Blue Monday

IMG_7743

Modele regulacji sektora prasy: koncesyjny i zgłoszeniowy. Model koncesyjny – wymóg uzyskania uprzedniego zezwolenia władz (nie musi oznaczać cenzury prewencyjnej). System zgłoszeniowy – notyfikowanie władzy publicznej o zamiarze rozpoczęcia działalności wydawniczej.

Tych i innych bardzo potrzebnych szczegółów uczę się na jeden z ostatnich egzaminów na studiach. Egzamin, wydawałoby się, typu 3 Z: zakuj, zdaj, zapomnij. Jednak ja wyjątkowo dużo zapamiętałam z tych studiów, choć niewiele wykorzystałam w praktyce. Nie żałuję jednak żadnej decyzji podjętej w związku z kierunkiem, miejscem i tą całą moją studencką karierą. Żeby być dziennikarzem, nie trzeba skończyć dziennikarstwa, ale można i nic w tym złego. Studiując dziennikarstwo miałam czas na dziennikarstwo.

Odkładam regulacje mediów w prawie europejskim i sięgam po czerwcowy „Twój Styl”. Jestem jego fanką od wielu lat, lubię mądre wywiady i dowcipne felietony Leszka Talki. Ciekawa rozmowa z Marcinem Kwaśnym, bardzo interesujący artykuł o kobietach-pisarkach, ich przyzwyczajeniach i pokonywaniu lęku przed pierwszą książką, ale także Mariusz Szczygieł o sobie sprzed 20 lat. O początkach w telewizji i jego uroczym sposobie bycia zweryfikowanym przez okrutny show-biznes. Hanna Krall powiedziała mu kiedyś: „Pana pytania są proste, pan się dziwi, jest zachwycony odpowiedziami rozmówcy, a im jest to potrzebne, nawet kiedy mówią banały”. Och, żeby mi ktoś tak powiedział. A najlepiej Hanna Krall, oczywiście. Parafrazując Szczygła – wtedy przestanę przejmować się opiniami quasi-inteligentów.

A propos nie quasi-inteligentów, lecz inteligentów – odwiedzili mnie wczoraj kumple z dziennikarstwa. Zagęszczenie audiofilów na metr kwadratowy przekroczyło normę, bo każdy z naszej trójki jest fanem muzyki i co najlepsze – każdy innej. O muzyce, o pięciu zmarnowanych latach studiów, o tym, czego w życiu szukamy, a co już może znaleźliśmy – dobrze pogadać z kumplami. I Blue Monday zamienili mi w Whisky Monday. A noc była tak ciepła, że można było usiąść na balkonie i pouśmiechać się do starych czasów, kiedy zaczynaliśmy studia na uniwerku i starych nas, już prawie z tytułami magistrów.

O czym porozmawiamy za pięć lat? Kim za pięć lat będziemy i gdzie? Niech whisky smakuje tak samo dobrze i niech niewiele się zmieni. No, może poza tym, żeby Michałowi przeszła jednak ta ślepa miłość do Papa Dance.

fot. T. Sagan/Anywhere.pl

Fanka, kot i lato – czyli Janusz Radek w życiowej formie

JanuszRadek_fot.Monika Szalek (21 of 76)

To nie będzie recenzja, którą Janusz Radek wrzuci na swój profil. Bo to nawet nie będzie recenzja. To tekst o mnie.

Dawno temu odkryłam w sobie faktor fanki. Kiełkował, rósł podlewany ogromną ilością słuchanej muzyki. Faktor ukształtował melomankę, która zapragnęła z tej cechy, którą tak bardzo w sobie polubiła, uczynić sposób na życie. Chciałam żyć z muzyki, ale przez brak talentu do jej tworzenia, padło po prostu na słuchanie. Po prostu… Muzyki nie da słuchać się tak po prostu. Można, jadąc autem, słuchać sformatowanych stacji radiowych, które tylko grają piosenki. Ja chciałam inaczej.

I tak się stało, że zbliżyłam się momentu, w którym muzyki słucham zawodowo. Żaden ze mnie autorytet, to raczej ja wciąż podglądam mistrzów, czasami wchodząc do świata, w którym muzyka to nie tylko pasja, ale i profesja. Rozmawiam więc z artystami, z artystami się przyjaźnię i bardzo to sobie cenię. Ale obiecałam też sobie, że nigdy nie zabiję w sobie fanki.

Pocę się, wali mi serce, mówię nieskładnie, przypominam rozhisteryzowaną nastolatkę. Tak dzieje się, gdy moja wewnętrzna fanka wygrywa z ułożoną panią redaktor. Ta pierwsza jest często zbyt infantylna, ta druga nader profesjonalna. Dwubiegunowość? Zaburzenia emocjonalne? Skierowanie do terapeuty? Nie, to muzyka, szarpiąca mną od bandy do bandy.

Uśpiona, dawno niebudzona we mnie fanka odezwała się wraz z nowym albumem Janusza Radka. Wiele lat słuchania jego muzyki karmiło tę fanatyczną miłość. Aż przyszła okazja, kiedy mogłam mu ją wyznać. I pewnie Pan Janusz teraz się w duchu ze mnie naśmiewa, bo owych wyznań miał tysiące. Wywiad wyszedł oczywiście znakomicie, a podczas sesji zdjęciowej namówiłam artystę do tego, żeby jeździł kolorowym rowerem po Placu Grzybowskim.

Halina Poświatowska i Janusz Radek – to nie mogło się nie udać. W piosence poetyckiej Janusz Radek bowiem nie ma sobie równych. Ale płyta „Kim Ty jesteś dla mnie” to nowa forma piosenki poetyckiej, czy jak kto woli, poezji śpiewanej. To najbardziej nowoczesna w brzmieniu płyta Radka, krążącego dotychczas wokół bezpiecznych melodii, na tle których wyróżniał się przede wszystkim głos artysty. Na nowym albumie dosyć oszczędne popisy wokalne ustępują miejsca znakomicie zaaranżowanym kompozycjom. A jeśli ja piszę o „nowoczesności” w pozytywnym sensie, to oznacza to ewenement. Z elektroniką mi nie po drodze i jak mało kto uwielbiam staroświeckość, zarówno w muzyce, jak i zachowaniu.

Janusz Radek zrobił zamach na swoją własną twórczość i znany sprzed lat utwór „Kiedy U-Kochanie” zaaranżował na nowo. I znów mu się to udało. „Mogę być albo nie” to mój faworyt, bez wątpienia najlepszy na całym krążku. Ale „Ten kot”… to już przesada. Coś ty zrobił, Januszu, temu kotu, że on wybił twoją płytę do gatunku muzyki elektronicznej? I ja się tym zachwycam?

Płyty mają swoje kolory. Już poprzednie „Popołudniowe przejażdżki” były bardzo słoneczne. „Kim Ty jesteś dla mnie” to album na lato, kiedy w deszczu jeździsz rowerem z ukochaną osobą albo kiedy zarywasz noc pijąc białe wino i szlajając się po knajpach. Już widzę siebie tańczącą na ulicy ze słuchawkami w uszach. Bo to nie jest ugładzona, ułożona dawka poezji, choć nic w tym przecież złego. To młodość wyrażona w muzyce, radość życia, piękno zastanawiania się nad tym, gdzie jest miłość.

Czyżby Janusz Radek stworzył płytę z poezją śpiewaną dla dwudziestolatków? Stworzył ją dla wszystkich, ale uprzedzeni do tego gatunku młodzi, zafascynowani zachodnim brzmieniem, powinni po tę płytę sięgnąć. Mamy tu przepiękne interpretacje znakomitej poezji Haliny Poświatowskiej w jeszcze lepszych kompozycjach. Janusz Radek w życiowej formie. Myślałam, że to niemożliwe, żebym wielbiła Janusza jeszcze bardziej niż dotychczas. A jednak tak się stało.

Patronat nad płytą objął portal Anywhere.pl. Szelmowsko się uśmiecham, bo się do tego przyczyniłam. A na zdjęciu wspomniany rower, a przede wszystkim Janusz Radek w obiektywie Moniki Szałek. Zdjęcie powstało do wywiadu, który można przeczytać tu.

3, 5 i 55 (czyli Trójka obchodzi urodziny)

Kiedy pięć lat temu stanęłam przed zielonymi szklanymi drzwiami, nie wierzyłam, że się przede mną otworzą. Pięć lat później otwieram te drzwi wchodząc do domu, bo Myśliwiecka 3/5/7 to adres mojego drugiego warszawskiego domu.

IMG_20170401_135200.jpg

Sto lat to za mało, dziś, w dniu jej urodzin, życzmy Trójce dużo więcej. 55 lat temu Trójka zaczęła nadawać na falach ultrakrótkich, a pierwszym szefem redakcji muzycznej został Mateusz Święcicki. UKF zostało już tylko w nazwie jednej z audycji, a imieniem Święcickiego nazwano nagrody przyznawane przez Trójkę – czyli jej dziennikarzy.

Ci przez lata się zmieniali, wielu dziś znanych z innych mediów, rozpoczynało swoją pracę właśnie na Myśliwieckiej. Przez Trójkę przeszła fala ikon polskiego dziennikarstwa. Ale też fala ikon osobowości, charyzmy, profesjonalizmu i wszelkiej maści ludzi NAJ. 55 to kawał historii, przez 55 lat Trójka wypracowała sobie miano „kultowej”. Czy to dobre słowo? Kult Trójki to dobro i zło. Czasem jej przeszkadza, bo kultowemu nie wolno mieć słabości i wad, więc za potknięcia i słabe punkty jest wytykana. A dobro to wszystkie dobre słowa od słuchaczy, to wspólne koncerty w studiu Osieckiej i te promienne uśmiechy, które widzę, gdy podczas programów odwiedzają nas fani.

O Trójce nieraz już pisałam, to z potrzeby opisania trójkowych historii i spotkań z artystami założyłam ten blog. Pisałam i nadal piszę, aby nie zapomnieć wielu historii związanych z radiem i mną w radiu. Spektakularnych wpadek nie miałam, ale pamiętam, jak w „Markomanii” mieliśmy telefonicznie połączyć się z Mario Biondim, z którym Marek Niedźwiecki miał rozmawiać o zbliżającym się koncercie. W takich sytuacjach najczęściej zawodzi sprzęt, tak było i tym razem, więc kiedy w końcu się dodzwoniłam i za kilka sekund miałam już wpuszczać na antenę człowieka po drugiej stronie słuchawki, okazało się… że to nie Biondi, a jego przyjaciel, który przez cały czas tłumaczył, gdzie ów Biondi jest, a ja zaaferowana sytuacją w reżyserce w ogóle go nie zrozumiałam.

Najbliższe są mi audycje, przy których trochę „majstrowałam”. Na początku w „Muzycznej Poczcie UKF” prowadzonej przez Tomka Żądę, potem współtworzyłam także prowadzoną przez Tomka „Historię pewnej płyty”. Teraz – a to teraz trwa drugi rok – mam „Markomanię”. Prowadzi ją Marek Niedźwiecki, ale gdy wyjeżdża, do tablicy przywołuje się „druhów zastępowych”. To stare określenie Pana Marka na swoich zastępców w „Liście przebojów”, ale śmiało możemy je przenieść także do współczesności. Druhami byli: Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek, Ania Szarmach, Magda Umer, Adam Nowak, Kuba Badach, Wojtek Olszak i Marcin Kydryński. Radzili sobie świetnie, choć były momenty, kiedy musiałam być wydawcą-zbawcą. Wydawcą „Siesty” także zdarzyło mi się być, wówczas prowadziła ją Aga Zaryan. Ale co tydzień jestem tak naprawdę „kaziem” – to też zwrot z czasów, kiedy pomocnicy liczyli kartki z głosami na „Listę”. Jestem więc „kaziem” dwa lata i jestem na właściwym miejscu, choć pewnie ten „kazio” już nie taki mały i za chwilę będę „kazimierą”.

Reakcje na moją pracę w Trójce były różne – od eurofii, przez dumę, strach, zdziwienie i wymowne milczenie. Najbardziej lubię te spontaniczne przejawy sympatii, kiedy ktoś mówi mi, że słucha Trójki od dzieciństwa, że zawsze chciał poznać kogoś stamtąd. Takie spotkania są zawsze szalenie miłe. Tak jak to dzisiaj, kiedy słuchacze przynieśli wielkie torty urodzinowe i 55 ciastek z cyfrą 3 na każdym z nich. Przyszli także tata z synem w trójkowej czapce i trójkowym szaliku. Takie przypadki spotykam najczęściej – dorosłych słuchaczy wychowanych z radiem, których dzieci od małego zaraża się Trójką. Ja takim dzieckiem nie byłam, nie mam do nikogo o to pretensji, nie zmieniłabym tego, nawet jeśli bym mogła. Ta Trójka gdzieś po drodze do mnie dotarła.

Lubię jej magentowe logo, lubię jej redakcję, lubię i pielęgnuję wszystkie związane z nią wspomnienia. Wierzę, że Trójka przeżyje dłużej niż następne 55 lat.

Zdjęcie główne nie jest przypadkiem. Po prawej stronie oczywiście urodzinowy baner wiszący na ogrodzeniu przed wejściem do budynku radia. Po lewej stronie widok na ulicę Myśliwiecką i chodnik, na którym ciągnęła się kolejka fanów podczas dnia otwartego w 2012 roku. Stałam daleko daleko za widoczną tam latarnią. Ale wystałam, weszłam i już z Trójki nie wyszłam. Dziękuję.

A to wspomniane dzisiejsze słodkie prezenty.

IMG_20170401_164613.jpg

Wiosennie i sennie

73260310

Zgubiłam gdzieś dzień. Przepadł mi w niepościelonym łóżku, śniadaniu zjedzonym o jedenastej i popołudniowej drzemce. Przesilenie wiosenne gorsze od najpaskudniejszej grypy.

To nie wymówka na lenistwo, ja naprawdę fatalnie reaguję na zmianę pogody.  A jeśli tej towarzyszy jeszcze zmiana czasu – no to umarł w butach. Panie świeć nad nienapisanym kolejnym rozdziałem magisterki, stertą prania, która miała dziś wylądować w pralce, kilkoma mailami, na które nie chce się i NIE MOŻE odpisać i tymi szpilkami, co to stoją w progu od piątkowej nocy.

Jutro biorę rozwód z kanapą, która ma magiczną moc. Oprócz tego, że jest piękna, bo w kwiatki i pasuje mi do wystroju mieszkania, to najkrótsza chwila na niej spędzona przeradza się w kilkugodzinną drzemkę. Ale jakkolwiek by się człowiek starał – w nocy to zaklęcie nie działa. Dlatego od jutra siadam na podłodze, bo miarka się przebrała.

Znajomy powiedział mi niedawno, że wyglądam na niebywale zmęczoną. Jak to możliwe, kiedy się tyle śpi? Przespałam pewnie trzy czwarte tego cholernego przedwiośnia, choć jak się okazuje, nie był to beauty sleep. Nienawidzę cię, zakało wszystkich pór roku. Zgiń, umrzyj, przepadnij.

Wolny zawód to dar i przekleństwo. Ale to nie tak, że ja spać nie lubię. Wręcz przeciwnie. Podobno w przedszkolu, gdy chodziłam do starszej grupy, w której już się nie leżakowało, wychowawczyni – oczywiście na prośbę małej Oli – zaprowadzała mnie do młodszych dzieci, żebym razem z nimi ucięła sobie drzemkę w ciągu dnia. Do dziś mi to zostało. Łykam drożdże – podobno idealne na wiosenne samopoczucie – i idę spać. Więc nie czuję, jak się po tych drożdżach czuję.

Niech będzie, że zbieram siły na bardzo intensywny muzyczny tydzień. W sobotę, 1 kwietnia, Trójka obchodzi  55. urodziny. Jestem z nią prawie 5 lat, więc także mam co świętować. Z okazji urodzin najlepszym prezentem dla słuchaczy i nas – miłośników muzyki z Myśliwieckiej – będą koncerty i ich transmisje ze studia Agnieszki Osieckiej. Zaczynamy 31 marca od koncertu Brodki, dzień później Edyty Bartosiewicz, poza tym na antenie będzie można usłyszeć także zespół Kroke, ojca i braci Waglewskich oraz projekt Dylan.pl. A już we wtorek będę z wypiekami na twarzy siedzieć niecierpliwie na krześle w trójkowym studiu koncertowym i słuchać… powiedzieć nie mogę, ale pochwalę się po fakcie. Płyta już czeka, gotowa do podpisania.

fot. P. Zmarzły

Życie, kocham cię nad życie

Odszedł Mistrz.

Znam wiele jego piosenek, wszyscy znamy. Ale mam mocne wspomnienie związane z tą jedną. Pamiętam Edytę Geppert śpiewającą, że „uparcie i skrycie, życie, kocham cię nad życie”. Nie rozumiałam tekstu, nie wiedziałam, kto jest jego autorem. Ale ten utwór szczególnie głośno gra w moich wspomnieniach z dzieciństwa.

Słucham w Trójce specjalnego wydania poświęconego panu Wojciechowi Młynarskiemu. Dziś wieczorem zmarł po długiej chorobie. Poeta, artysta, wielka postać polskiej piosenki i całego świata kultury.

Ta piękna epoka słowa i wdzięcznego humoru w piosence nie tylko dogorywa, ona już umarła. Razem z Agnieszką Osiecką, Markiem Grechutą i Marią Czubaszek. Powoli też umiera sztuka poprawnej polszczyzny, pięknej mowy i poezji w codzienności. Przyszłość jest niepewna. I mówi makaronizmami.

Umarła gdzieś pomiędzy plotkami o tym, kto okaże się agentem w show TVN, o tym, że Tomasz Niecik wymyślił nowy gatunek muzyki – western disco polo, i tym, że znany projektant wylansował kolekcję bluz z błędem w nadruku.

Słuchacz Trójki napisał, a Artur Andrus przekazał na antenie: „Dziewczyny już nie będą dla nas takie dobre na wiosnę”.

Pewnie to mało istotne. Pewnie ważniejsze, żeby chodziły wiosną w płaszczach z najnowszych kolekcji.

A kto będzie pisał piosenki?

Miałam zaszczyt uścisnąć dłoń temu, kto w tej trudnej sztuce nie miał sobie równych.

wojciech mlynarski

Wyznania zza baru

IMG_9061

W taki wieczór jak ten ludzie tłumnie odwiedzają bary. Grupy poszukujących alkoholowych, towarzyskich, a nawet intelektualnych wrażeń maszerują do miejsc pełnych alkoholu, towarzystwa i rozmów na mniej lub bardziej wyrafinowanym poziomie. Taka noc jak ta sprzyja barowym uniesieniom.

W taką noc jak ta, rok temu, stałam po tej drugiej – niedostępnej dla każdego – stronie baru. Chociaż przez niewielki wzrost ledwo wystawała zza niego moja głowa i tłukłam szkło jak mało kto, lubiłam tę pracę. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać, bo to zajęcie, które nauczyło mnie szacunku do pieniędzy, pracy, czasu i ludzi. To doświadczenie, które ukształtowało mnie i moje wartości. Ugruntowało marzenia i pogląd na wiele spraw. Rok temu byłam studentką dziennikarstwa dorabiającą w pubie, czytającą książki w leniwe popołudnia, które dopiero później zamieniały się w przepełnione ludźmi noce. W pracy napisałam kilka tekstów, a przede wszystkim łapałam inspiracje do kolejnych.

Zza baru ma się bowiem najlepszą perspektywę. Na gości i ich zachowanie, które dokładnie się studiuje. Na wyrachowane pozerstwo, widoczną samotność, a nawet początkowe fazy romansów mających zakończyć się tej nocy. Do dziś pamiętam wiele twarzy i historii z nimi związanych. Kiedy zdarzy się, że minę na ulicy kogoś, kto odwiedził mnie w barze, uśmiecham się w ukryciu. Wiem, że ten ktoś mnie nie pamięta, ja zaś dokładnie potrafię przytoczyć jego problem z tamtej nocy.

Barmana może docenić tylko drugi barman. Dlatego to najbardziej wdzięczni klienci, zostawiający po sobie nie tylko suty napiwek, ale i dobre wrażenie. Tylko człowiek, który wie, co to za praca, potrafi grzecznie poprosić o dodatkowy plaster cytryny, zamówić drink tak, aby chciało ci się go przygotować, ponarzekać na poziom kultury obcokrajowców. Barman nigdy nie skrytykuje sposobu obsługi albo zawartości alkoholu w alkoholu. Laik zaś często – i robi to wręcz z dziką satysfakcją.

W taką noc jak ta w klubach dzieją się różne rzeczy. Ja pamiętam te najlepsze. Pamiętam dwóch kumpli, którzy przychodzili do mnie zawsze o tej samej porze, siadali w tym samym miejscu, zamawiali zawsze to samo piwo i zawsze świetnie mi się z nimi rozmawiało. Pamiętam też grupę młodszych ode mnie chłopaków z Trójmiasta, którzy odwiedzili Warszawę, aby odpocząć po jakiejś wakacyjnej fusze i wydać trochę ciężko zarobionych pieniędzy. Bardzo ich polubiłam, bo mieli w sobie niezwykłą szczerość i taką prostą sympatię do ludzi. Pamiętam rozmowę przy barze o nowej książce Żulczyka albo o tym, czym jest rok świetlny. Pamiętam oblewane alkoholem rocznice, rozstania, zdane egzaminy i zaklinania przyszłości, która miała przynieść lepsze jutro.

Taka noc jak ta sprzyja sączeniu do rana whisky i wychodzeniu z baru, gdy zrobi się już jasno. Wracaniu metrem nad ranem po zakończonej zmianie, gdy inni pasażerowie już zaczynają kolejny dzień w biurze. Po 14 godzinach pracy nie przejmujesz się już na tym, jak wyglądasz i jak bardzo twoje ubranie śmierdzi poprzednią nocą. Do baru zakłada się znoszony T-shirt, bo szkoda przecież najlepszej bluzki, na którą możesz wylać niespierającą się grenadynę.

W taką noc jak ta barmani są specjalistami nie tylko od mieszania w odpowiednich proporcjach alkoholi o różnym stężeniu. Są kasjerami, sprzątaczami, terapeutami, czasem też ofiarami, na które klient wyleje wszystkie żale z całego tygodnia.

Praca za barem dała mi więcej, niż można sobie wyobrazić. Dała mi znajomości z ludźmi – te, które przetrwały, gdy przestałam już pracować, ale też te mało istotne, nie do zapamiętania, nie do powtórzenia, prozaiczne znajomości z ludźmi trwające od złożenia zamówienia do uregulowania rachunku. Tych były setki, tych pierwszych mało, lecz wystarczająco, by to docenić. Praca za barem dała mi wspomniany już szacunek do zarobionych w trudzie, w pocie i z niejednym pod nosem lub głośno wyrażonym przekleństwem – pieniędzy. Dała mi także największą na świecie radość, gdy dostałam pierwszą wypłatę za napisany tekst. Nie byłoby jej, gdybym zza baru nie marzyła o tym, że kiedyś zarobię je nie za napełnienie piwem kufla, a za zgrabnie złożone zdanie z podmiotem i orzeczeniem. Chociaż pieniądze nigdy nie były w tym przypadku priorytetem. Priorytetem zawsze było owo zdanie.

Edit: W myślach zza baru pojawiał się też ten blog, który na zawsze pozostanie moją pierwszą redakcją, której będę wierna.

Bezczelna

16804627_1595310267161011_2049838482_o

Bez kaca. Bez strat. Bez stłuczonego szkła. Ale wśród ludzi i z nadwyżką dobrych życzeń. Skończyłam 24 lata.

Jeszcze w piątek było tu kilkanaście osób, które razem ze mną świętowały urodziny. Przeróżne osobowości, ludzie w różnym wieku, choć pracujący w podobnych zawodach. Przyjaciele, pary, znajomi i nieznajomi, który od wczoraj będą już mogli mówić, że siebie kojarzą. Wszyscy przemierzyli Wisłę, aby powiedzieć mi parę dobrych słów na urodziny. Za wszystkie dziękuję.

No i stało się. Kolejny rok za mną. Podobno to bezczelne mieć 20 lat. Z upływem czasu ten poziom bezczelności maleje, u mnie jeszcze nieźle się trzyma. Bywam bezczelnie zadowolona z siebie i tego, ile mam lat.

Studniówkę i maturę miałam w 2012, w tym samym roku zaczęłam swoją wymarzoną pracę. Dostałam się do radia, w czym pomogła mi bezczelność i bezgraniczna wiara, że uda mi się to zrobić. Na studiach bezczelnie olewałam wszystkie wykłady, bo wolałam czytać książki albo dłużej spać. Byłam bezczelna w kontaktach z kilkoma osobami, czasem w sposób przebojowy, czasem okrutny. Tak, jestem bezczelna. Wierzę w siebie i w to, co robię. W moje pomysły i marzenia.

Bezczelnie gardzę nowymi technologiami, rozmowami przez Internet, nowoczesnymi wnętrzami i tym całym nowym stylem życia pod szyldem wege, eko i trendy. Z nowych rzeczy wybieram kompakty, na które bezczelnie wydaję większą część wypłaty, niż powinnam. Bezczelnie lubię, gdy się mnie adoruje i wręcza kwiaty, gdy się mi powie, że ten ostatni wywiad to znakomity. A ja się bezczelnie z tego cieszę.

Mam 24 lata. I tak mi się marzy, żeby już nigdy więcej nie udawać przed sobą i innymi. Nauczyć się gotować. Zobaczyć Indie. Więcej biegać, mniej spać. Wróć – biegać nie muszę, chcę więcej pisać. Zakochać się?

A moi bliscy sprezentowali mi wczoraj gramofon. Dobrze mnie znają, bo wszystko co związane z muzyką przyjmuję z piskiem nastolatki. Trzeba będzie teraz zacząć łowić winyle. Czyżbym na stare lata zamieniła kompakty na czarne płyty? Żartowałam. Nie zamienię.

IMG_20170218_122346_134.jpg

Gramofon jeszcze nie gra, bo okazało się, że brakuje mi odpowiedniego wzmacniacza. Nie wiem jakiego, nie umiem tego sama zorganizować. Na szczęście mam wśród znajomych kilku muzyków i melomanów.

Kupiłam dziś za to dwa nowe albumy i nowego Pilcha. Tak w ramach prezentu dla siebie. A jutro Gdańsk i wywiad z Janem A.P. Kaczmarkiem. TYM Janem A.P. Kaczmarkiem. Dam znać, jak poszło.

IMG_20170219_143225_875.jpg

Nie John Mayer, lecz Paweł Domagała

Rzadko zdarzają się koncerty, z których chce się jak najszybciej wyjść. Wyjść, aby usiąść przed komputerem. Wyjść, aby włączyć płytę z utworami, które się chwilę wcześniej słyszało i opisać światu wrażenia. Opisać i obwieścić nową gwiazdę. Taki był koncert Pawła Domagały w Teatrze Kwadrat. Kiedy to piszę, mija godzina od jego zakończenia.

wgKawki-14676.jpg
Paweł Domagała w Markomanii, fot. Darek Kawka

Debiutancki koncert, bo i na scenie debiutant. Paweł Domagała, znany z telewizji i reklamy, zagrał swój pierwszy koncert w ramach trasy promującej pierwszy krążek „Opowiem ci o mnie”. Gdyby każdy, kto gada do nas z telewizora, śpiewał tak jak Paweł, telewizja nie miałaby sensu. Wszyscy chodziliby tylko na koncerty.

Jakie to piękne, że w walentynkowy wieczór Teatr Kwadrat był wypełniony po brzegi. Głównie parami, bo i data zobowiązuje. Paweł Domagała i jego czteroosobowy zespół dali nam najlepszy prezent na dzień zakochanych – muzykę. Kompozycje Pawła Borowieckiego i Domagały to dowód na to, że songwriterami Polska stoi. Melodyjne, klimatyczne i romantyczne ballady przeplatały się z rockowymi wręcz, cięższymi brzmieniami, a wszystko pięknie scalał wokalista. No właśnie – czy wokalista? Pawłowi jeszcze brakuje trochę warsztatu, choć śpiewa od wielu lat. A może to stres i przejęcie? W końcu sam ze sceny oznajmił, że nareszcie spełniło się jego marzenie o koncercie z własnym zespołem, z własnymi utworami i własną publicznością. Bo taką już ma, sądząc po reakcjach znakomitej większości sali. Paweł świetnie radzi sobie z gitarą, akompaniując sobie w każdym utworze. Ale to, co dzieje się z jego nogami, zasługuje na oddzielny akapit.

Czasem jest tak, że wokalista z gitarą, zdjąwszy ją, nie wie, gdzie się podziać i co zrobić z rękoma. Wtedy oczom ukazują się dziwne pląsy, z których sam autor nie jest do końca dumny. Nogi Pawła Domagały odgrywały oddzielną sztukę. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zorientowałam się, że patrzę tylko na to, co się z nimi dzieje. I to nie jest absolutnie mój zarzut, bo taniec – choć tego tańcem chyba nazwać nie można – był tym, co tworzy postać Pawła na scenie. Chyba się dogadamy, bo wyczuwam delikatne zwroty w stronę reggae i jestem pewna, że pobujalibyśmy się z Pawłem przy starym Daabie. Co więcej, jedna z kompozycji, które nie znajdują się na płycie, była właśnie zahaczeniem o rootsowe brzmienie, nie parodią, a dobrym, nowoczesnym podejściem do jamajskich dźwięków.

Właściwie to chłopaki mogą nagrywać już drugą płytę, bo na prawie półtoragodzinny koncert złożyły się nie tylko utwory ze świeżo wydanego krążka, ale także nowe – aż się boję myśleć, co będzie dalej – nawet lepsze od tych, które znają już słuchacze.

Obycie ze sceną aktor ma podobno we krwi, a że Domagała to aktor również teatralny, więc na warszawskiej scenie czuł się znakomicie. Żartował, choć nie do przesady, no i jak pięknie interpretował! Wyglądał jak John Mayer – w kapeluszu, z gitarą i w dżinsowej koszuli. Choć w jego muzyce słychać ewidentne inspiracje amerykańskim muzykiem, to nie lubię porównań w stylu „polski ktoś”. Więc z pogardą traktuję myśl o „polskim Johnie Mayerze”, bo wystarczy, że jest „Paweł Domagała”.

Jednak w pierś uderzyć się muszę. Gdy pod koniec koncertu Paweł zaczął mówić o piosence, która go od lat inspiruje, która zmieniła jego życie – choć sam siebie za to stwierdzenie wyśmiał – postawiłabym dużą sumę na to, że za chwilę zagra utwór Mayera. I już w głowie grało mi „Dear Marie” z albumu „Paradise Valley” albo „Slow Dancing in a Burning Room” ze starszej „Continuum”, kiedy ze sceny przede mną usłyszałam utwór Czesława Niemena „Człowiek Jam Niewdzięczny”. Za moją niewiarę i niewdzięczność przepraszam, bo zespół zagrał Niemena tak, że każdy, kto to dziś usłyszał, będzie wyszukiwał ten utwór w sieci, mając w pamięci idealne zakończenie koncertu Domagały.

Utwory, które znałam z płyty – nuda. Nuda, bo były znakomite tak, jak ich się nauczyłam (a znam każdy tekst na pamięć). Ile ja bym dała, żeby się tak nudzić podczas każdej konfrontacji nagrań z wykonaniem na żywo! Tylko mój ulubiony „Hiob” zyskał ciemniejszy wymiar za sprawą koncertowego intro, a tym samym moją dodatkową porcję słabości do tej kompozycji. Jest w nim coś wyjątkowego, niedzisiejszego.

Ostatnie lata w polskiej muzyce należą do późnych debiutantów. Debiutując po trzydziestce można ze spokojem i ogromną charyzmą powiedzieć coś mądrego, zaśpiewać nie krzycząc, wyprzedać bilety na koncert, zostać docenionym. To nie jest domena dwudziestolatków. Dzisiejszym koncertem i przepiękną debiutancką płytą Paweł Domagała dołącza do Leskiego, Skubasa czy Organka, którzy bez cekinów i reflektorów promocji telewizyjnej zadebiutowali i na polskiej scenie zostali.

Wracając na drugą stronę Wisły, obserwowałam pasażerów w autobusie. W Walentynki nie ma ich zbyt wielu. Przepiękna dziewczyna ubrana cała na czarno czytała, sądząc po ilości prześledzonych kartek, dopiero co rozpoczętą książkę. Druga, w towarzystwie dwóch młodych chłopaków, trzymała bukiety tulipanów i róż. Czyżby dostała je od nich? Rywalizują ze sobą czy się przyjaźnią? Za oknem z billboardu uśmiechnął się do mnie ten, którego przed chwilą podziwiałam na scenie. I wtedy przypomniało mi się to, co także chwilę wcześniej usłyszałam:

Pod wieczór Warszawa
ma bananowy smak
Młodzi ludzie na ulicach
myślą „teraz nasz jest świat”
Co mądrzejsi oglądają się za siebie
oni wiedzą że
będą kochać tylko raz
A samotni chcą jak burza gnać do
przodu
tylko Bóg wie
ile tracą szans”