wojciechowi Młynarskiemu. Dziś wieczorem zmarł po długiej chorobie. Poeta, artysta, wielka postać polskiej piosenki i całego świata kultury.

Ta piękna epoka słowa i wdzięcznego humoru w piosence nie tylko dogorywa, ona już umarła. Razem z Agnieszką Osiecką, Markiem Grechutą i Marią Czubaszek. Powoli też umiera sztuka poprawnej polszczyzny, pięknej mowy i poezji w codzienności. Przyszłość jest niepewna. I mówi makaronizmami.

Umarła gdzieś pomiędzy plotkami o tym, kto okaże się agentem w show TVN, o tym, że Tomasz Niecik wymyślił nowy gatunek muzyki – western disco polo, i tym, że znany projektant wylansował kolekcję bluz z błędem w nadruku.

Słuchacz Trójki napisał, a Artur Andrus przekazał na antenie: „Dziewczyny już nie będą dla nas takie dobre na wiosnę”.

Pewnie to mało istotne. Pewnie ważniejsze, żeby chodziły wiosną w płaszczach z najnowszych kolekcji.

A kto będzie pisał piosenki?

Miałam zaszczyt uścisnąć dłoń temu, kto w tej trudnej sztuce nie miał sobie równych.

wojciech mlynarski

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.