Trzy domy

012a84d1226a50c4ff5233bd1a7920953fb77328bd

Byłam dziś w trzech krajach.
I to w ciągu jednego poranka. 

Pobudka o 4.30 w moim drugim domu na obrzeżach Schwarzwaldu. W domu, w którym pobudki o 4.30 wcale nie są straszne. W domu, w którym znalazłam miłość, chociaż w ogóle jej się tam nie spodziewałam. Gdzie uśmiech jest najpiękniejszy i najszczerszy na świecie. Gdzie mogę powiedzieć wszystko. Gdzie serwuje się marmoladę ze skórek arbuza. W domu, w którym przypominam sobie, że bez makijażu przecież też jest fajnie. Gdzie mogę czytać książkę na szarej kanapie i to nic złego, że trochę milczymy, bo przy kolacji nie mogliśmy przestać rozmawiać. Tylko rudy kot Carlo nie reaguje na to, co do niego mówię – trudno mu się dziwić, przecież nie rozumie po polsku. A gdy odzywam się po angielsku, udaje, że mnie nie słyszy.

O 5. piłam już kawę ze stacji benzynowej, bo w szwardzwaldzkim domu zepsuł się ekspres. Ta kawa za parę euro sprawia, że przez kilkadziesiąt kilometrów nie przestaję gadać, mimo że słońce jeszcze nie wzeszło. A on poznaje mnie lepiej niż wtedy, kiedy chcę mu powiedzieć o sobie coś ważnego. Bo o piątej rano opowiada się o snach, których w ciągu dnia nie sposób sobie przypomnieć albo o zabawnych wspomnieniach z dzieciństwa, które podczas „dorosłego” dziennego życia nie przychodzą do głowy.

Tuż po 7. wkładałam do portfela parę szwajcarskich franków. Mam w nim już 3 różne waluty. Lotnisko w Zurychu jest pełne ludzi, a przy bramkach bezpieczeństwa nawet o 7. rano całują się zakochane pary.

Obudziłam się w chmurach nad Warszawą, a nie wybiła jeszcze godzina 10., kiedy otworzyłam drzwi do kolejnego domu. Dobrze jest mieć dwa domy, a jeszcze lepiej jest ten właściwy dom znaleźć, nieważne, że oddalony o tysiąc kilometrów. A teraz siedzę w tym warszawskim, jest już późne popołudnie, odespałam poranek i słucham nowej płyty Bovskiej.

Wiem, pokłóciłam się trochę z pisaniem. A jeśli nawet nie pokłóciłam, to mieliśmy ciche dni. A co, jeśli nie słyszałam nic, co mnie inspirowało? Albo smutna aura pisarza mnie opuściła? Albo układałam słowa w głowie, ale nie przepisywałam na klawiaturze? Każdy scenariusz jest prawdopodobny. Tak właśnie mogło być.

Nauczyłam się ciszy. Było jej ostatnio dużo więcej. Pracowałam i przepracowałam – emocje, dźwięki, chaosy. Rozwiązywałam równania. Na takie sprawy potrzeba ciszy. Dziś mam wynik, który mnie satysfakcjonuje.

 

Drewniany dom pokryty słomą i mchem, gdzieś w środku wielkiego Czarnego Lasu. W lodówce chłodziły się butelki wina, które mogłam pić nawet w południe. Gotowałam na starej kuchni gazowej, w starym kredensie piętrzyły się naczynia z poprzedniej epoki. Przez cały dzień włączone było zdezelowane radio z pokrętłem, a ja z premedytacją znalazłam stację nadającą wyłącznie stare przeboje. Z internetem było krucho, na trójkowe podcasty zabrakłoby zasięgu. Podobno nocą po okolicy krążą wilki, więc chowaliśmy się w szczelnej i ciepłej saunie. A o poranku można było oglądać przez okno pasące się niedaleko krowy. Gdy wrócimy tam zimą, na ich łąkach rozlegać się będą połacie śniegu.

Nie przestałam kochać Warszawy. Mogę przecież kochać moje dwa domy. Ach, i jeszcze zakochać się w tym trzecim. Każdy jest prawdziwy, jakie to dziwne, że do niedawna nie było żadnego z nich. A gdzie jest Wasz dom?

PS Magdo Bovska – Matko Boska – znakomity ten trzeci album! „Kęsy” w sklepach od października, nie przegapcie. A może po drodze odnajdziecie nie tylko dobre dźwięki?

Reklamy

Ferie wiosenne

lisboa

Siedzę na balkonie w pierwszy dzień maja. Właśnie skończyłam czytać opowiadania Pablopavo i zadręczać się myślami, że nigdy czegoś podobnego nie napiszę. To nie kokieteria, a zazdrość. Paweł pisze tak, że z wrażenia chce się zapalić. Patrzę na sąsiadkę z balkonu naprzeciwko. Poratuj, kochana, papieroskiem. Ty paląc, zerkasz w telefon, ja z chęcią w ten piękny majowy dzień zerknęłabym w głąb siebie.

Na patelni skwierczą warzywa na ratatouille. Kogo ja oszukuję, to żadna francuska kuchnia, tylko nieumiejętnie posiekane nierówno warzywa, które pewnie w tradycyjnym ratatouille nawet nie powinny się znaleźć. Siedzę na tym balkonie, co i raz pielgrzymuję do kuchni, żeby uniknąć przypalenia patelni i obiadu na dziś. Krzaki, które zostały na zimę na zewnątrz, miały nie zdechnąć, a zdechły. Podlewam je dla zachowania pozorów perfekcyjnej pani domu, która uczy właśnie w TVN Style, jak zrobić ciasto w mikrofalówce. Na balkonie gra Trójka, słońce coraz mocniej świeci, więc muszę posmarować twarz kremem z filtrem.

Ja wcale nie narzekam, bo zamiast majówki, miałam kwietniówkę. Najpierw Lizbona. Byliśmy tam od czwartku do poniedziałku i od czwartku do poniedziałku lało. Nie przeszkodziło mi to zachwycić się tym miastem tak bardzo, żeby pragnąć do niego wrócić. Lizbona jest urocza i swojska. Można w niej pić wino na karafki po 4 euro albo jeść codziennie krewetki i nie mieć tego wszystkiego dość. Albo upić się tą przesłodką nalewką i śmiać się z nowo poznanymi ludźmi, którzy stają się na moment, a może i na dłużej tak cudownie bliscy. Można też zanurzyć się w uliczkach dzielnicy Bairro Alto, wejść do dziwnej, przepełnionej, trochę zatęchłej, a trochę artystycznej knajpy i słuchać marnego fado na żywo. A zareagować tak, że to fado wydaje się najpiękniejsze na świecie, że śpiewak mógłby wypełnić stadiony i wszyscy też by płakali, tak jak i ty. Taka moc Lizbony. W Portugalii nauczyłam się pić kawę bez mleka, przytyłam dwa kilogramy, zostawiłam parasolkę, odpoczęłam, wyluzowałam i nauśmiechałam na cały miesiąc.

Bo to w ogóle był dobry miesiąc. Ten kwiecień. Ten wywiad, jeden czy drugi. Ta wiadomość znienacka, od obcego człowieka, o dziwnej porze i w dziwnej sprawie. A mimo to uśmiecham się do każdej nowej, bo pierwsza pomnożyła się wielokrotnie. Ach, i spotkania, spotkania, spotkania. To przy stole, z kieliszkiem czerwonego wina i papierosami w oknie z widokiem na Pragę. Albo żoliborskie, tak miłe, jakby w ogóle się nie wydarzyło. Albo to z B., z którym nie widziałam się już drugi miesiąc, a rozmawiamy tak, jakbyśmy kontynuowali dopiero co przerwaną rozmowę. Tylko na Grochowie było smutniej, ale wiem, że Grochów się zmieni, że tam też przyjdzie maj. A na Kopernika dostałam pierwszy w życiu mandat. Kiedyś trzeba.

I Spring Break. Mieszkałyśmy z B. na ulicy Woźnej, na której kiedyś, według miejskich legend, rezydował kat. Dziś pozdrowienie memento mori zapewnia obecność zakładów pogrzebowych, ciągnących się wzdłuż całej ulicy i wybiegających aż za skrzyżowanie, tak jakby bardzo chciały dołączyć do pozostałych, a już nie mogły się zmieścić pod adresem legendarnego poznańskiego kata. Danse macabre ustępował jednak miejsca poznańskiej doczesnej radości, a trumienne witryny nie straszyły nawet podczas nocnych powrotów pod znakiem muzyki i odrobiny, odrobiny wina. Pamiętam Poznań sprzed kilku lat, podróżowanie pociągiem w prawie każdy weekend. Miałam wtedy 19 lat i teraz odwiedzając te uliczki, które w mojej pamięci były już trochę zakurzone i wydeptane, przypominałam sobie tamte dni i mrugałam do nich okiem. Springbreakowy Poznań to muzyka, pokonywanie metrów sumujących się w kilometry po całym dniu. Odwiedzanie barów i słuchanie kilku taktów albo pod wrażeniem pozostawanie na dłużej.

W czwartek wszyscy mieliśmy Lewe Łokcie, w piątek było nam tęskno, a w sobotę groziliśmy sobie: Umrzesz. Ale to nie wszystko. Sztuką jest usłyszeć podczas festiwalu wszystko i wszystkich, ja usłyszałam mniej niż chciałam i planowałam. Gdzieś po drodze mijanie znajomych i zmienianie planów, albo pozostanie na koncercie, na którym było się już przecież tyle razy, że setlistę zna się prawie na pamięć i z pamięci można odtworzyć ruchy wokalisty na scenie. Temu wszystkiemu towarzyszy jednak poczucie, że warto, że trzeba płynąć z prądem improwizacji i nie kalkulować. Kogo zatem słyszałam? Nie w całości i nie od początku, nie do końca i nie zawsze w pełni uważnie, ale byłam i odhaczam: L.Stadt, Baika, Wasio, Lemon, Nixes, Krzysiek Zalewski, O.S.T.R., Kortez, Coma, Mikromusic, Leepeck, Baranovski i Muchy po latach. Znakomity Stefan Wesołowski zagrał w półmroku i w strachu, aż nie chciało się wychodzić z sali przepełnionej gęstymi oddechami słuchaczy. Przy tęskno poleciały łzy? Nie tylko podczas tego koncertu. Troj zawiódł. Nie dotarłam na koncert Ofelii. Nie byłam też na kilku, po których po mieście krążyły plotki i zachwyty. A Umrzesz? Ach, Umrzesz. Zaskoczenia nie było, choć zastanawiam się, co panowie zrobią z materiałem. Bo w Poznaniu było za krótko, pod każdym względem.

W połowie uratowane z katastrofy zdanie. Poznański Rynek nad ranem i tańce do starych przebojów. Szerokie czerwone spodnie wpasowały się idealnie w takt muzyki i rozmów. Głośny śpiew na scenie, niedopowiedzenia poza nią. Pożegnania, które nie chciały się kończyć, które chciało się przedłużać, których w ogóle nie powinno być. Senne powroty do domu, do pracy, do rzeczywistości, na balkon.

Sąsiadka znowu pali. Krzaki nie zmartwychwstały. Pod blokiem przybywa zaparkowanych rowerów. Jakiś facet w marszu podciąga szorty tak, że obejmują mu brzuch, a nie pośladki. W plastikowej reklamówce, którą niesie, obijają się o siebie butelki. Znaczy się, majóweczka.

25 i co dalej?

IMG_0546

Nie idzie! Nie idzie, nie idzie, nie idzie.

Nie idzie skupienie, nie idzie nowy pomysł na nowy tekst, nie idzie stukanie w klawiaturę, nie idzie mi.

Do I have to rule the world?
Or will it come to me?
Do I have to live in doubt
Or will it turn to me?
Do I have to lose my mind?
Cause it’s been wandering
Will they ever let me out?
I’ve been wondering

Kryzys wieku średnio średniego. Skończyłam 25 lat – i co dalej? Przejmować się czy się cieszyć? Zastanawiać się, analizować, podsumować, zrobić listę zysków i strat, porażek i sukcesów, błędów i mądrych decyzji?

Słuchać tyle muzyki, ile są w stanie usłyszeć moje uszy i przetworzyć serce. I wciąż chłonąć to, czego przetworzyć nie potrafi.

Cieszyć się jak dziecko z kolejnych urodzin, to plan na kolejnych 25 lat. Celebruję je od zawsze, choć nie zawsze udawało mi się spędzać je w gronie najbliższych. 17 lutego 2018 roku był niesamowity. Tort pieczony dzień wcześniej smakował znakomicie z kawą, ale najważniejsze, że była M. i był W. Przyjechał z winylem pod pachą i bukietem kwiatów i życzył najlepiej, z całego swojego dobrego serca.
Wystawa G.C,. którą odwiedziłam tego dnia. Pusta Galeria Ethos i chwila z myślami przed czarno-białymi fotografiami, które odsłanialiśmy kilka dni wcześniej podczas wernisażu. Wieczorna Cafe Kulturalna zgromadziła na pozór obcych sobie ludzi, którzy jednak od razu złapali ze sobą kontakt. Jedni rozmawiali o muzyce, drudzy o podróżach, inni o pracy, ale wspólne toasty łączyły ten wieczór w piękną klamrę spełnionych szczęśliwych osób spędzających ze sobą dobry wieczór w centrum naszego ukochanego miasta.

Kilkanaście dni mojego nowego wieku upłynęło pod znakiem muzyki – zaskoczenie? Były koncerty Comy i Lao Che, było kilka nowych dobrych muzycznych premier. Dziś Cała Góra Barwinków słuchana w drodze z radia.  Wiosenne słońce i bose stopy, choć mamy dopiero marzec. A mi przypomniały się dawne lata, bo chłopaków z CGB znam chyba od zawsze. Cieszę się z nowego albumu, który jest nie tylko dojrzały. Jest piosenkowy, a to trudna sztuka. „Sposoby” to najlepsza po „24 godzinach” płyta zespołu. Niezawodny wokal Kuby Kaczmarka i zabawa zaszufladkowaniem w kategorii reggae i ska – Cała Góra Barwinków nie musi udowadniać, że jest znakomitym zespołem, a ja nie muszę udowadniać, że to ciekawy album, wystarczy posłuchać, otworzyć się i pozbyć z głowy hasła „sunshine reggae”.

Słońce oświetlało dziś studio podczas popołudniowego programu, a ja za chwilę będę je łapać także na ulicach Lizbony. Zawsze chciałam być na miejscu w stolicy Eurowizji, w tym roku prawie mi się to uda. W maju konkurs w Portugalii, a ja będę  tam miesiąc wcześniej po raz pierwszy. Salvador Sobral będzie pewnie w moich słuchawkach, za to fado przy winie już na żywo. To zadziwiające, że dokładnie pamiętam ten wieczór, kiedy Sobral wygrywał zeszłoroczną Eurowizję. Pewne momenty i wydarzenia zapadają w pamięci szczególnie mocno. Lizbońskie wspomnienia też wryją mi się w pamięć na długo, bo choć to tylko niepozornych kilka dni, zadbam, by były jak najlepsze. Nie wiem, czy B. już szykuje walizkę, ja swoją wyciągnęłam z szafy i odliczam dni do lotu.

25 – i co dalej? Zrobić odprawę lotu do Lizbony. Zobaczyć Indie. Nauczyć się gotować. Ile książek przeczytać i jakich? Co trzeba zrobić? W telewizji serial „Tu i teraz”, czyli żyć tu i teraz? Pisać. Kochać. Słuchać. Obserwować. Wnioskować. Myśleć.

Może po prostu być sobą? Wykreślić może, po prostu i znak zapytania.

Idzie! Idzie, idzie, idzie…

Idzie?

44 fotografie

To zapis wyjątkowej relacji Mistrza z Mistrzem. Relacji opartej na szacunku, zrozumieniu i konsekwentnej pracy dwóch indywidualności. Efektem są fotografie, które zapisały się w historii polskiej kultury. Osobowość jednego wpływała na zachowanie drugiego i odwrotnie.

Spotkali się w 1988 roku. Grzegorz Ciechowski był już popularnym artystą, idolem swojego pokolenia i charyzmatycznym gigantem muzyki. Nowofalowa Republika, po wydaniu trzech albumów i przełomowym koncercie w Jarocinie, podczas którego najpierw zespół obrzucono pomidorami, a później śpiewano mu „Sto lat”, na skutek eskalacji napięć pomiędzy muzykami zawiesiła działalność. Grzegorz Ciechowski odkrywa w tym czasie swoje alter ego i powołuje do życia Obywatela G.C. Zdjęcie na okładkę płyty „Citizen G.C.” wychodzi spod migawki Andrzeja Świetlika, współtwórcy grupy artystycznej Łódź Kaliska.

Od początku znakomicie się rozumieli, często bez słów. Andrzej Świetlik pamięta, że Ciechowski nie był wylewny. – Grzegorz był facetem pozbawionym emocji w rozmowie. Potem, gdy znałem go już dość dobrze, zaobserwowałem, że zawsze w kontaktach zawodowych zachowywał się profesjonalnie, powściągając emocje – wspomina. Pierwsza sesja rozpoczęła serię kolejnych, fotograf portretował Ciechowskiego przez kolejnych kilkanaście lat, ostatnie takie ich spotkanie miało miejsce rok przed śmiercią muzyka.

Połączyły ich charaktery oraz podejście do sztuki. Działania Świetlika w Łodzi Kaliskiej były ucieczką w przestrzeń wolności, podobnie działał Grzegorz Ciechowski. – Byliśmy chuligańscy wobec oficjalnego nurtu sztuki, oficjalnych zachowań uznanych artystów, ze wszystkiego robiliśmy kpiny, to była totalna anarchia – opisuje koniec lat 80. Świetlik. Pierwsza sesja z Ciechowskim odbyła się w schronie przeciwatomowym. Świetlik miał wówczas pracownię w jednej z kamienic na Rynku Nowego Miasta w Warszawie. – Schodziło się do niej wąskimi schodkami, następnie trzeba było odkręcić korbą stalowe pancerne drzwi, potem kolejne. A tam witał wchodzących intensywny zapach piwnicznej stęchlizny. W tej piwnicy po zakończonych zdjęciach atelier zmieniało się w ciemnię, w niej wywoływałem negatywy i robiłem powiększenia. Epoka cyfrowa miała nadejść dopiero za kilkanaście lat – wspomina fotograf.

Zdjęcia z drugiej sesji są chyba najbardziej znane fanom Grzegorza, bo do dziś są jednymi z najczęściej pojawiających się w mediach. Przejmujące fotografie z kroplami wody na twarzy Ciechowskiego powstały w 1990 roku, a dwa lata później promowały album „Obywatel świata”. Ten utrwalony w świadomości wielu portret Ciechowskiego był wynikiem… ograniczonych możliwości, ale też inspiracji Andrzeja Świetlika z pobytu w Stanach Zjednoczonych.  – Ta sesja odbywała się w owej piwnicy zaraz po moim powrocie z Waszyngtonu – mówi Świetlik. – Jedyną rzeczą, którą miałem, był kran z wodą. A w Stanach przesiedziałam dwa miesiące w klubach i księgarniach, oglądając aktualne amerykańskie ilustrowane czasopisma. Zobaczyłem tam fotografie, jakich dotychczas w Polsce nie widziałem. Tam wówczas zaczynali swoje kariery znani dziś fotografowie – Michel Comte czy Peter Lindbergh, którzy posługiwali się nowym dla mnie rodzajem ekspresji – dużymi zbliżeniami i efektami porównywanymi do klatek filmowych, aktorskim sposobem zachowywania się przed aparatem. U nas nie robiło się takich zdjęć – tłumaczy.

Ekspresja i ogromny ładunek emocji to klamra łącząca wszystkie sesje Andrzeja Świetlika z Grzegorzem Ciechowskim.  Choć był to wciąż czarno-biały Obywatel G.C., podczas sesji wcielał się w różne postaci. Na zdjęciach z 1997 roku widzimy Grzegorza-Indianina, Grzegorza-pilota, Grzegorza-marynarza. Jakim był modelem? – Słowo model zupełnie tu nie pasuje, to raczej były zachowania aktorskie, w dużym stopniu improwizowane, ale jednak kreacje, z odrobiną narracji, odpowiednio do niej wypracowanej ekspresji, etc. Grzegorz sam dużo proponował, zależało mu na mocnych portretach, mnie zresztą też – opowiada Świetlik. W 2000 roku dominuje jednak już inny rodzaj ekspresji. – Czytam w tych zdjęciach inny rodzaj napięcia, w spojrzeniu, wyraźnie inny niż na wcześniejszych portretach. Tylko tyle i aż tyle – dodaje fotograf. Rok później Ciechowski niespodziewanie umiera.

Na pytanie, czy muzyk był fotogeniczny, Andrzej Świetlik odpowiada: – Zdecydowanie tak. Akceptował siebie, akceptował swój wygląd, a fotogeniczność jest funkcją samoakceptacji. Podczas ostatniej sesji w 2000 roku, momentami wydawać się mogło, że kreacje, jakie proponował Grzegorz, ocierają się o zachowania narcyza. Przeglądając potem cały materiał z sesji, pozbyłem się wątpliwości, była to zaplanowana gra, kolejna kreacja w katalogu wielu różnych obrazów jego osoby.

Choć mówimy dziś o Grzegorzu Ciechowskim jako głównym bohaterze, Andrzej Świetlik portretował go nie tylko solo. Cztery z dwunastu sesji powstały z udziałem wszystkich członków Republiki po ponownym zawiązaniu się zespołu, w 1996 roku wraz z mieszkańcami jednej z lubelskich wsi powstały zdjęcia do projektu Grzegorz z Ciechowa, a rok później fotograf uwiecznił na zdjęciu Grzegorza wraz z rodziną. Świetlik skrzętnie archiwizował wszystkie odbitki. Wiele z ujęć pozostawało do wglądu artysty i tego, którego fotografował. Do czasu.

W 2016 roku z inicjatywy Bruna Ciechowskiego, syna Grzegorza oraz Przemysława Wałczuka, zarządzającego prawami do twórczości i wizerunku Obywatela G.C., powstał album „Grzegorz Ciechowski-Andrzej Świetlik” przedstawiający w większości niepublikowane dotąd fotografie. Projekt poprzez internetowy crowdfunding wsparło ponad 300 osób, dołączyli również partnerzy: Miasto Toruń, ZAIKS i STOART. Premierze albumu towarzyszyły wystawy w Toruniu, Opolu oraz Jarocinie, a cykl ten zakończy się w Warszawie. Od 14 lutego do końca miesiąca w Galerii Ethos na Placu Trzech Krzyży 10/14 na otwartej wystawie będzie można obejrzeć fotografie na żywo po raz ostatni, bowiem prace powędrują do sprzedaży, a chęć ich zakupu można zgłaszać już teraz.

Zdjęcia, które trafiły do albumu oraz na wystawę, to selekcja rodziny Ciechowskiego oraz samego Andrzeja Świetlika. Twórcom zależało na tym, by pokazać nieznane dotąd fotografie, które będą gratką dla fanów, ale i osób, które Ciechowskiego znały osobiście. – To ciekawe, że z wiekiem zmienia się sposób patrzenia na pewne zjawiska, których byliśmy aktywnymi uczestnikami kilkanaście lat temu. Te zdjęcia, na które patrzę dziś inaczej, znajdują się właśnie w albumie – mówi Świetlik. Ten nadal jest w sprzedaży, a zawiera ponad 120 fotografii z podziałem na rok i miejsce powstania. Wystawa zaś to 44 fotografie, a liczba nie jest przypadkowa. Urodzony w Tczewie w 1957 roku Grzegorz Ciechowski umarł w Warszawie w grudniu roku 2001.

27368851_557084367991000_7690747686357100319_o

fot. Andrzej Świetlik

Teksty/muzyka/Leski

Jak, opisując album o takim ładunku emocjonalnym, wyzbyć się emocji? Jak oddzielić swoje myśli od tego, co miał na myśli autor? Słuchałam nowego albumu Leskiego i uwierzcie mi – to, co teraz wylewam z siebie przy pomocy przycisków na klawiaturze komputera, nie jest proste do ujęcia w słowach.

blog

Tytuł albumu, którego zdradzać póki co nie mogę (ale mogę napisać, że zaznaczyłam przy nim 3 wykrzykniki oznaczające wielką aprobatę), nie tyle narzuca tok myślenia o nim, ile lokuje w konkretnej rzeczywistości. Oto stan zakochania ze „.splotu” – debiutanckiej płyty Leskiego, przeobraża się w dojrzałe uczucie. A to nie jest ani łatwe, ani też – o zgrozo – do końca przyjemne.

Pusty pokój i kawa. W takich, przypominających domowe zacisze okolicznościach przyszło mi słuchać nowego materiału Leskiego, specjalisty od wypełniania pustych przestrzeni w głowie i w sercu. 11 utworów, które znajdą się na nowym albumie to podróż przez miłość. Podróż pełna dziur w asfalcie, stromych poboczy, podróż przez grad, śnieg i łzy. To jednak podróż, na końcu której widać światło nadziei. I ten pokój, okrągły stół i kawa były świadkami wybuchu emocji z głośników rezonujących w głowie słuchającej i opisującej to zjawisko.

Album rozpoczyna się tam, gdzie zakochanie zastąpione zostaje przez realia odarte z wyniosłych poetyckich słów, z obietnic szczęśliwego życia, z wiary w to, że miłość uniesie największe ciężary. To ten moment, kiedy miłość zaczyna się psuć, kiedy jest cierpka, pomarszczona i wymagająca, kiedy idylliczne obrazy nikną na horyzoncie. I już podczas pierwszego utworu pomyślałam: jak gorzka jest ta kawa, którą przyszło mi dziś pić. A gdybym miała słuchać tego albumu po raz pierwszy w tłumie, rozszarpałabym biedaków na strzępy, bo tłum odebrałby swobodę wyrażania niepokoju i smutku, które rysowały się na twarzy, a które musiałabym ukrywać pod maską neutralnego słuchacza. Musiałabym udawać, że przecież wszystko jest w porządku, że to tylko odsłuch płyty, jakich wiele na rynku. Otóż nie. Ani takich płyt na rynku wiele, ani takich emocji, ani też szarość za oknem od dawna nie była tak intensywna, mimo panoszącego się już na dobre w Warszawie smogu. I też wielkie miłości nie przydarzają nam się na co dzień. A o tym właśnie jest ten album.

Każda miłość jest pierwsza. Ale jaka ta miłość toksyczna.  Jaka smutna. Jaka przygnębiająca.  Leski rozdrapuje rany, podlewa je alkoholem wymieszanym z brudem i potem i czeka na reakcję. Mówi: sprawdzam. Pyta: czy wasza relacja jest prawdziwa? Czy nie pozorujecie szczęścia? Czy nie tęsknicie za czasami, kiedy miało się szesnaście lat i na ustach wspomnienie pierwszego pocałunku?

Leski to wcale nie taki uroczy chłopak z gitarą. Jest momentami wściekły, jest arogancko uszczypliwy, czepia się szczegółów. Przez to jest jeszcze bardziej intrygujący niż przy debiutanckiej płycie. Zadaje niewygodne pytania i zmusza do myślenia. Uświadamia? Raczej uchyla drzwi do szafy, w której smętnie zastygł trup. To wszystko jest szalenie oczyszczające.

Choć najnowsza płyta mówi o rozczarowaniach, nikt nie powinien mówić o rozczarowaniu tą płytą. Bo to znakomity album, który namiesza nam w letnich drinkach pitych w knajpianych ogródkach. Na mieście będą o nim krążyły plotki. Wstydem będzie nie znać Leskiego i tej płyty. Kiedy muzykę tworzy się dla rozrywki i towarzystwa, Leski stworzył płytę w jednym – pierwotnym dla muzyki – celu. Do słuchania. Może mniej w niej melodii, a więcej treści. Choć muzycznie nie ma się do czego przyczepić, największym atutem albumu są teksty, w których każdy będzie mógł się przejrzeć. A to, co zobaczy, będzie zależeć tylko od niego. Podczas gdy pierwszy album unosił słuchacza do chmur, bo skupiał się na wolności uczuć i tworzenia, ten niebezpiecznie przyciąga ku ziemi. To już nie jest muzyka marzyciela, choć to wciąż folkowe granie. I kiedy na „.splocie” marzenia ograniczały się do warstwy tekstowej, tu marzenia przybierają raczej postać nowych rozwiązań aranżacyjnych. Przez to album wypełniony jest nie tylko występującą na pierwszym planie gitarą. A propos odwagi. Leski odważył się także na sporą nutę empirycznej przyjemności. Wcześniej serwował nam jedynie niedopowiedzenia, na nowej płycie wątek bezwstydnie się rozwija.

Na tej płycie nie ma hitu, bo życie nie jest hitem. A to album do cna życiowy, odarty z iluzji. Ta płyta to PRAWDA. A o nią przecież tak trudno w dzisiejszych czasach. Nie ma też czegoś takiego jak „zbyt trudny materiał”, nowy krążek Leskiego jest jednak dojrzalszy, bardziej wymagający, przemyślany w każdym szczególe. I ten błękit ze „.splotu” już mniej błękitny i przysłonięty chmurami. A ten mrok wynosi album Leskiego do rangi wybitnych. Wspomnicie moje słowa.

Temat miłości w muzyce nigdy się nie wyczerpie, bo miłość każdemu ciśnie się na usta i serce. I nawet jeśli miłość umarła, nadzieja jeszcze nieźle się trzyma. Leskiemu gratuluję, a słuchaczom zazdroszczę tego, że wkrótce usłyszą ten album po raz pierwszy. Gdyby tak dało się ten pierwszy raz powtórzyć…

Żółć

27048298_1653166758059961_153803459_o

To podobno najbardziej polskie słowo. W filmie „Ziarno prawdy” Borysa Lankosza na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego jest scena, w której Jacek Poniedziałek tłumaczy, dlaczego żółć to także słowo najbardziej oddające charakter Polaków. 

Nigdy nie było mi do twarzy w kolorze żółtym. Gdy kiedyś założyłam na nagranie musztardową bluzkę, dziewczyny z redakcji szybko kazały mi ją zdjąć. Nie wystąpiłam nago, przebrałam się we własne, a nie wypożyczone ciuchy. Od tamtej pory przestałam wypożyczać te szmatki i nagrywam wywiady we własnych bluzkach i własnych ukochanych butach, których jest już tyle, że należałoby dokupić szafę. We wszystkim własnym – dopowiem.

Żółć wylewa się z nas litrami smrodliwego płynu. Wychodzi z potem i trądzikiem na twarzy, wyrasta z nowymi włosami i wypada wraz z obumarłymi rzęsami. Wspomniany Miłoszewski mógłby to lepiej opisać w jakimś kolejnym kryminale.

Problem dotyka każdego i każdego możemy nim dotknąć. Żółci ludzie chodzą po ulicach. Kobiety kobietom, mężczyźni mężczyznom, rodzice dzieciom, dzieci dzieciom, przyjaciele wrogom, przyjaciele przyjaciołom, wszyscy to sobie robią.

A mnie tak bardzo szkoda na to czasu. I chociaż najbardziej polskiego słowa nie zmienię, może pomyślę nad jego osobistą alternatywą słowa najbardziej „mojego”? Proste. Kwiaty. Muzyka. Miłość. Książki. Słowa. Słowo słowo mieści w sobie wszystko, od nas jedynie zależy jak duże będą jego składowe.

Bo ja zamiast pastwić się nad żółcią lub czymkolwiek innym wolę posłuchać albumu „Volver” Benjamina Biolay’a. Benjamin jest tak piękny na okładce, że jednak zalewa mnie ta polska żółć. A z tyłu także kolor żółty. Nie uwolnię się dziś od tej barwy. Benjamin ma pod lewym okiem bliznę. I kolejne niewidoczne, skoro pisze takie piosenki.

Ja również mam. Pod okiem także.

Dziękuję B. za to zdjęcie zrobione późną nocą podczas ostatniego spotkania pod znakiem whisky i rozmów, w których nie ma miejsca na żółć.

 

Praskie hibiskusy

Stanki_fot.Monikaszalek (54 of 74)

Nie uwalniam się od Johna Mayera, bo dziś od rana przesłuchałam całą dyskografię. Tak bardzo komponuje się ze śniegiem za oknem. Poza tym zbliżający się deadline zmusił mnie do pisania. A miłosne opowiadania najlepiej pisze się przecież przy miłosnych piosenkach.

B. zadzwonił ze świetną wiadomością. 1 lutego bardzo ważny biało-czarny wernisaż, o którym na pewno więcej wkrótce.

Ja piję kolejną białą kawę i stawiam ostatnie przecinki. Wczoraj kompletnie nie szło. Wstałam dużo wcześniej niż zwykle, uprzątnęłam biurko i czekałam na przypływ weny. Ale niestety tak się nie da. Najlepsze pomysły na teksty przychodzą w ruchu, dlatego mam w telefonie dużo notatek pospiesznie spisywanych w obawie przed zapomnieniem. Ale sam pomysł to nie wszystko. Czasami wystarczy godzina, dobra muzyka i kubek kawy. A innym razem męczę się nad klawiaturą próbując złożyć w zgrabne zdanie kilka słów wymykających się spod kontroli. Wtedy najlepiej dać sobie spokój i poszukać inspiracji.

Dlatego wyciągnęłam wczoraj Ł. na kawę. Pomógł, bo zainspirował. A że widzieliśmy się ostatnio chyba jeszcze w letnim słońcu, nadrobiliśmy zaległości w rozmowie. Jest tak kolorowy na zewnątrz, jak kolorowa jest jego głowa. Wystarczy, że zapytał, o czym zamierzam napisać, a mi w sekundę przed oczami  wyrósł temat, barwny jak mój kawiarniany towarzysz.

Piątkowa Offensywa De Luxe w studiu Osieckiej. Na scenie Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt i niXes. Mnóstwo znajomych, mnóstwo uśmiechów. Udało się zmieścić w dwóch godzinach. niXes i Ania Rusowicz po raz pierwszy z nowym projektem i z płytą, która dla mnie była płytą roku 2017. Kojarzy mi się z podróżą autem B. do Sopotu, z latem, z balkonem i chłodnym białym winem pitym wśród doniczek z miętą i bazylią. Zresztą tego wieczoru na trójkowej scenie byli przecież moi artyści. Z każdym z nich jestem od samego początku. Z Kortezem, z L.Stadt, którego pierwszą płytę do dziś znam na pamięć (Gore, Superstar, Londyn!), debiut Decadentów obserwuję przecież na żywo i na bieżąco, a niXes narodziło się także dopiero co. Gratuluję Szczot i tego, że pozamiataliście w ubiegłym roku polską scenę.

W sobotę byliśmy na żywo w studiu SNL Polska. Wszystko dzięki Sebastianowi Stankiewiczowi, z którym wywiad już niedługo na Anywhere.pl. SNL oglądam od pierwszego odcinka, bo lubię taki rodzaj żartu i niepoprawny humor. K. wydawał się zaskoczony, bo na żywo produkcja jest chyba jeszcze zabawniejsza. Gościnnie na scenie Bisz i Radex, z którymi nigdy nie było mi po drodze. Nic nie szkodzi, nadrobiłam.

IMG_0031I tak w dobrych nastrojach i z potrzebą pogadania zostaliśmy po praskiej stronie. Hibiskusowe drinki na Jagiellońskiej były niesamowite, jak widok z okna na warszawską mroźną noc. Usłyszałam, że wyglądam jak dziewczyna z kreskówki ze Scooby Doo. K. ma oryginalne pomysły i zastanawia mnie czasem jego dobór słów, ale jest świetnym kumplem i jeszcze lepszym obserwatorem. Mimo praskiej bójki (nie naszej) i skradzionego (nam) płaszcza, odnalezionego przecznicę dalej,  miasto miało tej nocy kolor hibiskusa.

 

Ostatnie zdanie nowego opowiadania: Czy miłość do końca życia może trwać tak krótko? Zostawiam je i słucham dalej.

„czas wciąż się pomnaża, się rozmnaża, się odgraża
że będzie się powtarzał, mnie powtarzał i podważał mnie”

fot. Monika Szałek/Anywhere.pl

 

Kwiaty w styczniu

To naturalne, że pisanie i słuchanie jest w moim przypadku ściśle ze sobą powiązane. Słucham i spod palców stukających w klawiaturę wyrastają kwiaty. Słowa-kwiaty. Kwiaty w styczniu.

IMG_20180106_171649

Dziś „Continuum” Johna Mayera. To już pewnie jakieś dwa lata, odkąd mi go przedstawiono. Nie opuszcza mnie do dziś, a ten album z 2006 jest nadal moim ulubionym. Już zapomniałam, jak bardzo pasuje do takich zimowych dni. Czy to wyostrzone przez mróz na zewnątrz zmysły, czy dziś w tych utworach słyszę coś innego niż dwa lata temu?

Chyba każdy uważa siebie za posiadacza jakiejś szczególnej zdolności. Ja, na przykład, widzę więcej. Może z racji zawodu powinnam więcej słyszeć, ale już egzaminy do szkoły muzycznej wiele lat temu pokazały, że nie otrzymałam daru słuchu absolutnego. Ale żyję też z obserwacji, którą opanowałam już prawie na poziomie zaawansowanym. Widzę więcej, przez co ślepnę. Tak jakby wzrok męczyły moje analizy świata w głębszym wymiarze, a nie starczało energii na podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. Dlatego już gorzej widzę w nocy, linii oddzielających pasy na przemokniętej drodze nocą nie sposób dostrzec. Ale rejestruję wiele innych widoków, piękniejszych niż deszcz na betonie.

Widzę, jak mała Basia, jedząc zupę, uśmiecha się do całego świata. I jej zdziwienie, gdy biorę ją w ramiona, a ona obserwuje obcą sobie twarz, bada ją rękoma, dotyka moich włosów, bo w ten sposób właśnie mnie poznaje. Widzę teraz przed oczami kilka wspomnień, które wywołało „Gravity”, czyli jedna z najpiękniejszych piosenek Mayera. Mijam też często pewną kobietę z dzieckiem i za każdym razem zauważam jej frustrację, niezadowolenie z życia, odbijające się w jej oczach wszystkie kłótnie z mężem, a w oczach ich dziecka pragnienie zaimponowania matce, która i tak w windzie mówi mu, że zachowuje się idiotycznie. Czy moje oczy też w końcu zmęczą się takimi obrazami? I przestanę skanować rzeczywistość wokół, skupiając się tylko na tym, co widać bez głębszego zastanowienia?

Tak więc nadwyrężam ostatnio zmysł wzroku, dając odpocząć słuchowi. Pochłaniają mnie myśli, a ja pochłaniam książki. Na granicy starego i nowego roku przeczytałam „Niksy” Nathana Hilla, od których nie można się oderwać. „To, co kochasz najbardziej, zrani cię najmocniej”. Jakie to proste.

A przed paroma minutami przeczytałam ostatnie zdanie najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Ta powieść została napisana po to, by pomyśleć. By marzyć. By żałować. Za co ZM dziękuję, choć z powyższymi stanami i tak zawsze było mi i będzie po drodze. Para w 50. rocznicę pierwszej wspólnej nocy przenosi się do przeszłości. Ich ciała mają znów 30 lat, ale głowy nadal 80. Ponownie mogą więc przeżyć tę pierwszą noc, ale mogą też naprawić to, co zepsuli, nadrobić to, co zaniedbali, pochylić się nad tym, co ważne, a zlekceważyć nieistotne. To nieuchronne – czytając, myśli się o tym samym. Co będzie za 50 lat? Czy wtedy będę mieć do siebie pretensje, że spędziłam cały dzień w domu, z książką na kolanach wypiłam 3 kawy i z wypiekami na policzkach snułam wizje przyszłych lat? Gdy za 50 lat spojrzę na siebie, dwudziestoparoletnią mnie, wklepującą te słowa w klawiaturę komputera i słuchającą Johna Mayera, co pomyślę? Dzięki tej książce nabrałam ochoty na podróże, na pisanie i na uśmiechanie się do siebie w lustrze częściej, niż robię to teraz. Choć wciąż widzę w tym uśmiechu więcej niż inni. Bo każdy zna przecież siebie najlepiej, prawda?

Wyciągam A. do Mediolanu, żeby świętować wspólne urodziny. Trzeba uczcić 25. rocznicę mojego pierwszego spojrzenia na świat. W sierpniu już na pewno Korfu. W lipcu Gdynia. A po drodze jeszcze tyle przystanków. Świetnie, będzie co obserwować.

„Continuum” to zdecydowanie jedna z moich ulubionych płyt w całej kolekcji. Podczas jej słuchania rosną w głowie kwiaty.