Na czerwono

IMG_20171204_163433.jpg

Uwielbiam grudzień. Jestem zimowa, urodziłam się w lutym, więc w zimnych miesiącach żyje mi się najlepiej.

Lubię długie wieczory i to, że wcześnie robi się ciemno. Gdy wyjeżdżam o 16. z parkingu przy Myśliwieckiej, jest już prawie noc. Może nie jestem więc światłolubna? Albo po prostu lubię funkcjonować w ciemności. Ciemności – jednak – rozjaśnionej świecami, lampką przy adapterze, która oddaje światło przedmiotom wokół. Odbija się ono w pudełkach od płyt albo w kieliszku z białym, a wtedy świecącym na złoto, winem.

Mam już choinkę! Kolejne źródło domowego, intymnego światła. Bo to nie tylko lampki, ale też mieniące się kokardy i kwiaty. Kwiaty na choince to dowód na to, że ona naprawdę jest moja. Lubię dekorować mieszkanie na święta, z upływem lat sprawia mi to coraz większą przyjemność. To chyba dowód na dorosłość. Udekorować mieszkanie, wyszukać nowy przepis na świąteczne ciasto. Upiec pasztet, a może zrobić nowe wywrotowe nietradycyjne pierogi? Kupuję książki z przepisami i czerwoną gwiazdę betlejemską, która musi pojawić się na stole w grudniu. Cieszę się, że ten storczyk, któremu już nie dawałam szans, zaraz zakwitnie, pąki są w stanie tuż przed eksplozją.

Wyciągam „christmasy”. Tradycyjnie na święta Matt Dusk z płytą „My Funny Valentine”, ale i „Old School Yule!”. „Etiuda zimowa” i „RetroNarodzenie”. Do świąt na pewno jeszcze nowa „Muzyka ciszy”, Nat King Cole i Gregory Porter oraz obowiązkowo standardy w wykonaniu Seala. I jeszcze singiel Pawła Domagały. Proszę nasłuchiwać w Trójce utworu „25 grudnia” z reedycji płyty Pawła. Piękna piosenka na święta. Ale czy Paweł pisze nie-piękne piosenki?

Lubię świąteczne zakupy, naprawdę! Nie przeszkadzają mi kolejki, nie kupuję prezentów na ostatnią chwilę, więc omijam te największe tłumy w desperacji szukających prezentów na dzień przed Wigilią. W tym roku zostaję w Warszawie prawie do samych świąt, w sobotę, 23 grudnia przecież świąteczna „Markomania”. Tak więc lubię zakupy, bo lubię podsłuchiwać ludzi. A kiedy nie ma czego słuchać, obserwować. Tak jak tę parę obok, gdy zatrzymałam się na kawę. Byłam sama, stukałam w telefon, ale zobaczyłam ich. Siedzieli przy stoliku, młodzi, dziewczyna i chłopak, zajęci jedzeniem, nie odezwali się do siebie nawet na chwilę. Nie patrzyli na siebie, ich wzrok wisiał gdzieś w oddali. Skończyli, papierowe pudełka po fast foodzie puste. Złapali się za ręce i szli dalej w milczeniu. Tak wygląda miłość w galerii handlowej.

A w szafie wisi nowa czerwona sukienka. Czeka na któryś z grudniowych koncertów. Listopad zakończył się znakomitym Krzyśkiem Zalewskim w Palladium, w grudniu kilka bardzo ważnych dni z muzyką na żywo. Do zobaczenia w Palladium lub w Romie, a może w Trójce. Będę na czerwono.

Kawa w Returnie niesamowicie mocna! Dobrze jednak rozpocząć nią dzień i porozmawiać o podróżach ze starym znajomym, który wcale nie jest stary.

 

Reklamy

Kobieta

IMG_0243 — kopia

Chociaż to koniec listopada, w piątkowe południe siedziałyśmy z Adą na balkonie i przy herbacie opowiadałyśmy sobie historie z mijającego tygodnia. Słońce świeciło tak, że mrużyłyśmy oczy. Tak naprawdę mogłybyśmy je zamknąć, wystarczyłby tylko głos tej drugiej. Herbata o smaku „Christmas”, z wyczuwalnym cynamonem i piernikowym aromatem. Ada, jak zwykle, piła czarną mocną kawę, ja zerkałam na Pałac Kultury, bo z 8. piętra bloku przy Tamce widać go doskonale.


Kobieca siła jest wielka. Tak jak kobieca przyjaźń. Długo w nią nie wierzyłam, jestem z tych dziewczyn, które lepiej dogadują się ze swoimi kumplami. Dziś obok mnie jest kilka wspaniałych kobiet. Długo nie dostrzegałam ich obecności albo one pojawiły się dopiero wtedy, kiedy byłam na to gotowa.

Podeszłam do niej wczoraj. Z pozoru zwykłej. Ale miała to coś, co mnie przyciągnęło. Ona wiedziała, czym jest to coś. Ktoś wypowiedział tylko jedno słowo. Jedno imię, które łączy nas od wielu lat, teraz połączyło na parę sekund w najsilniejszym i najpiękniejszym z uścisków dwóch obcych sobie kobiet. Nie jesteśmy już obce.


Oczywiście, że zachwyca mnie nowy album Korteza. Smutniejszy, poważniejszy. Jeszcze bardziej blue. Czyli idealny. Dobrze brzmi w radiu, kiedy w niedzielny wieczór siedzi się w radiowym studiu. Dobrze słyszeć, że komuś też się to podoba, że rozumie. Dobrze brzmi, kiedy jedzie się nocą z radia do domu. I dobrze brzmi teraz, kiedy skończył się Benjamin Clementine. Jego „Jupiter” to kolejny utwór końca roku. Obok „In the middle of the rainbow” niXes albo piosenki „Zbyt piękna noc” Grzegorza Turnaua.

Jeszcze nigdy nie żyłam tak intensywnie muzyką, jak teraz. Albo ta muzyka nie wypełniała wszystkich myśli, wszystkich obowiązków. Dlatego dobrze pójść na nowy film Allena, uciec na chwilę od stosu nieprzesłuchanych płyt. I po prostu obejrzeć nowy film ukochanego reżysera. Kate Winslet nigdy nie była tak niepięknie piękna. Ale „Na karuzeli życia” nie będzie moim ulubionym obrazem. Nieracjonalnej kobiecie zawsze najbardziej będzie podobał się „Nieracjonalny mężczyzna”.

Koncertowo listopad pękał w szwach. Koncerty trójkowe słuchane z nowej perspektywy. Ale na pewno nie zapomnę emocji podczas koncertu Keyona Harrolda na targach CJG. Magik i muzyk. „The Mugician”. Amerykański jazz i instrumentaliści, których można słuchać godzinami. Nie przeszkadzało nawet to, że siedzieliśmy z K. na schodach, tłum słuchaczy tylko podbijał atmosferę. Piwo z Decadent Fun Club zakończyło wieczór pełen muzyki i dobrych rozmów.

Grzanki z gruszką, wino i słuchanie winyli z K. kończą ten tydzień. Sąsiedzi na górze urządzili potańcówkę. W końcu to piątek, oni tańczyli, my słuchaliśmy głośno muzyki z Islandii i Polski. Bo taką z K. lubimy. A ja wciąż myślę o tej kobiecie. GC pisał o nas najpiękniej.

„Ani ja, ani ty, nie zdążymy na czas, nie umiemy stąd odejść. Na pewno są planety, na których nie ma zim”.

PS Urodziny bloga. Przystanek ma już 3 lata.

Tydzień

_DSC4173.JPG

W tydzień można wiele się o sobie nauczyć. Odrobić zaniedbaną lekcję z poznawania własnego ja, wyciągnąć wnioski i zmądrzeć. Tydzień można dobrze przeżyć. Tydzień może być zbiorem samych dobrych dni.

W tydzień można przejść na dietę i z niej zrezygnować, schudnąć i przytyć, napisać książkę (wersja dla utalentowanych) albo całkiem niezły tekst (wersja dla mniej utalentowanych, ale równie chętnych). W tydzień można się też zakochać. Polecam, bo potem ma się czas na inne sprawy, stanie w kolejkach na poczcie albo po odbiór płaszcza z pralni, a nie marnuje się cennych chwil na osiąganie stanu miłości. Dla odważnych wersja zakochania w jeden dzień – ryzykowne, aczkolwiek czas oszczędzony do maksimum. Zakochanie jest żmudne i męczące, jeśli włożymy je w kompaktowe pudełko jednego dnia, może okazać się całkiem przyjemne. W tydzień można się i odkochać, choć i tu działa zasada ograniczenia do 24 godzin.

W tydzień można się nauczyć, że kompromis z samym sobą nie jest dobry. Że kawa i wuzetka to za dużo cukru jak na jeden raz, że to może spowolnić działanie umysłu, który pijany glukozą nie będzie podrzucał dobrych decyzji.

Nie ulegać, nie wierzyć w obietnice pięknej przyszłości, jeśli przeszłość depcze ci po piętach. Słuchać siebie, ufać intuicji. Nie powtarzać sobie – tym razem zrobię inaczej. Bo to inaczej nie jest w zgodzie z twoim i nigdy nie będzie.

W tydzień można przesłuchać kilka nowych płyt. Jessie Ware, Ghostpoet albo Marka Napiórkowskiego. Ted Nemeth na pierwszym miejscu w tym rankingu. Z nowości oczywiście także „L” Grzegorza Turnaua. I „Zbyt piękna noc”, która robi spustoszenie w głowie. Piosenki o miłości mogą brzmieć w uszach i sercu nie tylko przez tydzień, ale i przez całe życie.

Tydzień przynosi wiele szans na muzykę na żywo. Na Natalię Nykiel w Stodole i pierwszy koncert z nowym materiałem albo na Sirens Hill w Hard Rock Cafe. Albo Pink Freud z projektem Punk Freud w Trójce. W tygodniu dobrze jest zadzwonić po kumpla i wyciągnąć go do centrum. Zorientować się, że kumpel w kumpelskim zespole też ma kumpla. Albo usłyszeć, że zespół, któremu kibicujesz, tworzy muzyk z rodzinnego miasta. K. ma rację, świat liczy 30 osób.

W tydzień można odwiedzić stare domowe kąty. Spotkać się przy piwie i przy herbacie. Zasnąć w łóżku w pokoju, gdzie 10 lat temu pisało się pamiętnik. Kiedyś ciągnęło mnie stąd na zewnątrz, dziś to zewnątrz wpycha mnie od czasu do czasu do tego azylu. Z dystansu lepiej się żyje, można stanąć na środku dziecięcego pokoju, obrócić się dookoła na pięcie i uśmiechnąć do minionego tygodnia.

W tydzień może cię spotkać dużo dobrego. Czy to znaczy, że wykorzystałeś limit na ten miesiąc?

PS Decadent Fun Club. Jeśli nie znacie, poznajcie.

fot. P. Rajkowski

Day in Bed

Jest tuż przed drugą, a ja znowu nie mogę spać. Tryb nocny w użyciu.

_DSC4174.JPG

Najnowsze odcinki seriali obejrzane, szkoda, że pojawiają się raz w tygodniu. Nie mam zaległości, które mogłabym nadrabiać nocami.

Przeglądam maile. Autoryzacja wywiadu z gratulacjami. Z gratulacjami! Lubię moją pracę, a w takich momentach nawet ją uwielbiam.

Czemu nie śpię… Bo spałam w dzień, budzę się nieprzytomna, nie pomaga nawet mocna kawa. Za to piję ostatnią tuż przed osiemnastą, to pewnie przez nią nie śpię do tej godziny. Mój zegar przestawił się już na czas zimowy. Jutro znowu kilka razy włączę opcję „drzemka”, po czym z na wpół zamkniętymi oczami przygotuję śniadanie i tę kawę, co ma mnie obudzić.

Na szczęście spotkanie w radiu w samo południe zmotywuje mnie do jakiegokolwiek funkcjonowania. Choć do perfekcji opanowałam zdalną pracę z tej mojej stacji kontroli nad wszechświatem, nie spędzę kolejnego dnia w łóżku.

Spent the Day in Bed. Nowa piosenka Morrissey’a chodzi za mną kolejny dzień, a raczej to ja bezwładnie za nią podążam i nią inspiruję. To niekwestionowany numer jeden na mojej playliście. Perfekcyjnie przemyślany, znakomity, uzależniający. Zresztą, od samego głosu Morrissey’a można się uzależnić, tak jak od jego ignoranckiej miny – jakby nie przejmował się tymi tłumami, które od lat wyznają jego postać, modlą się słowami jego piosenek, wyznają nimi miłość i obierają za życiowe motta.

No bus
No boss
No rain
No train

Zamiast tego wypić ciepłą kawę na balkonie w październikowym słońcu. Nie włączać telewizora, nie oglądać informacji 24, nie czytać o nowym wybuchu, ale przeczytać kolejne opowiadanie Pilcha z tomu „Indyk beltsville”. Wysłać do redakcji tę autoryzację wywiadu, za który otrzymało się gratulacje. Przesłuchać kolejną płytę ze stosu „do posłuchania” i zrobić porządek w tych, które dobrze się zna. Nie podłączać telefonu do ładowania, niech Instagram kręci się w tym kołowrotku identycznych zdjęć. Zapomnieć o myśleniu o bzdurach, nie zapomnieć łyknąć tabletkę z magnezem. Przypomnieć sobie letni dzień na festiwalu. Wysłać w kosmos pozytywną wiadomość. Albo… Pieprzyć pozytywne myślenie.

A ty jak spędzisz kolejny dzień?

PS „England is mine” na liście filmów do obejrzenia. Najlepiej podczas bezsennej nocy.

Niewidzialna

IMG_20170629_030454_869

Czasami czuję się niewidzialna. Czuję się tak, kiedy w kolejce do kasy stoję za osobą z koszykiem wypchanym zapasami na cały tydzień, a ja chcę tylko kupić do kawy mleko bez laktozy (bo okazuje się, że obok słabej muzyki, chamstwa oraz literówek w tekstach nie toleruję także laktozy). Czuję się przezroczysta, gdy wnoszę po schodach rower, a mija mnie mięśniak, który mógłby unieść ten rower razem ze mną, ale pewnie kropla potu spłynęłaby mu po plecach pod tą białą koszulką z luksusową metką. I taka niewidzialność mi przeszkadza.

Jestem także niewidzialna w radiu, co akurat jest częścią tej trudnej do opisania słowami magii, jaką radio posiada. Jestem niewidzialna dla słuchaczy, choć czasem uświadamiają sobie moją obecność. Odbieram od Państwa, słuchaczy, telefony, bo to także część pracy wydawcy. Wiele osób do dziś pyta mnie, o co właściwie chodzi w byciu wydawcą. Otóż – może to oznaczać wszystko.

Pomagam, nadzoruję, odbieram wspomniane telefony, dbam, żeby to, co Państwo słyszą na antenie, znalazło się później na internetowej playliście. Co to była za piosenka w siedemnastej minucie audycji? Dzięki takiej osobie jak wydawca, szybko i sprawnie można się tego dowiedzieć. Kiedy pan Marek Niedźwiecki był w Australii, a „Markomanię” prowadzili „druhowie zastępowi”, raz zostałam nazwana nawet „zbawcą-wydawcą”. Bo radio na żywo to wcale nie taka bułka z masłem. Zawodzi sprzęt, ludzie, audycję może popsuć niedyspozycja maszyn, ale i osób, które to radio tworzą. I choć wiem, że w świadomości słuchaczy sobotniego programu już jakiś czas temu zapisało się moje nazwisko, to wciąż funkcjonuję pod postacią niewidzialną i niesłyszalną. Debiut na antenie Trójki miałam już kilka lat temu, jednak nie tęskniłam za radiowym mikrofonem. Do czasu.

Tydzień temu przemówiłam. Stałam się na raz widzialna i słyszalna. Tomek Żąda, któremu zawdzięczam to, że w Trójce się znalazłam, zaprosił mnie do swojego programu. Mogłam zagrać ulubione utwory, mogłam mówić do słuchaczy. Czerwona lampka w studiu mnie nie paraliżuje, jest raczej miłym symbolem, ale tego dnia oznaczała, że to chwila dla mnie, że to właśnie ja mam głos.

Siła rażenia Trójki jest ogromna, wiem to, od kiedy zaczęłam słuchać stacji. Ale nie podejrzewałam, jak szeroki odbiór będzie miało to, co zaprezentowałam ja, a co przygotowywałam przez kilka nocy poprzedzających program, mówiąc do siebie i wyobrażając, że mój stół kuchenny stoi w studiu i oto jestem na żywo na antenie Trójki – TEJ TRÓJKI.

Do dziś odbieram maile od słuchaczy, którzy dziękują za program, ale to ja dziękuję, że go słuchali. Dawno temu, kiedy prowadziłam autorski program w lokalnym płockim radiu, po zakończeniu audycji zadzwonił słuchacz, który powiedział, że gdy zaczynała się audycja, wjeżdżał do garażu i siedział w nim tak jeszcze przez godzinę. W tamtym momencie uznałam to za najlepszą recenzję audycji i do dziś się tego trzymam. To niewiarygodne, ilu z Was, moich znajomych i nieznajomych, było ze mną tego dnia! Wiem, że słuchaliście w domach, pijąc kawę, wiem, że słuchaliście w pracy, udając przed szefami, że zajmujecie się ważnymi fakturami, wiem, że sączyliście w trakcie whisky i opijaliście mój sukces, choć był to środek dnia (Wojtek, Marcin!). Za wszystko dziękuję!

Przyznałam się na antenie do nie jednej, a kilku niespełnionych miłości, z czego powstał tytuł audycji „Poszukiwanie miłości w muzyce”, ale to przecież nie moje wyznania, a muzyka była ważna i to ona tak bardzo się wam, Państwu, MOIM słuchaczom spodobała.

Zaczęłam od Pablopavo i Ludzików, bo uwielbiam Pawła teksty i nikt nie śpiewa o Warszawie tak jak on. Następnie – The Skints – których płyta dotarła do mnie dziś, a od których nie mogę uwolnić się od tegorocznego festiwalu w Ostródzie, a przecież reggae w audycji musiało się pojawić. Później zagrałam Brygadę Kryzys, bo utwór „To co czujesz” jest wspomnieniem z początków świadomego słuchania muzyki, kiedy dzięki dźwiękom zaczęły rodzić się silne emocje. Dalej – ze względów oczywistych – Grzegorz Ciechowski. Nie umiałam wybrać jednego utworu, bo jak wybrać jeden z tekstów Ciechowskiego, przy których płaczę, piję wino, śmieję się, przeżywam wszystko, co mnie w życiu spotyka? Losowo padło na „Śmierć w bikini”. Zagrałam też Archive, bo po raz pierwszy na żywo usłyszałam ich w studiu Trójki, siedziałam wtedy w trzecim rzędzie i nie mogłam przestać patrzeć na Pollarda Berriera. Michael Kiwanuka był wspomnieniem Open’era, znakomitego Open’era. Na antenie wybrzmiał też Leski, którego teksty czytam jak poezję, a kilka sekund na koniec audycji zostało dla Johna Legenda, który jest pewnie tak wielkim romantykiem jak ja, dlatego tak świetnie muzycznie się dogadujemy. W zanadrzu miałam także innych artystów, i choć godzina upłynęła mi jak kilka minut, to antena niestety nie rozciągnęła się na tyle, żebym mogła ich wszystkich zaprezentować.

Zatem tak grałam w audycji „Ja tu gram”. Żyję tym do dziś i pewnie jeszcze długo nie przestanę. I nieśmiało podrzucam link, gdzie można tego wszystkiego jeszcze raz posłuchać.

http://www.polskieradio.pl/9/3686/Artykul/1829132,Poszukiwanie-milosci-w-muzyce-Tak-gra-Ola-Budka

Dobrze jest mieć swój głos. Głos w postaci muzyki. Mając to, mogę pozostać niewidzialna.

Pocztówka z przystanku

Zatęskniłam za starym blogowaniem. Tym przystankiem retro, na którym dzieliłam się nowościami płytowymi i doznaniami z muzyką w tle. To nie będzie zatem wpis kopiuj-wklej z innego bloga, któremu – przyznaję się – poświęcam więcej uwagi. To zupełnie premierowy tekst dla przystankowego notesu z myślami.

Dlatego będzie chaotyczny, może nieskładny, może zbyt emocjonalny. Marny będzie z tego reportaż, choć jego cechy będzie posiadać. Przystanku, muszę ci opowiedzieć, co u mnie.

To ja. Magister dziennikarstwa, absolwentka wyższej warszawskiej renomowanej uczelni. Kiedy otwierałam ten blog, nie miałam jeszcze licencjatu, mieszkałam w wynajmowanym pokoju z kuchnią w bloku z wielkiej płyty tuż przy Pałacu Kultury, skąd blisko było na wydział. Dziś żyję z dziennikarstwa. Jak ten świat się zmienia.

IMG_20170628_175756

Ale to też ja, za co ten tytuł magistra powinno mi się odebrać. Szaleństwo Open’era wprawiło mnie w znakomity nastrój, a samochody znajomych potrafią być skarbnicą rekwizytów, które potem wykorzystuje się bez cienia obciachu. O tym, jak Open’er przeżyłam i co o nim sądzę, już pisałam, pozostają więc zdjęcia przeglądane jak pocztówki.

Stałą częścią postów było ordynarne chwalenie się nowymi albumami. Od ostatniego takiego wpisu tych albumów przybyło na tyle dużo, że nawet te z półki z nowościami powędrowały na swoje stałe miejsce do starszych kolegów. Wśród nowości dziś mam najnowszy krążek Jamala, który od kilku dni jeździ ze mną w samochodzie. Nikt, jak Jamal, nie potrafi w muzyce tak przeklinać. Nowy krążek jest buntem, złością, do czerwoności rozgrzanym palnikiem, na którym gotują się emocje. Fantastyczny materiał, o którym z jego twórcą chciałabym porozmawiać w szczerym wywiadzie.

Poza tym chłopaki z The Fruitcakes grają jak Beatlesi i całkiem nieźle im to wychodzi. Po Baascha zaś sięgnęłam po spotkaniu z nim. Nie mogłam nie kupić albumu człowieka, który z takim spokojem i mądrością opowiadał mi o swojej muzyce. Ta emocjonalna inteligencja odbija się także na krążku. A debiutancki solowy album Harrego Stylesa? Okazuje się, że w boysbandach rodzą się perełki. Harry śpiewa dojrzale i bezczelnie przekonująco. To znakomite kompozycje, a płyta z pewnością pozostanie jedną z najlepszych płyt roku.

Jeśli płyty pokrywałyby się zmarszczkami pod wpływem słuchania, jak skóra przez upływ czasu, na tej rysy byłyby najgłębsze. Od lirycznego „Pollocka”, po „Full Moon” na drugim biegunie. Paradoksalnie to dwa najbliższe mi utwory. Jackson Pollock odbija się w tekście utworu na swoją cześć i na swoje przekleństwo. Grzegorz Ciechowski mógłby napisać tekst do „Full Moon”. Nowy album grupy LemON nie nazwę arcydziełem. Mistrzostwem zaś nazwę to, co ze mną zrobił. Dobrze, że takie płyty powstają raz na jakiś czas. Raz na rok, a może raz w życiu? „Tu” określiło także moje „tu”. Gdyby takie płyty wydawano częściej, miałabym już za sobą trzy autorskie powieści.

IMG_20170718_185853

IMG_20170718_190010

Nie zapominajmy o Low Roar, który przekonuje mnie do swojej zimnej wyspiarskiej liryki. Czyżbym została za chwilę fanką Sigur Ros?

received_1644161248945777

Z Adamem Ostrowskim rozmawiałam niedawno o życiu po śmierci, z Igorem Herbutem o tym, gdzie szuka swojego „tu”, a z Bovską o kolorowym pysku pokolenia millenialsów.

IMG_20170629_030454_869

Jestem na etapie, kiedy wszystko mi wolno. Spontanicznie pojechać na festiwal, wzruszać się przy Radiohead. Spać do południa, bo przecież nad tekstami coraz częściej lepiej pracuje mi się nocą. Pić cztery kawy dziennie albo żadnej, mieć kaprys wyboru, bo rytm ekspresu wystukuję ja, a nie korporacyjna banda w biurowej kuchni. Mogę oddawać się pisaniu opowiadań, które wylewają się z mojej głowy, regularnie robiąc miejsce na nowe. Słuchać muzyki, kiedy sąsiedzi z bloku kłócą się i krzyczą na dzieci. Przez cały dzień czytać Pilcha. Pisać teksty piosenek.

Żyję wśród artystów. A zajmowanie się sztuką to trudny zawód. Wybiera się go dla niezależności i wolności samostanowienia. Sztukę uprawiają egoiści i frustraci, nieodporni na ból najwięksi wrażliwcy. Sztuka rodzi demony, ale w tym zawodzie jest dużo czasu na to, aby z nimi walczyć.

Kolejną pocztówkę prześlę za miesiąc, gdy opadnie kurz po kolejnym festiwalu w Ostródzie. Czy to wypada w jednym roku odwiedzić dwie tak skrajne muzycznie imprezy? Ortodoksja muzyki nie dotyczy, mamy jej tyle w codziennym życiu.

 

 

All I Need

DesktopByć może czekacie na moją relację z Open’era. A może Open’era macie gdzieś. A tam, gdzie gdyński festiwal, macie też moje teksty. Bądź ktoś zauważył, że ostatnio zamiast recenzować dźwięki, wystawiam recenzje uczuciom. Taka aspirująca Grochola, uboga wnuczka J.L. Wiśniewskiego, niedorastająca mu do końcówki palca u stopy fanatyczka Pilcha. Więc recenzji Open’era nie będzie!

Będzie o mnie na Open’erze. A zobaczycie, że różnica jest ogromna.

Nigdy nie kryłam się z tym, że Open’era unikam. Bo to przecież nie moja muzyka… Bo ja nie lubię tłumów. Bo to daleko, morze jest daleko. Hipokrytka! Jeżdżę co roku na festiwal w Ostródzie (ten reggae, nie ten disco polo) i żyję! I mam się świetnie, bo sierpniowa Ostróda ładuje mi akumulator na cały kolejny rok. Lubię tę ekscytację, kiedy do plecaków pakuje się najgorsze trampki, najbardziej sprany T-shirt, co to można go zniszczyć jeszcze bardziej i najlepiej tam na miejscu już pozostawić. Na pole namiotowe kupuje się zapas chleba do kanapek z pasztetem i czekoladę na nocne uzupełnienie energii pomiędzy koncertami. I nic, że przez trzy noce tak cholernie marznie się w namiocie. Najważniejsze, że jest się tam zawsze o tej samej porze i rozpoznaje te same twarze pielgrzymujące co roku tak jak ty.

Dlatego z Open’erem nie było mi po drodze. I niestety, wszystkie moje obawy i złe proroctwa się sprawdziły. To festiwal modnych ciuchów i trendowych klonów, wianków na głowie i brokatowych policzków, ajfonów i snapczatów. A ja z modnych ciuchów to mam tylko kwiecistą kurtkę, z którą idealnie wpasowałam się w openerowy klimat. Ajfona brak. Wianka brak… już dawno.

Decyzja podjęta na parę godzin przed wyjazdem, szybkie pakowanie, które skutkowało oczywiście niedoborem ciepłych ubrań i kaloszy. Ale gdyby nie to, chyba nie byłabym tak szczęśliwa, że się w końcu w Gdyni znalazłam.

Napisałam to już na facebookowej tablicy, ale powtórzę: moim pierwszym koncertem na moim pierwszym Open’erze był koncert Michaela Kiwanuki. Nic już nie będzie takie samo. Zmienił się mój ranking ulubionych artystów, bo Kiwanuka dziś plasuje się na pewno przed Archive. I przede wszystkim stałam się zachłanna na więcej Open’era. Stopniowo rozrywało mi serce. Najpierw porządnie naderwał je Kiwanuka, poprawili James Blake i Solange swoim przedziwnym, bardzo nie moim, ale trafiającym do mnie spektaklem wyjętym z amerykańskiego teledysku z lat 70., a skończyło Radiohead, pozostawiając mi jedynie kawałek serca, aby to mogło pompować krew jeszcze następnego dnia festiwalu. Podczas dwóch godzin koncertu Radiohead ja w głowie miałam tysiące pomysłów, podjęłam jedną bardzo ważną decyzję, wymyśliłam plany na najbliższy czas. Głos Thoma Yorke’a był soundtrackiem do mojego prywatnego filmu, którego akcja działa się tej nocy. Nie było nikogo wokół, nawet tych młodocianych dziewczyn w przykrótkich szortach. Michał Nogaś w swojej recenzji koncertu Radiohead stawia pytanie o najważniejszą piosenkę wieczoru. Moja to „All I Need”. I tyle.

Rock’n’roll – choć w tej samej koszulce, przyjechałam do Gdyni też drugiego dnia. A ten dał mi na żywo M.I.A i Foo Figthers. I ponownie, to było wszystko, czego tej nocy potrzebowałam. Zachłysnęłam się tym wydarzeniem, tym powietrzem, obezwładniającym i uzależniającym sposobem bycia, który to miejsce we mnie obudziło. Chcę być taka przez cały rok. Mieć tyle myśli, tak intensywnie czuć, tak kochać. W telefonie pozostawiać mapy słów, tak jak podczas koncertu Radiohead. A może to nie Open’er to sprawił?

Okazuje się, że Open’er nie różni się od innych festiwali. Musisz wybrać, czym dla ciebie jest. Czy ważna jest muzyka i ludzie, którzy mokną z tobą i widzą twoją twarz, gdy tej muzyki słuchasz, czy ważne jest bezrefleksyjne festiwalowanie się i gadanie podczas koncertów. Ja wybieram opcję numer jeden. That’s all I need.

Blue Monday

IMG_7743

Modele regulacji sektora prasy: koncesyjny i zgłoszeniowy. Model koncesyjny – wymóg uzyskania uprzedniego zezwolenia władz (nie musi oznaczać cenzury prewencyjnej). System zgłoszeniowy – notyfikowanie władzy publicznej o zamiarze rozpoczęcia działalności wydawniczej.

Tych i innych bardzo potrzebnych szczegółów uczę się na jeden z ostatnich egzaminów na studiach. Egzamin, wydawałoby się, typu 3 Z: zakuj, zdaj, zapomnij. Jednak ja wyjątkowo dużo zapamiętałam z tych studiów, choć niewiele wykorzystałam w praktyce. Nie żałuję jednak żadnej decyzji podjętej w związku z kierunkiem, miejscem i tą całą moją studencką karierą. Żeby być dziennikarzem, nie trzeba skończyć dziennikarstwa, ale można i nic w tym złego. Studiując dziennikarstwo miałam czas na dziennikarstwo.

Odkładam regulacje mediów w prawie europejskim i sięgam po czerwcowy „Twój Styl”. Jestem jego fanką od wielu lat, lubię mądre wywiady i dowcipne felietony Leszka Talki. Ciekawa rozmowa z Marcinem Kwaśnym, bardzo interesujący artykuł o kobietach-pisarkach, ich przyzwyczajeniach i pokonywaniu lęku przed pierwszą książką, ale także Mariusz Szczygieł o sobie sprzed 20 lat. O początkach w telewizji i jego uroczym sposobie bycia zweryfikowanym przez okrutny show-biznes. Hanna Krall powiedziała mu kiedyś: „Pana pytania są proste, pan się dziwi, jest zachwycony odpowiedziami rozmówcy, a im jest to potrzebne, nawet kiedy mówią banały”. Och, żeby mi ktoś tak powiedział. A najlepiej Hanna Krall, oczywiście. Parafrazując Szczygła – wtedy przestanę przejmować się opiniami quasi-inteligentów.

A propos nie quasi-inteligentów, lecz inteligentów – odwiedzili mnie wczoraj kumple z dziennikarstwa. Zagęszczenie audiofilów na metr kwadratowy przekroczyło normę, bo każdy z naszej trójki jest fanem muzyki i co najlepsze – każdy innej. O muzyce, o pięciu zmarnowanych latach studiów, o tym, czego w życiu szukamy, a co już może znaleźliśmy – dobrze pogadać z kumplami. I Blue Monday zamienili mi w Whisky Monday. A noc była tak ciepła, że można było usiąść na balkonie i pouśmiechać się do starych czasów, kiedy zaczynaliśmy studia na uniwerku i starych nas, już prawie z tytułami magistrów.

O czym porozmawiamy za pięć lat? Kim za pięć lat będziemy i gdzie? Niech whisky smakuje tak samo dobrze i niech niewiele się zmieni. No, może poza tym, żeby Michałowi przeszła jednak ta ślepa miłość do Papa Dance.

fot. T. Sagan/Anywhere.pl